Amber-Gold

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Amber-Gold
Amber Gold
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 85  68 
Amber Gold
Amber Gold
Audiobook
40 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Dochodziła czwarta po południu; słońce wisiało dość jeszcze wysoko nad skarpą i budynkami uniwersytetu, gdy przed torem kolarskim Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów na Dynasach zatrzymał się czarny, lśniący landolet. Pojazd najpewniej zjechał z góry, bo zaprzężona do niego szkapa rżała z zadowoleniem, stukając kopytami o brukowe kamienie, mokre jeszcze po niedawnym deszczu.

Na dźwięk ów młody mężczyzna w podartej czapce w czarno-czerwoną kratę oderwał wzrok od grupy cyklistów, swoich rówieśników, którzy właśnie kończyli kolejne okrążenie. Zrobił to z niechęcią. Odkąd bowiem zaczął się wyścig, z zapartym tchem śledził ich zmagania. Miał nawet faworyta, a ten plasował się w tej chwili na drugim miejscu.

Nic, interesy to interesy… – pomyślał, po czym niespiesznym, rozkołysanym krokiem, z rękami wsuniętymi głęboko w kieszenie przykrótkich portek, podążył w kierunku powozu.

– Czego tu?! – fuknął na niego mężczyzna siedzący na koźle, mocniej zaciskając palce na rękojeści bacika.

– Spokojnie, ojciec – odpowiedział osobnik w kraciastej czapce, wypinając z dumą pierś: – Jestem umówiony. Słomka moje nazwisko – przedstawił się, ale zaraz poprawił: – Pan Słomka.

W tej samej chwili otworzyły się drzwiczki.

– Zapraszam – dobiegło ze środka.

To ostatecznie wyjaśniło sprawę. Ulicznik szparko wskoczył na podest i zniknął pod budą. Trzasnęły zamykane drzwiczki i landolet potoczył się w stronę Wisły.

– Lubisz pan welocypedy? – Głos człowieka, który zaprosił gościa do środka, brzmiał nieco z obca; osobnik nazwiskiem Słomka nie był jednak w stanie powiedzieć, co było w nim dziwnego. Ot, jakiś nie nasz, nie taki, jaki słyszało się na co dzień na ulicach Warszawy. Nawet gdy były to obelgi.

– Tak. I chciałbym sobie kiedyś taki sprawić – przyznał Słomka.

– Kto wie, kto wie… Dokąd jedziemy?

Słomka podał adres. Potem, na prośbę głównego pasażera, powtórzył na tyle głośno, ażeby go usłyszał gburowaty woźnica.

– Za kapliczką będzie druga w lewo – dodał jeszcze.

Wszystkie trzy okienka, mimo jasnego dnia, były szczelnie zasłonięte. Osobnik, który zaprosił Słomkę do środka, a wcześniej, w istocie, umówił się z nim o czwartej po południu na Dynasach, nie był więc widoczny w pełnej krasie. Podobnie gdy widzieli się po raz pierwszy, a było to już po zapadnięciu zmroku, przy szopach piaskarzy w okolicach Mostu Kierbedzia. Teraz w półmroku łyskała jedynie biel gorsu koszuli nieznajomego. I, od czasu do czasu, zabłąkany promień słońca odbijał się od przepięknego złotego pierścienia z wielkim bursztynem, który ten nosił.

Słomce to jednak nie przeszkadzało. Ani trochę. Nieraz już przecie pracował dla ludzi, który chcieli zachować anonimowość. Większość z nich to byli wielcy panowie: warszawscy kupcy, urzędnicy, a nawet jeden baron! Ważna była wysokość ceny, jaką płacili za usługę. A pan Słomka tani nie był, o nie! Dlatego, że był skuteczny. Gdyby zapytać o najskuteczniejszego złodzieja na Powiślu, Solcu, a nawet Czerniakowie, oczywiście zapytać niezbyt głośno i odpowiednich ludzi, a słowa wzbogacić brzękiem półrublowych monet, wszyscy bez wahania wskazaliby na Franciszka Słomkę.

Spotkanie na Dynasach miało być drugim i ostatnim spotkaniem obu mężczyzn. Robota została bowiem wykonana, o czym złodziej rychło i nie bez dumy poinformował.

