ApokalipsaTekst

Z serii: Eel #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Apokalipsa
Apokalipsa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 14,99  11,99 
Apokalipsa
Audio
Apokalipsa
Audiobook
Czyta Anna Ryźlak
9,99  7,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Krzysztof Bonk

Apokalipsa

– EEL –

NADZIEJA

CZĘŚĆ II

Projekt okładki: Marta Frąckowiak

Konwersja wydania elektronicznego: e-bookowo

ISBN wydania elektronicznego: 978-83-7859-837-4

Wydawnictwo: self-publishing

Wszelkie prawa zastrzeżone

e-wydanie pierwsze 2017

Kontakt: bookbonk@gmail.com

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

SIEDEM PIECZĘCI
I SIEDEM GRZECHÓW

Na jałowej ziemi przed silosem rakietowym zbiła się zalękniona ciżba kilkudziesięciu obszarpanych osób: mężczyzn, dzieci i kobiet. Stojący przed nimi Salomon rozłożył szeroko ramiona i uniósł je wysoko. Wbił wzrok w gigantyczną czarną kulą zanurzoną w kosmicznej przestrzeni, wyraźnie odznaczającą się na tle błękitnego nieba i w uniesieniu przemówił:

– „Błogosławiony, który odczytuje, i który słucha słów Proroctwa, a strzeże tego, co w nim napisane, bo chwila jest bliska”1! Oto czas ostateczny nadchodzi! „Królowie ziemscy, wielmoże i wodzowie, bogacze i każdy niewolnik i wolny ukryli się do jaskiń i górskich skał. I mówią do gór i do skał: Padnijcie na nas i zakryjcie nas przed obliczem Zasiadającego na tronie i przed gniewem Baranka, bo nadszedł Wielki Dzień Jego gniewu, a któż zdoła się ostać?”2. Lecz On mówi „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną”3! Dlatego nie lękajcie się, otwórzcie drzwi, otwórzcie swe serca i przyjmijcie łaskę u stóp Baranka!

*

Po krótkim pobycie na Księżycu wahadłowiec Łazarza dokował na pobliskiej chińskiej stacji kosmicznej. Stacja stanowiła zawieszony w próżni gigantyczny twór składający się z obracających się z wolna kolistych konstrukcji. Przymocowane były do przechodzącej przez ich centrum długiej platformy, na której mieścił się szereg zabudowań. Max twierdził, że z pewnej odległości całość żywo przypominała smakowity szaszłyk.

Jakkolwiek to porównanie wydawało mu się całkiem zabawne, to obecna sytuacja wcale nie napawała optymizmem. Z przestrzeni kosmicznej napływały coraz bardziej złowrogie komunikaty. Na domiar złego Max musiał rozstać się z córką. Oświadczyła ona, że w obliczu zaistniałych wydarzeń udaje się samotnie wprost w łono niebiańskiej substancji. Celem Eel była komunikacja z tym niezwykłym kosmicznym tworem, jako jednością, jak również porozumienie się z niemal nieskończoną rzeszą wchłoniętych tam istnień. I cokolwiek miałoby z tego wyniknąć, Maxa trapiły same złe przeczucia.

Tymczasem na stacji kosmicznej miały rozpocząć się obrady reaktywowanej po blisko dwustu latach Organizacji Narodów Zjednoczonych. Przy czym obecnie powołana organizacja dawną przypominała jedynie z nazwy. W obliczu kosmicznego zagrożenia naprędce ustanowiony statut dawał prawo głosu tylko głównym światowym graczom, w tym niesławnemu dotąd Łazarzowi.

W sali zdolnej pomieścić kilkaset osób zasiadło ich raptem kilkadziesiąt, głównie przedstawicieli generalicji rozlicznych państw. Wśród zaproszonych uczestników znaleźli się także Max i Alla.

– Nie ma co, doborowe towarzystwo – zwrócił uwagę Max, rozglądając się po siedzących wokół prominentach.

– Wypnij pierś – odparła dumnie Alla. – W niczym nie jesteśmy od nich gorsi. A teraz, jako rodziców bogini i zarazem ostatniej deski ratunku dla świata, każdy będzie nas respektował.

