Tam, gdzie serce twoje

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ależ dlaczego? Dziecko kochane, źle ci u mnie? – zdumiała się szefowa.

– Bardzo dobrze – odpowiedziała Laura szybko. – Tylko że postanowiłam się wyprowadzić. Daleko. Od rana jestem w drodze. Już wiele kilometrów od Krakowa. Nie wiem, kiedy wrócę i czy w ogóle się to stanie.

– Zostawiłaś męża – domyśliła się szefowa.

Laura kiwnęła głową, choć tego rozmówczyni nie mogła widzieć, i przygotowała się na kazanie. Wiedziała, że starsza pani jest zawziętą wyznawczynią tradycyjnych wartości i zawsze narzeka, że ludzie rozstają się teraz z byle powodu, zamiast walczyć o siebie.

– Rozumiem cię – zaskoczyła swoją odpowiedzią. – Wiesz, że nie popieram takich słabych, tchórzliwych rozwiązań. Ale twój mąż to prawdziwy buc. Dobrze zrobiłaś.

Laura poczuła, jak robi jej się gorąco. Te słowa uderzyły ją prosto w serce. Rozłączyła się impulsywnie, bo nagle zabrakło jej tchu. To wszystko, co widziała i podejrzewała od lat, teraz nagle stało się oczywiste jak nigdy dotąd. Żaden namacalny dowód, żadna kłótnia ani niespełniona obietnica nie zabolały jej tak mocno, jak te słowa. Uświadomiła sobie prawdę. Wszyscy dookoła najwyraźniej od dawna widzieli to, co ona z takim trudem odkryła dzisiaj rano.

Jej mąż był palantem.

Ale wcale się nie ucieszyła, że ma rację. Wręcz przeciwnie. Było to dla niej bardzo przykre. Jak uderzenie w twarz. Człowiek ma problem, lecz pragnie się łudzić, że jednak nie jest tak źle. Może są jakieś dodatkowe okoliczności? Nadzieja? Zamyka oczy, oszukuje się, bo boi się spojrzeć prawdzie w oczy. Czasem bowiem musiałby zmienić zbyt wiele. Nie każdy ma na to siłę i dostatecznie dużo odwagi.

Oparła się mocno o ścianę. Pobladła, a na czole pojawiły jej się małe kropelki potu. Wszystko to z emocji. Tak bardzo nie lubiła zmian, a tutaj grunt usuwał jej się spod stóp.

Jechała z Błażejem od rana. Zachowywała się jak osoba zdecydowana, która wie, co robi. Jednak w głębi serca cały czas liczyła na to, że Paweł zadzwoni, zawróci ją z drogi. Że do rozpadu tego małżeństwa nie dojdzie. Sama przed sobą się nie przyznawała, do jakiego stopnia tego pragnie.

Tymczasem wyglądało na to, że zbudowała swój dom na piasku. Nie było tam nic trwałego, co mogłoby pomóc w przetrwaniu kryzysu.

ROZDZIAŁ 5


Alfred Zwoliński wrócił do domu po długim wysiadywaniu na tarasie i grzał zmarznięte kości przy swoim wyjątkowym kominku. Nie obawiał się grypy. Jego ciało, zaprawione w bojach, było silniejsze od najbardziej nawet bezczelnych, a także nastawionych na atak wirusów, choćby i zmutowanych. Nie stanowiły one zagrożenia dla człowieka, który od dziecka budzony był bladym świtem, by razem z tatą, wujkami oraz sąsiadami brodzić w lodowatej wodzie i szukać bursztynów. Takich akcji nie przeprowadza się w słoneczne popołudnia, gdy błękitna woda odbija w spokojnej tafli promienie słońca, lecz po sztormie, o poranku, kiedy wzburzone jeszcze fale podcinają stopy, a lodowata piana chlapie w twarz i odmraża ręce.

Po takich świtach kiełbasa z rozpalonego naprędce ogniska smakuje niczym pokarm bogów, a zwykła herbata ratuje życie. Siedzi się wtedy przy ogniu, odpoczywa, grzeje dłonie o kubek i słucha opowieści o legendarnych złożach bursztynowego skarbu, które morze czasem wyrzuca na brzeg. O szczęśliwcach, którzy je odnaleźli. Wtedy każdy się przechwala swoją największą przygodą, najpiękniejszym znaleziskiem. Dorosłym płoną policzki, a dzieciom świecą się oczy.