– To świetnie – ucieszył się tajemniczy zleceniodawca. – Coś czuję, że już jutro pojeździsz pan własnym welocypedem.

– Mam nawet jeden upatrzony. W składzie na Marszałkowskiej.

– I pewnie będzie to pierwsza rzecz, której nie ukradniesz, co?

Franek bez słowa przełknął zniewagę. Zbliżali się już do miejsca, gdzie miał przekazać towar, a także odebrać lwią część zapłaty. Nie musieli odsłaniać okienek, by się zorientować, że to nie Krakowskie Przedmieście ani Nowy Świat czy wspomniana przed chwilą Marszałkowska. Dryndą zaczęło kołysać na wszystkie strony, a koła stukały tak głośno, że wydawało się, iż zaraz rozsypią się w drzazgi. Przekleństwa wozaka potwierdziły, że wjechali tam, dokąd rzadko który ośmielał się skierować chabety.

Wreszcie kołysanie ustało. Landolet stał w miejscu.

– Pan pierwszy. – Zleceniodawca otworzył drzwiczki.

Słomka wyskoczył z powozu. Poczuł ulgę. Jednym spojrzeniem ogarnął okolicę. Woźnica sprawił się doskonale, bowiem znajdowali się dokładnie tam, gdzie mieli się znaleźć: wąska, błotnista uliczka zabudowana była z obu stron na pół zapadłymi chatkami, a u jej wylotu szarzała rzeka. Gdzieś szczekał pies, trzasnęło zamykane okno.

– Proszę prowadzić, panie Słomka.

Złodziej odwrócił się. Po raz pierwszy ujrzał twarz tamtego człowieka, choć nie całą. Mężczyzna nosił bowiem modny kapelusz z bardzo szerokim rondem, które przykrywało cieniem jego oczy, zaś okrągłe szkła okularów wykonane były z przydymionego szkła.

– Pan pozwoli za mną – mruknął Franek.

Weszli na brudne podwórko. Spod ich nóg czmychnęło kilka kur. Po chwili najsłynniejszy ze złodziei dolnych rejonów Warszawy sięgnął do kieszeni przykrótkich portek, skąd wydobył klucz. Otworzył nim rdzewiejącą kłódkę. Drewniane, spaczone drzwi komórki otworzyły się z głośnym, nieprzyjemnym chrupnięciem. Z pomieszczenia buchnął smród stęchlizny.

– To tutaj, proszę pana – głos Franciszka Słomki brzmiał jakoś inaczej niż przed paroma minutami.

A przecie po łup, który teraz miał zamiar przekazać rzetelnie zleceniodawcy kradzieży, szedł jak po swoje. Wystarczyło kilka godzin obserwacji i wiedział wszystko. Niejaki Kazimierz Prószyński, lat dwadzieścia, mieszkał w Śródmieściu i uczył się na inżyniera na zachodzie Europy. Stróż, którego Słomka wziął na spytki, nie potrafił jednak powiedzieć, gdzie konkretnie.

Za to był pewien, że ów pan Prószyński ledwo przedwczoraj wrócił do domu. Obładowany walizami, że dwa razy trzeba było obracać. I to właśnie jedna z tych waliz interesowała człowieka, który opowiedział Frankowi swoją historię niedaleko Mostu Kierbedzia. Wiele w niej było o rażącej niesprawiedliwości losu i opieszałości sądów, co oczywiście Słomka miał głęboko gdzieś. Słuchać zaczął dopiero wtedy, gdy tamten podał cenę. I opis jednej z walizek, a właściwie kuferka.

Ech, Franciszek Słomka nie pamiętał równie łatwej roboty. Odbyła się zeszłej nocy i zajęła mu dosłownie kilka chwil. Teraz przyszedł czas na rozliczenie kasy.

– Proszę sprawdzić, czy wszystko w porządku. – Wskazał ruchem głowy na łup, leżący spokojnie na kopce siana. – Był otwarty, ale ja niczego nie ruszał.

– Na pewno?

– Jak Boga najmilszego!

