Cień na piasku

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Bywa, że wściekam się z byle powodu. W oczekiwaniu na zmianę świateł na skrzyżowaniu. Albo gdy autobus nie przyjeżdża na przystanek, choć według rozkładu powinny być już dwa. Klnę wtedy pod nosem, zgrzytam zębami, zaciskam pięści, choć przecież pomóc to może tyle, co nic. Nie, cierpliwość nie jest i nigdy nie była moją najmocniejszą stroną. I pewnie nie będzie.

Stoję przed drzwiami. Już dwa razy dotykałem przycisku dzwonka i dwa razy wyraźnie usłyszałem jego dźwięk, wysoki, chroboczący, co oznacza, że wszystko działa doskonale. Tylko że nikt mi nie otwiera.

– Co się dzieje, do kurwy nędzy? – pytam sam siebie.

Szybko ganię się za to w duchu. Wiem dobrze, że muszę trzymać nerwy na wodzy. Język też. Szczególnie teraz. Nie dam się wyprowadzić z równowagi, zniosę to z pokorą.

Stoję więc w bezruchu obiema stopami na słomiance, w którą chwilę wcześniej wytarłem dokładnie buty, choć na dworze nie pada deszcz. Stoję i wpatruję się w jasny prostokąt na drzwiach, na wysokości oczu, kilka centymetrów pod numerem mieszkania. Przy dwóch końcach prostokąta czernią się otwory po śrubkach, a może gwoździkach. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy właściwie zdjęto tabliczkę z nazwiskiem i pierwszymi literami imion lokatorów. I czy zrobiłem to ja, gdy jeszcze tu mieszkałem, czy stało się to później, kiedy już…

Dobrze, jeszcze jedna próba. Jak to mówią, do trzech razy sztuka – postanawiam.

Wyciągam rękę w stronę przycisku, gdy do moich uszu dobiega dziwny dźwięk. Zza drzwi, to pewne. Coś jak pisk. Pisk psa. Albo dziecka.

– Dorota?

Naciskam klamkę. Drzwi ustępują. Pcham je lekko. Przez szparę między ich krawędzią a futryną nasłuchuję przez chwilę. Cisza.

– Jesteście tam? – rzucam niegłośno.

Brak odpowiedzi.

– To ja. Umawialiśmy się, że wpadnę…

Zakłopotany przestępuję z nogi na nogę, wreszcie wchodzę do środka. Wciągam przez nos dobrze znajomy zapach. I wtedy znów słyszę ten pisk, tym razem głośniejszy. Nie mam już wątpliwości, że dochodzi z kuchni.

Siedzą sztywno na taboretach przy stole. Obie mają usta zaklejone szeroką taśmą. Drżą, a po ich policzkach spływają łzy. Nad nimi stoi łysy mężczyzna w czarnej, skórzanej kurtce. Mierzy z pistoletu w skroń kobiety, ale patrzy na mnie.

– No i jest nasza zguba – rozlega się męski, nieco schrypnięty głos.

Oto drugi mężczyzna wychodzi zza załomu ściany. Jest bardzo podobny do tego, który trzyma broń, ale trochę starszy i niższy. Też ma na sobie skórę, choć ta wydaje się bardziej elegancka.

– Czego chcecie? – głos z trudem przechodzi mi przez ściśnięte gardło.

– Porozmawiać – odpowiada tamten.

– O czym?

– O tym, co się stało. Tylko nie próbuj żadnych sztuczek, ostrzegam z góry. Aleks jest nerwowy. – Mężczyzna spogląda na uzbrojonego kamrata.

– W porządku. – Unoszę ręce do góry. – Masz mnie, więc zostaw moją rodzinę. Porozmawiajmy.

– Tak lepiej. Aleks!

Człowiek trzymający broń posłusznie odrywa lufę od głowy Doroty.

– Zawsze warto rozmawiać – mówi starszy. – A mamy naprawdę wiele spraw do omówienia.

– Chodźmy do salonu. – Cofam się o krok i wskazuję ręką kierunek niczym wzorowy agent nieruchomości.

W chwili, gdy wróg robi krok do przodu, a ręka jego pomagiera, która trzyma pistolet, wiotczeje, mój wzrok pada na ścianę przedpokoju. Wisi na niej orientalny kindżał w pochwie wysadzanej kolorowymi paciorkami. To pamiątka z dalekiej podróży. Właściwie to nigdy za nim nie przepadałem. Aż do teraz…

Rozdział pierwszy

Twarz młodego księdza była rumiana, dobroduszna. Duże policzki, nad górną wargą biały meszek. Wielebny przypominałby pastuszka z obrazów dawnych mistrzów, gdyby nie jeden mały szczegół: okulary. Dodawały mu mądrości, powagi, a także lat. Przez takie szkła patrzą oczy lekarza, który ma do przekazania złą diagnozę, ale da nadzieję. I adwokata, któremu nie udało się niczego ugrać dla klienta, ale ponoć sędzia ludzki człowiek.