Dziś już nikt nie pali ognisk na plaży i nie zabiera dzieci na niebezpieczne wyprawy. Chłopcy nie słuchają opowieści o skarbach. Może dlatego wyrastają potem na słabych mężczyzn?

Alfred mógł mieć najlepszą historię. Do tej pory, choć minęło już tyle lat, nikt nie wyłowił większych i bardziej niezwykłych okazów. Ale on schował swój skarb dla siebie. Tamtego pamiętnego poranka uciekł i już więcej nie łowił bursztynu. Nigdy.

Wiele osób mówiło potem, że jego skarb nie istnieje. Że Alfred wszystko to sobie zmyślił. Większość jednak wierzyła, a przez lata cała ta historia obrosła w tyle plotek, przypuszczeń i wersji, że stała się wręcz miejscową legendą.

Alfred miał ogromne powodzenie wśród kobiet. Takich, które marzyły, że to właśnie one zostaną kiedyś zaproszone do pięknego domu na klifie i jako pierwsze będą mogły zobaczyć prawdziwy skarb. Że kolacja połączona ze śniadaniem skończy się dla nich romantycznym prezentem. Bursztynowym klejnotem.

Ale nigdy coś takiego nie nastąpiło. Alfred, owszem, spotykał się z kobietami, korzystał z dobrodziejstw statusu rozwodnika. Czarował opowieścią o swoim znalezisku, ale do domu nie zapraszał. Nikomu też nie pokazał swojego ukrytego bursztynowego trofeum. Sprzedawał tylko kolejne kawałki, zaczynając od najmniejszego i najbardziej pospolitego. Tyle tylko, by starczyło na życie. A nie miał wysokich wymagań, dorabiał też, handlując biżuterią.

Skarb leżał prawie nietknięty.

Alfred zacisnął dłonie. Miał pomysł. Nadszedł czas, by cenne znalezisko ujrzało światło dzienne.

ROZDZIAŁ 6


– Ale jak to odeszła? – pieklił się starszy pan Andrychowski. W całej swojej wielkości i pysze przybył właśnie uroczyście na kolację do syna, spodziewając się jak zwykle smacznego posiłku przygotowanego przez pracowitą synową. A tu klops! Nie dość, że pusty stół, to jeszcze taka zaskakująca wiadomość.

– Rozmawiałem z nią przed momentem. – Paweł czuł się dziwnie, przekazując te wieści. Jakby musiał opowiedzieć, że Wisła nagle popłynęła w górę i on jeden to widział. Wytłumaczyć zjawisko, którego się nie spodziewał i zupełnie nie rozumiał. Nic nie czuł, tak bardzo był zaskoczony. Usiadł przy stole i spojrzał na pusty blat. Czekał, aż Laura poda talerze, choć przecież wiedział, że nie ma jej w domu.

– Zabrała ci dziecko i uciekła? – Jego ojciec złościł się, chodząc wzdłuż pokoju. Potykał się o liczne krzesła, ale żadnego z nich nie przestawił ani nie zmienił trasy. Jakby potrzebował dodatkowego pretekstu do przeklinania. – Co jest, do kurwy nędzy?! – wołał co kilkanaście sekund, kopiąc meble. – Ta dziewczyna nie ma za grosz przyzwoitości! Żadnej wdzięczności, poczucia obowiązku. A ty jesteś prawdziwym bohaterem, że w ogóle tak długo z nią wytrzymałeś!

Paweł nie wiedział, co myśleć. Czuł się, jakby doznał rozdwojenia jaźni. Jedna część uważała, że ojciec ma rację. Była gotowa rozżalić się nad sobą. Ale druga miała świadomość, że o żadnym bohaterstwie nie może tutaj być mowy. Która była prawdziwa, nie miał pojęcia.

Jego matka siedziała po drugiej stronie i jak zawsze zaciskała usta w kreseczkę. Właściwie rzadko miewała inną minę. Taką ją pamiętał z dzieciństwa, młodości i wszystkich ważnych uroczystości rodzinnych. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo zawsze musiała być nieszczęśliwa. Wcześniej o tym nie myślał. A może nie chciał? Rodzice stanowili jedną, zawsze mówiącą tym samym głosem całość. Teraz do niego dotarło, że był to wyłącznie głos ojca.

– A ty co o tym sądzisz? – zapytał mamę i spojrzał na nią uważnie.

