KołysankaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Krystyna Januszewska, 2018

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcia na okładce

© Neangell/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-781-9

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Gintrowskiego 28, 02–697 Warszawa

www.proszynski.pl

KOŁYSANKA DLA NAS

Jest zwykle jakieś niebo pogodę wróżące.

Jest najzieleńsze drzewo. Jego szept nad domem

z miłości jak jaskółcze gniazdo ulepionym.

Radosny czas dzieciństwa pod bezpiecznym słońcem.

I jest szyderstwo losu. I modlitw daremność.

Tracisz niebo. I drzewo. I dom. I nadzieję.

Historia – ironistka przewrotna szaleje

nigdy nienasycona człowieczym nieszczęściem.

Gniew. Lęk. I nic co ludzkie… I spalone mosty.

Umieranie z rozpaczy, tęsknoty i żalu.

Więc nim ludzkość się znowu w obłędzie pogrąży –

przez horyzonty śmierci i krwi drogą prostą

wracaj do siebie. Trafisz, szukając wytrwale.

Zdążysz przypomnieć swoje niebo. Może zdążysz.

Krystyna Konecka

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WSTĘP

Przeprowadzka to nic miłego. Każdy, kto chociaż raz w życiu musiał przenosić swój dobytek z jednego miejsca na drugie, wie, o czym mówię. Tych kilka mebli, trochę pościeli, telewizor, jakiś sprzęt elektroniczny, naczynia – wydaje się, że to proste. Wystarczy przecież zamówić transport i raz-dwa wszystko dotrze na miejsce. Potem okazuje się, że meblowóz jest za mały i trzeba zamawiać drugi, a w kartonach niewiele się mieści i trzeba krążyć wiele razy z pełnym bagażnikiem, zanim się dowiezie cały dobytek do miejsca przeznaczenia. Przy długim stażu małżeńskim sprawa jest beznadziejna.

No właśnie, moi rodzice się przeprowadzają. Chcą mieszkać na parterze, mają dość codziennej wspinaczki na drugie piętro, a czteropiętrowy blok z wczesnych lat sześćdziesiątych oczywiście jest bez windy. Czas na zmianę. Najpierw pakujemy drobiazgi, trzeba opróżnić szafy, przejrzeć dokumenty, wyrzucić wszystko, co już dawno powinno trafić na śmietnik. Tyle się nazbierało bezużytecznych przedmiotów, których wartość to tylko wspomnienie czegoś lub kogoś. Segregacja okazuje się bolesna, ale trzeba ją przeprowadzić, pozbyć się części przeszłości, która w zasadzie nie jest już nikomu potrzebna. Trzeba iść do przodu, brać resztki tego, co daje los, zamiast wracać i wracać, i oglądać się za siebie bez sensu. Tam już nie ma nic do odkrycia.

Dla mnie to oczywiste, ale rodzicom trudno się rozstawać z zawartością każdego pudełka. Otwieramy je, przekładamy z miejsca na miejsce, zostawiając decyzję na jutro. Regał ojca to muzeum – stare gazety, a w nich przełomowe dla kraju momenty, szkolne zeszyty – moje, siostry i studenckie notatki ojca. Zbiory etykiet zapałczanych, pudełka z medalami, stare zegarki na rękę, budziki, okulary, niektóre śmieszne, nawet pokraczne, zgodne z ówczesnymi kanonami mody. Są też maszynki do golenia, takie na żyletki, stare jak świat, w oryginalnym pudełku z granatowej skórki. Nie da się wyliczyć wszystkiego, co zawiera regał mojego taty.

– Nie wiem, po co on to wszystko zbierał – denerwuje się mama, widząc, że na środku dywanu rośnie stos przedmiotów, które dla niej są bez znaczenia.

Tymczasem wyjmuje z szafy moją maturalną sukienkę i modne sto lat temu złote buty na obcasie, do których nosiło się wtedy kolorowe skarpetki. Widzę, że to, co wydawało się takie proste, potrwa, jak dobrze pójdzie, cały tydzień, a każdy kolejny dzień będzie się kończył grubo po północy.

