Dolina popiołów

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dolina popiołów
Dolina popiołów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,98  43,98 
Dolina popiołów
Audio
Dolina popiołów
Audiobook
Czyta Artur Ziajkiewicz
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Krzysztof Beśka

Dolina popiołów

Saga

Dolina popiołówZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2015, 2020 Krzysztof Beśka i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726594461

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

Ruscy wyjeżdżają!

Ledwo wyrzucił z siebie te dwa słowa, zacisnął wargi i zmrużył oczy. I jeszcze podrapał się po głowie. Robił tak zawsze, gdy go coś zdenerwowało. Na przykład nagłe wywołanie do odpowiedzi na lekcji matematyki lub fizyki.

Ten egzamin był jednak o wiele trudniejszy.

– Jak Boga kocham. – Uderzył się oburącz w pierś. – Idą won…!

Jeden z tych, dla których przeznaczona była nowina, głośno westchnął. Drugi ni to jęknął, ni to pisnął. Mogło to oznaczać tylko jedno: „Ech, ty, głupi! Przecież wszyscy o tym wiedzą”.

Bo i trudno było nie słyszeć, skoro wiadomości o likwidacji kolejnych garnizonów serwisy informacyjne powtarzały niemal codziennie. Eszelony długie jak nieszczęście ciągnęły na wschód, pustoszały wojskowe osiedla. Nieraz i całe miasta, o których istnieniu wcześniej nawet nie wspominano.

Chwilę po tym, jak ostatni żołnierz w ogromnej okrągłej czapce opuszczał koszary w Białogardzie, Legnicy, Świętoszowie czy Bornem Sulinowie, wchodzili tam Polacy. Sąsiedzi. Dotąd mogli oglądać je tylko przez płot, a częstokroć nawet i to nie…

Teraz znajdowano tam wiele naprawdę ciekawych rzeczy, porzuconych w pośpiechu. Nie wszystko jednak można było sprzedać.

To, czym pogardzili dorośli, wzbudzało zainteresowanie dzieci. Właśnie takich jak trzynastoletni Jacek Niewiadomski, który ponad wszystko chciał się dostać do paczki utworzonej przez jego rówieśników z jednego z osiedli Widzewa, Adama Bąka i Zbyszka Króla.

– I na co nam to? – prychnął pogardliwie ten pierwszy. – Przecież nie pojedziemy pod niemiecką granicę. Zresztą i tak pewnie wszystko, co fajne, zabrali już miejscowi…

– Bardziej się postaraj. – Zbyszek poklepał Niewiadomskiego po ramieniu; lubił go nawet i dawno już zgodziłby się na przyjęcie do paczki, ale zasady były zasadami.

Adam nie odmówił sobie przyjemności zrobienia „parola” niższemu prawie o pół głowy Jackowi. Chłopak zniósł to ze spokojem. Nic nie powiedział. Ani na chwilę też nie spuścił wzroku z kolegów.

– Ruscy wyjeżdżają… – powtórzył raz jeszcze, a gdy Król przewrócił oczami, co robił zawsze, gdy tracił cierpliwość, Niewiadomski dodał nieco już ciszej: – Wyjeżdżają z „Radarów”.

Bąk, który zdążył już wstać z ławki pod blokiem, wyjął ręce z kieszeni piramidek. Zbyszek Król pokręcił z niedowierzaniem głową i zaśmiał się nerwowo.

– Zalewasz?

– Jak Boga kocham! Wczoraj tam byłem. Z pięć ciężarówek poszło. Być może dzisiaj nie ma tam już ani jednego kacapa…

Nie było chyba w Łodzi nastolatka, który nie wiedziałby, gdzie i czym jest wzgórze „Radary”. Plotka głosiła, że właśnie stamtąd Rosjanie kierowali ruchem wszystkich satelitów szpiegowskich krążących nad Europą. I pewnie też rakiet, które w każdej chwili mogły polecieć na zachód. Na szczęście nigdy nie poleciały.

O „Radarach” krążyły legendy. Mówiono, że kogo złapano w pobliżu, ten już nigdy do domu nie wrócił. Syberia bez procesu. Znikały też młode kobiety. Plotkowano również o promieniowaniu większym niż to, które wiatr przywiał znad Czarnobyla. Na porządku dziennym były zakłócenia w radioodbiornikach, w których często słyszano rosyjskie słowa, a nawet i zdania.