– Jak to, co sądzi?! – odezwał się natychmiast Wacław Andrychowski, nie pozwalając żonie dojść do głosu. – Jest oburzona i pełna potępienia! Co tu można innego powiedzieć?! Za tyle naszego poświęcenia, taki brak wdzięczności! Ale ty ją możesz ścigać, nawet przez policję. W końcu prawdopodobnie zabrała twoje dziecko.

– Nie jest w ciąży – odparł Paweł. – Powiedziała mi.

– Może kłamie? Po takich kobietach, które porzucają mężów, wszystkiego można się spodziewać.

Paweł miał ochotę przyznać mu rację. To była taka łatwa ścieżka oburzenia, stereotypów, niechęci, złości. Gdyby na nią wszedł, mógłby sobie ulżyć. Obgadać Laurę, zrzucić na nią całą winę. Znał jednak tę dziewczynę, w której kiedyś się zakochał. Była prawdomówna i szczera, a także odważna. Na wiele lat zniknęła w takiej postaci, jakby się zapadła pod ziemię, a w jej miejsce pojawiła się osoba cicha, wycofana, nieszczęśliwa, blada oraz przestraszona. Ale domyślał się, że to nie ona podjęła decyzję o odejściu, lecz ta pierwsza, prawdziwa Laura.

– Nie oceniaj jej pochopnie, tato – poprosił, choć nie miał wielkich nadziei na to, że ojciec posłucha.

– Chyba jesteś niepoważny! – oburzył się pan Andrychowski. – Twoja żona nie zasługuje na żadne względy. A w ogóle to ja jestem głodny – obraził się na dobre. – To już jest naprawdę skandal!

Paweł, który dzisiaj czuł się wyjątkowo dziwnie i reagował niezgodnie ze zwykłymi odruchami, spojrzał w tym momencie na twarz mamy. Był ciekawy, czy ona podziela opinię swojego męża. Zawsze sądził, że we wszystkim się zgadzają. Ale ona patrzyła na Wacława z niechęcią, a w jej oczach była przede wszystkim pogarda. Tak wielka, że Paweł aż zadrżał i natychmiast odwrócił wzrok.

– Idziemy do restauracji – zarządził ojciec, nie pytając nikogo o zdanie, a jego żona wstała jak dobrze działający automat. Syn również. Odruchowo. – Pamiętaj, dziecko, że masz tatę – zwrócił się pan Andrychowski do dorosłego syna, szanowanego lekarza, jak do kilkulatka. – I prawdziwą rodzinę – dodał. – Wszystko mi zawdzięczasz. Dałem ci życie, talent do medycyny, nauczyłem, jak zrobić karierę. Masz po mnie najlepsze geny. Pokażę ci też, jak się tworzy udane związki. Laura od początku mi się nie podobała.

To była prawda. Od pierwszej chwili przyszła żona Pawła i jego ojciec poczuli do siebie instynktowną niechęć. Właściwie nie wiadomo z jakiego powodu. Stało się to, zanim padło choćby słowo. Spojrzeli sobie w oczy i jednocześnie odwrócili wzrok. Stosunki rodzinne układały się dobrze wyłącznie dlatego, że Laura dbała o nie z daleko idącą uprzejmością i wyrozumiałością, ustępując teściowi na każdym kroku. Ale jej poświęcenie zdało się na nic. Teść nadal miał o niej złe zdanie i wcale nie starał się być równie miły ani delikatny.

 

– Masz teraz szerokie pole do popisu – powiedział do syna, wkładając płaszcz z miękkiej wełny. – Wybierzemy ci lepszą partnerkę. Mam nawet kilka kandydatek na oku. – Uśmiechnął się niezbyt przyjemnie. – Same łakome kąski – dodał i puścił oko do Pawła, zupełnie przy tym ignorując obecność żony, jej ewentualne uczucia i emocje.

Paweł znów miał wrażenie, jakby się wewnętrznie rozdarł. Całe życie pozostawał pod silnym wpływem ojca. Wszystkie jego rady były zawsze celne, a ich skutki przyjemne. Kariera i idąca za nią władza upajały, piękny dom napawał dumą, pieniądze na koncie dawały poczucie panowania nad otaczającym światem. Wszystko to zawdzięczał słuchaniu podpowiedzi ojca. Tylko raz się zbuntował, właśnie gdy wybierał żonę. I najwyraźniej źle na tym wyszedł.

