Świetlany mrok

Tekst
Z serii: Świetlany mrok #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Świetlany mrok
Świetlany mrok
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 33  26,40 
Świetlany mrok
Audio
Świetlany mrok
Audiobook
Czyta Lasio Companija
24 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Redakcja i korekta: Maria Osińska

Projekt okładki: Agnieszka Radzięda

Konwersja wydania elektronicznego: Tomasz Semmler | e-freelance.pl

ISBN wydania elektronicznego: 978-83-7853-439-6

Wydawnictwo: self-publishing

Wszelkie prawa zastrzeżone

e-wydanie pierwsze 2017

Kontakt: krzysztofbonk.poczta@gmail.com

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

CZĘŚĆ I

I. MATKA

II. STRAŻNIK POGRANICZA

III. ŚWIĄTYNIA ŚWIATŁA

IV. PRZYBOCZNY

V. NOWE ŻYCIE

VI. JUŻ NIGDY WIĘCEJ

VII. W IMIĘ ŚWIATŁOŚCI I ZIEMI

VIII. CENA

IX. KATI DE SZON

X. ŚWIATŁO W MROKU

XI. DALECY BLISCY

XII. O KROK DO SZCZĘŚCIA

XIII. ZAGUBIONY

XIV. KRAINA DORES

XV. PROROK

XVI. SIOSTRZANA MIŁOŚĆ

XVII. W POTRZASKU

XVIII. KUZYNKA

XIX. POKUTA

XX. RYCERZ ŚWIATŁOŚCI

XXI. KONTRWYWIAD

XX. SZALA WARTOŚCI

XXIII. KRÓLESTWO KARDANOR

XXIV. OCZYWISTY WYBÓR

XXV. W MROK

EPILOG

CZĘŚĆ II

I.W STRONĘ VARNES

II. ŚWIETLANY MROK

III. NA PRZEKÓR PRZEZNACZENIU

IV. ŚWIETLISTA DROGA

V. TRÓJCA BOGINI ZIEMI

VI. TWIERDZA DAGOTHAR

VII. SARI Z VARNES

VIII. WYBÓR ŚWIETLISTEJ POŁOWY

IX. ZEMSTA

X. W STRONĘ ŚWIATŁA

XI. TERAZ ALBO NIGDY

XII. NIESPODZIANKI

XIII. PRZESŁUCHANIE

XIV. OKO, KTÓRE PATRZY

XV. MROCZNE PRZEBUDZENIE

XVI. SŁUDZY

XVII. ŁOWCA GŁÓW

XVIII. ŚWIETLISTY PROMYK

XIX. LODOWE MORZE

XX. WĘŻOWY SKALENT

XXI. PRZEMIANA

XXII. W IMIĘ WYŻSZEGO DOBRA

XXIII. CIĘGI

XXIV. OTWARTE KARTY

EPILOG

CZĘŚĆ I
I. MATKA

W skąpym świetle pochodni spojrzała w jego mętne, przekrwione oczy. Ciągle gorączkował, ale przestał przynajmniej choć na chwilę majaczyć. Mroczna varekai – taka istota nie miała prawa istnieć. Nie mógł jej widzieć. Sari nie mogła więc dać wiary jego słowom.

Naraz syknęła, gdy mężczyzna ścisnął ją boleśnie w talii. Siedziała na nim okrakiem i dawała mu to, czego zawsze chciał. Czego chciał od niej każdy w obozie. Pozostała tu jedyną kobietą. Dłoń rannego przywódcy przesunęła się na jej pierś i wpiła się w nią równie boleśnie. Jego ciało gwałtownie stężało. Głośno zacharczał, po czym zwiotczał jak pusty worek.

Kobieta była pełna obojętności, robiła po prostu to, co musiała. Wstała i przywdziała swoje ubranie: ubłocone, pozszywane kawałki futer oraz skór imitujące kurtkę i spodnie. Po wyjściu z namiotu znalazła się pośrodku obozowiska, tuż przy płonącym ognisku. Języki jego ognia rozświetlały wieczny tutaj mrok. Trwali w nim, odkąd przekroczyli pogranicze.

– Zbyt długo przebywamy w ciemności, Sari…

Na te chrapliwie wypowiedziane słowa kobieta obróciła się. Nieopodal siedział na ziemi Zit, który odnalazł w drugim pierścieniu mroku ich rannego przywódcę. Smętnie żuł jakieś zioło, co pewien czas spluwając zieloną śliną w ogień.