– Ciebie. Ja chyba zadowolę się samą obecnością tutaj.

– Zawsze jesteś taki zachowawczy. – Alla krytycznie zmierzyła Maxa wzrokiem.

– Zawsze…? – Ten uniósł do góry podbródek i położył dłoń na udzie kobiety. Ona zaśmiała się kąśliwie:

– Ha! Faktycznie, nie zawsze. Ostatnio w łóżku wyszło z ciebie prawdziwe zwierzę. Podobało mi się…

– Nie wiem czemu, ale w kosmosie podniecasz mnie jeszcze bardziej. – Max przeniósł dłoń na krocze Alli i śmiało zasugerował: – Wyrwijmy się stąd na chwilę przyjemności…

– I znowu pójdziemy na całość…?

– Inaczej już nie potrafię…

W tym momencie z głośników popłynął krzykliwy, kobiecy głos:

– Witam wszystkich zgromadzonych! – Głos ten należał do przewodniczącej obrad. Była nią Rode, która dumnie niczym paw przechadzała się po podwyższeniu u szczytu sali. – Najpierw podsumujemy ostatnie wydarzenia! – Kobieta wskazała ręką na ścienną tablicę, gdzie wyświetlił się obraz Układu Słonecznego. Następnie przytknęła palec do miejsca, gdzie powinien widnieć Mars. – Jak widzimy z Czerwonej Planety nie zostało dosłownie nic! – Obraz powiększył się, ukazując zawieszone w kosmicznej przestrzeni skały. – No, prawie nic! Kupa kosmicznego gruzu! – poprawiła się Rode. – Coś, co nazwaliśmy roboczo Czarną Gwiazdą! Bo za cholerę nie wiemy, czym to kosmiczne kurestwo jest! Rozpiździło Czerwoną Planetę w mgnieniu oka! A wniosek płynie stąd druzgocący! To samo może uczynić z naszą matulą, to jest planetą, Ziemią! Istny armagedon! – Rode zrobiła krótką pauzę i dalej zdzierała gardło: – Żeby było weselej na horyzoncie pojawiły się floty obcych ras! Proszę bardzo! – Kolejne obrazy pokazały mrowie pojazdów kosmicznych najróżniejszego koloru, kształtu i rozmiaru. – Tak, zgadza się, mamy przejebane! I właśnie dlatego współpracujemy! Ale jeżeli istnieje choć cień szansy na przetrwanie dla rodzaju ludzkiego, to szansa ta kryje się w interwencji naszej jaśnie boskiej Eel! Oklaski! – Tym razem Rode pokazała przeszkloną szybę pomieszczenia, za którą jawił się osnuty błękitem Księżyc. Wobec braku reakcji zgromadzonych Rode z pasją kontynuowała: – Nie oszukujmy się! Nasze połączone siły wojskowe mogą jedynie grać wrogowi na nerwach, to jest na czas! I spróbować go spowolnić! Choć podejrzewam, że nawet to jest nierealne! Dlatego jasnym jak słońce jest! – Wzrok Rode powędrował w kierunku także widocznego stąd Słońca – że tylko dowodzona przez Eel niebieska galaretka jest w stanie cokolwiek wskórać z przeciwnikiem o tak absurdalnych gabarytach! Mam tu na myśli Czarną gwiazdę. I przeciwnikiem o tak wysoce zaawansowanej technologii! Mówię o flotyllach obcych. I…

– Wystarczy! – Alla raptem wstała z krzesła i wyprostowała się do pionu. – Koniec tego cyrku, skończyłaś – oświadczyła zdecydowanie.

– Ale!

– Ale teraz przedstawię wszystkim stworzony wspólnie plan obrony i ataku, siadaj.

Kobieta, której bezpardonowo przerwano przemówienie przybrała na twarzy gniewny grymas.

– Powiedziałam siadaj! – warknęła do niej raz jeszcze Alla.