Osobnik w okularach zbliżył się do kuferka i uniósł wieko. Na chwilę też uniósł okulary, przesunąwszy kapelusz ku tyłowi głowy. Złodziej przełknął ślinę. Nie musiał zaglądać do środka, bo zrobił to już dawno. Był tylko ciekaw reakcji, jaką znajdująca się w środku dziwna, poskręcana śrubami maszyneria z drewna i szkła wywoła na tym człowieku. Bo jego, Słomkę, tylko rozśmieszyła. Żadnego złota, klejnotów, nie mówiąc już o pieniądzach. Wielu znał dziwaków, sodomitów, a nawet jednego barona. Ale ten to bił wszystkich na głowę zdecydowanie.

– Tak, wszystko się zgadza – rzekł z wąskim uśmiechem zleceniodawca kradzieży, po czym zamknął powoli i ostrożnie wieko tajemniczego kuferka.

No to tera wyciągaj pugilares, pohańcu – pomyślał Franek.

W tym samym momencie mężczyzna spełnił jego wyrażone w myśli żądanie: sięgnął w zanadrze. W dłoni nie trzymał jednak pieniędzy.

– Panie, co pan… – jęknął złodziej.

Huk wystrzału było wyraźnie słuchać na wielu barkach i łodziach płynących po Wiśle, na Moście Kierbedzia, a nawet na praskim brzegu. Ale kto by się przejmował tym, co dzieje się na Powiślu…

3

Gruba niemal na cal koperta pacnęła o blat stolika.

– To wszystko, co się nam udało uzbierać.

Głos człowieka, który wydobył pakuneczek z wewnętrznej kieszeni surduta, drżał. Jego ręce też. O czym tu zresztą gadać: różowiutki, korpulentny pan cały trząsł się jak galaretka z nóżek, a krople potu spływały mu po twarzy jak, nie przymierzając, wódka, którą przysmak ów niektórzy ze smakoszy polewali, by podkreślić jego smak.

– Niech się pan nie denerwuje – siedzący naprzeciwko mężczyzna, dużo młodszy, zniżył nieco głos i uśmiechnął się krótko.

Przez chwilę wydawało się nawet, że zaraz chwyci tamtego za rękę. Ale on tylko zwinnym ruchem zabrał ze stolika pieniądze, by umieścić je w tym samym miejscu, ale swojego tużurka z aksamitu koloru butelkowej zieleni.

– Ja się nie denerwuję – mruknął korpulentny pan.

– I dobrze. Już po wszystkim, widzi pan? Co z oczu to z serca, jak to mówią. – Mrugnął do tamtego.

Przez dłuższą chwilę obaj milczeli. Z sąsiedniej sali dobiegł dźwięk fortepianu. Wieczorem miał się odbyć koncert utworów Franciszka Liszta.

– Myśli pan, że słusznie robię? – ciszę przerwał grubas.

– To są bardzo delikatne sprawy, panie Fromm.

– Ale jak pan sądzi?

– Sądzę, że moja opinia nie ma tu najmniejszego znaczenia. Mam zadanie tylko dostarczyć przesyłkę bezpiecznie na miejsce. To wszystko. Jeszcze raz dziękuję za zaufanie.

To powiedziawszy, wstał z miejsca.

Dopiero teraz można było podziwiać go w pełnej krasie. Był to dość wysoki mężczyzna z burzą jasnych włosów. Jego twarz, ogorzała od słońca, a może taką obdarzyła go natura, była gładko ogolona. Miał około trzydziestu lat, może więcej. Uwagę zwracała, prócz wspomnianego tużurka, kamizelka z szarego szewiotu, krawat w kolorze burgunda i beżowe spodnie w drobną kratę. Nie było wątpliwości, że człowiek ów lubi zadawać szyku. Ale nie trzeba było wielkiego wysiłku, aby wyróżniać się na tle szarości tego miasta.

 

Zapiął guzik i kilkoma ruchami dłoni przygładził aksamit. Koperta ani trochę nie wypychała mu kieszeni, co spowodowało, że jej właściciel, były już, nerwowo przełknął ślinę i poruszył przypominającymi serdelki palcami prawej dłoni. Nic jednak nie powiedział.

– Czuję, że dzisiaj wieczorem zaśnie pan z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. – Blondyn uścisnął wyciągniętą, mokrą od potu dłoń grubego, po czym z ulgą upuścił wnękę, w której stał stolik.

Mijając markera, zapłacił za poczęstunek.