Ugrzęzłam w przeszłości po uszy. Trzeciego dnia dojechała do nas siostra. Pomyślałam, że to mocno przyspieszy sprawę. Ma w sobie ikrę i potrafi ustawić rodziców do pionu. Przyjechała i ustaliła plan. Ja z mamą opróżniam szafy, ojciec regały, szafę z narzędziami oraz piwnicę, ona dokonuje ostrej segregacji i nie pozwala zaglądać do opisanych pudełek. Podziwiam ją za chłodne podejście, tym bardziej że znam jej sentyment do staroci i zdolność do nadawania im kolejnych i kolejnych żywotów. Uspokajam się, widząc karton z napisem „Do przemyślenia”.

Wesoło nam, jemy byle co, kilka razy dziennie pijemy kawę, zagryzając herbatnikami, które też mają już swoją historię.

Ostatnie kartony zdejmujemy z pawlacza. Nie pamiętam, kiedy były otwierane. W mniejszych kolejne skarby, przymierzamy dziewczęce sandałki i czółenka mamy, których bardzo jej zazdrościłam. Mama miała wtedy czterdzieści lat, tak wynika z daty na kartonie, ja osiemnaście. Byłam na nią zła, bo na co takiej starej kobiecie najmodniejsze na świecie buty?

W ostatnim kartonie prawdziwa historia. Granatowa sukienka w białe kółeczka, z kołnierzykiem obszytym lamówką, szary żakiet z wytartymi do podszewki łokciami, biała szatka, coś na kształt niemowlęcej koszulki, i dwie pary malutkich bucików.

– To moja sukienka do ślubu – wyjaśnia mama i widzę, że w oczach ma łzy.

Nic dziwnego, płaczę razem z nią, dołącza siostra. Domyślamy się, że biała koszulka i buciki to strój do chrztu jej córek, czyli nasz. A więc płaczemy jeszcze bardziej.

– W tym żakiecie przeszłam wiele kilometrów – dodaje, gdy przestajemy płakać. Odruchowo sprawdzam kieszenie, to tam zazwyczaj kryją się największe skarby. Pod palcami czuję coś twardego, wyjmuję.

– A to? – pytam.

Trzymam w ręku starą fotografię, jest zmięta i zmętniała, trudno rozpoznać twarze. Jednak mama się uśmiecha, promienieje. Do pokoju zagląda ojciec, też patrzy, on także zna to zdjęcie. Zastygli na chwilę, widać po nich, że pośród innych pamiątek ta ma wartość największą i dotyczy ich wspólnej przeszłości.

Przeszłość zawsze człowieka dogoni. Czasem ma dobrą, pogodną twarz, wygładza i poprawia krzywizny dróg. Innym razem jest upiorna, aż do granic wytrzymałości, i nie ma na nią antidotum. Patrzymy z siostrą na rodziców, gdy krzyżują spojrzenia.

– To jest, córeczko, bardzo stara historia – odpowiada mama.

***

Rodzice przyzwyczajają się do nowego mieszkania. Urządzają je powoli, pokoje są trochę większe, zatem stare meble znikają na tle białej ściany, robią się niewidzialne. Za to kuchnię mają mniejszą, więc pralka stoi w łazience. W sumie tam jest jej właściwe miejsce. Na półkach starego regału, z którym nie chcieli się rozstać, ustawiają zdjęcia w srebrnych ramkach. Również to, które znalazłam w kieszeni szarego żakietu. Już wiemy, czego dotyczy. Gdyby nie przeprowadzka, pewnie nigdy nie poznalibyśmy jego historii ani losów widocznych na nim osób. Traf sprawił, że dawno temu skrzyżowały się ich ścieżki tak samo, jak krzyżuje się wiele dróg na świecie.

Oboje – i mama, i ojciec – urodzili się na Kresach. Były późne lata dwudzieste dwudziestego wieku. Ojciec przyszedł na świat w polskiej kolonii Krymno na Polesiu, w rodzinie Jana i Wiktorii Kuśmierczyków, którzy przybyli tam z Kielecczyzny krótko po tym, jak po latach niewoli Polska powróciła wreszcie na mapy Europy. Opuścili rodzinne strony, żeby na innej, lepszej i dostatniej ziemi stworzyć nowy dom. Wyruszyli na Wschód z sąsiadami. Czterdzieści rodzin zostawiło ojcowiznę, która dla polskiego chłopa była od wieków świętością. Chcieli być postępowi i przełamać stereotyp zacofanego, naiwnego człowieka ze wsi. Z wiedzą i doświadczeniem, którego nie musieli się wstydzić, zaczęli wytyczać drogi, dzielić ziemię i od podstaw kłaść podwaliny pod nowe osiedle. Po czasach ucisku, po stu dwudziestu trzech latach represji, po wywózkach na Sybir, bankructwach zamożnego polskiego ziemiaństwa wschodnie tereny Polski wymagały odrodzenia. Potrzebni byli lekarze, nauczyciele, urzędnicy. Ziemia czekała na dobrych gospodarzy. Rząd oferował korzystne warunki dla chętnych do zasiedlenia zapuszczonych gospodarstw i zarośniętych lasami pól, banki dawały korzystne kredyty.