– Czy zostawili jej okulary? – Maria bezwolnie poruszyła wargami słodkimi od nadmiaru szminki, bo tylko tak była w stanie skutecznie zamaskować spękania i rany. – Przecież ona zawsze nosiła okulary. Trudno ją było bez nich rozpoznać…

– Z prochu powstaniesz i w proch się obrócisz – wyrecytował ksiądz dziwnie wysokim, chłopięcym głosem, po czym sięgnął po kropidło i chlapnął w dół, a potem, z równie dużą siłą i zapałem, prosto w oczy stojących dookoła ludzi.

Dziurę w ziemi otaczał wianuszek złożony z kilkunastu osób, w większości starszych, ubranych ciepło, bo to już jesień, i w zwyczajową w takich chwilach czerń. Kolor ów różnił się jednak znacznie od koloru sutanny czy biretu księdza. Była to czerń poszarzała biedą, przykurzona zapomnieniem, wytarta troską. Ta ostatnia marszczyła też twarze ludzi, którzy przyszli pożegnać jedną z nich, wykrzywiała im usta, malowała się cieniem pod oczami, mnożyła i tak liczne zmarszczki.

– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego…

Kilkoro z nich, wśród nich także Maria, która na tę chwilę przestała miąć koniec wstążki zdobiącej wiązankę kwiatów, uczyniło znak krzyża. Ktoś westchnął, inny głośno pociągnął nosem. Kapłan nabrał do płuc kolejną porcję zimnego październikowego powietrza.

– Panie Boże Wszechmogący, przyjmij do siebie ciało córki swojej, Antoniny… – zaintonował.

Po zgromadzonych przetoczył się szept. Znaczące chrząknięcie. Maria podniosła wzrok, dotąd wbity w czubki butów, do których nie wiadomo kiedy przylepiły się grudki błota.

Czy ktoś się odezwie?

– Heleny – powiedział jakiś starszy mężczyzna, po czym zakasłał i powtórzył głośniej: – Zmarła „Helena” miała na imię, proszę księdza.

Wielebny skinął głową i uśmiechnął się przepraszająco. Pomyłka chyba go nie speszyła. W tym samym momencie jeden z żałobników, dotąd obijający się gdzieś z tyłu, przedarł się przez ciżbę. Trzymał przed sobą krzyż z tabliczką, na której widniały personalia i dwie daty. Kapłan-niezguła otrzymał więc aż dwie podpowiedzi.

– Dobry Boże, przyjmij do siebie ciało córki swojej, Heleny… – powtórzył nie mniej uroczyście, po czym zaintonował jakąś pieśń.

Grabarze zaczęli opuszczać trumnę. Tłumek zafalował. Jakaś kobieta zaczęła głośno płakać, być może dopiero teraz doszło do niej, co się dzieje. I że dzieje się naprawdę, choć wszyscy woleliby, żeby to był tylko koszmar senny.

– Ktoś musi za to odpowiedzieć! – zawołał dyszkantem starszy pan i choć stojąca obok pani, pewnie żona, zaczęła go zaraz uciszać, dorzucił jeszcze: – Płazem tego nie puścimy!

– Do czego jeszcze się posuną? – zawtórował mu z przeciwnej strony rozedrgany gniewem głos kobiecy. – Kto z nas będzie następny?!

Odpowiedziały im równie groźne pomruki. Szybko jednak umilkły, zgaszone przez kogoś, kto apelował o powagę miejsca i szacunek dla zmarłej. Zastąpiły je coraz głośniejsze pochlipywania.

Tymczasem młody ksiądz zakończył śpiew i wycofał się pod wielką figurę anioła, zdobiącą sąsiedni grób, być może w obawie przed dalszymi reakcjami tłumu. Po chwili trumna spoczęła na dnie. Wciągane z powrotem pasy otarły się z sykiem o jej boki. Pierwsza garstka wilgotnej ziemi głucho stuknęła o drewniane wieko.

Maria bała się podejść do krawędzi, nie mówiąc już o tym, by spojrzeć w dół. Postanowiła, że poczeka, aż grabarze wykonają swoją pracę. Wtedy dopiero położy na kopczyku wiązankę. Takich osób jak ona było zresztą więcej. Kłosowscy z parteru albo pani Jadzia Nowak, która na co dzień rzadko opuszcza mieszkanie na trzecim piętrze, teraz jednak nie mogła postąpić inaczej. No i była przy niej córka, która wprawdzie co chwila spoglądała niecierpliwie na zegarek, ale trwała przy matce.

Wreszcie skończyli. Maria zbliżyła się do grobu i położyła na nim kwiaty, wyprostowała wstążkę ze stylizowanym napisem OSTATNIE POŻEGNANIE. Odwróciła się. I wtedy szare pnie cmentarnych drzew zawirowały jej przed oczami, a wszystkie ludzkie twarze stopiły się w jedną, wykrzywioną grymasem. Potem mara zniknęła. Zastąpiła ją ciemność.

