Silva Rerum

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

IV

Kiedy w dzień świętego Marcina wszyscy Narwojszowie spokojnie jedli obiad przy wspólnym stole w Milkontach, Urszula oświadczyła, że chce iść do klasztoru. Zrobiła to otwarcie i niespodziewanie w połowie snutych przez Jana Macieja rozważań, że może warto by było, nie tyle w zbliżające się święta Bożego Narodzenia, ile podczas zapustów, naspraszać gości i urządzić dla siebie, dla bliższych i dalszych sąsiadów piękną uroczystość z tańcami, może nawet bal przebierańców, bo wreszcie jest gdzie ludzi przyjąć i należałoby w końcu bliźnięta pokazać światu, a Urszula powinna się zacząć rozglądać i może wpadnie jej w oko któryś sąsiad lub znajomy, w tej sprawie bowiem pośpiech jest niewskazany, nie da się wszak załatwić jej w ciągu jednego dnia, przecież nie znajdzie sobie męża, latając po polach, ani w kościele na odpuście, bo tam trzeba się modlić, a nie strzelać oczami, dlatego wesoła zabawa w zapusty z całą pewnością pomogłaby się rozeznać, czy jest tu w okolicy jakaś poważniejsza młodzież. W tym miejscu Urszula odchrząknęła, brzegiem serwetki wytarła usta i słodkim głosikiem oznajmiła to, co już od kilku miesięcy miała zamiar uroczyście ogłosić, gdy zdarzy się odpowiednia chwila. Otóż jeśli to wszystko ma być urządzane tylko po to, aby zachęcić przyszłych swatów, to może szkoda takiej rozrzutności, ponieważ ona czuje powołanie do służby Bogu i nic już nie zmieni jej postanowienia. Widziała znaki w snach i na jawie, które bezbłędnie pokazały jej drogę do Najwyższego. Kazimierz aż uderzył widelcem o cynowy talerz, nie ze złości, tylko z wielkiego zdumienia, że taki zamiar siostry całkowicie umknął jego uwadze. Elżbieta przyjęła tę nowinę, jak przyjmowała niemal wszystkie pomysły i opowieści Urszuli – z dużą dozą nieufności. Jan Maciej z właściwą sobie przenikliwością nie śpieszył się, żeby wyciągać wnioski, postanowił zaczekać, aż się okaże, jak głębokie są przyczyny tego nagłego postanowienia i czy nie jest to bynajmniej krótkotrwały dziewczęcy kaprys, który sam wywietrzeje córce z głowy. Urszula strasznie się rozczarowała, że jej niezwykła nowina mająca spaść na najbliższych jak grom z jasnego nieba nie wywarła na nich takiego wrażenia, o jakie jej chodziło. Jednak tamtego wieczoru Narwojszowie, leżąc w swoim ogrzanym szkandelą łożu, na które pożądliwie spoglądali Mars i Wenera z wiszącego naprzeciw obrazu, długo nie mogli zasnąć, spierając się mocno co do szczerości klasztornego zapału Urszuli. „Poczekajmy, spróbujmy zająć ją czymś innym, może jej przejdzie” – do takiego wniosku doszedł Narwojsz, który przywykł śledzić nieubłagane prawa natury w swoim ogrodzie, co doprowadziło go do przekonania, że niekiedy życie samo w naturalny sposób usuwa powstałe przeszkody, więc czasem lepiej po prostu zaczekać, nic nie robić. I choć obojgu swym dzieciom od małego zaszczepiali pobożność i szacunek do zakonnego powołania, teraz Janowi Maciejowi i Elżbiecie wybór ich jedynej córki jawił się jako straszne nieszczęście mające w przyszłości złamać gałąź przedłużającą ich ród.