Wiktoria była drugą żoną Jana. Pierwszą, Weronkę, zabrała choroba. Zostały po niej dwie córki, Ewa i Marysia. Pierwsza żona Jana była jak motyl, druga przypominała pracowitą pszczołę. Wspierała męża i jego plany, mimo obaw o los dziewczynek oraz wspólnych dzieci, które przychodziły na świat niemal każdego roku. Pierwszy był Edek, lecz zachorował i zmarł. Później urodził się Lucjan, chłopiec o pięknej i wrażliwej duszy. Po nim pojawiła się na świecie Genia, a po Geni Antoś.

Polesie było egzotyczne i zaskakujące. Tak bardzo różniło się od stron, w których się wychowali. Inni ludzie, niski poziom kultury rolnej, tłumiona polskość, dziwne obyczaje. Nie wszyscy spełnili swoje marzenia. Kuśmierczykowie znaleźli się w grupie najwytrwalszych. To była rodzina mojego taty.

Mama, rdzenna Kresowianka, urodziła się w Żółkwi, małym miasteczku leżącym niedaleko Lwowa. Miało wspaniałą historię. Mimo że niewielkie, szczyciło się iście królewskimi zabytkami, które ukochali i rozbudowali dostojni właściciele. Rodzice mojej mamy należeli do klasy średniej, mieszkali na Kresach z dziada pradziada. Przywykli do różnorodności w mieście, w którym Polacy nie byli najliczniejszym narodem. Oswoili się z faktem, że wokół żyją ludzie przeróżnych kultur i religii. W miasteczku miniaturce, stanowiącym odzwierciedlenie atmosfery całego regionu, żyło się godnie, w poczuciu mocno zakorzenionej polskości.

 

Chłopi, mieszczanie, polskie ziemiańskie rodziny, mimo wielu lat represji, zdołali ocalić miłość do Polski i pamięć o niej. Ci, którzy przybyli na Wschód po pierwszej wojnie światowej, przynieśli ze sobą nieco inne zwyczaje, język, który miał swoją polską twardość, a także doświadczenia wyniesione z zaborów, w których zamieszkiwali. Miejscowi nauczyli ich kresowych odmienności, tradycji, języka i zasad społecznych, obowiązujących w barwnym, wschodnioeuropejskim regionie. I mogło być tak pięknie. Młodzi ludzie żyli z nadzieją na lepsze jutro, mieszały się ze sobą kultury i obyczaje. Rozkwitała nadzieja, że wolna Polska będzie rosła w siłę. I rosła. Lata dwudzieste i trzydzieste dwudziestego wieku stały się dla kraju okresem prawdziwego rozkwitu, nie tylko gospodarczego. Grało się jazz, komponowano dobrą muzykę, kręcono modne filmy. Twórcy byli wtedy płodni jak nigdy wcześniej. Ta energia nie ominęła miast ani wsi.

I właśnie wtedy przyszedł rok, w którym zrobiono zdjęcie znalezione w kieszeni szarego żakietu mojej mamy.

*

KRYMNO 1926

Minęło sześć lat, odkąd sprzedali ojcowiznę i odeszli. Zostawili ojczystą ziemię, licząc, że tam, gdzie jadą, znajdą lepsze życie.

Polesie, dzika i tajemnicza kraina lasów i bagien, błotnistych rzek i mokradeł, dokuczliwych komarów i dzikiej zwierzyny. Wiosną opleciona labiryntem rzek, zimą w okowach lodu. A oni mimo wszystko postanowili zapuścić tu korzenie. Nie było czasu na łzy, w niczym by nie pomogły, niczego nie ułatwiły.