Starsza pani zachwiała się, zatrzepotała w powietrzu rękami. I już pogodziła się z tym, że upadnie, może po raz ostatni. Poczuła nawet błogość i przyjemne ciepło. W tej samej sekundzie czyjaś ręka chwyciła ją wpół i pociągnęła ku górze, a do jej uszu dobiegł męski głos:

– Pomogę pani. Proszę spokojnie oddychać. Już dobrze…

* * *

Nie był zbyt wysoki, ale na ułomka też nie wyglądał. W końcu udało mu się utrzymać ją w pionie, choć byle chuchrem nie była! Twarz miał nawet przystojną, choć coś w niej było niepokojącego i fascynującego zarazem. Usta się uśmiechały, podczas gdy oczy pozostawały poważne, jeśli nie smutne. Mężczyzna ten miał około czterdziestki, może kilka lat więcej, a może mniej. Trochę siwych włosów na skroniach, nieliczne zmarszczki.

Przydałoby mu się odwiedzić fryzjera – zauważyła w duchu Maria. I nową żyletkę kupić.

– Napije się pan herbaty – stwierdziła bardziej niż zapytała. – Mam świeże ciasto, szarlotkę. Sama piekłam. Lubi pan?

– Może powinna pani jeszcze trochę odpocząć? – powiedział, lekko uniósłszy się w fotelu.

– Już mi lepiej. Dużo lepiej.

– Na pewno?

– Na pewno.

– W takim razie poproszę – sapnął, by dodać: – Szarlotka to moje ulubione ciasto.

Uśmiechnęła się, po czym wstała z bliźniaczego fotela i podreptała do kuchni.

– Już podaję – rzuciła przez ramię.

Mężczyzna po raz kolejny rozejrzał się po wnętrzu. Największy pokój w mieszkaniu nie był zbyt przestronny, ale za to dość wysoki, jak na przedwojenną architekturę przystało. Jedną ze ścian zajmowała etażerka z kryształami i porcelaną. Na półeczce ustawiono ramki ze zdjęciami. Nie było wśród nich fotografii nowych, kolorowych.

 

Pod przeciwległą ścianą stała kanapa, która razem z fotelami, na których siedziała gospodyni i jej gość, tworzyła komplet. Wszystkie trzy meble okrywały grube narzuty w zielono-pomarańczowe pasy. Blat okrągłego stoliczka chroniła bardzo podobna do narzut serwetka. Ściany pokoju, oklejone pociemniałą tapetą w drobny wzorek, zdobiły reprodukcje obrazów. Połowa przedstawiała świętych.

Maria skłamała, mówiąc, że czuje się już dobrze. Odkąd wrócili z cmentarza do mieszkania, kręciło jej się w głowie, a serce kołatało niespokojnie. Zbierało jej się na wymioty.

Tak, mocna herbata na pewno mi pomoże – pomyślała.

– Nigdzie się pan nie spieszy? – zawołała z kuchni, zaraz jednak zrobiło jej się głupio: jeszcze gotów pomyśleć, że go wyprasza!

– Nie – odpowiedział szybko nieznajomy. – Robota może poczekać.

– Ma pan swoją firmę?

– Można tak powiedzieć.

Nie wyglądał na biznesmena. Raczej na nauczyciela, takiego swojaka w dżinsach, co z łatwością dogaduje się z młodzieżą. Uwagę zwracał tylko jego zegarek na srebrnej bransolecie, dość duży, wystający nieco spod mankietu szarej bluzy z jakimiś angielskimi napisami.

– Tak, teraz to lepiej być na swoim – skwitowała.

Czajnik zaczął gwizdać. Maria zaparzyła herbatę i ukroiła dwa kawałki ciasta. Umieściła wszystko na jednej dużej tacy, uniosła ją, ale zaraz postawiła z powrotem na stole.

Nie dam rady.

Wtedy znów pojawił się on. Bez wołania. Jak dobry anioł.

– Pomogę pani. – Podniósł tacę.

Po chwili znów siedzieli w największym pokoju, pili, jedli i gawędzili miło, jakby znali się od dawna. Gdy jednak temat rozmowy zszedł na to, co wydarzyło się nieco ponad godzinę wcześniej, Maria spochmurniała.

– Szkoda pani Helenki, wielka szkoda – westchnęła, ocierając łzę. – Od początku mówiła, że tego nie wytrzyma. No i miała rację…

Mężczyzna z uwagą odstawił filiżankę na spodek.

– Czego nie wytrzyma? – zapytał.

– Pan nic nie wie? – Maria zmarszczyła brwi. – Myślałam, że…

– Przepraszam, to nie moja sprawa – bąknął, czerwieniąc się. – Pójdę już.