– Musimy tu zostać – odparła bez wiary Sari.

– Co ty nie powiesz. Mam wrażenie, jakby zaczynała swędzieć mnie skóra. Nie będę tu czekał, aż pokryje się łuską.

– Przestań, sam wiesz, że to za wcześnie na przemianę. Poza tym jest rozkaz. Mamy przeczekać tu w ukryciu.

– W ukryciu, powiadasz? – Zit obrzucił kobietę lekceważącym spojrzeniem.

Sari odwróciła od niego wzrok i skierowała go ku płomieniom ogniska. Chciała nasycić oczy jego blaskiem, a jednocześnie ukryć przed tropicielem malujące się na jej twarzy wątpliwości. Po ostatniej potyczce z Artami ich drużyna poniosła spore straty. W obozie znajdowało się wielu rannych, lecz w mroku byli oni praktycznie skazani na zgubę. Sama żywiła nadzieję, że znajdzie się w oddziale ktoś z jajami, kto skieruje ich wreszcie ku światłu, zanim wszystkich pochłonie śmierć.

Wskazując na namiot rannego przywódcy, ponownie odezwał się Zit:

– On zdechnie w mroku, Sari. Szkoda na niego twoich rozchylonych ud.

– Może i zdechnie. – Kobieta wzruszyła ramionami. – I kto zajmie jego miejsce, ty?

– Właśnie je zajmuję, dziwko! – Zit skoczył na równe nogi i pchnął kobietę w plecy. Upadła na kolana przed płomienie ogniska. Tropiciel postawił jej nogę na karku i przeniósł na nią ciężar ciała. Sari wypięła pośladki i oparła łokcie o ziemię. Usłyszała metaliczny dźwięk odpinanej klamry od spodni. Spojrzała w tajemnicze języki ognia, jakby chciała usłyszeć od nich odpowiedź, czy reszta jej zapewne krótkiego życia tak właśnie będzie wyglądać: walka, zimno, ciemność i głód. Doglądanie konających i oddawanie się każdemu, kto tylko ją chciał. Poczuła, jak Zit zsuwa jej z tyłka ubranie.

Nagle do uszu Sari doszedł jakiś szum. Postawiła w stan gotowości wszystkie zmysły. Z początku ledwie słyszalny dźwięk stawał się coraz wyraźniejszy. Dochodził szeroką ławą z mroku od strony odległego stąd pierwszego pierścienia światła. Zit zapewne też go usłyszał, bo zdjął dłonie z kobiecych bioder. Naraz przestrzeń wypełnił przeciągły, potępieńczy skowyt.

Sari otworzyła szeroko usta, jej oddech gwałtownie przyspieszył. Sparaliżował ją strach. Zrozumiała, co nadchodziło – zwiastuny mroku. Odwróciła się, lecz Zita nigdzie nie było. Wiedziała, że powinna wszcząć alarm w obozie, ale nie była w stanie, lęk jej na to nie pozwalał. Zaś szum przybliżał się z każdą chwilą. Kobieta poczuła na części obnażonego ciała lodowaty podmuch wiatru. Wtedy nie wytrzymała napięcia. Podciągnęła szybko spodnie i w panice pobiegła na oślep w kierunku drugiego pierścienia mroku.

Wpadła między drzewa za obozowiskiem, potknęła się i runęła w błoto. Podnosząc się, usłyszała za sobą przerażający skowyt, zmieszany z rozdzierającymi ludzkimi wrzaskami. Oczywiste było, że za jej plecami właśnie rozpoczęła się rzeź. Sari wstała i drżąc na ciele, rzuciła się przed siebie, byle dalej od tego przeklętego miejsca. Biegła spowita w ciemnościach przez gęsty las. Smagały ją gałęzie i naznaczone cierniami liście, raniąc dotkliwie, ale nie zwracała na to uwagi. Chciała żyć, tak bardzo pragnęła żyć.

