Amber-Gold

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Amber-Gold
Amber Gold
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 85  68 
Amber Gold
Amber Gold
Audiobook
40 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Artyleria biła czwarty dzień. I noc. Tak naprawdę nie miało to już znaczenia zarówno dla celowniczych z czerwoną gwiazdą na hełmie czy czapce-uszance, z których co drugi, to pewne, miał skośne oczy, jak i tych, w których celowali. Kogo pociski miały razić, raziły. Kogo miały przestraszyć, przestraszyły. A dosięgną pewnie jutro. Naiwnym był, kto myślał, że alianckie naloty sprzed kilku miesięcy to najgorsze, co może się zdarzyć…

Do jednego tylko trudno się było przyzwyczaić. Do tych ich wyrzutni rakiet, które ktoś nazwał „organami Stalina”. Pan Hesse zżymał się za każdym razem, gdy ktoś w towarzystwie użył tego trochę strasznego, a trochę zabawnego, mimo wszystko, określenia.

– Niepodobna porównywać czegoś takiego do organów! – mówił, starając się zapanować nad drżeniem rąk. – To się nie godzi. Przecież organy to najszlachetniejszy i najwspanialszy instrument, jaki wymyślił człowiek. Wiem, co mówię, proszę państwa…

Tu zwykle następowała opowieść o największych na świecie, posiadających sto dwadzieścia dwa głosy organach Sauera, które Hesse widział i słyszał przed wojną. Było to w Hali Stulecia w Breslau. Nie wahał się ich nazwać kolejnym cudem świata, a potem załamywać rąk, bo w obliczu tego, co się działo, los instrumentu był niepewny.

– Zniszczą, rozgrabią – biadolił pan Hesse.

Tego wieczora, kiedy siedzieli wszyscy w jego mieszkaniu, zmienił jednak kolejność czynności, które mieli wykonać, a może już wykonali żołdacy wrażej armii, o których mówiono, że tylko co drugi nosi skórzane buty.

– Rozgrabią, zniszczą… – wyrzucił z siebie na bezdechu.

– Jak wszystko – skwitował pan Hoffmann, zegarmistrz.

Jemu ruchy wojsk i oblężenie miasta nie przeszkadzały w tym, co robił od zawsze. Nie, nie zgodnie z wykształceniem, czyli w naprawianiu zegarków. On konstruował… perpetuum mobile. Nawet tu, będąc w miłym towarzystwie, potrafił milknąć na minutę, dwie, czasem dłużej, kiedy to przemyśliwał o swym wynalazku.

– Takie jest prawo wojny, od wieków, drogi Josefie – dodał jeszcze.

Na dłuższą chwilę zapadła cisza. Zadzwoniła przejmująco jedna z filiżanek, w których podano herbatę.

– O, kolejny płynie. Kuter.

Trzeci z uczestników spotkania, pan Neumayer, nauczyciel matematyki w najlepszym w mieście gimnazjum, lubił stać przy samym oknie i raz na jakiś czas informować pozostałych o ruchach na rzece, którą można się było wydostać z miasta. Jeszcze. Coraz głośniej mówiono bowiem o stadach sowieckich okrętów podwodnych, które grasują po morzu i niczym wygłodniałe wilki rzucają się na każdą jednostkę wypływającą z cieśniny. Ile było w tym prawdy, wiedzieli tylko ci, którzy wsiadali na pokład jednostek, zmuszeni do porzucenia całego dotychczasowego życia: domów, ogrodów, warsztatów pracy…

Panowie Hesse, Hoffmann i Neumayer nie byli wyjątkami. Wszyscy trzej byli już niemal do końca spakowani. Władze uspokajały, że pierścienie umocnień wokół miasta, na które składały się stare, jeszcze dziewiętnastowieczne fortyfikacje, ale także rowy przeciwczołgowe oraz pola minowe, zdołają powstrzymać wroga. I Iwan do miasta-twierdzy nie wejdzie. Ale ludzie wiedzieli swoje. Mało kto dał się już brać na lep partyjnej propagandy, zapewnień o cudownej broni czy nadejściu posiłków. Kto mógł, organizował sobie ewakuację. Nie było to jednak łatwe z wielu powodów. Z tym, że miasto pełne było uchodźców – i to z kilku rejencji – na czele.