Urszula zaś poczuła się tak, jakby pękł w niej jakiś wrzód powstały po zniknięciu Jonelisa, i zaczęła się odtąd przygotowywać do przyszłego nowicjatu; czyniła to z taką samą starannością, z jaką jej rodzice przystąpili do wybijania córce z głowy myśli o klasztorze. Zapustową ucztę w Milkontach postanowiono jednak wyprawić i kiedy Narwojszowie przy okazji adwentowych i bożonarodzeniowych nabożeństw zapraszali na nią wybranych sąsiadów, zwłaszcza takich, którzy mieli na wychowaniu młodzieńców cieszących się dobrą sławą, nawet z najdalszych okolic, Urszula niepostrzeżenie zasięgała języka u tych poznanych w kościele rodzin, których córki wstąpiły do zakonu. Z opowiadań pani Żebrowskiej wywnioskowała, że do katarzynek z Kroków lepiej się nie pchać, bo klasztor, choć przeznaczony dla szlachcianek, jest nowy i biedny, nie może się poszczycić dobrymi fundacjami, dlatego młoda Brygida Żebrowska, która w zeszłym roku została siostrą Potencją, skarży się teraz, że zapomniane przez fundatorów siostry katarzynki żyją w strasznej nędzy, muszą same zbierać chrust w lesie, już prawie żebrzą u okolicznych chłopów i potwornie marzną w nieukończonym klasztorze, gdzie w zimowe ranki trzeba rozbijać lód w miednicach, żeby się umyć. Inni strasznie chwalili benedyktynki w Krożach – dobrze gospodarujące, niesłychanie pobożne i uczone siostry przybyły na Żmudź prosto z przepełnionego klasztoru w Wilnie i w ciągu zaledwie dwudziestu lat wykształciły kilkadziesiąt szlachcianek z okolicy, którym tak się spodobało życie oblubienic Chrystusa, że robią wszystko, aby zostać w Krożach, jako że być benedyktynką to prawie to samo co trafić do Rzymu przed oblicze Ojca Świętego, wszak panny benedyktynki, choć ich dewiza brzmi Ora et labora[15], nie wykonują niemal żadnych ciężkich prac, mówią swobodnie po łacinie, niektóre nawet po francusku, a dni mijają im na pobożnych rozmyślaniach i czytaniu mądrych religijnych ksiąg, nie wspominając o tym, że jest to tak chwalebne zgromadzenie, iż sami Radziwiłłowie, Pacowie, Wołłowiczowie i Hlebowiczowie poczytują sobie za wielki zaszczyt oddać córkę do wileńskich benedyktynek. I Urszula, wróciwszy do Milkont, gdzie przez długie godziny mierzył ją i kłuł igłą przybyły z samych Birż krawiec Konrad Przytulecki, któremu zlecono uszycie dla dorosłej Narwojszówny, a przy okazji dla całej rodziny, kompletu zupełnie nowych ubrań, tak więc Urszula, przyglądając się swej postaci odbitej we włoskim lustrze matki, odzianej w nową suknię z niebieskiego aksamitu, którą Konrad naciągał, sznurował, wygładzał, przystrajał i obszywał galonami i koronkami, stwierdziła w duchu, że nie jest jej wart żaden inny klasztor, tylko ten benedyktyński w Wilnie. Spojrzawszy ostatni raz na swe odbicie w lustrze – na delikatny jak puszyste wierzbowe kotki błękitny aksamit, na ściśniętą gorsetem talię, obrzeżoną galonami ze srebrnych nici, na rękawy obszyte koronką, przystrojone żółtymi wstążkami, na szubę podbitą wiewiórczym futrem, na wykonaną z galonu, pięknie upiętą na ramieniu broszkę, na którą Elżbieta poświęciła pięć ametystów ze swojej szkatułki – Urszula utwierdziła się w przekonaniu, że tak właśnie powinna wyglądać przyszła święta, przed której wizerunkami pobożny lud będzie kiedyś palił kadzidła, stawiał kwiaty i zawieszał złote oraz srebrne wota.

Matka, błędnie odczytawszy tęskne spoglądanie Urszuli w lustro, wzięła to za oznakę rodzącej się próżności, którą – na przekór powołaniu zakonnemu – należało jej zdaniem jak najmocniej podsycać. Toteż na Boże Narodzenie roku Pańskiego 1665 szesnastoletnie bliźnięta zostały hojnie obdarowane podarunkami z rodzinnej skrzyni, co skrzętnie wyliczono w sylwie. Kazimierz dostał dwa komplety ręcznie kutych guzików (jeden srebrny, zdobiony filigranem, drugi pozłacany, z maleńkimi granatami), pozłacaną broszę do kapelusza, którą można było przypinać i do futrzanej czapki, sygnet z herbem Kościesza[16], trochę za duży na jego szczupłe palce – jak z pewną przykrością zauważył Jan Maciej – i pasujący tylko na kciuk, a także książkę Dworzanin polski Łukasza Górnickiego, w którą od razu z zaciekawieniem wetknął nos. Urszuli podarowano dwie pary kolczyków, dużą spinkę z granatami i słodkowodnymi