– Idziemy tam jeszcze dzisiaj – oświadczył Adam Bąk szeptem, siadając na ławce. – Trzeba powiadomić Marka…

„Nie jestem katechezą. Nie muszę być w szkole!” – zwykł mawiać Marek, gdy go pytano, czemu co rano nie zawsze trafia do szkoły, na lekcje, jak wszyscy.

Był drugoroczny. Powtarzał, ku rozpaczy swojej matki, Leokadii, siódmą klasę. I to aż tutaj, na Widzewie, choć mieszkał na Kościuszki. Z początku podchodzili do niego dość nieufnie, może nawet trochę się go bali. Palił przecież papierosy, miał pryszcze i wąsa, do tego przeklinał. No i ta repeta. Potem zaczął imponować niektórym z chłopców, szczególnie Królowi i Bąkowi.

Jednym z nielicznych przedmiotów, na który chadzał chętnie, było wychowanie fizyczne. Galiński był bowiem zwinny jak, za przeproszeniem, małpa. Do tego silny. Nikt tak jak on nie potrafił wspinać się po linie, nikt nie dorównywał mu na boisku piłkarskim.

Wkrótce stał się nieformalnym przywódcą paczki, do której aspirował Jacek Niewiadomski. Paczki, która w komplecie częściej spotykała się po szkole niż w czasie zajęć.

Chłopcy poszli do parku Widzewskiego, gdzie lubił przesiadywać Marek. Mieli szczęście. Siedział na ławce i palił papierosa. Obojętnym wzrokiem wpatrywał się w staw, po którym pływały kaczki.

– A ten leszcz tu po jaką cholerę? – Skinął głową na czającego się kilka kroków za chłopakami Niewiadomskiego.

– Sprzedał nam ciekawą nowinę – oświadczył Adam, rozglądając się na boki, jakby się bał, że ktoś może podsłuchiwać.

Po chwili Król nachylił się nad uchem nieporuszonego Marka. Chyba jeszcze nigdy czas nie dłużył się Niewiadomskiemu tak jak wtedy. Wysłuchawszy relacji, lewus zgasił papierosa na brzegu ławki, pstryknął niedopałkiem w pobliskie zarośla. Spojrzał bykiem na młodszego kolegę. Wreszcie uśmiechnął się, choć oszczędnie.

– Dobrze, sprawdzimy, co to za teletombola – mruknął, podnosząc się z ławki.

– Pojedziemy taksówką! – Jacek z dumą wyjął z kieszeni spodni zwitek banknotów.

Duży fiat, którego udało im się zatrzymać przy parku, cuchnął dermą, potem i tytoniowym dymem. Taksówkarz, ponury typ, bez słowa przyjął zamówienie. Przez całą drogę nic nie mówił. Tylko bacznie obserwował pasażerów w lusterku wstecznym.

– Zakapuje nas – mruknął Bąk chwilę po tym, jak taksówka zostawiła ich w chmurze spalin na rogu ulic Opolskiej i Nad Niemnem, spory kawałek od miasta. – Zaraz na milicję pojedzie.

– No to trzeba się pospieszyć – rzekł na to Marek. – A milicji już nie ma.

„Radary” były najwyższym wzgórzem w okolicy, moreną o jednym stoku łagodnym, a drugim stromym. Chłopcy szli przez las, drogą z betonowych płyt, na której końcu znajdowała się radziecka baza radiolokacyjna. Maszerowali dość szybko, jednocześnie pilnie nasłuchując głosów ludzkich lub pomruku samochodu, gotowi w każdej chwili czmychnąć na boki. Z tego, co mówił Niewiadomski, radzieckich żołnierzy już tam nie było. Mógł się jednak mylić.

Zatrzymali się, gdy po kilku minutach zobaczyli bramę. Była otwarta. Wokół niej nikogo. Jedynymi dźwiękami, jakie słyszeli, były śpiew ptaków i szum wiatru w gałęziach drzew. Nie licząc oczywiście bicia ich własnych serc.

– Jakby co, idziemy w zaparte – rzekł Marek półgłosem. – Jeśli któryś ma przy sobie legitymację szkolną, schować do buta. Jak będą gonić, rozdzielamy się. Każdy ucieka sam. Wymyślcie sobie jakieś nazwiska, gdyby złapali. Są pytania?