Nie była w stanie określić, jak długo uciekała. W końcu drogę zagrodziła jej przepaść, a w dole hucząca rzeka. Ciężko dysząc, Sari przewróciła się na ziemię. Jej ciało otulił lodowaty chłód. Dygocząc z zimna i strachu, cicho łkała. Jak nędzna nie wydawałaby się jej egzystencja, kobieta nie chciała odchodzić z tego świata. Równocześnie miała świadomość, że jeżeli zostanie zbyt długo w mroku, to umrze z zimna i głodu. Albo też zacznie tracić wzrok, jej oczy staną się białe jak mleko. Będzie widzieć tylko cienie, a jej pozostałe zmysły się wyostrzą. Ciało pokryje się łuską i wyrosną z niego kościste ostrza, paznokcie zmienią się w długie szpony. Stanie się zwiastunem mroku, a będzie to dopiero początek odrażającej przemiany. Później pojawi się nienasycony głód: głód ludzkiej krwi, krwi ludzi światła. Sari wzdrygnęła się na tę myśl. Po pewnym czasie zapadła w płytki, przerywany sen.

 

Nagle gdzieś w mroku usłyszała skowyt. Gwałtownie poderwała się na nogi. Wyjęła zza paska nóż i czujnie ustawiła się w kierunku zasłyszanego odgłosu. Serce waliło jej jak oszalałe. Jego szybkie, miarowe uderzenia dudniły na tle szumu rzeki za jej plecami. Przeciągły, wysoki dźwięk pojawił się ponownie, lecz tym razem bliżej. Sari kurczowo ścisnęła nóż. Próbowała przedrzeć się wzrokiem przez osaczające ją ciemności. Bez powodzenia. Najwyraźniej znajdowała się już w drugim pierścieniu mroku, gdyż czerń wokół niej była niemal nie do przeniknięcia.

Kobieta usłyszała przed sobą kroki. Tuż koło niej wyłoniła się czyjaś sylwetka i zastygła w bezruchu. Sari wstrzymała oddech. Powinna z całą siłą zaatakować, jednak stała jak sparaliżowana. Nigdy nie była bohaterką. Postać powoli się zbliżyła i zatrzymała tuż przed nią. Z tej odległości kobieta mogła już rozpoznać znane jej rysy. Przed nią stał Zit. Jego policzki i czoło częściowo pokryły się łuską. Podniósł rękę i oparł ją na gardle Sari. Poczuła, jak ostre szpony wżynają się w jej skórę. W tym momencie z całych sił wbiła nóż w trzewia Zita. Ostrze weszło po samą rękojeść. Ciszę przerwał nieludzki wrzask, a Sari otrzymała potężne uderzenie w twarz, po którym upadła i potoczyła się na bok. Nóż wypadł jej z ręki i pochłonął go mrok. Została bezbronna.

Gdy kobieta spróbowała się podźwignąć, spadł na nią przechodzący przemianę w zwiastuna mroku Zit, jej niedawny towarzysz. Jego ostre jak sztylety zęby rozcięły jej ramię. Chwyciła go desperacko rękoma i przeturlała się z nim po skalnej półce, po czym oboje runęli w dół. Rozpaczliwie wymachując rękoma, Sari zdążyła złapać się krawędzi urwiska. Podczas gdy byłego tropiciela pochłonęła przepaść, a dalej wzburzona rzeka.

Kobieta zwisała bezradnie nad czarną, bezdenną otchłanią. Wsłuchiwała się z przerażeniem w przybliżające się wysokie dźwięki. Jedyne, co mogła w tej chwili uczynić, to wybrać rodzaj swojej śmierci. Wszystko mówiło jej, że powinna rozluźnić palce i dać się pochłonąć wodzie. Lecz za nic nie mogła tego uczynić. Tak bardzo chciała żyć, choć przez jeszcze jedną ulotną chwilę.

Raptem jakaś masywna dłoń chwyciła za jej zranione ramię i niczym piórko poderwała ją do góry. Przerażona Sari znalazła się przed potężną postacią. Spodziewała się, że to zwiastun mroku, który otworzy na jej ciele wszystkie żyły. Jedna dłoń postaci ciągle spoczywała na jej krwawiącym ramieniu, podczas gdy druga złożona została na jej głowie. Wtedy kobietę opuściły wszystkie siły. Niebawem opuściła ją także świadomość.

*

Sari ocknęła się w ziemiance zamkniętej od góry drewnianą klapą. Wewnątrz wymacała futra, dzięki którym mogła uniknąć zamarznięcia, a także czerstwy chleb i bukłak z wodą. Domyśliła się, że temu, kto ją pochwycił, była do czegoś potrzebna.