– Jak myślicie, już uciekł? – zapytał lekkim tonem Neumayer.

– Kto niby? – chciał wiedzieć Hesse.

– Jak to kto? Nasz kochany gauleiter Koch – prychnął z pogardą nauczyciel.

Zaśmiali się zgodnie. W tym towarzystwie mogli sobie na to pozwolić. Znali się nie od wczoraj i ufali sobie wzajemnie. Każdy z nich już dawno przekroczył sześćdziesiąty rok życia.

Zegar w przedpokoju uderzył siedem razy. Spojrzeli po sobie.

– Powinien już być – mruknął Hoffmann.

– Koch? – zapytał półprzytomnie Neumayer.

Pozostali dwaj się zaśmiali, nauczyciel matematyki zaś machnął ręką w reakcji na passus.

– Może coś się stało – niepokoił się gospodarz mieszkania, zamykając drzwiczki pieca, do którego przed chwilą dołożył drew. – W jego wieku…

– Jeszcze nas wszystkich przeżyje! – zaśmiał się Hoffmann, jednak reszta nie podzielała jego optymizmu.

Nie chodziło tylko o to, że czwartego brakowało im do brydża, a po to się przecież tu spotkali. Kto wie, czy nie po raz ostatni. Problem w tym, że człowiek, o którym mówili, mieszkał sam, co w obecnej sytuacji, gdy do miasta ściągnęły nie tylko matki z dziećmi, mogło rodzić różne obawy.

– Pójdę po niego – oświadczył Josef Hesse, po czym dopił herbatę z filiżanki.

W przedpokoju spotkali się jednak wszyscy.

– Nie musicie – próbował oponować, ale już sięgali po płaszcze, okręcali szyje szalikami, wymieniali się futrzanymi czapkami, które myliły im się w półmroku; w dłoniach jednego z nich szczęknął zamek parabelki, nieodłącznej towarzyszki wieczornych wyjść.

– Będzie mi brakowało tego miejsca. – Neumayer wciągnął przez nos mroźne, styczniowe powietrze, kiedy już znaleźli się przed kamienicą.

Rzeką płynął kolejny kuter. Od strony morza doszło ich uszu krótkie jęknięcie okrętowej syreny. Wrodzy artylerzyści chyba zrobili sobie przerwę.

– Chodźmy, panowie – ponaglił zegarmistrz. – Może on naprawdę potrzebuje pomocy.

Sześć stóp zachrobotało na świeżym śniegu. Na szczęście nie mieli daleko; ich przyjaciel mieszkał dwie przecznice dalej. Im bliżej byli, tym szybciej przebierali nogami.

– Pali się światło! – zawołał Neumayer, wskazując budynek, do którego zmierzali. – Widzicie, jest w mieszkaniu…

– To jeszcze nic nie znaczy – rzekł ponuro inicjator wyprawy i jeszcze bardziej przyspieszył kroku.

Na drugie piętro wbiegli. A do drzwi niemal załomotali. Tak to przynajmniej odebrał gospodarz mieszkania, minę miał bowiem dość srogą. Rozpoznawszy jednak na progu towarzyszy od brydża, tylko wzruszył ramionami, po czym odwrócił się i ruszył z powrotem w głąb mieszkania.

Jak na swój wiek poruszał się dość żwawo i trzymał prosto. Natura oszczędziła mu włosy, bieląc je jedynie. Twarz tego człowieka była starannie ogolona. Tylko w oczach można było dostrzec jakiś niepokój. Czy był to ten sam niepokój, który trawił wszystkich mieszkańców miasta i przyjezdnych?

– Martwiliśmy się o ciebie – powiedział Josef Hesse, drobiąc w ślad za mężczyzną.

– Niepotrzebnie – odparł tamten.

– Umawialiśmy się na brydża. Nie przyszedłeś…

Po chwili wszyscy trzej goście znaleźli się w największej izbie mieszkania. To, co ujrzeli, wprawiło ich w osłupienie. Na ścianie wisiał plan miasta, w który powbijano szpilki z kolorowymi chorągiewkami z papieru. Wszędzie: na stole, krzesłach, tapczanie, a także podłodze leżały fotografie. Przedstawiały różnych ludzi i miejsca, w większości znajome, bo wykonane w tym mieście. Tylko musiało to być bardzo dawno.