Jak jeden pokręcili głowami. Jacek trochę niezdarnie ukrywał dokumenty w skarpetce.

– Idziemy! – wydał komendę prowodyr.

Minęli bramę. Także i za nią nie trafili na żadne oznaki życia. Ale gdy ujrzeli leżącą pod ścianą jakiegoś budynku zieloną skrzynię, nie udało im się zapanować nad emocjami. Z krzykiem rzucili się ku znalezisku.

– Patrzcie, jakieś części! Lampy, diody, płytki… – wyliczał rozgorączkowany Bąk.

Jednak po chwili stwierdził, że pochyla się nad skrzynią sam. Reszta rozbiegła się we wszystkie strony w poszukiwaniu zdobyczy. Co raz dobiegał go krzyk któregoś, wspomagany serią przekleństw, które najlepiej tłumaczyły emocje. Już Król wybiegł na środek drogi, taszcząc kolejną, mniejszą skrzynię. Po chwili znalazł się obok niego Bąk, usiłujący zapanować nad kłębem jakichś kolorowych przewodów. Jednocześnie każdy patrzył na to, co znalazł jego kolega.

Wtedy usłyszeli krzyk. Nie wiedzieli, czy to głos Jacka czy Marka. Z początku pomyśleli, że to nowicjusz czegoś się przestraszył, ponieważ ten drugi, jak długo go znali, nigdy nie okazywał słabości. Ale gdy zaraz z jednego z budynków wybiegł Niewiadomski, a wołanie się powtórzyło, wszystko było jasne.

– Złapali go. – To było pierwsze, co przyszło do głowy Zbyszkowi. – Kurwa, złapali…!

W jednej chwili całą trójkę sparaliżował strach. Pierwszy otrząsnął się Jacek.

– Tu nie ma nikogo – powiedział mocnym głosem. – Szukajmy.

Marek krzyknął raz jeszcze, dzięki czemu jego kompanom udało się ustalić, gdzie teraz jest. Pobiegli w stronę stojącego samotnie, parterowego budyneczku, którego ściany zdobiły zatarte częściowo napisy w języku rosyjskim. Nie było tam ani jednego okna. Jedyne drzwi otwarto na oścież. Za nimi czaił się mrok.

– Bez latarki nie damy rady – sapnął Adam, patrząc to do środka, to na kolegów.

– A on dał radę? – warknął Niewiadomski, gromiąc wzrokiem kompanów. – Wchodzimy.

Nie poznawali go. W chwili, gdy Jacek przestąpił próg, Marek znów krzyknął. Nie było to wołanie o pomoc. Raczej krzyk bólu. Może chłopak złamał nogę albo coś go przygniotło? Może znalazł się w zasięgu promieniowania? Bo gdyby nadepnął na minę, usłyszeliby wybuch, a nie jego narzekania…

Trzymając się ściany, zeszli w dół po schodach. Dalej był krótki korytarzyk. Pod podeszwami butów chrzęściły tłuczone szkło i drobne kamyki. Wreszcie idący na przodzie Niewiadomski ujrzał przed sobą nikłe światełko. Nie zatrzymał się. Nawet kiedy dobiegł go dźwięk, który nie przypominał niczego, co dotąd, w całym swym trzynastoletnim życiu, słyszał.

 

Chwilę później zamarli w bezruchu. Ujrzeli Marka.

Miał przymknięte oczy, wykrzywioną, trudną do rozpoznania twarz. Z jego ust wydobywał się charkot, a ciało, dziwnie wyprężone i drżące, ciało, na które tyle razy spoglądali z podziwem w sali gimnastycznej czy na szkolnym boisku, ciało, na które padało teraz światło z okratowanej, przykurzonej lampy, znajdowało się niemal metr nad ziemią.

Tylko że nic nie łączyło go ani z sufitem, ani z podłogą…

Prolog

1

Pory roku nie miały wpływu na życie towarzyskie w domu Klimienta Siergiejewicza Komarowa. W lipcu tak samo grało się w preferansa, jak w grudniu, a jesień nie ustępowała w liczbie przyjęć wiośnie. Piwniczka zawsze była wypełniona najprzedniejszymi trunkami.