Rozpoczęło się pełne ciszy, nieznośne oczekiwanie. Co pewien czas otwierały się drzwiczki w klapie, przez które ktoś wrzucał pożywienie. Uwięziona kobieta wciąż trwała w permanentnej ciemności, zimnie i strachu. Oczywiste było, że nie mogło ją tutaj czekać nic dobrego. Co chwilę nerwowo wodziła dłonią po skórze w obawie przed wymacaniem rogowatej łuski. W końcu kompletnie straciła poczucie czasu. Nie miała pojęcia, ile mogło go upłynąć. Zasypiała, budziła się, coś zjadła, aby posiedzieć w otępieniu, po czym na powrót kładła się spać. I tak na okrągło.

Aż pewnego razu martwą dotąd ciszę przerwały różnorodne odgłosy. Najpierw były to, znane już jej, budzące trwogę popiskiwania. Dołączyły do nich gardłowe pomruki i słowa języków, których nie rozumiała, a które przypominały dialekty istot mroku.

Sari przylgnęła do ściany swego więzienia. Jedyną emocją, jaka pozostała w jej sercu, był wszechogarniający strach. W pewnym momencie drewniana klapa uniosła się. Potężne dłonie chwyciły kobietę za ramiona i raptownie uniosły, zupełnie jak niegdyś nad wzburzoną rzeką.

Wówczas ukazał się Sari iście nieziemski widok. Spodziewała się nieprzeniknionej ciemności. Tymczasem cała mroczna przestrzeń wokół niej, także ziemia, wypełniona była srebrzystymi światłami. Wszystkie one jawiły się niczym gwiazdy na bezchmurnym, czarnym niebie, przez co Sari zacierał się horyzont. Miała wrażenie, jakby znalazła się gdzieś pośród niezmierzonej, kosmicznej przestrzeni.

Cały czas gromadziły się dookoła kobiety najprzeróżniejsze dziwne istoty, których istnienia nawet nie podejrzewała. Znajdowały się wśród nich postacie duże i małe, na dwóch, czterech bądź ośmiu kończynach, ze skrzydłami bądź rękoma, pokryte łuską, skórą bądź pierzem. Niektóre zakute w stal, inne opatulone futrami. Za to wszystkie z czarnymi oczyma.

Postać, która trzymała zszokowaną Sari, złożyła ją na plecach w płytkim dole. Rozległy się dźwięki bębnów, grzechotek i potępieńcze śpiewy. Lodowate powietrze wypełnił zapach wonnego kadzidła. Do kobiety dotarło, że stała się elementem mrocznego rytuału.

I wtedy pojawiła się ona: postać, która nie miała prawa istnieć, mroczna varekai. Jej naga sylwetka z łuskowatą skórą kameleona przybrała wygląd gwiaździstego nieba. Spojrzała na leżącą kobietę czarnymi jak smoła ślepiami i własnymi szponami rozcięła sobie żyły w przegubie dłoni. Na łono Sari polała się czarna, lepka krew. Pozostałe istoty podchodziły kolejno do dołu, rozcinając uprzednio swoje ciało, by złożyć od siebie krwawą ofiarę.

Sari nie mogła się poruszyć. Nie wiedziała, czy jej ciało paraliżował strach, czy padła ofiarą czarów. Powoli odchodziła od zmysłów. Słyszane przez nią dźwięki zlewały się w jeden. Świat przed jej oczyma zamazywał się, wirował. Widziała obrazy ze swego przeszłego życia. Dół cały czas wypełniał się krwią, która zaczęła zakrywać jej ciało. Kiedy kobieta zachłysnęła się ciemną cieczą, z jej piersi wydarł się przeraźliwy wrzask.

*

Elegancki odkryty powóz przemierzał z wolna rozległą równinę. Wokół beztrosko śpiewały ptaki. Błękitu nieba nie kalała najmniejsza nawet chmura, za sprawą czego blask słońca bezlitośnie prażył czwórkę podróżników. Dojmujący upał wprowadzał wśród nich nieco leniwą atmosferę.

Kobieta spojrzała na swoją kremową, przepastną suknię z bufiastymi ramionami, przyozdobioną kwiecistymi ornamentami oraz delikatną koronką. Dotknęła szyi, na której wymacała drobne elementy naszyjnika. Zaskoczona rozejrzała się wokół.