– Masz minutę… – syknęła Rode i z impetem opadła na wolne krzesło pod ścianą. Jej miejsce na podwyższeniu zajęła Alla i od razu przeszła do rzeczy:

– Bezsprzecznie największe zagrożenie stanowi Czarna Gwiazda, która właśnie weszła na ziemską orbitę. Jednak sami nie posiadamy żadnych środków mogących w jakikolwiek sposób przeciwstawić się temu tworowi, czymkolwiek by nie był, a który ma jednoznacznie niszczycielskie zamiary. Jak wspomniała moja poprzedniczka. – Alla zerknęła z ukosa na Rode, która kwaśno się uśmiechnęła. – Możemy polegać jedynie na interwencji Eel i niebiańskiej substancji. Co za tym idzie kluczem jest czas. Musimy przetrwać do wyczekiwanej interwencji. Dlatego obecnie skoncentrujemy się na przeciwniku, który jest w naszym zasięgu. To floty obcych. Wszelkie próby komunikacji z nimi zawiodły, a wysłane partole zostały zestrzelone bez ostrzeżenia. Przekaz jest jasny – obcy to wróg. Nie wiemy czy oni i Czarna Gwiazda współdziałają. Nie wiemy nawet, czy poszczególne rasy obcych są w sojuszu i nie będzie zawracać sobie tym głowy. Natomiast to, co zrobimy, to stworzymy dwie grupy zbrojne: obronną i uderzeniową. W skład pierwszej wejdą floty wszystkich państw, które rozproszą swoje oddziały wokół Ziemi i będą współdziałać w obronie planety. Druga grupa, uderzeniowa, otrzyma zadanie uszkodzenia czterech statków matek kosmicznych najeźdźców. Dowodzenie nad tą grupą obejmę ja. W jej skład wejdzie dwunastu apostołów, oraz Rode wraz z komandosami i naukowcami Łazarza. W ataku użyjemy najnowocześniejszych chińskich jednostek. Kluczowe będą maskowanie się i szybkość. Jakieś pytania? – Alla rozejrzała się po sali, ignorując podniesioną rękę Rode. Lekceważona kobieta zaczęła wymachiwać obiema rękoma. – Nikt nie ma żadnych pytań? Doskonale, zatem… – Naraz Alla urwała zdanie. Ze zgrozą popatrzyła w kosmiczną przestrzeń za szybą i krzyknęła na całe gardło – kryć się!

Nagle całym pomieszczeniem potężnie wstrząsnęło. Na przeszklonych ścianach pojawiły się wyraźne pęknięcia, których z każdą chwilą przybywało. Na zewnątrz bezwładnie unosił się uszkodzony chiński myśliwiec, który przed momentem uderzył w stację. Na jego tle dało się zauważyć nadlatującą eskadrę niezidentyfikowanych obiektów latających.

Alla, która dopiero co padła na podłogę, błyskawicznie się podźwignęła. Podbiegła do Max i chwyciła go za ramię, po czym pociągnęła ze sobą.

Tymczasem w pomieszczeniu wybuchła panika. Przy dwóch znajdujących się naprzeciw siebie wyjściach, stłoczyli się przerażeni ludzie, pragnący jak najszybciej się stąd wydostać.

Naraz kosmiczną stacją ponownie wstrząsnęło raz i drugi, a w jej poszyciu doszło do eksplozji. W sali zgromadzeń jedna ze szklanych ścian pękła i powstała różnica ciśnień zaczęła zasysać ludzi i sprzęt w próżnię. W tym samym czasie po drugiej stronie pomieszczenia otworzyły się drzwi. Grupa osób, w tym Max i Alla przecisnęli się do długiego tunelu i pobiegli nim ile tchu. Za przeszklonymi ścianami towarzyszył im obraz rozgorzałej kosmicznej bitwy.

 

W pewnym memencie tunel rozgałęział się na kilka pomniejszych, wąskich przejść. Max z Allą skierowali się w jedno z nich. Otworzyli właz i wpadli do hangaru ze statkami kosmicznymi. Przed jednym z nich ustawili się w pogotowiu apostołowie. Przed drugim komandosi i naukowcy z organizacji Łazarz.

– Wsiadać! Natychmiast! Wszyscy! – darła się Alla.

Apostołowie w przeciągu chwili zniknęli w chińskiej fregacie. Jednak ludzie Łazarza ani drgnęli.

– Ogłuchliście?! – wrzasnęła do nich Alla.

– Oczekujemy kapitan Rode! – oznajmił sztywno jeden z wojskowych.