Podniósł się z miejsca, gospodyni jednak żywo zaprotestowała:

– Ależ niech pan siedzi! – żachnęła się. – Po prostu myślałam, że jest pan z rodziny pani Helenki. Dalszej, ale jednak z rodziny. I wie pan, co tu się działo. Co się nadal dzieje. Zresztą chyba każdy by zapytał, słysząc, co sąsiedzi wykrzykiwali na pogrzebie. Czułam się jak na demonstracji.

– Tak, nie brzmiało to zbyt przyjaźnie – ocenił nieznajomy. – Kogo właściwie mieli na myśli?

Starsza pani westchnęła. Spojrzała za okno. Właśnie zza jednej ciężkiej, jesiennej chmury na moment wychynęło słońce.

– Mieszkam tu od sześćdziesiątego piątego roku – zaczęła. – Wprowadzaliśmy się z rodzicami i starszym bratem. Lata mijały, nic się nie działo. Człowiek uczciwie płacił czynsz, za gaz, wodę i prąd. Nigdy nie mieliśmy żadnych zaległości. Ani wtedy, gdy byli jeszcze rodzice, ani potem, gdy zostałam tu sama. Mieć długi? To się nie mieściło w głowie!

Przerwała. Sięgnęła po widelczyk i ukroiła kawałek szarlotki, jednak nie włożyła go do ust.

– Kiedy upadła komuna – ciągnęła – zaczęło się mówić, że teraz będzie sprawiedliwie, po ludzku. Ja nie mówię, że wcześniej było źle. Zawsze mieliśmy posprzątane na klatce schodowej, podwórko zamiecione. Bo jak nie, to dozorca od razu miał nieprzyjemności. Zaczęto też mówić, że być może ktoś upomni się o nasz budynek. Przedwojenny właściciel, co to mu odebrali własność dekretem Bieruta. Wie pan, o co chodzi?

Skinął głową.

– No i znalazł się – prychnęła z pogardą. – Nie sam właściciel, bo przecież ten dawno już nie żyje, ale jakiś jego pociotek. Dokumenty miał, pieczątki były na swoim miejscu, więc wszystko było w porządku. Tylko on nie był. Czasami wystarczy raz spojrzeć na człowieka i już się wie, co to za egzemplarz. Starzy ludzie, proszę pana, potrafią takiego przejrzeć. Niech mi pan wierzy. Ale potrafią też dać się podejść jak dzieci. Starczyło kilka spotkań, by ich omotał. A jak omotać ludzi?

– Pewnie coś im obiecać.

– Otóż to! – Maria wycelowała wskazującym palcem w pierś swojego gościa. – Obiecać. I tak właśnie zrobił. Mieliśmy mieć wyremontowaną klatkę schodową, wymienioną windę, choć ta, jak pan widział, wciąż niczego sobie. Ten człowiek zapowiadał wymianę instalacji kanalizacyjnej i elektrycznej. Miało być jak w Bristolu! Tydzień po tym spotkaniu otrzymaliśmy pisma, w których nowy właściciel powiadamiał nas o podwyżce czynszu. Trzykrotnej! Pan sobie to wyobraża?

– Trzykrotnej?! – zapytał, jakby nie dosłyszał.

– Od razu było wiadomo, że nikt tyle nie zapłaci. Większość ludzi, którzy tu mieszkają, mają tylko emerytury. Całe życie uczciwie pracowali. Komuś pomagają dzieci czy wnuki, żeby jakoś wiązał koniec z końcem. Ale płacić trzy razy tyle? To rozbój w biały dzień!

Maria wstała z fotela i podreptała w kierunku etażerki stojącej przy ścianie równoległej do okna. Otworzyła jedną z szuflad, chwilę w niej grzebała. Wreszcie wyjęła teczkę w burym kolorze. Tak zaopatrzona, wróciła z sapką do stołu.

– Tu jest wszystko, proszę pana. – Położyła teczkę na blat. – Cała historia mojej mordęgi. Każdy z lokatorów ma w domu podobną, gdzie składa wszystkie pozwy, monity i odwołania. Pani Helenka też miała…

Rozległo się pojedyncze, głuche uderzenie w blachę. Nieznajomy spojrzał ponad ramieniem starszej pani na ścianę, na której wisiał zegar. Minęła pierwsza po południu.

– Pójdę już. – Dopił z filiżanki resztę herbaty. – Dziękuję za ciasto. Było naprawdę pyszne.

Wstał. Maria również, choć wydawało się, że jej myśli krążą zupełnie gdzie indziej.