Zresztą powiedzieć „dom” o miejscu, w którym Klimient Siergiejewicz mieszkał wraz z rodziną, czyli żoną Maszą i trzema córkami, było co najmniej niestosowne.

Błogie Szlacheckie, bo tak nazywał się majątek, leżały mniej więcej w połowie drogi między Opocznem a Piotrkowem. Obszerny dwór drewniany, ale na wysokiej podmurówce kamiennej, z gankiem krytym daszkiem, wspartym na kolumienkach, pamiętał stare dobre czasy. Prowadziła do niego szeroka aleja wysadzana klonami i wiązami. Z przeciwnej strony znajdował się przepiękny ogród w stylu angielskim, jeszcze dalej zaś zarybiony staw. Dwór otaczały czworaki, w których mieszkała służba, oraz budynki gospodarcze: wozownia, stajnia, obora, spichlerz i stodółka.

Folwark należał do Komarowa dopiero od roku, ale cała rodzina czuła się tak, jakby mieszkała tutaj od zawsze. Dzieci lubiły bawić się w ogrodzie i nad stawem, pan natomiast chętnie wypuszczał się z dwururką na polowania do pobliskich lasów.

Zarządzanie majątkiem powierzył miejscowemu agronomowi nazwiskiem Śrutwa, co nigdy kija nie żałował, dzięki czemu był skuteczny. Sam Klimient Siergiejewicz nie miał do tego głowy, gdyż na co dzień pracował jako sędzia sądu okręgowego w Opocznie. Szanowano go tam i poważano, bo miał opinię sprawiedliwego arbitra.

Jesień 1893 roku była piękna i bogata. Na stole w jadalni dworu, gdzie skupiało się życie rodzinne, centralne miejsce zajmowała ogromna rzeźbiona misa wypełniona dojrzałymi jabłkami. Wieczorem 12 września, a był to wtorek, żona Komarowa, Masza, kazała pokojówce przestawić misę, aby zrobić miejsce dla graczy. Gośćmi w Błogich mieli być tego dnia dobrzy znajomi rodziny, w większości koledzy Klimienta z pracy, jak on czynownicy. Specjalnie dla nich upieczono ciasta i przyniesiono z piwniczki nalewkę wiśniową.

– Przetrzyj jeszcze raz wszystkie kieliszki – poleciła gospodyni pokojówce, przyglądając się bacznie szkłu pod światło; jej polszczyzna była łamana, ale coraz lepsza. – Znów zostały smugi.

Powóz z pierwszymi gośćmi, a byli to państwo Kropotkinowie, zatrzymał się przed dworkiem punktualnie o szóstej po południu. Potem w alei wiązów i klonów pojawiały się kolejne. Wkrótce pokój stołowy wypełniły śmiech, gwar rozmów, a także dym z fajek i cygar.

– Znakomita ta nalewka! – chwalono.

– I ciasto nie gorsze. Palce lizać, naprawdę! – Ktoś już na lekkim rauszu złożył na dłoni pani domu siarczysty pocałunek.

– Bardzo się cieszę, że smakowało – ucieszyła się żona sędziego, by po chwili się skrzywić. – Niestety, muszę już państwa zostawić. Dziewczynki idą spać. Rano do szkoły, obowiązki…

Choć temu ostatniemu zdaniu towarzyszyły protesty bezpośrednio zainteresowanych, czyli córek, matka w ciągu kilku chwil wypędziła je z salonu.

– Dobranoc państwu, miłego wieczoru – rzuciła jeszcze przez ramię.

Goście zostali sami z gospodarzem. Wyciągnięto wreszcie karty. Kto akurat nie miał ochoty na preferansa, umilał sobie czas pogawędką, siedząc przy inkrustowanym stoliczku pod przepiękną kołtryną, która została tu po poprzednich właścicielach majątku. Za oknami już dawno zapadł zmrok, ale nikomu nie spieszyło się do domu.

Dochodziła pierwsza w nocy, gdy odprowadził wzrokiem ostatni powóz z gośćmi, który odjechał wzdłuż szpaleru drzew w stronę miasta. Blada latarnia uwieszona na lewej burcie chwilę się kołysała, by wreszcie utonąć w mroku. Nastała cisza. Nawet wiatr, który przez cały wieczór pracowicie mierzwił korony wiązów i klonów, ucichł.