– Żydzi na ulicach, niebywałe! – Neumayer wziął do rąk jedną z fotografii i z uwagą się jej przyglądał; w istocie, uwieczniono na niej kilku ortodoksyjnych Żydów w chałatach, wielkich czapach, z długimi brodami i pejsami.

– Już się odzwyczailiśmy od ich widoku, prawda? – westchnął gospodarz. – A kiedyś to miasto nie różniło się niczym od innych. Gdańsk, Hamburg, Lubeka mogły mu tylko pozazdrościć obrotów, ech!

Przez chwilę panowała cisza.

– Co to jest? – Hesse wykonał okrągły ruch ręką. – Wytłumaczysz nam?

– Sam się zastanawiam, co to może być. Najprościej powiedzieć, że archiwum. Ładniej jednak zabrzmi, gdy powiem, że to całe moje życie. Miło jest jeszcze raz na nie spojrzeć. U kresu.

– Co ty mówisz? Jeszcze nas wszystkich przeżyjesz! – żachnął się Neumayer.

– Przecież obiecano, że miasta nie oddamy – Hesse był trochę bardziej konkretny, choć nie tak bardzo jak trzeci z przybyszy, czyli Hoffmann:

– No i cudowna broń…

Starzec przerwał jednym ruchem ręki, po czym ujął róg niewielkiej ząbkowanej fotografii w kolorze sepii. Przedstawiała dwóch uśmiechniętych mężczyzn w eleganckich garniturach i kapeluszach. Stali na tle starego elektrycznego tramwaju.

– Czy to ty? – chciał wiedzieć zegarmistrz.

– Tak. To jestem ja – westchnął mężczyzna, a przez jego twarz znów przemknął uśmiech. – Choć gdyby nie to zdjęcie, pewnie trudno by mi było uwierzyć we wszystko, co się wówczas wydarzyło…

Prolog

1

Gruchoczący wąską uliczką tramwaj zaczął dzwonić. Dzwonił dłużej, głośniej, a już na pewno bardziej przeraźliwie niż zwykle, kiedy to spod toczących się kół umykał przechodzień ze wzrokiem wbitym w dopiero co kupioną gazetę czy zabłąkana w wielkim mieście przekupka z koszami pełnymi przywiezionych ze wsi towarów. Albo gdy przed smutnym losem udawało się pierzchnąć goniącemu za piłką małemu dziecku czy bezpańskiemu psiakowi.

– Żeby cię nagła krew… – zabulgotał pod wąsem motorowy, poruszył jeszcze kilka razy ręką trzymającą sznurek dzwonka, by wreszcie upuścić ją z rezygnacją.

W tym samym momencie tramwaj stanął.

Dzwonienie jak na trwogę, gniewny głos człowieka prowadzącego pojazd, a przede wszystkim postój – wszystko to razem, jak i każde z tych oznak z osobna spowodowało, że pasażerowie podnieśli wyżej głowy. Ktoś bardziej ciekawski wstał nawet z ławki dla lepszego widoku.

 

– Gdzie jesteśmy? – chciała wiedzieć siedząca w tylnej części wagonu starsza pani w żałobnej sukni najeżonej koronkami.

– Jeszcze daleko, proszę mamy – odpowiedział jej męski, nieco skrzeczący głos. – Przed Zielonym Mostem.

– A czemu stoimy? Czemu nie jedziemy?

Na to pytanie odpowiedzi nie było, choć ci, którzy siedzieli z przodu, mogli widzieć, jaka jest przyczyna postoju. Sekundę później motorowy, który – chciał, nie chciał – ze stęknięciem podniósł się z miejsca, poinformował o tym pasażerów:

– Znów się zacięło, draństwo. Nie wiem, psze państwa, ile postoim. I cesarz by stał…

Przez wnętrze wagonu przetoczył się pomruk niezadowolenia. Ktoś zaklął pod nosem. Kolejne osoby wstały z ławek. Już jakiś pan w meloniku wyskoczył na bruk i dziarsko kroczył śladem motorowego w stronę oddalonego o pięć, sześć prętów Zielonego Mostu. To właśnie po nim tramwaj ze Starego Miasta do Haberbergu, jeden z wielu jeżdżących po mieście od ledwie kilku tygodni tramwajów elektrycznych, miał przejechać, aby opuścić wyspę.