perłami, pięć filigranowych zapinek, które można było nosić zamiast guzików, i najważniejszą ozdobę – przypinany medalion z zielonym szmaragdem, pod którym niby malutka ulęgałka wisiała prawdziwa perła z Mórz Południowych. Na wieczerzę wigilijną wszystkie te nowe skarby Urszula włożyła na siebie i gdyby mogła, zawiesiłaby w uszach obie pary kolczyków jednocześnie. Jan Maciej i Elżbieta tylko się uśmiechali, patrząc na ten kupiecki zbytek córki, i nic nie mówili, bo w obojgu zagościł nagle jakiś niesłychanie czysty jak pogodny zimowy wieczór smutek. Święta tego roku też były pogodne i piękne. W wieczór wigilijny sypnęło śniegiem i napadało go tyle, że przykrył sterczące badyle jesienne i połacie błota w Milkontach, lecz konie jeszcze nie grzęzły w białym puchu i drogi nadal były przejezdne. U schyłku dnia słońce pomalowało niebo barwą przylaszczki, dodając na zachodzie różową poświatę, na której tle majaczył dworek Narwojszów z czterema dymiącymi kominami i wylewającym się przez okna blaskiem odbitych w lustrach świec. Wewnątrz w świątecznym ferworze dwa razy szybciej niż zwykle uwijała się służba, kończąc ostatnie przygotowania. Ustawiwszy na stole, przykrytym wzorzystym tkanym obrusem, talerze pełne uszek nadziewanych borowikami, wazy z purpurowym dymiącym barszczem i zupą grzybową, półmiski z faszerowanym karpiem przyprószonym szafranem, ze smażonym linem, ze szczupakiem w galarecie posypanym siekanymi migdałami, z pierogami z kapustą i pierożkami z grzybami, misy z orzechami i solonymi ziarnami konopi, z zimowymi jabłkami, z konfiturą, z suszonymi owocami i z owocami w zalewie, służący pobiegli się przebrać w odświętny strój, chcąc zdążyć, nim zabłyśnie pierwsza gwiazda. Jan Maciej czekał, aż wszyscy zasiądą do stołu, ledwie jednak umościł się w fotelu przy kominku i wyciągnął do ognia nogi zmęczone dźwiganiem starzejącego się ciała, ledwie nalał po kieliszku małmazji[17] sobie i przybyłemu z Żoran kapelanowi, gdy w ciemności rozległo się szczekanie psów, zamigotała pochodnia rządcy i dał się słyszeć jego rozgniewany głos, przeto nietrudno było gospodarzom się domyślić, że pierwszy kolędnik zawitał do Milkont jeszcze przed wigilią.

Bonifacy Głuptasek wbrew zdrobniałemu przezwisku był starym, obłąkanym włóczęgą przemierzającym od jakiegoś czasu powiaty Wielkiego Księstwa, i jak sam twierdził, przeszedł niemal pół świata: od Kijowa do Czech, od Lubeki po Rzym. Wyschnięty na wiór, z wybałuszonymi błędnymi oczyma, z długimi czarnymi włosami, pozlepianymi w twarde strąki, przypominał raczej wskrzeszoną mumię świętego Szymona Słupnika niż postać z tego świata, ale nie miał w sobie bynajmniej nic świętego. Przeciwnie, z jego ust nieustannie jak strumień gnojówki lały się sprośności i przekleństwa urozmaicone przenikliwym gdakaniem, świergotaniem, gwizdaniem, pohukiwaniem i klekotem, gdyż ten zdumiewający idiota miał dziwny zwyczaj nagłego przerywania swoich wynurzeń odgłosami ptaków, które udatnie naśladował. „Będziemy mieli prawdziwą wigilię, z ptasim mięsem” – rzekł Kazimierz, kiedy Jan Maciej, nie zważając na grymasy syna ani na uniesione wysoko ze zdziwienia brwi Elżbiety, kazał przynieść jeszcze jedno nakrycie dla zbłąkanego wędrowca, aby i on mógł świętować z państwem cud przyjścia na świat Bożej Dzieciny. Bardziej niż domownicy wykrzywiała się służba, a sześcioletnia córeczka rządcy Marcysia na widok Bonifacego rozpłakała się ze strachu, wrzeszczała, jakby ją obdzierano ze skóry. Posadzony za stołem obłąkany zachowywał się niemal wzorowo i tylko nagle, zagapiwszy się na dekolt wystrojonej Urszuli, radośnie zagdakał: „cycki, cycki, cycuszki, lepiej ich nie pokazuj, bo ci ktoś między te cycuszki kutasa wsadzi”, cały wieczór zabawiał domowników opowieściami ze swych wędrówek, przerywanymi ćwierkaniem, świstaniem i niespokojnym wierceniem się, w których w przedziwny sposób przeplatały się ze sobą stulecia, kraje, miasta, wojny, lata panowania królów i pontyfikatów papieży. Z zapartym tchem wszyscy słuchali historii o tym, jak Bonifacy Głuptasek uciekł z pracowni alchemika, zatrudnionego na dworze Rudolfa II, gdyż ten chciał z niego żywcem zedrzeć skórę i wykorzystać ją do poszukiwania kamienia filozoficznego; a potem – jak maszerował wzdłuż Renu za markietanami cesarza Leopolda I, a później – jak się ukrywał przed Kozakami Chmielnickiego, siedząc w brzuchu zdechłego konia walającego się na polu bitwy, a smród, który musiał wdychać, był potworniejszy niż odór niegdysiejszej zarazy na Morawach. Narwojszowie i wszyscy mieszkańcy dworu słuchali tych barwnych i strasznych bajek przypominających majaczenie i poddawali się z przyjemnością ich zniewalającemu i okrutnemu nastrojowi, który tak bardzo nie pasował do obficie zastawionego bezmięsnymi przysmakami stołu, do huczącego kominka i wspomaganego winem przyjemnego trawienia świątecznych dań; do tej błogości tym milszej, gdy za oknami w chłodzie świętej wigilijnej nocy zajadle szczekały psy. I tylko Jan Maciej pomyślał w pewnej chwili, że Bonifacy Głuptasek chyba rzeczywiście to wszystko przeżył, bo żaden obłąkany nie potrafiłby wydumać tylu niewiele znaczących, lecz bardzo prawdopodobnych szczegółów: któż umiałby opowiedzieć, jak pachną różane pola na Węgrzech, jak w ozdobionej najwspanialszymi malowidłami papieskiej sali przyjęć słychać bijące za oknem dzwony całego Rzymu, jakie szerokie spodnie noszą Pieczyngowie, przed którymi uciekał, i jak pachną imbirem wymyślnie zakręcone magdeburskie rogale. Zapytany, co go sprowadza na Żmudź, Bonifacy Głuptasek odrzekł tajemniczo: „czas jest jak kartka papieru, która ma tylko jedną stronę”, po czym dodał, że chciał zobaczyć, co jest po drugiej stronie czasu, i Bóg go za to ukarał, poplątał mu drogi i krąg jego wędrówek tak obrócił, że Bonifacy trafił w odludne miejsce, w którym nigdy nie chciałby się znaleźć, i wolałby już spędzić resztę życia w ścierwie konia, bo stamtąd prędzej czy później można się wydostać, a z tego wszechogarniającego ciemnego żywiołu, który nazywa się Poklus[18], nie ma już ratunku. „A najstraszniejsze jest to, że ten żywioł, ta bestia może wejść w każdego, jednego brata może opętać, pomieszać mu rozum, a nad drugim może się zlitować, szszszffffffffffiiii, jeśli głupia bestia da ci w twarz, mówi Pan, nadstaw drugi policzek, ale jak mam nadstawić: kiedy ostatnio tu byłem, żmudzka bestia odrąbała mi głowę i wrzuciła do rzeki, do spienionej Aitry, ze wszystkimi moimi policzkami... Więc jak mam nadstawić?” – i zaczął się serdecznie śmiać z własnego dowcipu. „Pan się od tego żywiołu odgrodził swoim ogrodem i księgami, pani – lustrami, a te dwie niebogi – sobą nawzajem, ale to wszystko na krótko” – dodał, machając ręką do Kazimierza i Urszuli, i zagwizdawszy wesoło jak szczygieł, stwierdził, że jeśli chce się ocalić głowę i nie stracić rozumu, to lepiej tu za długo nie siedzieć – na te słowa kapelan się przeżegnał, a wszyscy domownicy aż się wzdrygnęli i gorzko pożałowali, że zaprosili Bonifacego do stołu.

 

Nastrój nie poprawił się nawet wtedy, gdy po krótkiej mszy odprawionej w kaplicy przez kapelana Urszula i Kazimierz z resztą dworskich dzieciaków postanowili zająć się wróżbami. Zbiegły się dziewki służebne, również te najbrzydsze, i chichocząc z podniecenia, rzucały chodakami przez kuchenny próg, ciągnęły źdźbła słomy, liczyły pochwycone gałązki chrustu i lały wosk do pożyczonej ze dworu wielkiej cynowej misy, przyglądali się tym wróżbom Narwojszowie, kapelan i wszyscy domownicy, a Bonifacy Głuptasek chodził dookoła, wesoło trajkocząc. Kiedy przyszła kolej na Urszulę, ta była wyjątkowo spokojna, nie wątpiła przecież, że czeka ją klasztor, a potem świętość, chciała się tylko przekonać, jakim kształtem potwierdzi tę przyszłość wosk rozlany na wodzie. Wyszła bezkształtna bryła trochę przypominająca figę, ale z rogami. „Panienka poślubi diabła, poślubi diabła, tprrrrrrrrrrr, a nie, knura, czarnego rasowego knura!” – wykrzykiwał Bonifacy, potrząsając rozpostartymi dłońmi. Urszula aż poczerwieniała ze złości i wypaliła prosto w oczy udającemu czarownika wariatowi, że jej to nie grozi, gdyż postanowiła zostać oblubienicą Pana. „Zdradzi Jezuska bez mrugnięcia okiem, zdradzi Go dla czarnego knura, zdraaaadziiii i się wyprze, ojca matki się wyyyprzeee dla diabła, zobaczycie, nie będzie w tej rodzinie żadnej zakonnicy, fifififiiii, mówię wam to, do licha, będzie tylko ksiądz niewierzący w Boga, a jego grób rozdepczą Kozacy, o, dużo