– Były dwa marcowe od Anstadta – mruknął, wrzucając dyskretnie i bardzo sprawnie griwiennnika do kieszeni kurty tamtego; było to zbyt wiele jak za dwa małe kufle piwa i dekoracje, nawet restauracji reprezentacyjnego hotelu „Grand”.

– Dziękuję szanownemu panu – ukłonił się kelner. – Zapraszamy ponownie.

Elegant szybkim krokiem pokonał hall, minął kilkoro gości hotelowych, ukłonił się szwajcarowi dyżurującemu przy drzwiach i wyszedł na zalaną słońcem ulicę. Niesiony dotąd w dwóch palcach kapelusz z szerokim rondem, szykowny, choć często trudny do ujarzmienia, osadził na głowie jednym ruchem. Ten pozornie nic znaczący gest dodawał mu pewności siebie.

Tak było i tym razem. Na następną godzinę potrzebował jej więcej niż zwykle.

– Dorożka!

Drynda jadąca Piotrkowską od strony Geyerowskiego Rynku nie musiała się zatrzymywać, żeby pasażer wskoczył sprawnie na stopień i zajął miejsce na kanapie. Laseczką w podłogę dorożki stuknął więc nie po to, ażeby zasygnalizować fiakrowi, że ten może jechać, a bardziej dlatego, by tamten zrobił użytek z bacika i połechtał trochę mocniej zadek konia.

– Na Ogrodową. Cmentarz – zaordynował pasażer.

– Się robi!

Niespełna kwadrans później byli na miejscu. Dotarliby pewnie szybciej, ale na miasto wypełzły właśnie wypełnione kopiaście bawełną rolwagi, które dalece utrudniały ruch na ulicach.

– Poczekać na szanownego pana? – zapytał człowiek siedzący na koźle, odbierając zapłatę.

– Nie, nie trzeba. Dziękuję.

Po chwili mężczyzna kupił u kwiaciarki niewielki bukiet azalii i zniknął za bramą cmentarza. Szedł szybkim krokiem główną aleją, czytając napisy na mijanych nagrobkach. Robił tak zawsze, kiedy odwiedzał takie miejsca. Czasem natknął się na znajome nazwisko, czasem niewidzialna ręka ściskała go mocno za gardło, gdy widział na czyimś pomniku swój rok urodzenia, będący jednocześnie rokiem wybuchu ostatniego powstania. Albo spoglądał na mogiłki dzieci, nad którymi czuwały kamienne aniołki.

Ta wizyta różniła się jednak od wszystkich pozostałych. Tym razem bowiem musiał dzielić uwagę między martwych i żywych.

Po kilku chwilach zatrzymał się przed okazałym grobowcem. Nie było na nim porcelanowej fotografii, a personalia zmarłego wykuto cyrylicą. Położył kwiaty na kamieniu, po czym zdjął kapelusz i kilka razy dotknął chustką czoła.

– Witaj, stary przyjacielu – powiedział. – Dawno mnie tu nie było, wiem. Mam nadzieję, że mi to wspaniałomyślnie wybaczysz. Jak również to, czym się teraz zajmuję. Wiem, że nie tego mnie uczyłeś, nie takie wpajałeś we mnie zasady. Tyle że życie jest życiem. To miasto też się bardzo zmieniło i czasami sobie myślę, iż dobrze się stało, że nie musisz go teraz oglądać…

Skinął głową pomnikowi, kapelusz umieścił ponownie na głowie, po czym wolnym krokiem ruszył wzdłuż wąskiej, bocznej alejki. Zatrzymał się po kilkunastu krokach, przy grobowcu, który wyróżniała wielka, niemal naturalnych rozmiarów figura Chrystusa frasobliwego. Po raz kolejny rozejrzał się dookoła. Nikogo. Sięgnął do kieszeni po kopertę otrzymaną w hotelu „Grand”. Schylił się i szybkim ruchem wetknął ją w szparę pod stopami figury, jakby do tego stworzoną.

– Zaśniesz z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, Fromm – mruknął pod nosem, zgrzytając zębami i kopiąc ze złością kamyk, który znalazł się na jego drodze w stronę bramy cmentarza.

Dorożkarz jednak zaczekał. Elegant wsiadł do dryndy i sapnął głośno. Długo milczał.

– Róg Piotrkowskiej i Południowej? – zapytał nieśmiało fiakier.

– Tak, jedźmy do domu.