– Ale to wszystko nic – dotknęła burego kartonu usianą plamkami dłonią – w porównaniu z tym, co stało się potem. Dotąd to były tylko słowa, argumenty. Cyfry oznaczające kwoty i numery paragrafów. Potem jednak, proszę pana, przyszli oni…

* * *

Wnętrze niewielkiego sklepiku wypełniała woń wyściółki, zwierzęcych odchodów i karmy. Drugim zmysłem szczególnie narażonym w tym miejscu był słuch. Głosy kilkudziesięciu zamkniętych w klatkach ptaków słyszało się na długo przed tym, jak nacisnęło się klamkę drzwi.

Właśnie ktoś to zrobił. Siedzący za ladą długowłosy sprzedawca podniósł wzrok znad czytanej gazety. Jednym ruchem zdjął z uszu ogromne słuchawki. Nie wyglądał na najszczęśliwszego, bo oto znów ktoś przerywał mu błogie lenistwo. Wyraz zniecierpliwienia szybko musiał jednak zastąpić uśmiech.

– Dzień dobry. – Uniósł się z miejsca; następnych kilka sekund miało zdecydować, czy na dobre się podniesie, czy klapnie z powrotem.

Do sklepu wszedł mężczyzna w spranej dżinsowej kurtce. Sprzedawca widział go tu po raz pierwszy. Miał pamięć do twarzy, a i pracował tu niedługo. W przyszłą środę miały minąć dwa miesiące. Wcześniej robił w sklepie z płytami, ale właściciel musiał zamknąć interes.

– Uszanowanie – odpowiedział po dłuższej chwili przybysz.

Nie wygląda ani na akwarystę, ani na człowieka, który lubi, gdy budzi go śpiew kanarka – pomyślał o nowym kliencie długowłosy. Swoją drogą trzeba mieć nie w porządku pod sufitem, żeby sprawić sobie takiego zasrańca, który budzi cię o piątej nad ranem i za nic ma, że to sobota czy niedziela.

Klient podszedł do jednej ze ścian i przez dłuższą chwilę przyglądał się klatkom, w których mieszkały chomiki, myszki, świnki morskie i szynszyle. Sprzedawca dyskretnie włączył pauzę w odtwarzaczu leżącym poza zasięgiem wzroku wchodzących do sklepu, czyli pod ladą.

– Może w czymś pomóc? – zapytał.

– Na razie się rozglądam – odrzekł tamten półgębkiem, po czym przeszedł na drugą stronę, gdzie piętrzyły się akwaria.

Tymczasem drzwi otworzyły się ponownie, tym razem na dłużej. Do sklepu weszła bowiem matka z dwójką dzieci. Dziewczynka wyglądała na jakieś dziesięć lat, chłopczyk – niższy od niej o głowę – mógł jeszcze chodzić do przedszkola. Malec od razu podbiegł do klatek z ptakami, wskazał palcem jedną z nich. Kobieta podeszła bliżej. Najpierw uśmiechnęła się, ale potem pokręciła głową. Niezrażony tym dzieciak próbował szukać zrozumienia u siostry, ta jednak nie odrywała wzroku od ekranu telefonu komórkowego.

– Może w czymś pomogę? – Ekspedient, który w międzyczasie wyszedł zza kontuaru, zbliżył się do rodziny; dopiero teraz można było zobaczyć, że mimo jesiennej aury ubrany był w krótkie spodnie.

– Szukamy papugi – oznajmiła kobieta.

– Chodzi pani o jakiś konkretny gatunek?

Kobieta bezradnie rozłożyła ręce.

– Papuga Krystyna – podpowiedział jej mały.

– Tak ma na imię, synku – sprostowała cierpliwie matka. – Nie zapytałeś kolegi, jakiego gatunku jest jego Krystyna. Wie pan – przeniosła spojrzenie na długowłosego – jak to jest z dzieciakami…

– W sprzedaży mamy kadadu, gwarki, żako – zaczął wymieniać sprzedawca. – W przyszłym tygodniu mają przywieźć dwie pary nierozłączek i faliste.

A jeszcze kilka tygodni temu nie miał pojęcia, że coś takiego w ogóle istnieje – a teraz?! Może minął się z powołaniem i zamiast na filozofię na uniwersytecie powinien był iść na biologię lub coś podobnego?

Ale kobieta jeszcze bardziej się zakłopotała. Było jasne, że przychodząc tutaj, chciała zrobić przyjemność synowi, który najpewniej zażyczył sobie mieć papugę taką jak jego kolega.

– Chyba jeszcze musimy się zastanowić – westchnęła, po czym złapała malca za rękę.

– Może polecę innego ptaka? – Długowłosy wskazał ruchem głowy na klatki z kanarkami, próbując ratować sytuację. – Wczoraj przywieźli.

– Ja chcę papużkę Krystynę! – wykrzyczał malec, a na jego policzkach pojawiły się łzy.

I aby pokazać, że nie żartuje, tupnął ze złością nogą. Był to obrazek, jakich wiele widzi się co dzień w centrach handlowych. Hałas spowodował, że uwięzione ptaki podniosły wrzask.