się tu jeszcze wydarzy, ale zakonnicy nie będzie żadnej, nie łudźcie się, uwierzcie staremu biskupowi!” – śmiał się wariackim śmiechem wszystkowiedzący jasnowidz idiota, a w kącikach ust zaczęła mu się zbierać piana. Kiedy Jan Maciej skinął na parobków, żeby wyprowadzili szaleńca do znajdującej się za dworskim podwórzem stodoły, gdzie na snopkach słomy przygotowano dla bezdomnego legowisko, Bonifacy nieoczekiwanie wbił mu palec prosto w pierś i zatrajkotał: „jaśniepan wysiaduje puste jajko, jajko jest puste, na darmo pan wysiaduje, czy warto było tyle się poświęcać dla jakiegoś pustego, zgniłego jaja?”, i już ciągnięty przez służbę do stodoły, odwrócił się i rzekł z drwiną do skamieniałego ze strachu Kazimierza: „kici, kici, kici, kici, kiciulka, robaczki robaczkami, ale prawdziwa śmierć jest zupełnie gdzie indziej – sam się przekonasz, wystarczy, że spojrzysz sobie w oczy!”. I mrugnął doń porozumiewawczo, lubieżnie poruszając swoim długim, wywieszonym językiem.

I choć ani Jan Maciej, ani Elżbieta nie byli zbytnio przesądni, nieoczekiwane proroctwa Bonifacego Głuptaska mocno zachwiały ich równowagą, nie wspominając o bliźniętach – Urszula nie miała najmniejszej ochoty zostać narzeczoną diabła, a Kazimierz, mimo swej hardej miny i zręcznego dowcipkowania przez cały wieczór, był w istocie równie przerażony jak wówczas, przed sześciu laty, gdy rozkopał mogiłkę kocura Maurycego, nie mógł się bowiem pozbyć wrażenia, że ten obłąkany włóczęga też tam był i zaglądał mu skrycie przez ramię. Ale sen mieli Narwojszowie wyjątkowo spokojny po tym wigilijnym wieczorze zakłóconym bredniami szaleńca, a nazajutrz Bonifacy jakimś cudownym sposobem wyszedł przez zamknięte na klucz drzwi, wymiótł niemal do czysta obfite resztki z wigilijnej wieczerzy pozostawione na stole dla dusz zmarłych i zniknął równie niespodziewanie, jak się pojawił. Święta Bożego Narodzenia minęły jak wiele poprzednich świąt – były pieczenie i rozmaite potrawy, modlitwy i potok kolędników: chłopów, ich żon i dzieci odzianych w baranie skóry, w drewnianych maskach, wrzeszczących i potrząsających grzechotkami, wszyscy brnęli przez śnieg do dworu, jedni po grosiki, inni po pętko kiełbasy, jeszcze inni po owoce w cukrze, lukrowane orzechy lub obwarzanki. Dopiero na świętego Tomasza[19] zajrzał do Milkont chodzący po kolędzie pleban z Żoran i opowiedział przerażającą historię biedaka zwanego Bonifacym Głuptaskiem, który wyruszył na południe i przeszedł zaledwie pół mili, kiedy gdzieś pod lasem za Twerami okrutnie go napadli pijani chłopi, oskarżyli wędrowca o to, że w którejś z wiosek rzucił on urok na zwierzęta i podpalił należącą do dworu stodołę, chociaż obłąkany nieszczęśnik prawdopodobnie wcale przez ową wioskę nie przechodził, a stodołę podpalili nieumyślnie tamci pijacy i postanowili zrzucić winę na kogoś z zewnątrz, bojąc się kary dziedzica. Bezlitośnie tłukli Bonifacego cepami, aż do otwartych ran i połamanych kości, a ten nieustannie śpiewał, wydając z siebie ptasie odgłosy, wreszcie ktoś pchnął go tak nieszczęśliwie, że biedak upadł na ostrze czyjejś kosy, które w jednej chwili ucięło mu głowę, więc przestraszeni złoczyńcy, chcąc zatrzeć ślady zbrodni, nie wymyślili nic lepszego, niż wrzucić jego ciało i długowłosą kołtuniastą głowę z pośmiertnym uśmiechem do wartko płynącej nieopodal rzeki Aitry. I dziwna rzecz się stała: głowa zaczęła świecić jak robaczek świętojański i popłynęła pod prąd, do samych Twer, gdzie znaleźli ją ludzie rządcy Leona Pałubińskiego, którzy wyłowili również ciało Bonifacego Głuptaska i je po chrześcijańsku pochowali. Kazimierzowi, gdy słuchał tej historii, dreszcz przebiegł po plecach, bo oto potwierdziły się niejako słowa włóczęgi: Bonifacy zatoczył krąg na jednostronnej kartce czasu i jakby po raz drugi spotkał go los, o którym opowiadał, i to z tak niewiarygodną dokładnością, wspomniał przecież nawet o spienionej Aitrze. „Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie” – rzekł w zamyśleniu Jan Maciej, w tej chwili bardziej pochłonięty sprawą szybkiego ukarania odurzonych złoczyńców niż światem nadprzyrodzonym czy dziwnym zbiegiem okoliczności, bo kto to słyszał, żeby napadać na Bogu ducha winnego głuptaska.