Poszły za nimi kobiety z dziećmi, pojechał cały dobytek. Użalać się, skarżyć na ciężką pracę – to jakby się przyznać do błędu, że ta decyzja była pomyłką, pomysł na lepsze życie mrzonką, a szczęście, którego szukali, totalną ułudą.

***

Jan jechał wierzchem z Zabratowa do domu. Spieszył się, dopiero co skończyli dzielić pole odzyskane cudem od byłego dzierżawcy. Ziemię kupili dawno, ale jej wydrzeć dotąd nie mogli. Procesowali się kilka lat, na szczęście z sukcesem. Pole zapuszczone, do jesieni będzie co robić, żeby wiosną dało się chociaż trochę zaorać. Już szósty rok walczyli z ugorami. Od kiedy tu przybyli, wiele się zmieniło na lepsze. Jan pamięć miał dobrą, każdy kawałek gruntu, który obrabiał gołymi rękami, był jak wyrzut sumienia. Często zadawał sobie pytanie, czy heroiczny akt wyjścia z ziemi ojców był właściwym krokiem. Myślał o tym bez przerwy, gdy w mrozie i deszczu stawiali domy, świętowali Wielkanoc na polu, byle razem, wśród swoich. A wszystko wokół obce, nieznane, całkiem inni ludzie, musieli się dostosować, wtopić, a nawet polubić. Czy było warto? Po sześciu latach nie potrafił sobie odpowiedzieć, czy teraz czuli się w końcu u siebie. Wspominał, jak mieszkali w chacie Mazurów, jak się gnieździli w ciasnocie. Tutaj pracowali na swoim, handlowali, robili interesy także z miejscowymi, żyli w dostatku, nikt nie chodził głodny. Może czas najwyższy przestać kalkulować i ciągle zerkać za siebie. Czas płynie, trzeba myśleć do przodu, a przed nimi nowe zadania. Nic nie stoi w miejscu. Na przykład dzisiaj Trojanowicz z czystej konieczności sprzedawał kawałek działki na Zabratowie Ukraińcowi z Krymna. Córkę chciał wydać za mąż, a że mąż z zaszczytami, więc potrzebny był posag. Trojanowicz ubił więc interes z ukraińskim chłopem. Cóż robić, skoro potrzebne pieniądze. Przez sześć lat można było się oswoić z faktem, że nie wszędzie tam, gdzie jest Polska, żyją sami Polacy.

Janowi żyło się dostatnio. Dokupił ziemi, wystarczyło pracy dla dwóch osób. Jak synowie podrosną, to pójdą na swoje. Ziemi jest do syta. Nie był samotnym rozbitkiem z dalekiej Kielecczyzny, choć teraz żył nad wodą, która wiosną wymywała na podwórku rowy, za to latem żywiła i dawała ochłodę.

W tych stronach przyroda była od zawsze żywicielką. Miejscowi dawali przybyszom przykład, jak z tego korzystać. Jedni uczyli się od drugich. Poleszuki byli jednak mniej ufni, nie darzyli Polaków miłością. Od dawna czuli się częścią Polesia i Lach był dla nich konkurencją. Woleli żyć po swojemu. Nie chcieli zmieniać zwyczajów, nie wszyscy gonili za nowinkami. Uznawali głównie to, co sprawdzili sami i czego nauczyli się od przodków. Nie bali się życia w lesie, pośród błota, w komitywie z owadami i przyrodą, której trzeba było stawić czoło. Mieszkali nad przeręblami, koczowali po lasach, zimą podpalali łąki i szuwary, odsłaniali teren, żeby wilk niepostrzeżenie nie podszedł pod chaty. Żywili się tym, co dał im las i wszechobecna woda.

Przykład Polaków, którzy wokół domów stawiali płoty i zamykali zwierzęta w oborach, wydawał im się dziwny. Byli ludźmi wolnymi, nie uznawali niewoli pod żadną postacią. Naiwny lud, trzymany przez urzędników rosyjskich w ciemnocie, nastawiany wrogo do sąsiadów Polaków poprzez propagandę systemu carskiego, a później karmiony bolszewicką ułudą, pochował się głęboko w lasach, jak najdalej od każdej władzy. Tych, którzy przetrwali na własnym skrawku ziemi, bliżej wiosek czy miast, skłóciły judzące, budzące nienawiść podszepty. Liczono, że taka wojna sąsiedzka zohydzi Polakom chęć osiedlania się tutaj.