Siedziała samotnie w powozie. Po jego bokach jechało konno dwóch zakutych w stal strażników. Naprzeciw dostrzegła plecy zwyczajnie ubranego woźnicy w słomkowym kapeluszu. Zastanawiała się, kim ona sama jest i co tutaj robi. Wtedy w jej umyśle ukazała się tożsamość Sari, w tym ostatnie chwile, jakie zapamiętała, te z krwawego dołu. Przeszedł ją lodowaty dreszcz, który zaraz ustąpił pod wpływem ciepłych promieni słońca. Ochłonąwszy, kobieta skupiła wzrok na woźnicy i zwróciła się do niego nieśmiało:

– Kim jesteś?

Woźnica odwrócił się w jej stronę, ukazując znużone oblicze i oznajmił lekceważąco:

– Jak już mówiłem, jestem przyjacielem…

– Na pewno nie moim, nie znam cię.

– Jestem przyjacielem wszystkich, dzięki którym mogę się wzbogacić, muszę więc zaprotestować.

– Czyżby?

– Tak, ślicznotko, bo dzięki temu, że twój mąż zapłacił za ciebie Atrom okup, ja chętnie w tej transakcji z zyskiem pośredniczę.

– Mój mąż… zapłacił za mnie… okup…? – spytała niedowierzającym głosem kobieta, przekonana, że nigdy nie była mężatką.

– Nie dziwię mu się, wszak nosisz jego dziecko.

Zaskoczona kobieta zauważyła znaczną wypukłość na swoim łonie. Pamiętała przecież, że była bezpłodna. Nigdy nie miało być jej dane zostać matką.

– Jak to możliwe…? – wyszeptała zdumiona.

– Kurewsko prosta sprawa. – Woźnica podrapał się po kroczu. – Mogę co nieco przypomnieć.

– Pamiętam wszystko, nazywam się Sari…

– Sari? To imię dobre dla wieśniaczki. He, he… Znałem niegdyś jedną Sari, zacna była, pani Kati de Szon.

– Kati de Szon…

– Ta, wypadałoby znać własne imię.

Kobieta zwróciła uwagę na leżący koło niej kufer i otworzyła jego wieko. Ukazały jej się elementy damskiej garderoby oraz lustro. Chwyciła je i zerknęła na swoje odbicie. Nie… to nie była twarz Sari. Nie miała głębokiej szramy na lewym policzku. A poza tym… była po prostu przepiękna i… młoda, bardzo młoda, niemal dziewczęca. Kobieta otworzyła usta. Niespodziewanie zobaczyła wszystkie zęby. Jednak jej umysł, jak na złość, wciąż wydawał się umysłem Sari. Nie znajdywała w nim dosłownie niczego, co mogłoby dotyczyć niejakiej Kati de Szon.

– Dokąd jedziemy? – odezwała się po chwili.

– Nieopodal Altris.

– Dlaczego tam? – spytała z niechęcią.

– A dlaczego nie? To piękne miasto, a w jego okolicy wykwintne posiadłości państwa de Szon.

– To miasto drugiego pierścienia światła, doszczętnie zniszczone przez siły mroku dziewięć lat temu podczas zaćmienia. – Do umysłu kobiety cisnęły się wspomnienia młodej Sari. O tym, jak po inwazji na miasto znowu zaświeciło nad nim słońce, a Sari była jedną z tych, którzy pospieszyli tam, aby okradać martwych mieszkańców. Z żywych bowiem nikogo nie odnaleziono, a martwych odszukano okrutnie rozczłonkowanych bądź po części zjedzonych.

Tymczasem woźnica z dezaprobatą pokiwał głową.

– Z tego, co mi wiadomo, stolica księstwa Aria ma się niezmiennie wręcz doskonale. Więc chore fantazje o zniszczeniu miasta lepiej zachować dla siebie. Nie wiem, co powie na to małżonek, jeżeli zwrócę mu żonę szaloną.

Kobieta nic z tego wszystkiego nie rozumiała. Próbowała odgonić natłok niepokojących myśli. Ponownie złożyła ręce na łonie. To, co się w nim znajdowało, było dla niej w tej chwili najważniejsze na świecie. Tak bardzo chciała żyć, a teraz sama przyniesie na ten świat nowe życie. Skąpana w promieniach słońca, którego miała już nigdy nie zobaczyć, uśmiechnęła się lekko. Cokolwiek się właśnie działo, pragnęła tylko, aby trwało nadal.