Wierzył, że tata znajdzie mu lepszą kobietę. Jakąś prostszą w obsłudze. Bardziej jeszcze uległą i posłuszną. Płodną, grzeczną i pracowitą. Chciał tego. Ponad wszystko pragnął wreszcie mieć w domu święty spokój. Koniec z tematem wiecznego szarpania się z domowymi sprawami. By móc się zająć na dobre karierą i jeszcze mocniej ją rozhulać. Tyle było teraz możliwości. Przed ambitnymi ludźmi świat stoi otworem wraz z perspektywą międzynarodowego rozwoju.

A jednocześnie jakby mieszkał w nim jakiś drugi człowiek. Słabiutki i niedożywiony. Dawno zapomniany. Cień innego świata, do którego Paweł nie umiał znaleźć drogi. Ten tęsknił za czymś zupełnie innym. Kochał właśnie Laurę, a nie jakąkolwiek kobietę. Chciał bardzo, by wróciła. Pragnął także prawdy, choć pojęcia nie miał, na czym miałoby to polegać. Ten drugi lubił szerokie przestrzenie, góry i zapach jabłek pokrytych poranną rosą.

Dlaczego? Paweł nie miał pojęcia. Był dzieckiem miasta. Jego przodkowie zawsze mieszkali w Krakowie, w pokrytym chmurą smogu centrum. Nikt nigdy nie hodował jabłek. On pierwszy wyprowadził się na obrzeża, choć wciąż w miejsce, gdzie dojeżdżały tramwaje i niedaleko piętrzyły się wysokie bloki. Skąd się w nim brała ta tęsknota za własnym sadem, polem szumiącej pszenicy czy kawałkiem lasu?

– Głupoty – tak to określił ojciec, gdy Paweł pierwszy raz mu o tym opowiedział. Mama za to jakby się przeraziła i jeszcze mocniej zacisnęła usta. Żadne nie podjęło tematu.

Nigdy więcej nie próbował już o tym myśleć. Teraz też szybko odsunął te dziwne podszepty i ruszył za rodzicami. Odruchowo zaczął w myślach przeglądać katalog zatrudnionych w szpitalu pielęgniarek. Wiedział, że przynajmniej w kilku przypadkach wystarczyłby jeden telefon, by się umówić.

***

Laura obudziła się i drgnęła gwałtownie. Nawet nie wiedziała, kiedy zasnęła. Szum silnika działał uspokajająco, a radio szemrało cicho. Miała nadzieję, że nie zamknęła powiek w trakcie rozmowy i jakiejś wypowiedzi Błażeja. Zupełnie niczego nie pamiętała. Ze zmęczenia i stresu urwał jej się film.

Odpłynęła zaraz po tym, jak zadzwonił Paweł, a ona powiedziała mu wprost, że nie jest w ciąży, za to wyprowadziła się i odchodzi na dobre. Ta rozmowa, choć krótka, była mocno wyczerpująca emocjonalnie. Ale sprawiła jej ulgę. Miała to już za sobą. Wbrew jej obawom Paweł nie wciągnął jej w długą dyskusję, nie zażądał wyjaśnień. Niestety również nie zaprotestował. Przyjął dwa najważniejsze fakty, jakie mu przekazała, z zadziwiającym spokojem. Rzeczowo. Jakby słuchał o przebiegu rutynowej operacji. Nie skomentował decyzji żony ani słowem. Szybko się rozłączył.

To zabolało. Laura była zdecydowana odejść, nie chciała się szarpać, kłócić, udowadniać swoich argumentów. Liczyła jednak na jakiś żal, może próbę protestu. Ludzki odruch po dziesięciu latach małżeństwa. Nic takiego nie nastąpiło. Paweł spieszył się. Chciał tylko wiedzieć, dlaczego jej nie ma.

Błażej spojrzał w jej stronę, ale nic nie powiedział. Siłą rzeczy musiał wszystko słyszeć. To chyba wtedy tylko na chwilę przymknęła powieki. Żeby nie patrzeć mu w oczy, nie widzieć ani jego, ani całego świata, który mówił jej jednym głosem: „Dziewczyno, dlaczego tak późno się obudziłaś?”.

A ona chciała usłyszeć coś innego: „Wróć, będzie lepiej, jest nadzieja”.