Gdy w latach dwudziestych na Polesie zaczęły na nowo przybywać polskie rodziny, wezbrała niechęć do kolejnych najeźdźców. Jednak ówczesny rząd polski obrał inną strategię. Polesie było zbyt cenne, żeby pokonywać je siłą. Postanowiono odbudować wszystko od podstaw, najpierw równymi prawami dla każdego, później przez ochronę zdrowia, wojsko, szkoły, a przede wszystkim drogi. Poleszucy byli niepiśmienni, niektórzy wpółdzicy, pierwotni, niezwykle bierni. Trudno było do nich dotrzeć, do zaszytych w lasach wiosek i chutorów. Pozostawiono więc dawną ludność Polesia nieskrępowaną, pozwalano jej żyć na swych ziemiach i nie narzucano żadnych ograniczeń. Jednocześnie ostrożnie i bez nacisków wprowadzano porządek prawny. Przełomem okazało się wojsko. Powoływana do służby młodzież jakby przejrzała na oczy. Okazało się, że po drugiej stronie jest inny, całkiem przyjazny świat, są szkoły, lekarze, towary, o których nie mieli pojęcia.

Początkowo do Krymna przybyło czterdzieści rodzin. Zjechali spod łagodnych wzgórz świętokrzyskich, z Krasocina, Włoszczowy, z Kielc i Częstochowy. Odważyli się wyrwać korzenie, żeby je od nowa zapuścić w tej polskiej, dziwnie obcej ziemi. Podzielili się nią sprawiedliwie, wykarczowali, w ciągu roku postawili domy i chcieli być wreszcie szczęśliwi. Przybywało dzieci, młodzi schodzili się w pary, domostwa się rozrastały. Pierwszy rok, a potem jeszcze drugi żyli w niepewności, z dnia na dzień, żeby zamieszkać na swoim, dopieścić ziemię, zasiać i zebrać, a co dalej, to się okaże. A gdy już było wiadomo, że wszystko się dobrze układa, to jak wybuch wiosny w maju zaczęły się gody. Nic nie stało w miejscu, może jedynie zwolniło na chwilę. Jan widział, jak teraz życie się wyrównuje i dopełnia.

W kilku sprawach ponieśli klęskę, nie zbudowali kościoła. Zabrakło fundatora i przychylnej władzy. Ta, która w wielu sprawach decydowała za nich, tkwiła w rękach ukraińskich urzędników. Brakowało też szkoły, nie mieli cmentarza. Na to lokalne władze nie wydały zgody. Nic to, kościoły były w pobliżu, a szkoła na rynku w Krymnie. Dzieci i tak ciągle było mało. Te, co się tu urodziły, dopiero stawały na nogi.

Za to zrobili porządną drogę z kolonii Krymno do wsi Krymno. Dotychczasową od kilku lat wiosną podmywała rzeka, nie pomagały wzmocnienia wałów. I zaraz życie stało się łatwiejsze, wszędzie było blisko, i do sklepu Zelka, do sołtysa i do szkoły, a dalej drogi szły w różnych kierunkach. Wszędzie zrobiło się bliżej.

Jan i Wiktoria mieli już szóstkę dzieci: czwórkę swoich – Lucjana, Genowefę, Antoniego i Józefa, i dwie najstarsze dziewczynki, Ewę i Marysię, córki pierwszej żony Jana, Weronki. Weronka zmarła przedwcześnie, jeszcze zanim małżonkowie zdążyli się sobą nacieszyć. Ciężko było Janowi z dwójką małych dzieci. Ożenił się z Wiktorią, kuzynką, którą mu żona wybrała przed śmiercią. Wybrała najlepszą z najlepszych, jakie znała, musiała być pewna, że kiedy umrze, jej córkom nie stanie się krzywda.