Tylko jedna osoba spośród pasażerów sprawiała wrażenie, jakby wydarzenia po drugiej stronie szyby nic a nic jej nie obchodziły. Około dwudziestoletni młodzieniec o jasnych gęstych włosach i z takiego koloru wąsikiem siedział wciąż na twardej ławeczce, w dodatku ze zwieszoną głową. Gdyby miał zamknięte oczy, można by było domniemywać, że drzemie. Pozycja nie była zbyt elegancka ani tym bardziej godna. Rodziła bowiem podejrzenie, że osobnik ów zasłabł od sznapsa albo jeszcze męczy go katzenjammer po nocy poprzedniej, choć zbliżała się już kolejna.

Ale on miał oczy otwarte szeroko. Nieruchome. Czyżby bardziej niż to, co dzieje się za oknami, interesował go stan jego własnych butów? Albo odporność podłogi na ścieranie?

– Widzisz pan, mówiłem, że z tym nowym wynalazkiem to tylko kłopot będzie. – Otyły jegomość, który siedział najbliżej młodzieńca, klasnął w dłonie ze złością, a może z satysfakcją.

Dwudziestolatek przymknął na chwilę oczy, wypuścił powietrze przez nos. Po chwili wyprostował się i nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał dokoła.

– Co się stało? – zapytał cichym głosem. – Dlaczego stoimy?

– Most nie zamknął się do końca. – Jegomość zdjął kapelusz i zaczął zbierać wielką batystową chustką z monogramem krople z czoła, w środku wagonu było bowiem ciepło i duszno.

– Nie rozumiem. Jak to… nie zamknął?

– Widać, że pan przyjezdny – nieznajomy się uśmiechnął, ale raczej dobrodusznie, ze zrozumieniem, niż z wyższością. – To, pan uważa, most zwodzony. Stary August Meier nie wygląda może na Goliata, ale gdy wsadzi trzpień w odpowiednie miejsce i zakręci…

Młodzieniec spojrzał w prawo i nieco wyżej. Rzeczywiście, wzdłuż nabrzeża przesuwały się żagle. Kolejny kecz, pusty albo, przeciwnie, wyładowany towarem, płynął ku ujściu rzeki i morzu. Dalej rósł istny las masztów.

– Niestety, od pewnego czasu coś w tej maszynerii szwankuje. Most nie opuścił się do końca, a to oznacza, że ten tramwaj dalej nie pojedzie. Przynajmniej przez jakiś czas – dokończył mężczyzna, po czym nałożył kapelusz z powrotem na głowę i wstał z ławki.

– Ale przecież ja się spieszę na pociąg… – jęknął przyjezdny, ale w jego najbliższym sąsiedztwie nie było już nikogo, kto wysłuchałby skargi.

Po chwili także i on stanął na bruku obok unieruchomionego tramwaju.

Spora grupka pasażerów, ale też zwykłych gapiów zebrała się przy Zielonym Moście. Wszyscy przypatrywali się poczynaniom rzeczonego Meiera, chudego staruszka ubranego jedynie w wyświechtane spodnie, który krzątał się przy maszynerii, klnąc przy tym na czym świat stoi. Szyny, które ułożono na przeprawie, i te, które tkwiły w bruku, dzieliło naprawdę niewiele! Pół stopy, może nawet mniej.

Młody mężczyzna rozprostował letnią, beżową marynarkę i włożył na głowę jasny słomkowy kapelusz, którego rondo wcześniej gniótł w palcach. Sięgnął po zegarek i sprawdził godzinę. Jego przystojna twarz zdradzała teraz niepokój i bezradność. To w połączeniu ze zdaniem, które wypowiedział wcześniej, stawiało go w dość niekomfortowej sytuacji.

– Jak długo potrwa ta naprawa? – zapytał po chwili stojącego w tłumie policjanta, uznał bowiem, że ten będzie wiedział więcej niż pozostali. – Spieszę się na kolej… – dodał jeszcze.