Siedziała na wygodnym samochodowym fotelu i niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w drogę. Prawda docierała do niej powoli, z oporami. Drzwi do umysłu i serca Laury nie były dla niej w pełni otwarte. Może zrobiła się niewielka szczelina, ale z powodu bólu Laura w każdej chwili gotowa ją była zatrzasnąć. Czasem fakty są tak nieprzyjemne, że lepiej jest mieć złudzenia.

Ale wiedziała, że nie może się wycofać. Nie miała drogi powrotu. Paweł jej o to nie poprosił. Dobrze się stało, bo może by się złamała, a to by była ostatnia głupota. W tym związku miłość znajdowała już tylko po jej stronie. Głupie uczucie, które nie chciało umrzeć, choć codziennie było podlewane trucizną i karmione upokorzeniem.

Zacisnęła pięści. Musiała sobie znowu przypomnieć, co to znaczy walczyć o siebie. Pilnować granic, wymagać szacunku, szukać szczęścia. Odzwyczaiła się.

Przeciągnęła się delikatnie, jak dalece pozwalało miejsce w samochodzie, i poczuła lekką ulgę. Brzuch już jej nie bolał. Zadziałała tabletka. Miała też po raz pierwszy od dawna poczucie, że nic nie musi. Nigdzie się nie spieszy i przed nikim nie będzie się tłumaczyć ze swoich decyzji. Była wolna, choć cena za to uczucie pozostawała wysoka. Serce bolało bardzo mocno i na tę dolegliwość nie istniało lekarstwo, nawet w najlepszych klinikach.

Była znowu głodna. Wyszła z domu pod wpływem impulsu, nieprzygotowana. Kanapki i przekąski zabiera się na piknik lub miłą przejażdżkę. Ona uciekała. Cieszyła się, że miała zawsze w torebce najważniejsze dokumenty, kartę do bankomatu, a jej telefon można było naładować, podpinając go do standardowego kabelka gdziekolwiek. Wrzuciła do walizki tylko kilka ubrań, wydawało jej się, że najpotrzebniejszych, ale po otwarciu bagażu, kiedy szukała kosmetyczki, zobaczyła, jak bardzo się myliła i do jakiego stopnia targały nią emocje w chwili, gdy decydowała się opuścić Pawła oraz ich wspólny dom.

Podniosła wtedy wieko walizki i zobaczyła jedwabną bluzkę, prezent od teściowej. Nie znosiła tego ciucha i nigdy nie zakładała. Wzór w czarne ptaki zawsze ją wpędzał w zły nastrój i poczucie winy. Prócz tego była tam jeszcze sukienka z ostatniego sylwestra kompletnie nienadająca się do noszenia w zwykłe dni, za duże spodnie, które kupiła przez internet i zapomniała zwrócić, oraz dwa swetry. Na szczęście odpowiednie zarówno na tę porę roku, jak i pasujące rozmiarem. Przynajmniej przez pierwsze dni będzie co włożyć na siebie, żeby nie zamarznąć. Luty tego roku się wciąż przypominał, skąd wzięła się jego staropolska nazwa. Zimno przenikało do głębi.

Nie miała odwagi poprosić Błażeja, by znów się zatrzymał.

– Daleko jeszcze? – zapytała, a na jej głos Drops natychmiast się rozszczekał, jakby tylko czekał na znak.

– Nieźli jesteście – roześmiał się Błażej. – Idealna synchronizacja. Kiedy spałaś, ten mały futrzak nawet nie pisnął. A teraz szczeka jak wariat. Zaraz się zatrzymam, pewnie mu się chce sikać.

– Nie chcę ci robić kłopotu – powiedziała Laura. – I tak reagujesz z wielkim taktem na moje zachowanie.

– Pies nie ma takich skrupułów – odparł. – Musi wyjść, to daje jasno do zrozumienia. Tylko my ludzie tak się certolimy i nie mówimy wprost. A szkoda.

– No dobrze – uśmiechnęła się Laura. – To ja też potrzebuję postoju.

– I to lubię. – Błażej wjechał w zatoczkę przed stacją paliw. – Nie muszę mówić, że ja też potrzebuję, tylko skorzystam z okazji.

Roześmiała się, choć naprawdę nie była w nastroju do żartów. Sen sprawił, że nieco odpoczęła, ale jej problemy nie zniknęły. Wypuściła psa, który zaczął radośnie biegać, a smycz okręcała się wokół jej nóg. Błażej tym razem jej nie towarzyszył. Pobiegł w stronę stacji.