Kobieta przepraszająco spojrzała na sprzedawcę, po czym pchnęła syna w kierunku drzwi, które chwilę wcześniej otworzyła jej córka. Obyło się bez ataku histerii, rzucania się na podłogę. Chwilę potem w sklepie zostali tylko sprzedawca i mężczyzna w dżinsowej kurtce. Długowłosy zdążył już o nim zapomnieć. Zatęsknił za muzyką, która czekała pod sklepową ladą. Marzył o chwili, gdy zamknie tę cholerną budę.

Klient uśmiechnął się. Brakowało mu dwóch przednich zębów.

– Ma pan więcej tych klatek? – Wskazał na plastikowy pojemnik z uchwytem i drzwiczkami, służący do transportu małych zwierząt.

– Na zapleczu powinny być. Ile pan potrzebuje?

– A z pięć, sześć – rzekł szczerbaty z dziwną obojętnością. – Ile pan masz.

– A da pan radę wszystko zabrać?

– Spokojna głowa. Zaraz tu będzie mój kolega. To co? Idziem na zaplecze?

Sprzedawca zawahał się. Nie mógł przecież zostawić interesu bez dozoru. A może to jakaś podpucha, a ten facet chce go stąd wyciągnąć? Po chwili jednak obaj zniknęli na zapleczu sklepu.

* * *

Siedział na ławce jakieś pięćdziesiąt metrów od wejścia do pasażu handlowego i patrzył na kobietę z dwójką dzieci. Chłopiec, który był mniejszy, płakał. Chyba, bo z tej odległości trudno było to ocenić. Dziewczynka coś mówiła matce.

Ulicą przejechał tramwaj. Gdy ponownie odsłonił widok, matki z dziećmi już nie było.

– Hej! – siedzący na ławce usłyszał krzyk, a po chwili gwizd.

To Patyk. Stał przed wejściem do pasażu. Trzymał w rękach jakąś skrzynkę. Przywoływał go ruchami głowy.

Wstał z ławki i obciągnął spodnie, których nogawki przykleiły się do skóry. Wciąż się pocił, co było dziwne, bo temperatura nie przekraczała dziesięciu stopni.

– Już idę, idę – mruknął w odpowiedzi na kolejny gwizd.

Przeczekał, aż przejadą dwa samochody, po czym przeskoczył jezdnię.

– Ruchy, Nowy! – fuknął gniewnie Patyk. – Nie płaci ci się za siedzenie.

– Dobrze już, dobrze. Jestem.

– Trzymaj. – Wcisnął mu do rąk pudło.

– Co to jest?

– Zobaczysz – wyjaśnił zdawkowo tamten, po czym na powrót zniknął za drzwiami.

Mężczyzna ostrożnie postawił pudło na ziemi. Znów bolała go głowa. Zaczęło się, jak siedział u tej starej kobiety, która częstowała go szarlotką i herbatą. Pewnie łeb rozbolał go od tego, co mówiła. I nie mogła przestać! Poprosił o tabletkę, oczywiście zaraz mu ją podała.

– Chyba domyślam się, do czego te skrzynki – mruknął sam do siebie.

Pięć minut później siedzieli w starym dostawczym fiacie. Skrzynki do przewozu małych zwierząt – Patyk kupił cztery – nie zajmowały nawet dziesiątej części powierzchni.

– Co dobrego? – Szczerbaty spojrzał z ukosa na siedzącego na miejscu pasażera mężczyznę, którego nazwał Nowym. – Nie wyglądasz za dobrze. Kac cię jebie?

 

– Boli mnie głowa.

– Zachlałeś wczoraj z Cześkiem?

– Nie. Skąd.

– Przede mną nie musisz udawać. Prokuratorem nie jestem. Ani proboszczem. A Czesiek nie lubi pić sam, wszyscy to wiedzą. I mało też nie może. To jak? Było coś wczoraj?

Nowy wzruszył ramionami. Na szczęście Patyk nie naciskał, bo musiał skupić się na drodze. Wyjechali już na dwupasmową arterię, do tego zbliżał się czas popołudniowych powrotów, więc było tłoczno. Zmierzali w stronę rogatek miasta. I co chwila musieli się zatrzymywać.

– Kurwa ich mać! – zaklął kierowca, po raz kolejny naciskając na hamulec. – Jakby się sprzysięgli. Jedna droga tylko jest, żeby wyjechać z tego zasranego miasta?!

Ostatnie pytanie wykrzyczał przez otwarte okienko w stronę mijających ich na sąsiednim pasie samochodów. Nikt mu nie odpowiedział. Nikt też najpewniej nie usłyszał jego słów.

– Sąsiedni pas zawsze jest szybszy. Stara zasada, co nie? – rzucił ni to do siebie, ni to do pasażera. – Nie wytrzymujesz, w końcu zmieniasz pas, bo kto lubi stać w korkach. I wtedy ten, który opuściłeś, jakoś cudownie przyspiesza…

Nowy znów nic nie odpowiedział. Patrzył nieruchomym wzrokiem w boczną szybę. Tymczasem Patyk najwyraźniej się nakręcał.