Mundurowy spojrzał na niego spod daszka okrągłej czapki, dotknął ręką wąsa.

– Różnie bywa – chrząknął. – Czasami szybko, czasami dłużej. Jak to mówią: złośliwość rzeczy martwych. Nawet w niemieckim mieście! A o której odjeżdża pański pociąg?

– Za niecałą godzinę.

– To radzę panu dostać się na drugą stronę sąsiednim mostem i spróbować złapać fiakra. Policjant wskazał ruchem ręki kierunek, z którego przypłynął żaglowiec będący pośrednią przyczyną kłopotów z przeprawą, a potem zasalutował.

Młodzieniec podziękował, odwrócił się. Wtedy ujrzał wejście hotelu „De Prusse”. Akurat wychodziła z niego jakaś elegancka para. Tak, to tutaj chciał się zatrzymać wczoraj, zaraz po przyjeździe do miasta. Trzypiętrowy budynek miał w sobie coś, co od razu mu się spodobało. Niestety, przybysz miał pecha, bo nie było ani jednego wolnego pokoju.

Wspomnienie pociągnęło za sobą kolejne. Jak w kalejdoskopie przeleciały przed jego oczami wszystkie sceny, w których wziął udział. I przypomniał sobie wszystkie słowa, które wypowiedział, także w gniewie, a także te, które usłyszał. Usłyszał z ust, które pokochał. Jak się właśnie okazało, na swoje nieszczęście.

Gdy kilkanaście minut temu wsiadł do tramwaju pod zamkiem, miał nadzieję, że przynajmniej na chwilę zdoła zapomnieć o ściskającym serce niczym imadło problemie. O ostatniej rozmowie z tą, do której wybrał się w tak daleką podróż. I tak się stało: najnowszy cud techniki – pojazd, którego po szynach nie ciągnął koń, a kół nie wprawiały w ruch tłoki połączone z parowym kotłem – zajmował wszystkie zmysły młodego mężczyzny. Choć tylko wtedy, gdy był w ruchu.

Że też ten przeklęty zwodzony most musiał się zepsuć akurat teraz! – pomyślał młodzieniec ze złością, zaciskając dłonie w pięści.

Minął hotel „De Prusse” i nadbrzeżną uliczką zrobił kilkadziesiąt kroków. Będące coraz niżej słońce pracowicie wydłużało cień idącego, rzeka mlaskała o wysoki, kamienny brzeg, a krążące nad wodą mewy wydawały z siebie wrzask, jakby chciały go przed czymś ostrzec.

W pewnej chwili uwagę wędrowca przyciągnął wykuty z metalu i pomalowany czarną farbą szyld. Przedstawiał gruby kufel z koroną piwnej piany. Mężczyzna znów sprawdził godzinę.

– Jedno nie zaszkodzi – przekonał sam siebie na głos, przeciągnął krawędzią dłoni po spieczonych wargach i skierował kroki w stronę drzwi szynku.

Gdy ponownie znalazł się na ulicy, było już ciemno. Męczące głosy w jego głowie wyparł szum spowodowany przez wypity alkohol, a wnętrzności wypełniało przyjemne ciepło. Jego pociąg dawno już odjechał, ale on nie dbał o to. Nie pierwszy, nie ostatni. On zaś stracił w tym mieście już tyle czasu, że jeden dzień więcej nie robił wielkiej różnicy.

Z zamiarem ponownego odwiedzenia podrzędnego hoteliku niedaleko poczty ruszył lekkim skosem w stronę, gdzie, jak sądził, rozpozna jakiś punkt, który pomoże mu odzyskać orientację. Kilkanaście sekund później od ściany kamienicy sąsiadującej z szynkiem oderwał się pojedynczy cień i podążył tropem młodego mężczyzny. Po chwili dołączył do niego drugi cień, który wychynął z najbliższej przecznicy.

– Już nie wypuścimy ptaszka z rąk – rzekł niegłośno drugi do pierwszego.

– Arminowi będzie trzeba się wywdzięczyć. Dobrze, że go sobie zapamiętał.