II. STRAŻNIK POGRANICZA

W pierwszym pierścieniu światła, przed granicą mroku, forty strażnicze rozlokowane były wzdłuż całej granicy księstwa Aria. Co dziewiąty z nich stanowił warowną twierdzę, tworzącą pierwszą linię obrony w razie najazdu. Kegen był kapitanem jednej z tych górujących nad równinnym krajobrazem twierdz. Nosiła nazwę Blask, zbudowana została na bazie trójkąta i usytuowana na skraju północnych rubieży księstwa. Dalej w tym kierunku rozciągały się dzikie stepy.

To właśnie stamtąd koczownicze, na wpół dzikie ludy dokonywały łupieskich najazdów na wioski i miasteczka księstwa. Ostatnio pogranicze zdominowali Artowie i coraz częściej zapuszczali się w pierwszy pierścień mroku, aby wyłonić się z niego na południu i przypuścić stamtąd niespodziewany atak. Dzięki temu manewrowi nie musieli przekraczać potężnej rzeki Doran, stanowiącej północną granicę księstwa. Z tego też powodu kapitanowie twierdz zobowiązani zostali do wysyłania patroli w mrok, by nie dać się zaskoczyć przeciwnikowi. Jako że było to śmiertelnie niebezpieczne zadanie, posyłane w ciemność drużyny składały się głównie ze skazańców, którzy podejmując się tej misji, odraczali swoje wyroki śmierci.

Kegen stał obecnie na murach twierdzy Blask. Spoglądał w stronę mroku, który od zawsze spowijał w ciemnościach połowę tego świata. W ostatnim czasie przepadły w nim bez wieści trzy wysłane tam drużyny. Kolejna, czwarta, wciąż się nie pojawiała. Odkąd opuściła fort, minęło ponad dwadzieścia cykli snu. Nie wróżyło to niczego dobrego, a na następną dostawę skazańców Kegen nieprędko mógł liczyć. Zdawał sobie sprawę, że tracił ich stanowczo za szybko. Czasy były jednak niespokojne i nie zamierzał kosztem niedokładnego zwiadu oszczędzać ludzi, do tego i tak skazanych na śmierć. To, że wysyłane na jego odcinku drużyny nie wracały, utwierdzało go jedynie w przekonaniu, że w pobliskim mroku działo się coś, z czym należało się liczyć.

Naraz zaskrzypiała otwierana klapa w podłodze i wyłoniła się spod niej do połowy sylwetka strażnika.

– Melduję, kapitanie, powrót świetlistej varekai. Oczekuje w sali narad – oświadczył zbrojny.

Kegen skinął mu głową i niezwłocznie ruszył na spotkanie. Pomyślał, że ta dziwna istota, varekai, którą przydzielono do jego twierdzy, stanowiła lepsze źródło wywiadowcze niż cała rzesza skazańców. Całej Arii Zakon Światła przydzielił zaledwie trzy varekai. On natomiast, dzięki młodszej siostrze, a teraz także księżnej, otrzymał pod swoje dowództwo jedną z nich.

 

W ogóle nie powinno go tutaj być, ale skoro udowodniono mu zlecenie zabójstwa tamtego nieszczęsnego idioty, to przyjął czasowe wygnanie na to bezkresne odludzie. Dzięki temu odbędzie pokutę. Oczyści swoje szlacheckie imię, a potem powróci do prawdziwego, dworskiego życia. Lecz na razie znajdował się tu, na pograniczu, i jego duma nie pozwalała mu wodzić go przeklętym Artom za nos. Stąd rad był z powrotu varekai i ciekaw wieści od niej.

Po pokonaniu spiralnych schodów baszty Kegen wyszedł na obszerny dziedziniec. Przemierzył go i otworzył drzwi, za którymi krótki korytarz prowadził z jednej strony do zbrojowni, a z drugiej do celu jego wizyty – sali narad.

Była to średniej wielkości izba z rzędami krzeseł wzdłuż podłużnego stołu, na którym leżała mapa przedstawiająca pogranicze mroku i księstwa Aria. Wysilając swoje szaroniebieskie oczy, kapitan starał się dostrzec varekai. Bez powodzenia. Irytowało go to podczas każdego ich spotkania. Varekai, ni to człowiek, ni zwierzę, zrodzona podobno z czystego światła słońca, wtapiała się kolorem skóry w tło niczym kameleon.

W pewnym momencie rozległo się ciche klekotanie. Kegen rozpoznał ten dziwny dla niego dźwięk. Spojrzał w jego kierunku i wyłowił wzrokiem niewyraźne zarysy przykucniętej, kobiecej sylwetki. Varekai patrzyła na niego jasnymi niczym światło słońca oczyma, wypełnionymi wielkimi źrenicami. Jak zwykle z jej postawy i mimiki twarzy nie dało się nic wyczytać.