Podczas przerwy na Ogrodowej szkapa musiała podjeść obroku, bo na miejsce dotarli bardzo szybko. A może tylko pasażerowi tak się wydawało. Przez całą podróż siedział bez ruchu.

– Jakby szanowny pan życzył, to ja mogę częściej – powiedział dorożkarz, ważąc w zaciśniętej dłoni monetę. – Staśko Józef, Bałuty. Przy kościele Marii Panny.

– Jest pan bardzo miły, panie Staśko, ale…

– Nawet w nocy!

– Noc jest od spania, drogi panie.

– Jak dla kogo.

– Dla mnie na pewno. Zbyt wiele pięknych kobiet chodzi po tym świecie, żeby się włóczyć nocami i kusić los. A poza tym, niestety, to już nie te czasy – rzekł ze smutnym uśmiechem elegant. – Do widzenia.

Do mieszkania, a mieściło się ono na najwyższym piętrze kamienicy, szedł i szedł. Jakby chciał jak najbardziej opóźnić chwilę, w której wsunie klucz do zamka, przekręci go, naciśnie klamkę. Nie przyspieszył nawet wtedy, gdy na ostatnim półpiętrze jego uszu dobiegł dźwięk dzwonka. Jeszcze niedawno pewnie wyszarpnąłby z kieszeni spodni pęk kluczy wraz z rodzinnymi klejnotami. Teraz było mu to obojętne, czy ktoś po drugiej stronie, zniecierpliwiony czekaniem, odłoży słuchawkę.

Osoba ta najwyraźniej musiała być jednak albo wyjątkowo cierpliwa, albo wyjątkowo zdesperowana. Mężczyzna obstawiał raczej to drugie. Sięgnął po słuchawkę i odgiął tubkę.

– Stanisław Berg, słucham.

Księga pierwsza

Ucieczka

1

Stał zupełnie nagi przed lustrem i przyglądał się swemu odbiciu. W ostatnim czasie robił to dość często. Pomagało, choć na krótko. Chwilę wcześniej wyszedł z wanny, gdzie szorował skórę do czerwoności. Poczucia obrzydzenia, w odróżnieniu od krwi, która schodziła opornie, ale schodziła, nie można było, ot, tak po prostu zmyć.

Czuł się źle. Prawda i tylko prawda była w słowach, które Stanisław Berg, jeszcze nie tak dawno jeden z najlepszych prywatnych detektywów w mieście Łodzi, wypowiedział godzinę wcześniej nad grobem przyjaciela i mentora, Riepina, Rosjanina który został zamordowany przed dwoma laty przez funkcjonariusza Ochrany, Sokrata Karpowa. Stało się to podczas próby przekazania pieniędzy na okup na nowym żydowskim kirkucie na Bałutach.

Riepin oddał życie, służąc łódzkim bogaczom. Dziś jego uczeń i przyjaciel, Stanisław Berg, był im… chłopcem na posyłki. Szanowny pan Fromm, właściciel kilku fabryk, uparł się bowiem, że tylko Berg może przekazać pieniądze. Była to łapówka, a pytania o słuszność tego kroku, które korpulentny pan zadał wtedy przy stole – jedynie oznaką chwilowej słabości.

Mimo kiepskiej passy, Stanisław Berg nie zamierzał rezygnować z wygodnego lokum w kamienicy scheiblerowskiej na rogu ulic Piotrkowskiej i Południowej. Były to trzy duże, wygodne pokoje na ostatnim piętrze.

Ci, którzy tu bywali, nie potrafili ocenić, który z nich to sypialnia, a który służy li tylko do wypoczynku albo przyjmowania gości. W każdej z izb gospodarz mógł bowiem siedzieć w fotelu i palić ulubione cygaro, wszędzie znajdowały się zarówno wygodne łóżka, jak i inkrustowane biurka i krzesła. Trudno było jednak o obrazek, na którym detektyw rozmawia z klientem, siedząc za którymś z tych biurek, robiąc notatki czy nawet tylko słuchając. Wciąż bowiem uważał, że lepszym miejscem są lokale w mieście, gdzie zawsze udawało się znaleźć cichy kącik do rozmowy.