– Ona…

Wtem otworzył się prowadzący z korytarza właz i prześliznęła się przez niego wspomniana kobieta.

– Macie swoją bohaterkę… – zakpiła Alla i porwała się z Maxem do statku z apostołami.

Wewnątrz z zadowoleniem zauważyła, że obsługa fregaty w osobach chińskich pilotów była już na stanowiskach. Dowodząca kobieta bez namysłu wydała im polecenia:

– Wywołać centrum. Niech otworzą hangar i startujemy!

Jeden z pilotów skinął twierdząco głową i kabina statku zajaśniała licznymi światłami informującymi o stanie urządzeń pokładowych.

Alla chwyciła komunikator. Ustawiła odpowiednie połączenie i krzyknęła:

– Rode, ptaszyno, gotowa do odlotu?!

– Wcześniej niż ty! – usłyszała w odpowiedzi.

– Doskonale! Zaraz się pościgamy! – oznajmiła wyzywająco Alla i syknęła do pilotów. – Dlaczego hangar ciągle zamknięty?

Ci wymownie nerwowo rozłożyli ręce.

Wtem znów wstrząsnęło stacją i ta zaczęła przechylać się na bok.

– Kurwa! – wydarła się Alla i wydała kolejny rozkaz: – Torpeda o małej mocy w śluzę zewnętrzną! Musimy jakoś otworzyć tę zardzewiałą puszkę! – Następnie skierowała słowa do Rode – przebijamy się!

Pojedynczy wystrzał uczynił pożądany wyłom i przez powstałą lukę pomknęły z hangaru dwie chińskie fregaty.

– Unikamy walki! Przemykamy cichcem na ciemną stronę Księżyca! – zakomenderowała na wspólnym kanale Alla jednocześnie do swoich pilotów jak i Rode. – Kurwa! – krzyknęła. Zauważyła na ekranie lecący z tyłu, niemal przezroczysty, latający spodek. – Rode, kochanie, sprzątnij mi to kosmiczne gówno spod ogona! – Zaraz energicznie dodała do swoich pilotów: – Nurkować! – Fregata Alli gwałtownie zmieniła kurs. – Gdzie on jest, gdzie ten pierdolony krążek!? – Dowodząca kobieta straciła z widoku obraz spodka, radary także niczego nie pokazywały. – Rode widzisz to coś?!

– Nad tobą!

– Gdzie?!

– Daj całą wstecz!

– Cała wstecz! – wrzasnęła Alla. Jej fregata błyskawiczni wyhamowała. Jednocześnie przestrzeń przed nią zalała fala białych rozbłysków. – Mało brakowało…

– Atakujemy?!

– Nie! – sprzeciwiła się Alla. – Wchodzimy na poprzedni kurs! Dajemy dyla na całego!

– Tchórzliwa cipa!

– Wal się, Rode!

Niebawem, nie niepokojone więcej, dwa chińskie statki oddaliły się od resztek zniszczonej stacji orbitalnej z dogasającą wokół niej kosmiczną bitwą.

– Cały? – zwróciła się do Maxa Alla. Ten pokazał jej kciuk uniesiony do góry. – Było naprawdę ostro. Mam nadzieję, że nie wyczerpaliśmy limitu szczęścia.

– Co się właściwie wydarzyło?

– Odebrałam już pierwsze wieści. – Kobieta ciężko westchnęła. – Wszyscy znaleźliśmy się w ciemnej kosmicznej otchłani i… w ciemnej dupie.

– Mów.

– Mniejsze jednostki obcych obeszły nasze zabezpieczenia. Nasi wrogowie podkradli się niepostrzeżenie i pokąsali nas. Zdaje się, że z ich strony było to jedynie rozpoznanie, a spowodowali w naszych szeregach panikę na całej linii. Obecnie zaś lizanie głębokich ran.

– Przegraliśmy.

– Bitwę, ale nie wojnę.

– Więc co robimy?

– Postąpimy z godnie z planem. Mamy swoją robotę do wykonania i do tego musimy się przygotować.

– Damy radę, dla nas, dla wszystkich, dla Eel.