Wiktoria wiedziała, jak zająć się dziećmi, wcześniej wychowała już młodsze rodzeństwo. Nieco później, gdy zaczęły się rodzić dzieci jej i Jana, zdarzały się jednak różne zatargi. Pojawił się dziwny dystans, dziewczynki czuły, że macocha traktuje je nieco inaczej. Podsycały to czasem dzieci sąsiadów, wynosząc na zewnątrz to, co usłyszały w domu. Wiktoria była pracowita i sprawiedliwa, bardzo troskliwa, choć nie wylewna. Nie miała w zwyczaju głaskać i przytulać pasierbic, jak to robiła ich matka, kiedy jeszcze żyła. W domu Wiktorii i Jana zasady słuchania rodziców obowiązywały każdego, bez względu na więzy krwi. Młodsi szanowali starszych i nie było od tego wyjątków.

Wiktoria przywiozła ze sobą do Krymna siostrzenicę Jana, Walerkę. Drugiej takiej szukać ze świecą. Pracowita i bezgranicznie oddana. Można jej było powierzyć dom i dzieci bez obaw. Walerka Omasta nie miała swojej rodziny, matki nie pamiętała, a ojciec odszedł z domu, gdy była jeszcze mała. Wychowywała ją siostra mamy, a po jej śmierci trafiła do domu wujka Jana. Przyzwyczaiła się, jego dzieci pokochała jak swoje. To ona przytulała i głaskała Ewę i Manię.

Walerce nikt nie przypadł do serca. Kochała tylko Maćka z Jakubowa, sierotę, jak ona. Ale straciła chłopaka. Zginął w tysiąc dziewięćset szesnastym, na wojnie, we Włoszech, został w górach, pod śniegiem. Jego serce zmieniło się w lód, a jej ciągle krwawiło. Nie chciała iść za innego. Teraz oddała całe to serce dzieciom Wiktorii i Jana. Wychowała starsze dziewczynki jak własne córki. Uwielbiała małego Lutka, pomagała trochę przy Geni. Z Antkiem była zaledwie rok, kiedy zdecydowała się odejść. Stwierdziła, że to najlepszy czas, żeby pójść na swoje, przecież jest dorosła. Ale nie miała odwagi wyjechać daleko. Bała się, że tęsknota za dziećmi okaże się zbyt dotkliwa.

W domu robiło się ciasno. Wprawdzie Jan obiecał dobudować izbę, żeby i Walerka miała kąt dla siebie, jednak ona chciała znaleźć własną drogę, spróbować żyć po swojemu, bo dotychczas żyła dla innych. Potrzebowała odmiany. Nie żeby ich opuścić, nie całkiem. Po prostu musiała o własnych siłach stanąć na nogi.

U Jana niczego jej nie brakowało. Traktowali ją na równi z innymi członkami rodziny, wujek nawet wyprawę obiecał wyszykować w razie wyjścia za mąż. Mimo to zawsze żyła na uboczu. Nie miała koleżanek, rzadko bywała na wiejskich zabawach, nie lubiła wesel, nawet gdy zapraszali, wolała zostać w domu, przy najmłodszych dzieciach. Niech tam inni się bawią, ona lubiła spokój. Teraz, gdy dziewczynki wyrosły, pewnie wkrótce wydadzą je za mąż i przestanie im już być potrzebna.

Ewa miała szesnaście lat. Wyrosła na ładną dziewczynę, przypominającą do złudzenia matkę. Jan patrzył na córkę i często odczuwał tęsknotę. Weronka tak młodo umarła, kochał ten delikatny kwiat, który dla niego nigdy nie przekwitł. Mimo upływu czasu wspomnienia ciągle wzbudzały nostalgię. Ewa miała, jak matka, lekki chód i słodkie, jasne oczy. Cudo prawdziwe. Już się za nią uganiali chłopcy. Ale ona, tak jak Walerka, nic sobie z nich nie robiła. Cicha, spokojna, zawsze była gotowa do pracy.

Marysię Pan ulepił z całkiem innej gliny. Ganiała jak wiatr po polach, hodowała kociaki, znosiła do domu węże i ropuchy. Kochało ją wszelkie stworzenie. Szarooka, zwinna i zachłanna życia, czuła się w Krymnie, jakby się tu urodziła. Uwodziły ją wielkie przestrzenie, wiosenne błota, letni deszcz, zimą zakładała łyżwy i tyle ją było widać. Nikt nie wiedział, gdzie jest i kiedy wróci do domu. Co jej kazali, robiła, byle potem czmychnąć i wrócić dopiero o zmroku.