On na to właśnie czekał. Potrafił poruszać się niemal bezszelestnie. Nieraz udawało mu się przechytrzyć nie tylko służbę, ale i wyczulone na najcichszy nawet szelest psy. Lubił ciszę. To, co miało się wydarzyć, wymagało należytego skupienia. Nabożnego! Sprawiedliwość, którą wymierzał, zasługiwała na taką oprawę. Na milczenie.

Wychynął z kryjówki, gdzie siedział od zmroku. W kilkunastu krokach zbliżył się do dworu, wdrapał się po wcześniej przygotowanej drabinie na dach i zniknął za kominem.

Pół minuty później był z powrotem na dole. Na powrót zniknął na stronie, skąd po chwili wrócił, niosąc w ręku pięciosztofowy cebrzyk. Przełożył pałąk z lewej ręki do prawej, podniósł naczynie i palcami drugiej ręki ujął za dolną krawędź.

– „…by nikt nie przeprowadzał swego syna ani swej córki przez ogień dla Molocha…” – wyszeptał.

Przechylił cebrzyk. Nieco płynu, które wylało się wprost pod drzwi dworu, zaszeptało coś niezrozumiale, cicho i krótko.

Potem owo krótkie zaklęcie, bo człowiek z wiadrem wyglądał trochę jak ktoś, kto odprawia jakieś dziwne czary, powtarzało się jeszcze kilkanaście razy. Przemieszczał się niczym sprawny ogrodnik podlewający kwiaty wzdłuż ściany dworu, by wreszcie zniknąć za węgłem…

Wrócił po krótkiej chwili. Już bez wiadra, za to z dwiema płonącymi pochodniami, które oświetlały z dwóch stron jego twarz; ta jednak trudna była do rozpoznania za sprawą gęstej brody, a także futrzanej czapy naciśniętej mocno na głowę i kryjącej oczy. Osobnik ten nosił też krótką kurtkę wojskowego kroju.

Znalazłszy się znów przed drzwiami dworku, przyłożył jedną pochodnię do miejsca, gdzie rozpoczął wylewanie płynu z wiadra. Ogień łakomie polizał ścianę. Następnie czynność ta została powtórzona w jeszcze kilku miejscach, za każdym razem z identycznym skutkiem.

Podpalacz przyłożył ogień do grubej wiązki słomy, z której zamierzano wykonać chochoły. Gdy się zajęła, rzucił do środka przez otwarte okno, skąd po minucie, dwóch już ulatywał gęsty dym.

Rychło zaczęły szczekać psy. Zaraz też odezwały się głosy ludzkie.

– Gore! Gore! – krzyczał wysoki mężczyzna sadzący wielkie kroki od strony czworaków.

Także i ze środka dworu dobiegły głosy domowników, płacz dzieci i nawoływania. Ktoś usiłował otworzyć drzwi od wewnątrz, skutecznie blokował je jednak wetknięty pod klamkę gruby trzonek łopaty. Rozległo się walenie i coraz głośniejsze wołanie o pomoc.

– Wody! Dajta, ludzie, wody! – krzyczał już ów wielki chłop do tych, którzy nadbiegali jego śladem ku płonącemu dworowi, podczas gdy podpalacz, przyczajony już za żywopłotem, podziwiał swoje dzieło.

Wtem trzasnęło otwierane okno i pojawiła się w nim mała przerażona dziewczynka.

– Pomóżcie! – krzyknęła rozpaczliwie Masza Komarowa.

Jednak nikt z ludzi, którzy nadbiegli ze czworaków, nie słyszał wołania dziedziczki. Mała zaczęła płakać, w tej samej chwili w głębi dworu coś głucho huknęło. Być może pękł siestrzan.

– Niech pan zabierze dziecko!

Mężczyzna w kurtce wojskowego kroju, który tymczasem wyszedł ze swojej kryjówki, w kilku susach podbiegł do okna, w którym stała kobieta. Zwinnie pochwycił dziewczynkę. Ważyła tyle co nic.

Odskoczył i postawił ją na ziemi, ledwo trzy sążnie od ściany płonącego budynku. W tym samym momencie w oknie pojawiła się kolejna dziewczynka, większa. I ją człowiek ten wziął na ręce, a gdy dołączyła do pierwszej, ujrzał jeszcze jedną. Nie było już jednak za nią jej matki…

– Gasić, do kroćset! Więcej wiader! Ruszajcie się, gnidy, bo poprzetrącam! – wykrzykiwał do ludzi z czworaków jakiś mężczyzna w długim płaszczu; prawdopodobnie był to gnębiący ich na co dzień agronom.