Berg dotknął miejsca po lewej stronie. U normalnego człowieka znajdowały się w tym miejscu żebra, nie licząc może pana Fromma i jemu podobnych. Stach od dwóch lat był posiadaczem wątpliwej ozdoby w postaci ukośnej blizny. Była to pamiątka po uderzeniu nożem, którym, jak powiedział ten, co nóż trzymał, pozdrawiał detektywa Akim Sokołow, herszt szajki wsadzonej do więzienia dzięki pomocy Berga. Do zdarzenia doszło na ulicy, przed kamienicą scheiblerowską, tuż po tym, jak udało się rozwikłać jedną z ważniejszych spraw. Na szczęście zemsta zza krat się nie udała. Zamachowiec skrewił sprawę i nie trafił w serce. Choć niewiele brakowało. Cal, może trochę więcej.

Już miał się udać do pokoju, aby się ubrać, gdy usłyszał dźwięk wiszącego w przedpokoju telefonu. Gdy odebrał połączenie kilka minut temu, nikt się nie odezwał. Jak będzie tym razem?

– Słucham? – rzucił do tuby.

Pierwsze, co usłyszał, to były szumy i trzaski. Była to normalna uwertura każdej rozmowy. Wysłuchiwali jej nawet Izrael Poznański i Henryk Grohman. Po chwili rozległ się męski głos.

– Stach?

– Kto mówi?

– Łukasz. Nie poznajesz mnie? Zawodziński…

Bywało, że matka nie rozpoznawała rozmawiającego z nią dziecka, a mąż nie wierzył, że osoba, która znajduje się po drugiej stronie kabla, to naprawdę jego żona. System Bella był wspaniałym wynalazkiem, wciąż jednak pozostawiał wiele do życzenia. Stach nigdy też nie rozmawiał z Łukaszem Zawodzińskim w ten sposób, stąd problem z rozpoznaniem jego głosu.

To jednak było nieważne; Berg czuł to dodatkowym zmysłem.

– Musisz do mnie przyjechać – powiedział człowiek po drugiej stronie, a właściwie wyjęczał.

– Co się stało? – zapytał Stach.

– Mam kłopoty.

Inaczej byś nie dzwonił – skomentował w duchu detektyw, na głos zaś zapytał raz jeszcze, jak najuprzejmiej:

– Co się stało?

– Nie mogę przez telefon… – Zawodziński oddychał coraz szybciej. – Błagam…

– Dzwonisz z domu?

– Tak. Andrzeja sześć…

– Pamiętam. Za kwadrans. – Detektyw odwiesił słuchawkę i zagiął tubkę.

Połowę zadeklarowanego czasu zajęło mu wyszykowanie się do wyjścia i samo opuszczenie domu. W ósmej minucie stanął przed kamienicą. Tym razem nie rozglądał się za fiakrem, bowiem wiedział, że na miejsce zdąży umiarkowanym marszem. Ruszył zatem na południe zatłoczonym trotuarem Piotrkowskiej.

Pozostały mu czas miał zamiar również poświęcić na zebranie myśli. Człowiek, do którego szedł, by wybawić go, tego był niemal pewien, z jakiegoś ambarasu, był przyjacielem i kolegą z pracy Jana Kazimierskiego, jednego z sekretarzy prezydenta miasta. Stach poznał Łukasza niedawno, na mocno zakrapianym przyjęciu, i bardzo polubił. Na tyle, że na kilka kolejnych wychodzili już we trzech.

Zawodziński lubił bawić się na całego. Za kołnierz nie wylewał, cicho jak trusia nie siedział. Upodobał sobie zwłaszcza środowisko bohemy: cierpiał z cierpiącymi poetami, pijąc z nimi absynt, całował po szyjach piękne aktorki. Chwalił się, że za każdym razem, gdy wyjeżdża służbowo do Krakowa, spotyka się z samym Wyspiańskim i do później nocy dyskutują nad jego obrazami i sztukami. Ile było w tym prawdy? Bergowi nie chciało się tego sprawdzać.

Ale oto był już na ulicy Andrzeja i zbliżał się do kamienicy z numerem sześć. Kilkoma skokami dostał się na pierwsze piętro, gdzie mieszkał birbant. Stukając laską w drzwi, Stach zdążył jeszcze pomyśleć, że telefon Łukasza, jego zbolały głos i prośba o pomoc było tylko komedią odegraną po to, ażeby wyciągnąć go z domu na picie. Tu albo gdzieś w mieście. Prawdę mówiąc, nie miałby nic przeciwko. Nadziei tej trzymał się Stach nawet wtedy, gdy ujrzał gospodarza.