– Jestem gotowy – oznajmił jej Kegen, domyślając się, co zaraz nastąpi. Odpowiedział mu klekoczący dźwięk i kapitan ujrzał w swym umyśle obrazy. Wiedział, że te z jasną poświatą oznaczały rzeczy, które varekai widziała i które zdążyły się już wydarzyć. Te przyciemnione stanowiły prawdopodobną przyszłość.

Na początku zobaczył w umyśle niemal nieprzenikniony mrok, a więc odległą przyszłość. Pośród ciemności zauważył obozowisko i dwie rozmawiające ze sobą postacie. W pewnej chwili jedna z nich pchnęła drugą na ziemię i zsunęła jej spodnie. Kegen z zadowoleniem czekał na kontynuację, gdy nagle obserwowana para uciekła w popłochu, a w jej miejsce ukazały się zwiastuny mroku i rzeź.

– Dość! – wrzasnął rozkazującym tonem Kegen i spojrzał surowym wzrokiem na varekai. Nie miał ochoty na oglądanie obrazów masakrowanych ludzkich ciał. Chciał natomiast wiedzieć, i to bardzo, dlaczego i kiedy dokładnie zawita w te okolice całe stado zwiastunów mroku.

– Co jeszcze widziałaś, pokaż! – rzucił do przykucniętej istoty.

Znowu pojawiły się wizje spowite ciemnością. Kegen zauważył potężną postać z przewieszoną przez jego ramię, bezwładnie zwisającą kobietą. Naraz obraz stał się jasny – kapitan wkroczył w przeszłość. Zobaczył swoją brzemienną żonę w jadącym powozie. Uśmiechnął się na ten widok, po czym oblał go zimny pot. W tym momencie wizje wygasły.

– Co to oznacza, pokaż mi! – zwrócił się nerwowo do varekai, ponieważ wiedział, że wszystko, co zaobserwował, układało się w logiczną całość. Zwiastuny mroku i pokazaną mu, niesioną kobietę musiało więc coś łączyć z jego żoną. Na dodatek po raz pierwszy przedstawiono mu odwrotną kolejność zdarzeń, zaczynając od przyszłości. Jednak więcej wizji w jego umyśle już się nie pojawiło.

Zniecierpliwiony Kegen machnął niedbale ręką na varekai i zasiadł przy stole. Zgodnie z wierzeniami powinien okazywać tej istocie szacunek, jako niemal świętości, lecz nigdy nie był religijny. Tym, w co wierzył, była siła i władza, a skoro varekai mu podlegała, w jego oczach nie zasługiwała na to, aby traktować ją wyjątkowo.

Tymczasem wyglądało na to, że poza najazdami Artów jego księstwo mogło stać w obliczu innego zagrożenia, tym razem znacznie poważniejszego. Pojawienie się zwiastunów mroku w liczbie, jaką mu ukazano, zapowiadało zapewne niszczycielskie zaćmienie. Dlatego maczając pióro w kałamarzu, Kegen nosił się z zamiarem napisania dwóch zawierających ostrzegawczą treść listów: do szwagra, czyli księcia Arii, i swojej drugiej, starszej siostry. Piastowała ona funkcję najwyższej kapłanki w Zakonie Światła, którego wpływy obejmowały niemal połowę świetlistej półkuli, gdzie nieustannie świeciło jasne światło słońca. Oceniwszy sytuację, Kegen doszedł do wniosku, że w razie prawdziwego zagrożenia ze strony mroku księstwo Aria nie poradzi sobie bez pomocy Zakonu.

Kiedy skończył pisać, wrócił myślami do żony. Wciąż niepokoił go powód, dlaczego pojawiła się w wizji varekai. Z drugiej strony uspokajał się tym, że zaufany człowiek, któremu zlecił odebranie jej w zamian za okup, miał ją przywieźć do jego dworku właśnie powozem w towarzystwie dwójki strażników. Czyli dokładnie tak, jak zostało mu to przedstawione. Rozmyślanie przerwało mu gwałtowne pukanie do drzwi.

– Wejść! – krzyknął Kegen. Do pomieszczenia wpadł strażnik i pospiesznie z siebie wyrzucił:

– Z mroku wyłonili się Artowie, są ich setki!