Oni poruszali się jednak coraz wolniej, ryzykując kopniaka lub cios kijem przez plecy. Ich trud był już bowiem daremny. Odsuwali się coraz dalej.

– Zamknij pysk, Śrutwa! – rzucił ktoś odważniejszy, a może po prostu obojętny na to, co go może za to spotkać; nie dziś, to jutro. – Nie widzisz, że to koniec?

Tak było. Dwór w Błogich Szlacheckich płonął jak zapałka i nie można go już było ugasić. Nie pierwszy pożar widzieli ci ludzie i pewnie nie ostatni. Wiedzieli, że kiedy dym opadnie, trudno będzie odróżnić kredens od almarii, a sepst od kantoru. Nic nie wyczytają z alegorii na ścianach. Kilkanaście par oczu patrzyło na to niepodobne do niczego innego misterium.

Dopiero płacz dziewczynek ściągnął uwagę ludzi z czworaków. Gdy do nich podbiegli i jęli odciągać, od dworu bił bowiem nieznośny żar, małe wskazywały rączkami na okno, gdzie po raz ostatni widziały swoją matkę i skąd teraz buchał czarny gęsty dym.

Tylko jedna z nich, najmniejsza, w pewnej chwili wskazała kierunek przeciwny. Prawdopodobnie chciała pokazać tego, który wyniósł ją i jej siostry z pożogi. Nikt się jednak tym nie zainteresował.

Zresztą nieznajomego człowieka w wojskowej kurtce już tam nie było.

2

Jejsk w Kraju Krasnodarskim znany był w całej Rosji z kąpieliska nad Morzem Azowskim. Z jego uroków korzystali zarówno przyjezdni, jak i miejscowi amatorzy pływania. Także jesienią uliczki i parki miasta nie pustoszały, a to za sprawą kuracjuszy, którzy ściągali tutaj z całego kraju dla podreperowania zdrowia. Jejsk słynął bowiem z wód mineralnych i kąpieli błotnych.

Właśnie z takiej kąpieli miał zamiar skorzystać w niedzielę 1 października Sokrat Karpow, urzędnik carski, który przybył tu przed paroma dniami z samej Moskwy.

Ta niedziela tym tylko miała się różnić od innych niedziel. Rano spał bowiem Karpow aż do ósmej, następnie w restauracji pensjonatu, w którym mieszkał, zażyczył sobie jajecznicy z pięciu jaj i mocnej, osłodzonej kawy. Wreszcie ubrał się w odświętny garnitur, wziął do rąk laseczkę i udał się na mszę do najbliższej cerkwi.

Nie zwracał uwagi na spojrzenia ludzi mijających go lub siedzących obok w ławie świątyni. Przyzwyczaił się już bowiem do tego, że jego twarz wzbudza strach, a nawet i obrzydzenie. Cała poorana była głębokimi bliznami, niemal jak twarz człowieka dotkniętego leprą…

Zawsze gdy opuszczał cerkiew po mszy, wypełniała go lekkość. Wszystko wydawało mu się jasne i przejrzyste. Nic nie budziło wątpliwości.

– Sąd Ostateczny czeka każdego – przekonywał sam siebie na głos.

Także i tej niedzieli Sokrat Karpow opuścił cerkiew z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Rzucił nawet kilka kopiejek sterczącemu pod drzwiami świątyni żebrakowi z jedną nogą. Nie zwracał uwagi na stłumione szepty i to, że wytykają go palcami, a matki zakrywają oczy dzieciom w obawie, że przyśni im się w nocy albo spowoduje enuresis nocturna.

Nie mógł jednak zignorować młodego, wysokiego mężczyzny, który go śledził. Zauważył go już w cerkwi, bo tamten siedział ledwo dwa rzędy za nim. Nie było w nim nic, co kazałoby mieć się na baczności. Ot, zwyczajny jegomość, może student albo rekrut.