– Każdego dnia to samo. Rano w jedną stronę, wieczorem w drugą. Gdybym tak miał zapierdalać codziennie pięćdziesiąt kilometrów do roboty i z powrotem, to chyba bym se w łeb od razu strzelił. Ale jak chcą, proszę bardzo. Miasto im się nie podoba. Przyjechać, swoje gówno i smród zostawić, a po fajrancie do domciu. Na łono natury. Buraki zasrane!

Zamilkł wreszcie. W tym samym momencie nad jezdnią zapaliło się zielone światło. Ruszyli, tym razem powoli, niemal dostojnie. Skrzyżowanie, krytyczny punkt wylotówki z metropolii i przyczyna korka, było już przecież tylko złym wspomnieniem.

– Nawet nie tak źle. Piętnaście minut. – Kierowca spojrzał z zadowoleniem na zegarek. – Przed zmrokiem będziemy na miejscu. Nie lubię jeździć o szarówce, wiesz, Nowy? Czasem wolę poczekać, aż zrobi się zupełnie ciemno.

– Uhmm.

– A, nie mówiłeś mi jeszcze, jak było na… zakopkach?

– Gdzie? – Mężczyzna oderwał wzrok od bocznej szyby fiata, za którą coraz szybciej przesuwały się drzewa i niskie budynki; kilka chwil wcześniej minęli tablicę z przekreśloną nazwą miasta.

– No, na pogrzebie – zarechotał Patyk, ukazując ubytki w uzębieniu. – Mówiłeś przecież, że się wybierasz.

– Zgadza się. Byłem.

Przez chwilę milczeli. Kierowca włączył lewy kierunkowskaz, zredukował bieg i wcisnął gaz, by wyprzedzić jakiegoś marudera. Gdy wrócił na swój pas, podjął wcześniejszy temat.

– I jak? Wszystko się udało? – dopytywał.

– Ksiądz się pomylił – przypomniał sobie Nowy.

– Pogrzeby pomylił?

– Nie. Imię zmarłej.

– Eee, to nic takiego! – Patyk oderwał prawą rękę od kierownicy i machnął nią lekceważąco. – Ty wiesz, ile taki ksiądz ma dziennie pogrzebów, ślubów czy chrzcin? I weź tu zapamiętaj wszystkie imiona. Mówią, że to nieroby. A to według mnie jeden z najtrudniejszych zawodów.

Nowy spojrzał na niego zezem.

– Ważne, że mu się pogrzeb ze ślubem nie pomylił – ciągnął ze swadą kierowca. – Choć odwrotnie pewnie by było gorzej. Pomyśl, stoisz jako pan młody przed ołtarzem i nagle słyszysz: „spoczywaj w pokoju”. Choć jak tak na niektóre panny młode spojrzeć…

Fiat zwolnił, rozległ się dźwięk kierunkowskazu przypominający tykanie zegara. Skręcili w prawo. Kilka skrzynek przesunęło się po podłodze. Koła auta zachrzęściły na żwirze. Nowy usiłował dostrzec nazwę miejscowości na drogowskazie, jednak było już na to za późno.

– Jeszcze dwa kilometry i jesteśmy na miejscu – mruknął Patyk, odpowiadając, choć tylko po części, na niezadane pytanie.

Dziesięć minut później furgonetka wjechała na ogrodzony teren. Szczerbaty zaparkował przed drzwiami domu, którego spadzisty dach rysował się wyraźnie na tle łuny zachodu. Gdzieś blisko ujadał pies, czemu towarzyszyło podzwanianie łańcucha o drewnianą ścianę budy.

– Zostań – rzucił kierowca do pomocnika.

Wyskoczył z samochodu, postawił kołnierz i skierował kroki w stronę wejścia do budynku. Nie trzasnął drzwiami, a zawsze lubił huknąć, aż rdza się sypała. Tym razem jednak z jakiegoś powodu pozostawił je niedomknięte.

Nowy rozejrzał się dookoła, nerwowo poruszył się na siedzeniu. Nie podobało mu się to miejsce. Na szczęście ból głowy był nieco mniejszy.

Po raz trzeci był z Patykiem w trasie. Określenie było może przesadzone, ale polubił je, bo pachniało światem i przygodą. Za każdym razem przewozili jakieś pudła, większe lub mniejsze, za to ciężkie. Rolą Nowego było przenieść wszystkie do fiata, a potem wynieść. No i jak dotąd nie opuszczali miasta. Dziś stało się to po raz pierwszy. Za to Patyk był jakiś rozmowniejszy, skłonny do żartów, bo wcześniej prawie ze sobą nie rozmawiali.