– Bogu dzięki, że jesteś – przywitał go Zawodziński. – Wchodź.

– Dzieje się coś złego? – dopytywał Berg.

– Zaraz ci powiem.

Idąc przez pokoje, Stach zastanawiał się, z których drzwi runie na niego hałastra półnagich dziewcząt i pijanych mężczyzn. Nic takiego się jednak nie działo. Łukasz, który drobił przodem, milczał. Z tego, co detektyw zdążył zauważyć, wyglądał normalnie, choć co raz chwytał się jednak futryn drzwi czy krawędzi mebli. No i sapał dość głośno.

W końcu zatrzymali się przed zamkniętymi drzwiami, chyba sypialni. Gospodarz położył dłoń na klamce, ale jej nie naciskał, jakby się wahał, czy dobrze zrobił, przyprowadzając tu znajomego.

Czy to za tymi drzwiami za chwilę miał się rozlec zbiorowy krzyk „niespodzianka!” i strzelą korki od szampana? – Stach wciąż jakoś nie mógł się pozbyć tej dziwnej myśli.

Wtedy Zawodziński otworzył drzwi. Zrobił to z zamkniętymi oczami. Weszli do środka. W łóżku leżała młodziutka dziewczyna. Z daleka wyglądała, jakby spała…

– Nie wiem, jak to się mogło stać… – rzekł Łukasz.

Stach podszedł do leżącej, pochylił nad jej twarzą. Zbliżył ucho do ust. Usłyszał tylko swój oddech. Chwycił za przegub leżącej, by poczuć puls. Nie poczuł.

– Coś jej zrobił? – warknął, prostując się.

– Nic. My się tylko bawiliśmy i w pewnej chwili…

 

– Wiesz przynajmniej, jak miała na imię?!

– Nie.

Berg dostrzegł na nocnej szafce małą, szklaną buteleczkę. Podniósł ją do oczu. Napis na etykiecie nic mu nie mówił. Nie musiał. Z Zachodu wciąż docierały tu nowości, dzięki którym można było się, mówiąc delikatnie, przez jakiś czas trochę lepiej poczuć na tym świecie.

– To braliście? – zapytał dla porządku.

– Tak. Potem ona zemdlała.

– Kiedy to się stało?

Zawodziński stał bez ruchu ze wzrokiem wbitym w podłogę. Milczał. Przypominał uczniaka, który został złapany na jakimś niecnym czynie i jego wina jest bezdyskusyjna. Pozostanie tylko kwestia, jak srogą poniesie karę.

– Co? – Drogista półprzytomnie podniósł głowę.

– Łukasz, do kroćset! – huknął Stach, aż tamten podskoczył, choć obaj pewnie daliby bardzo wiele, żeby to była dziewczyna. – Kiedy to się stało?

– Jakieś trzy godziny temu – sapnął birbant; teraz cały się trząsł, nie wiadomo, czy bardziej od opiatu, który nadal na niego działał, czy ze strachu.

Berg mógł drążyć dalej. Pytań nasuwało się wiele. Z tym, czemu Łukasz nie wezwał lekarza, na czele. Nie był jednak Stach policjantem ani prokuratorem, ani sędzią, ani duchownym. Doskonale wiedział, w jakim charakterze go tu wezwano. I co ma teraz robić.

– Dzwoniłeś do kogoś jeszcze? – zapytał.

– Nie.

– Gdzie jest telefon?

Gospodarz, zanim usiadł na podłodze z głową ukrytą w dłoniach, kiwając się jak wańka-wstańka, wskazał mu kierunek. Stanisław Berg odnalazł aparat, z którego wcześniej dzwoniono do niego. Połączył się, chwilę rozmawiał.

– Będzie cię to trochę kosztowało, przyjacielu – rzekł do Zawodzińskiego, który wciąż trwał w tej samej pozycji.

Spomiędzy palców spojrzały na Stacha przerażone oczy.

– Ja… ja nie… nie mogę iść do więzienia – wybełkotał Łukasz.

– Nie pójdziesz. A teraz posłuchaj mnie uważnie…