Ale Sokrat Karpow wiedział dobrze, że ten, kto ma złe zamiary, wcale nie nosi przed sobą tablicy, na której wcześniej wypisał je cyrylicą. Ani nie wymachuje rewolwerem, a przynajmniej nie robi tego zbyt wcześnie. I zapewne właśnie dzięki tej wiedzy Karpow jeszcze chodził po tym świecie. I by się lepiej poczuć, potrzebował tylko owej błotnej kąpieli, która być może już na niego czekała. Czy tam dotrze? To zależało od wielu rzeczy.

Znalazłszy się w jednej z alei parku, na którego skraju znajdował się zakład leczniczy, Sokrat Karpow zwolnił kroku. Nieznacznie odchylił głowę, udając, że bardzo interesują go mijane drzewa. Widział w ten sposób, że młodzieniec nadal za nim idzie.

W pewnym momencie przyszło mu do głowy, że może to jakiś dewiant, któremu wpadł w oko; Jejsk był przecie popularnym kurortem, a w kurortach nigdy nie brakowało podobnych osobników, którzy z dala od domów, częstokroć także żon i dzieci, zaspokajali swe brudne żądze. Nawet po sezonie.

– Dwie zimy w lesie pod Kireńskiem i inaczej byś śpiewał – mruknął Karpow pod nosem.

Po chwili ujrzał parkową ławeczkę. Zbliżył się do niej i powolnymi ruchami jął zrzucać z niej opadłe liście, jednocześnie drugą ręką sięgając za pazuchę. Gdy tamten znalazł się na wysokości ławeczki, Karpow gwałtownie się wyprostował. Jednym susem doskoczył do tamtego, wbijając mu pod brodę lufę rewolweru.

 

– Dlaczego za mną łazisz, cioto? – syknął, krzywiąc się w grymasie złości, przez co jego nabiegła krwią twarz wyglądała jeszcze bardziej koszmarnie.

– Co? – jęknął młodzian. – Ja nie… To pomyłka.

– Dlaczego za mną łazisz? Odpowiadaj, bo ci zrobię trzecią dziurę nie do pary!

Przez kilka chwil trwali nieruchomo na środku parkowej alejki, po której szczęściem nikt nie szedł.

– Przyjechałem z rozkazem – wykrztusił wreszcie młody.

– Co…? – Nacisk Karpowa momentalnie zelżał.

– Przyjechałem z rozkazem – powtórzył nieco już pewniej. – Proszę zabrać broń, panie Karpow.

Usłyszawszy swoje nazwisko, Sokrat cofnął rękę z rewolwerem. Wiedział już, że to swój. Wciąż jednak dyszał. Złość wcale mu nie przechodziła.

– Nie mogłeś po prostu podejść i powiedzieć? – Splunął na ziemię.

– Właśnie miałem to zrobić. Nie chciałem niepokoić pana w pensjonacie…

– Jeszcze chwila, a bym cię wykastrował! Coraz gorzej was szkolą.

– Niech się pan nie denerwuje.

– Jestem spokojny.

– Ośmielę się…

– Papier. – Urodliwyj wyciągnął lewą rękę, podczas gdy prawą chował rewolwer; uspokoił się, ale jeszcze nie do końca. No i ciekaw był wiadomości, którą dostarczył mu umyślny, niechby i idiota. – Ośmielisz się, jak pójdę. Możesz pod tym drzewem.

Emisariusz wyciągnął z kieszeni surduta grubą kopertę, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z Karpowa. Ten usiadł na ławeczce, złamał pieczęcie i wyciągnął list. Przebiegł wzrokiem po pierwszej kartce, potem po następnej.

– I tylko z tego powodu przerywacie mój urlop? – Spojrzał bykiem na młodego, ten jednak nieznacznie wzruszył ramionami. – Wiem, nie wasza wina. Jesteście tylko posłańcem. Marnym…

Jeszcze przez chwilę czytał list, po czym starannie umieścił kartki na powrót w kopercie, a tę schował do wewnętrznej kieszeni niedzielnej marynarki.

– Dziękuję, to wszystko – rzucił do posłańca.

Ten uchylił kapelusza i oddalił się parkową aleją w stronę przystanku tramwaju parowego.

Sokrat Karpow westchnął ciężko. Wiedział już, że nie zażyje dziś błotnej kąpieli. Jutro też nie, bo będzie wtedy w drodze na zachód.

– Drżyj, miasteczko Łódź – rzekł cicho, po czym podniósł się z ławki.