Zaraz po święcie Matki Boskiej Gromnicznej zaczęły się w Milkontach przygotowania do wymyślonej przez Jana Macieja zapustnej zabawy z polowaniem, kuligiem i tańcami; zabawy, która w istocie okazała się jednym wielkim rozczarowaniem, w dodatku bardzo kosztownym, gdyż przeznaczono na nią dwie beczki piwa, beczułkę wina, pieczone cielę, pół tuzina prosiąt, tuzin gęsi, pół tuzina kapłonów, dwa tuziny kur, tuzin kuropatw, kopę jaj, beczułkę łoju, cztery gliniane garnce miodu, znaczną część warzywnych zapasów na zimę, oszczędnie zużywane zamorskie korzenie: imbir, pieprz, gałkę muszkatołową, suszone owoce, i przyrządzono z tego mnóstwo pieczeni, nalewek, pasztetów, gulaszy, pączków, ciast i ciasteczek, nad czym trudziła się blisko pięć dni nie tylko służba domowa, ale też wezwani do pomocy chłopi. Uginające się od przysmaków stoły, wokół których unosił się zapach korzeni, ziół i goździków, nie pomogły zamienić tej uczty w prawdziwą zapustną biesiadę, gdzie młodzież mogłaby poszaleć i się zaprzyjaźnić, a seniorzy – rozstrzygnąć zadawnione sąsiedzkie waśnie. Ledwie zjechali się zaproszeni goście, pierwszego dnia podczas polowania Urszula zgubiła się w lesie koło Ankont, w tak głupi sposób, że później, gdy już ją odnaleźli postawieni na nogi mieszkańcy dworu przeczesujący las, wstydziła się przyznać, dlaczego tak naprawdę zabłądziła. Pięknie ubrana, w nowej szubie, w ładnie przekrzywionej futrzanej czapeczce jechała jakiś czas konno obok młodego Dominika Parczewskiego i nudziła się, słuchając jego niekończących się przechwałek, między które z trudem mogła wtrącić jakieś słówko, aż w pewnej chwili dostrzegła czarnego dzięcioła huśtającego się na gałęzi. Cicho ściągnęła wodze i zboczyła ze ścieżki, postanowiwszy dogonić ptaka, a jednocześnie sprawdzić, czy młody samochwała, tak przejęty ważnością swej osoby, w ogóle zauważy jej zniknięcie, czy nadal będzie celebrował swoją wyobrażoną wielkość. Podczas gdy ptak z czerwoną plamą na łebku przefruwał z gałęzi na gałąź, Urszula, sama nie wiedząc kiedy, zmyliła kierunek i znalazła się nagle w zasypanej śniegiem, dziwnie cichej gęstwinie, dokąd nie dobiegały już krzyki naganiaczy. Najpierw, jak podpowiadał rozsądek, próbowała wrócić po śladach swojej klaczy, ale wkrótce zrozumiała, że zrobiła pętlę i trafiła w to samo miejsce obok na wpół przewróconej sosny, na której gałęzi huśtał się i świergotał, jakby z Urszuli drwił, ten sam dzięcioł. W pewnej chwili poczuła, że mróz porządnie daje jej się we znaki, przez ferezję z wiewiórczego futra przenika prosto do serca i skuwa je strachem jak lodem, strachem, który Urszula rzadko przeżywała, dlatego tym bardziej ją przerażał. „A niech to, do stu diabłów!” – zaklęła w myślach i jeszcze mocniej się zlękła, spostrzegłszy się, że nie wzywa Pana Boga, lecz diabła, jakby już się zaczęło spełniać proroctwo Bonifacego Głuptaska. Z trudem panując nad niespokojną klaczą, parskającą płochliwie i stającą dęba, odczuwała coraz silniejszy lęk, zdawało jej się, że ktoś ją nieustannie śledzi. Rozglądała się dookoła, chcąc przez zasłonę padającego śniegu dojrzeć, czy ktoś przypadkiem nie stoi w szarzejących prześwitach między drzewami i nie patrzy na nią, w pewnej chwili zadarła głowę i ujrzała między pociemniałymi chmurami dwoje wlepionych w nią, wielkich, dziwnie jasnych, szarych jak lód oczu, były to może oczy Peklusa, oczy diabła czy jakiegoś innego biesa, ale z pewnością nie oczy Boga na wysokości, z całą pewnością nie, i Urszula nagle poczuła, że kręci jej się w głowie, za chwilę opadnie z sił i ześliźnie się z siodła. Kiedy to sobie uświadomiła, przełamała wstyd i zaczęła krzyczeć na całe gardło, i właśnie wtedy, usłyszawszy jej krzyk, myśliwi, którzy przerwali polowanie i już od kilku godzin wraz z mieszkańcami dworu szukali Urszuli w czerniejącym o zmierzchu lesie, wreszcie ją znaleźli – zdrętwiałą i przemarzniętą.