– Z Arminem zawsze zdążymy. Teraz nie możemy zgubić tego gagatka.

Nie było to wcale trudne. Mężczyzna w słomkowym kapeluszu, który tkwił teraz na jego głowie przekrzywiony, nigdzie się już nie spieszył. A i wlać w siebie musiał niejeden kufelek, który sobie obiecał, a dużo więcej. Przybysz zatrzymał się na skrzyżowaniu uliczek, przeciągnął dłonią po twarzy. Skądś dobiegł przeciągły kobiecy śmiech. Trudno było nie poznać, do kogo należał. W tym portowym mieście wręcz roiło się od mewek. Nie tylko tych latających.

A może by tak? – pomyślał, ciało dwudziestolatka dopominało się bowiem o swoje; szybko jednak odpędził od siebie tę myśl.

Wciągnął przez nos przesycone morską solą, chłodne już, choć sierpniowe powietrze. Otarł nadgarstkiem łzę, która pojawiła się w kąciku oka, i już miał iść dalej, gdy usłyszał odgłos kroków.

– Masz pan może ognia? – dobiegło z ciemności.

– Nie palę – odpowiedział odruchowo, zgodnie z prawdą.

– A cudzych żon też nie ruchasz?

Miał wrażenie, że się przesłyszał.

– Nie rozumiem – bąknął.

– Rozumiesz, rozumiesz. A jak nie, to my się o to postaramy, abyś zrozumiał.

Ujrzał ich w kręgu światła. Dwóch. Jeden w podartym kaszkiecie, drugi w meloniku na czubku głowy. W przypadku każdego sporo pracy miałby golibroda, a także dentysta. Nie daj Boże spotkać takie zakazane mordy gdzieś w ciemnej uliczce. Problem w tym, że był właśnie w ciemnej uliczce.

Wytrzeźwiał w jednej chwili.

– Nie mam pojęcia, o czym panowie mówią – powiedział, starając się zapanować nad drżeniem głosu.

– A ja myślę, że wiesz bardzo dobrze – wycedził przez rzadkie zęby ten w kaszkiecie. – A my się postaramy, kpie zajebany, żeby ta wiedza została z tobą na dłużej.

Młodzieniec poczuł, jak krew napływa mu do głowy. Jednocześnie po plecach, z góry na dół i od razu powrotnym kursem, przebiegł mu lodowaty dreszcz. Gniew i strach. I jeden, i drugi nie odstępowały go nawet na krok podczas pobytu w tym nieprzyjaznym mieście. Który z nich okaże się teraz silniejszy?

– Sam wymyśliłeś czy ci kto napisał na mankiecie? – wyrzucił z siebie słowa, za które z pewnością odpowiadał ten pierwszy, gniew. A potem sam się ich przestraszył. Było już jednak za późno, stało się…

Nie trzeba było długo czekać na reakcję napastników. Pierwszy cios, szybki i wymierzony precyzyjnie przez osobnika w meloniku, pozbawił młodzieńca oddechu na kilka chwil. Zgiął się wpół, ale jego stopy nie straciły kontaktu z podłożem. Niestety, po chwili zadbano także i o to. Zakapior w kaszkiecie w mgnieniu oka minął przeciwnika i długim drągiem, który pojawił się w jego rękach nie wiadomo kiedy, wymierzył mu cios w zgięcie pod kolanami.

Bity krzyknął, padł na kolana. Kolejne uderzenie, tym razem w plecy, jeszcze bardziej zbliżyło jego twarz do brukowych kamieni.

– Odechce ci się raz na zawsze dymać cudze żony, skurwysynu – usłyszał nad sobą głos napastnika, tego w kaszkiecie albo tego w za małym meloniku; trudno było orzec, bo znajomość zbyt krótka, a i raczej bez wielkich perspektyw.

Czekał już tylko na kolejny cios. Może ostatni, nie lagą, a nożem, który rozpłata mu aorty i bezpowrotnie przetnie nić żywota. Marnego, bo bez miłości. Choć jeszcze rano, ba! jeszcze kilka godzin temu była na nią nadzieja. Uniósł wzrok, a wtedy zamiast dwóch cieni, ujrzał trzy. Ten nowy przerastał jednak pozostałe niemal o głowę.