Włączyła telefon. Spodziewała się gradu powiadomień o nieodebranych połączeniach. Ale nie pojawiło się ani jedno. Zabolało. Jej rodzice wprawdzie jeszcze nie wiedzieli, że w czasie, gdy oni smacznie spali w swoich osobnych domach ze swoimi nowymi rodzinami, a potem zajmowali się codziennymi zwyczajnymi czynnościami, Laura właśnie wywracała swoje życie do góry nogami. A nawet gdyby wiedzieli, może niewiele by ich to obeszło?

Po rozwodzie oboje stworzyli sobie życie od nowa. Laura do żadnego nie pasowała. Miała wrażenie, że jej obecność uwiera zarówno mamę, jak i tatę. Jest przypomnieniem ciężkich czasów i przeszkadza w budowaniu relacji z kolejnymi partnerami. Po co komu niechciane dziecko z innego życia? Zwłaszcza jeśli jest już duże. Jej rodzice z ulgą przyjęli fakt, że wreszcie wyszła za mąż i nie dążyli do zbyt bliskich kontaktów.

Andrychowscy z pewnością zostali już powiadomieni, ale na telefon od nich nie było co liczyć. I lepiej. Nie chciała nawet sobie wyobrażać, co mogłaby usłyszeć.

Nie dzwonił też niestety Paweł. Poza tą jedną krótką rozmową nie podjął żadnej próby kontaktu. Wyjaśnienia czegokolwiek. Nie zapytał, dlaczego wyjechała, dokąd się kieruje ani czy zamierza wrócić.

Co teraz robił? Czy odpoczywał, by następnego dnia w dobrym stanie stawić się na dyżurze? A może siedział w pustym pokoju i rozmyślał nad swoim życiem? Szczerze w to wątpiła. Raczej wreszcie się rzucił na którąś z ponętnych pielęgniarek. Andrychowscy zawsze straszyli Laurę ich urodą, ochotą na bliskie kontakty z zastępcą ordynatora, płodnością i kobiecością. Do tego stopnia, że żona Pawła rzadko bywała w szpitalu. Nie odwiedzała go w pracy, bo bała się konfrontacji. Wyobrażała sobie całe tłumy pielęgniarek niczym legendarne ratowniczki ze Słonecznego patrolu. Ponętne i kuszące. Z gruntu czuła się przegrana.

Szybko wrzuciła telefon do torebki, a potem pochyliła się i pogłaskała Dropsa. Polizał ją po ręce. Lubili się. Miło było pomyśleć, że jest chociaż jedna istota, dla której Laura jest kimś ważnym.

ROZDZIAŁ 7


Gdy Laura dojeżdżała nad morze, Paweł siedział z ojcem w restauracji, do której przenieśli się już tylko we dwóch po zjedzeniu kolacji w towarzystwie matki. Siedzieli tam dość długo i drążyli temat odejścia Laury, który każdego z nich dotknął w inny sposób.

– Mówię ci, baby trzeba trzymać krótko! – Wacław Andrychowski wypił jednym haustem wódkę z kieliszka, po czym ze stukotem odłożył go na blat baru. Barman dyskretnie przewrócił oczami. Różnych tu miewał klientów i zasadniczo był przyzwyczajony, że po kilku kolejkach alkoholu wygadują głupoty i obarczają cały świat winą za swoje błędy. Ale tego gościa nie znosił w sposób szczególny.

Wiedział, że ten palant, który upijał się właśnie na jego zmianie, jest emerytowanym lekarzem. Takim z najgorszych opowieści. Był znany w mieście. Brał łapówki za ratowanie życia, ale też za wykonywanie swoich podstawowych obowiązków. Pycha zalewała mu oczy. Uważał, że wszystko mu się w życiu udało, ale ludzie go nie szanowali. Los jednak zdawał mu się sprzyjać. Klient był zamożny i miał wspaniałego syna, który z łatwością pokonywał kolejne szczeble kariery. Miał z czego być dumny.

Barman też marzył o medycynie, ale nie miał ze strony rodziców żadnego wsparcia. Mieszkali daleko od Krakowa i żyli skromnie ze swoich pensji. To on dosyłał im w mroźne miesiące pieniądze na opłaty za gaz. Musiał pracować na dwa etaty, by w przyszłym roku spróbować szans na studiowanie. A wszystko pomimo tego, że zdał maturę z bardzo wysokim wynikiem. Czuł się rozgoryczony tą życiową niesprawiedliwością.