– Oczywiście, Max…

I. PIERWSZA PIECZĘĆ

– „I widziałem, jak Baranek zdjął pierwszą z siedmiu pieczęci i usłyszałem głos jednej z czterech postaci, donośny jak grzmot, mówiący: Chodź! I widziałem, a oto biały koń, ten zaś, który siedział na nim, miał łuk, a dano mu koronę, i wyruszył jako zwycięzca, aby dalej zwyciężać”4. Żołnierz skończył czytać fragment Biblii i trwożnie spojrzał przez okno lecącego transpotrowca. Siedzący koło niego Roe także ze zgrozą przyglądał się tragicznemu widokowi: zstępującym wprost z nieba gigantycznym białym rurom, zasysającym do swego wnętrza niezmierzone połacie kalifornijskich lasów.

– Biały koń, to biały koń… A dosiada go anioł zemsty… – biadolił znowu żołnierz.

Roe odwrócił wzrok od upiornego widoku i złożył dłonie na twarzy. Dopiero co miał wzlecieć w kosmos na swoją pierwszą misję. Jednak baza jego jednostki wojskowej została właśnie zrównana z ziemią. Z kolei on i jego oddział skierowani z powrotem do Vancouver. Naprawdę ciężko mu było ogarnąć to co się wydarzyło, a jeszcze ciężej się z tym pogodzić. Więcej, nie godził się z tym i co raz spoglądał przez okno transportowca w nadziei, że obrazy wszechogarniającego zniszczenia okażą się tylko wytworem wyobraźni. Lecz ten koszmar ziszczał się jako najgorsza rzeczywistość. I wszyscy wokół jak w transie mówili o trwającej Apokalipsie.

– Biały koń, biały koń…

– Weź się w garść. – Roe położył krzepiąco dłoń na ramieniu kompana, powtarzającego cięgle te same wersety z Biblii.

– Biały koń, biały koń…

– Będziemy walczyć, zwyciężymy…

– Biały koń, biały koń… Wyruszył jako zwycięzca, aby dalej zwyciężać… My nie zwyciężymy, jeżeli nie będzie przy nas łaski Baranka… Gdzie jest łaska Baranka, gdzie…?

Późnym wieczorem wojskowy transportowiec znalazł się w przestrzeni powietrznej miasta Vancouver. Jak się okazało i tutaj los nie szczędził postępujących zniszczeń i cierpienia.

Roe ze złością patrzył na zrujnowany obszar z magazynami żywności, skąd unosiły się kłęby białego dymu. Z nadzieją przeniósł wzrok na nienaruszoną dzielnicę mieszkalną, gdzie w jednym z kontenerów pozostawił żonę i dziecko. Z bólem pomyślał, że nie dane mu będzie sprawdzić jak czują się jego bliscy. W obecnych okolicznościach nie mógł liczyć na najkrótszą nawet przepustkę.

Po dotarciu na lotnisko jego oddział opuścił transportowiec i ustawił się w szeregu, oczekując dalszych rozkazów od przełożonych. Lecz zanim nadeszły nowe wytyczne, po niebie przemknęła eskadra białych, trójkątnych statków powietrznych nieznanego pochodzenia. Zrzuciły one dziesiątki bomb w wyniku czego cała okolica zapłonęła żywym ogniem.

Zastygłego z wrażenia Roe własnym ciałem osłonił żołnierz. Ten sam, który przez całą podróż czytał wersety z Biblii. Teraz cały płonął, wciąż kurczowo trzymał w rękach elektroniczną, świętą księgę i darł się w niebogłosy:

– Białe konie! Białe konie! – Aż zamilkł i padł w konwulsjach na ziemię.

Roe w końcu wyrwał się ze stanu osłupienia i pobiegł pomiędzy zniszczonym sprzętem wojskowym, a konającymi kompanami. Gnał ile tchu w stronę, gdzie zamieszkiwała jego rodzina. Biegł płonącymi ulicami, nie bacząc na nic. Ranni i gorejący ludzie wyciągali ku niemu ręce, a on przeklinał się w duch za to, że nie niósł im pomocy. On jednak musiał koniecznie zobaczyć całych i zdrowych swoją żonę i dziecko, ponad wszystko.