 

Nieudanego polowania nie powetowała nawet odbywająca się nazajutrz maskarada. Rozpoczęły ją wesołe figle przebierańców w dużej komnacie, gdzie między stołami, które ustawiono przy ścianach, młodzież dobierała się w pary do tańca. Jan Maciej owinął sobie głowę jedwabnym pasem, włożył żupan po ojcu, przepasał go drugim pasem – starym, długim, karmazynowym[20], wziął do ręki wygiętą laskę i postanowił, że będzie tego wieczoru mędrcem ze Wschodu Melchiorem; Elżbieta zawiązała pod brodą kraciastą wełnianą chustkę, wystroiła się w kupioną za dwadzieścia wstążek od zadowolonej służącej spódnicę z kałamajki[21] w zielone i czerwone pasy i na czas maskarady stała się wieśniaczką; Urszula najchętniej wystąpiłaby w wymarzonym mnisim habicie, jednak w ostatniej chwili przeważył zdrowy rozsądek i przebrała się w końcu za wędrowną Cygankę – wykorzystała do tego stary turecki pas ojca obszyty pieniążkami, który okręciła dwukrotnie wokół swej szczupłej talii i przywiązała do niego kilka skórzanych sakiewek, włożyła marszczoną, barwną, kwiecistą spódnicę z kitajki i wysłużoną, liczącą niemal pół wieku kamizelkę ze złotogłowia wyciągniętą z matczynej skrzyni, głowę owinęła woalem; z uczernionymi brwiami i ustami pomalowanymi buraczanym sokiem wyglądała naprawdę jak Cyganka, która się nieźle obłowiła i teraz dla zabawy namawiała starego Leona Pałubińskiego, żeby dał sobie powróżyć, a ten aż się rozpływał z radości i rumienił od tych żartów młodziutkiej psotnicy, i wiercił się niespokojnie, gdy krew zaczęła mu mocniej tętnić nie tylko w skroniach, ale też w innych, zdawałoby się, dawno już obumarłych częściach ciała. Niezbyt szczęśliwie rozpoczęła się maskarada dla Kazimierza, który postanowił wszystkich zadziwić, przebierając się za Maura: włosy wcisnął pod czapkę z czarnego jagnięcego futra, twarz, pierś i ręce wysmarował sobie sadzą zmieszaną z tłuszczem, zrobił to tak starannie, że skutek był o wiele lepszy, niż wymagał tego bal przebierańców. Kiedy spojrzał w lustro i zobaczył tam najprawdziwszego czarniuteńkiego Maura, który jakby zstąpił ze sztychów zdobiących ojcowskie księgi, sam siebie nie poznał i tak się z tego ucieszył, że odwrócił na palcu swój sygnet herbem do wnętrza dłoni i postanowił przez cały wieczór się nie zdradzić i na wszelkie pytania odpowiadać tylko „w języku Maurów”. Wszedłszy do dużego pokoju, jeszcze bardziej poweselał, ponieważ goście poprzebierani głównie za królów, Żydów, kupców, kramarzy i żołnierzy – każdy za kogoś, byle nie za szlachcica czy szlachetkę z zaścianka – pootwierali szeroko usta ze zdumienia, zobaczywszy w swym gronie czarną zakałę, o której słyszeli tylko z opowiadań, widywali w książkach albo, w najlepszym razie, na magnackim dworze, ale nigdy nie spotkali kogoś takiego we własnym otoczeniu, w dodatku tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Narwojszowie oczywiście, gdy się uważniej przyjrzeli, rozpoznali znajome rysy w wysmolonej, lśniącej od tłuszczu twarzy, ale dalsi sąsiedzi szeptali między sobą i kręcili głowami, z czego Kazimierz pojął, że osiągnął swój cel i udało mu się wszystkich oszołomić, toteż na uporczywe pytania, kim jest, tylko wybałuszał oczy i powstrzymując śmiech, wydawał z siebie gardłowe dźwięki „abura-bura-baur”, co w jego głębokim przekonaniu miało brzmieć jak język Maurów.