Spojrzał spod zmarszczonych brwi na szczęściarzy, którym okoliczności same słały się pod stopy. O nic nie musieli walczyć.

Ciekawe, jakie to uczucie? – zastanowił się, ścierając brudne stoliki i wysłuchując nędznych mądrości życiowych doktora Andrychowskiego, wypowiadanych podniesionym głosem.

– Nam też nie było łatwo. – Wacław położył dłoń na ramieniu syna. – Nie jestem wcale dumny z matki – powiedział głośno, a barman znów przewrócił oczami, tym razem nawet nie siląc się na dyskrecję. – Dała mi tylko jedno dziecko, ale starała się kobiecina, jak umiała, i to trzeba docenić.

Paweł poczuł, że wódka ma dziwnie gorzki smak. Może to jakaś gorsza seria? Ale chyba jednak wstrętne słowa ojca spowodowały to okropne uczucie.

 

– Ja już pewnych rzeczy nie zdążę – Andrychowski rozżalił się nad sobą. – Ale ty masz życie przed sobą. Niczym się nie przejmuj. Bierz garściami, na co tylko masz ochotę! – Wychylił kolejny kieliszek. – Zadbałem, byś nie musiał z niczego rezygnować! – zawołał na całe gardło, a barman jeszcze mocniej zacisnął usta.

Paweł był nieco mniej pijany niż ojciec. Wstyd mu było za jego komentarze, ale składał je na karb alkoholu.

– Wracajmy – powiedział. – Myślę, że obaj mamy dość. Zadzwonię po taksówkę.

– Nie ma mowy! – ryknął ojciec. – Nie będzie znany lekarz jechał pijany do domu taryfą jak zwykły żul.

Paweł miał dość.

– Żadnego żula nie stać na takie usługi! – powiedział zniecierpliwionym tonem. – Żule na nogach idą. I proszę cię, przestań. Nie jesteś aż tak znany, żeby cię każdy taksówkarz miał rozpoznawać. – Paweł poczuł, że drżą mu dłonie, co dla lekarza było jednym z najgorszych koszmarów. Zaczęła go okropnie boleć głowa. Przypomniał sobie, że jutro ma dyżur i natychmiast chciał znaleźć się w domu. Zatęsknił za Laurą. Tamtą, kiedyś bliską mu dziewczyną. Chciał się jej pożalić, że żona go zostawiła, ale przypomniał sobie, że to właśnie ona. Wściekł się na krążący w jego żyłach alkohol. Próbował się skupić, poukładać myśli, ale nie mógł ich złapać.

Złość nim zatrzęsła.

– Dzwoń po matkę – zarządził szybko jego ojciec.

– Mama wspominała, że źle się czuje… – Paweł ani myślał wykonywać polecenia.

– I co z tego? – zdumiał się znany lekarz. – Odpocznie potem. Co ma do roboty? Wnuków bawić nie musi, bo ich niestety nie ma. Uwierzysz pan? – zwrócił się do barmana, który zabrał kieliszki. – Synowa nawet tyle nie zrobiła.

– Przestań. – Paweł szarpnął go za ramię. – Jesteś pijany.

– Takie baby… – Wacław Andrychowski nie dał się zatrzymać. – Za grosz poczucia obowiązku. A ojciec ostrzegał, żeby wziąć inną. – Kiwnął głową i spojrzał znacząco na syna. – Laura od początku jakoś tak mi delikatnie wyglądała. A tu trzeba dziewuchy jak dawniej, co to na czym usiąść ma i pooddychać…

Paweł stanowczo wziął ojca pod rękę i prawie siłą wyprowadził na zewnątrz. Zrobiło mu się niedobrze. Ta wódka ewidentnie była jakaś felerna. Nie zważając na protesty starego doktora i jego wykrzykiwane głośno uwagi o tym, co przystoi lekarzowi z jego pozycją, Paweł bez pardonu wpakował go do taksówki i zawiózł do domu, a potem oddał w ręce mamy, która – jak się okazało – cały czas czekała przy oknie. Spojrzała mu w oczy, ale nie odezwała się ani słowem, choć próbował nawiązać rozmowę. Nagle zapragnął poznać bliżej tę wiecznie milczącą kobietę, która poświęciła życie obu swoim mężczyznom. Mężowi i synowi.

Cały czas miał wrażenie, że ona chce mu powiedzieć coś ważnego, lecz on nie umie tego odczytać.