Burek przestał ujadać. Pewnie reagował na ruch. Zacznie od nowa, gdy kierowca wróci albo na podwórko przyjedzie ktoś nowy z pola lub – jak oni – z miasta. Przez okienko z opuszczoną do połowy szybą do uszu siedzącego dobiegły inne odgłosy: jakaś muzyka, strzęp rozmowy. Gdzieś wyżej niósł się pomruk nabierającego wysokości samolotu. Jadąc tu, widzieli jeden lecący tak nisko nad ulicą, że można było dostrzec światła w okienkach.

– Dobrze, żeście przyjechali, bo już nie miałem ich czym karmić – od strony domostwa doszedł starczy głos.

– Im bardziej wygłodzone, tym lepsze – zaśmiał się Patyk.

– Też prawda.

Nowy nie dosłyszał nic więcej, bo pies znów zaczął szczekać. Wydawało się jednak, że robi to z mniejszym gniewem i zajadłością. Teraz widział przecież swojego pana. Pan trzymał go co prawda bez przerwy na uwięzi, kija nie żałował, karmił marnie, ale pewnie i to nie było w stanie osłabić psiej miłości. Nowy poczuł z tym kundlem, którego nawet nie widział, dziwną solidarność.

– Zamknij wreszcie mordę! – krzyknął gospodarz na psa, ten zaś momentalnie zamilkł. – Macie skrzynki?

– W samochodzie – odpowiedział Patyk.

– No to chodźmy.

– Nowy, nie śpij! – Kierowca, który wcześniej oszczędził drzwiom fiata, teraz odbił sobie uderzeniem pięścią w blachę karoserii.

– Nie śpię.

– Przypomniałeś sobie coś? – Patyk mrugnął porozumiewawczo okiem do gospodarza.

Chwila ciszy.

– Nie – odpowiedział wreszcie pomocnik.

– To łap się za skrzynki i chodź.

Chwilę później szli w kierunku jednego z budynków gospodarczych. Nowy wyjrzał zza niesionych przed sobą pojemników. Cień gospodarza, tak jak przed paroma chwilami jego dom, rysował się na tle pomarańczowego nieba. Dziadek szedł przekrzywiony ku lewej stronie, utykał.

– Jeszcze rok, dwa, i sprzedam to wszystko w cholerę – wysapał.

– Nie szkoda? – chciał wiedzieć Patyk.

– Tylko patrzeć, jak tu miasto przyjdzie. Lepiej, żeby ktoś się jeszcze tą ciszą nacieszył.

– Może i tak.

– A ja tego nie oglądał – dokończył stary. – No, jesteśmy na miejscu. Daj no pan pierwszą skrzynkę.

Nowy postąpił krok do przodu, a Patyk zdjął pojemnik, który znajdował się na szczycie i podał go gospodarzowi, ten zaś zaraz zniknął za drzwiami. Wrócił po paru chwilach. Skrzynkę postawił na ziemi. Coś w niej było, coś skrobało o plastikowe ścianki.

– Rzeczywiście niespokojny – przyznał Patyk zmienionym głosem.

– Palucha pchać nie radzę, chyba że niepotrzebny. Ale ZUS za to nie zapłaci – zachichotał stary, zakasłał, po czym z nową skrzynką zniknął za drzwiami.

* * *

Maria skończyła układać pasjansa. Nie wyszedł jej, zresztą po raz drugi tego wieczora. A tak bardzo chciała się dowiedzieć, co ją czeka. Czy widać koniec udręki?

Gdy kilkanaście godzin temu znów o tym opowiadała człowiekowi, który pomógł jej na cmentarzu, a potem przywiózł do domu, niemal czuła, jak zrzuca z siebie ciężar. Po trochu, z każdą chwilą, z każdym wypowiedzianym zdaniem, naprawdę była jakby lżejsza. Właściwie nawet nie wiedziała, jak on się nazywa. Pewnie już się tego nie dowie. A wystarczyło zapytać…

A może lepiej nie wiedzieć, nie wymieniać się numerami telefonów, których zresztą najprawdopodobniej nigdy się nie wykręci? – pomyślała ze smutkiem.

Nieznajomy, owszem, wysłuchał, bo tego nakazywała grzeczność albo ta siła, która kazała mu wyciągnąć rękę na cmentarzu, uchronić kobietę przed niechybnym upadkiem. Ale przecież nie zmieni świata!

No bo kogo tak naprawdę obchodziła ona i znajdujący się w tej samej sytuacji pozostali lokatorzy kamienicy, którą odzyskał potomek spadkobiercy? Odzyskał wraz z lokatorami, ale co za problem pozbyć się ich, szybko i skutecznie? Na początku kulturalnie, podwyżką czynszu, której nikt nie przewidywał w najczarniejszych snach. A gdy to nie przyniosło efektu, a przecież liczył się czas, przystąpić do bardziej zdecydowanych działań.