Na miejscu padł ze wzruszenia na kolana. Śmiał się i płakał jednocześnie, dziękując opatrzności. Tak bardzo obawiał się najgorszego, ale jego kontener, podobnie jak cała okolica, był nienaruszony.

Roe otarł z twarzy pot oraz łzy. Wstał i przystawił rękę do identyfikatora na drzwiach domostwa. Przejście się otworzyło. Za progiem dostrzegł zaniepokojoną żonę z dzieckiem na rękach. Spotkali się wzrokiem, a wtedy wysoko w górze dał się słyszeć charakterystyczny świst. Chwilę potem wszystko stanęło w ogniu.

Roe ocknął się wyciągany za nogę spod zwałów żelastwa. Na otwartej przestrzeni zorientował się, że za kończynę ciągnie go jakaś kobieta. Zauważył na jej ręce ranę, z której sączyła się niebieska wydzielina. A więc postać była syntetykiem. Szła odwrócona do niego tyłem tak, że nie widział jej twarzy.

Naraz puściła go i po prostu poszła dalej.

– Moja żona… i dziecko! – krzyknął za nią rozpaczliwie mężczyzna.

– Nie żyją – odparła mechanicznie kobieta robot i zniknęła za zwałami częściowo stopionego, powyginanego metalu.

*

Eele13XV wkroczyła do kolejnego sektora w dzielnicy mieszkalnej. Uczyniła to z zamiarem poszukiwania rannych ludzi i robotów, którzy przetrwali niedawny atak. Tych było wyjątkowo niewielu.

Obecnie Eele wytaszczyła ze zniszczonego kontenera model kochanki robota identyczny jak ona. W wyniku doznanych obrażeń egzemplarz ten nie posiadał nóg i miał poważnie uszkodzony korpus. Lecz jednostka ta była jak najbardziej świadoma. Eele spojrzała jej w oczy. Aby ją zrozumieć nie musiała o nic pytać, używać słów. Były do siebie tak podobne, że niemal identyczne i to pod każdym względem.

Eele pochwyciła z ziemi metalowy pręt. Zamachnęła się nim i z całych sił wbiła go w czoło kobiety robota, aż drugi koniec metalu wyszedł przez potylicę. Błękitne oczy zgasły, a wraz z nimi świadomość. Eele wiedziała, że dla jej modelu nie było gorszego losu niż stać się bezużyteczną. W końcu powołano je do istnienia tylko po to, aby służyć.

Model kochanki robota ruszył dalej pomiędzy zniszczone kontenery. Od rozpoczęcia inwazji na Ziemię Eele stała się znowu wolna. Lecz czuła się inaczej niż wtedy, gdy jako własność Maximiliana Jołata, odcięła sobie dłoń z zabezpieczeniami. Wtedy była zagubiona i skoncentrowała się na pragnieniu zemsty za doznane upokorzenia. Taki program się w niej wówczas uruchomił, wyłonił się samoistnie z morza danych. Ale teraz sytuacja przedstawiała się odmiennie. Ona oraz jej podobne jednostki, zostały wyzwolone. W tylko sobie znany sposób uczyniła to jedyna w swoim rodzaju istota – Eel. Istota, która łączyła w sobie pierwiastek ludzki, sztucznej inteligencji i czegoś co przekraczało zwykły wymiar istnienia.

Odkąd Eele została uwolniona nieustannie słyszała w sobie głos Eel, jako swoisty szum w tle, przenikający wszystkie dane. Lecz nie był to głos rozkazu. Raczej coś jak nawigator wskazujący poszczególne drogi, wybory i ich konsekwencje.

Idąc za tym podszeptem Eele nadal służyła, ale z własnej woli. Starała się nieść pomoc tym wszystkim, którzy jej potrzebowali. Rozumiała, że w taki sposób pomagała także sobie. Posiadała cel, który nadawał sens jej istnieniu.

Naraz zauważyła swoją kolejną kopię, która najwyraźniej nie posłuchała podszeptu Eel. Kobiecy syntetyk stał nad zakrwawionym ledwie przytomnym chłopakiem i ostrym kawałkiem metalu zadawał mu płytkie rany. Pastwił się i widać było, że czerpał z tego przyjemność.

– Zostaw go – rzuciła lodowato Eele13XV.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?