Na nieszczęście dla Kazimierza dwaj z zaproszonych na zabawę młodzieńców – dziedzic Tenejni Mikołaj Bilewicz i syn woźnego z Worni Samuel Borowski – stwierdzili, że tak tej sprawy nie zostawią. Czyhali, kiedy tylko Kazimierz wyjdzie na dwór, by niepostrzeżenie się za nim wymknąć, i nim ten przeszedł dwadzieścia kroków, zabiegli mu drogę, żądając, aby się ujawnił. „Ajabur-alakbur” – potrząsał głową Kazimierz, ciągle się krztusząc ze śmiechu, i wcale nie miał zamiaru wyjawić, kim jest. „No, kto to chce być taki brudny, kto chce być Murzynem?” – nie dawali za wygraną dwaj natręci, a Kazimierz tylko potrząsał głową i śmiał się już teraz w głos ucieszony, że jego żart tak drażni wyrostków, jednocześnie zaś dziwił się w duchu, jak niewiele potrzeba – wystarczy czarna czapka, odrobina sadzy i łoju – żeby stać się kimś zupełnie odmiennym, a to z kolei wystarczy, żeby te dwa tłuki nagle pod jego własnym dachem zaczęły go napastować. Tymczasem Bilewicz i Borowski, rozjuszeni zuchwałym śmiechem Kazimierza, wpadali w coraz większą złość. „Ej, ty, czarnodupcu, my nie żartujemy – wściekali się. – My ci pokażemy, jak udawać czarnoskórego, tylko chcemy się dowiedzieć, w czyim domu wychował się taki gnojek, a może mamy cię stłuc, aż naprawdę poczerniejesz od sińców?” Kazimierz zamiast im ustąpić, odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem do dworu, zastanawiając się nad tym, co by było, gdyby niespodziewanie przybył do Milkont prawdziwy Maur z Afryki, gdyby go takie tępaki jak Mikołaj i Samuel zobaczyły, to pewnie całkiem by zgłupiały, i dlatego nie zauważył, jak ci dwaj nagle, bez żadnego naradzania się, bez słów, ogarnięci jakimś niewytłumaczalnym szałem, który zmącił im rozum, tak jak mąci wodę rozcieńczany w niej czarny atrament, wściekli, że ktoś śmiał się im sprzeciwić, schwycili każdy po kamieniu wielkości pięści z rządka wyznaczającego skraj ścieżki i bez pośpiechu, zamachnąwszy się i dobrze wycelowawszy, cisnęli nimi prosto w głowę Kazimierza, a ten runął jak długi z broczącą raną w głowie, natychmiast zabarwiając śnieg na czerwono.

I tylko Jonelis Tarwid słyszał, jak Mikołaj i Samuel wystraszeni swoim postępkiem, o który jeszcze kilka minut temu nawet by siebie nie podejrzewali, zaklęli siarczyście i postanowili, nikomu nic nie mówiąc, wrócić do rozbawionego dworu Narwojszów, jakby nic się nie stało. Jonelis, przyczajony za obsypanym śniegiem żywopłotem, już od pewnego czasu przyglądał się Kazimierzowi i dwóm zaczepiającym go wyrostkom, bo chociaż Tarwidowie zostali zaproszeni na uroczystość – z grzeczności, a także by ośmielić stroniącego od Milkont Jonelisa – to jednak Antoni stwierdził, że ukarze panów, nie pojawiając się na ich zabawie i nie puszczając na nią nikogo ze swej rodziny, toteż Jonelis, wymknąwszy się po ciemku z chałupy, pałętał się pod oknami dworu i spoza zasłony mroku patrzył na oświetlone wnętrze, zastawione stoły i na przebraną za Cygankę Urszulę, która dokazywała bezwstydnie, psociła i strzelała pomalowanymi na czarno oczami, a kiedy ujrzał wychodzącego z dworu Kazimierza, dał susa w ciemność zwinnie jak łasica i zlał się w jedną plamę z cieniem żywopłotu. Widział stamtąd nie tylko całą sprzeczkę, ale także szukających kamieni złoczyńców, i stojąc tak w ciemności, poczuł nagle gorzką radość z cudzego nieszczęścia, wyrosłą z dawno posianych ziaren zawiści, i nie wiedzieć czemu w ostatniej chwili zdusił w gardle krzyk, którym chciał ostrzec przyjaciela o nadciągającym niebezpieczeństwie. Teraz zaś ten uwięzły w gardle krzyk nabrał krwawego posmaku – Jonelis podbiegł do zakrwawionego Kazimierza, odwrócił go na plecy i wreszcie zaczął wołać o pomoc.