SłowikTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Słowik
Słowik
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80 55,84
Słowik
Słowik
Słowik
Audiobook
Czyta Danuta Stenka
36,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Wojna nie była Vianne całkiem obca. Nie znała, rzecz jasna, bitewnego zgiełku, jęków rannych, dymu i krwi, ale jej następstwa – tak. Chociaż przyszła na świat w czasach pokoju, to jej najwcześniejsze wspomnienia dotyczyły właśnie wojny. Pamiętała, że mama płakała, żegnając się z tatą. Pamiętała ciągłe uczucie głodu i zimna. Niemniej najbardziej zapamiętała to, jak odmieniony wydał jej się ojciec po powrocie do domu, jak utykał, wzdychał i niewiele mówił. Zaczął wtedy pić i trzymać się na uboczu, niemal całkiem ignorując rodzinę. Później doszły jeszcze gwałtownie zatrzaskiwane drzwi, zażarte kłótnie przechodzące w niezręczne milczenie, śpiący w osobnych pokojach rodzice.

Ojciec, który wyruszył na wojnę, nie był tym, który z niej powrócił. Starała się mu przypodobać, aby nadal ją kochał, co więcej, starała się nadal kochać jego, lecz na próżno. Odkąd wywiózł ją do Carriveau, zajęła się własnym życiem. Wysyłała ojcu pocztówki na Boże Narodzenie i urodziny, lecz nigdy nie otrzymała od niego nic w zamian, rzadko też rozmawiali ze sobą. Zresztą, co niby mieliby sobie powiedzieć? W przeciwieństwie do Isabelle, która ciągle tęskniła, Vianne szybko zrozumiała – i zaakceptowała – że wraz ze śmiercią mamy jej rodzina rozpadła się bezpowrotnie. Ojciec nie zamierzał dłużej pełnić obowiązków rodzicielskich wobec córek.

– Wiem, jak bardzo wojna cię przeraża – powiedział Antoine.

– Linia Maginota wytrzyma – odparła, starając się nadać głosowi przekonujący ton. – Na święta będziesz już z powrotem w domu. – Linię Maginota stanowił ciągnący się przez wiele kilometrów system betonowych bunkrów, zapór i przeszkód, zbudowany wzdłuż granicy francusko-niemieckiej po Wielkiej Wojnie dla obrony granic kraju. Niemcy nie mieli szans go sforsować.

Antoine wziął ją w ramiona. Woń jaśminu upajała i Vianne w nagłym przebłysku pojęła, że odtąd jego zapach już zawsze będzie jej się kojarzył z tym pożegnaniem.

– Kocham cię, Antoine. Oczekuję, że wrócisz do mnie i do domu.

Później nie mogła sobie przypomnieć, jak wrócili do budynku, wspięli się po schodach na górę i rzucili na łóżko, nawzajem pomagając sobie w rozbieraniu. Pamiętała jedynie, że leżała naga w jego objęciach, przygnieciona jego słodkim ciężarem, kiedy kochał się z nią tak jak nigdy dotąd, pokrywając jej twarz i szyję krótkimi, gorączkowymi pocałunkami i ucząc się dłońmi na pamięć jej ciała.

– Jesteś silniejsza, niż ci się wydaje, Vianne – powiedział potem, kiedy leżeli zdyszani, obejmując się.

– Nie jestem – wyszeptała zbyt cicho, by ją usłyszał.


Rano Vianne chciała zatrzymać Antoine’a w łóżku przez cały dzień, a może nawet przekonać go, że powinni spakować walizki i nocą uciec jak złodzieje.

Tylko dokąd? Wojna zawisła nad całą Europą.

Kiedy po skończonym śniadaniu wzięła się do zmywania, poczuła narastający w głębi czaszki ból.

– Wyglądasz smutno, mamo – zauważyła Sophie.

– Jak mogę być smutna w piękny, letni poranek, kiedy idziemy odwiedzić naszych najlepszych przyjaciół? – Vianne uśmiechnęła się nieco zbyt ostentacyjnie.

Dopiero po wyjściu z domu, gdy przystanęła na chwilę w cieniu jabłoni, zorientowała się, że jest boso.

– Mamo – rzuciła niecierpliwie Sophie.

– Już idę – zawołała i pobiegła za córką, mijając po drodze przerobiony na szopę na narzędzia ogrodnicze stary gołębnik i pustą stodołę. Sophie otworzyła tylną furtkę, wbiegła na sąsiednie, dobrze utrzymane podwórze i ruszyła w kierunku niedużej kamiennej chaty z niebieskimi okiennicami.

Zastukała raz i nie czekając na odpowiedź, wpadła do środka.

– Sophie! – krzyknęła Vianne ostro, ale córka nawet się nie obejrzała. Dobre maniery nie były konieczne w domu najlepszych przyjaciół, a ona przyjaźniła się z Rachel de Champlain od piętnastu lat. Poznały się miesiąc po tym, jak ojciec Vianne porzucił córki w Le Jardin.

Stanowiły wówczas niezłą parę: Vianne drobna, nerwowa i blada, a Rachel wysoka jak chłopak, z gęstymi brwiami i tubalnym głosem. Zanim się poznały, obie były odludkami. W szkole stały się nierozłączne i od tamtej pory się przyjaźniły. Razem poszły na uniwersytet, a potem zostały nauczycielkami. W jednym czasie zaszły w ciążę. Obecnie uczyły w sąsiednich klasach w miejscowej szkole.

W otwartych drzwiach ukazała się Rachel z nowo narodzonym synem Arielem na rękach.

Wymieniły spojrzenia, w których były ich wszystkie niewypowiedziane obawy i lęki.

– Nie sądzisz, że ta sytuacja domaga się wina? – zagadnęła Rachel.

– Co najmniej.

Vianne weszła za przyjaciółką do niewielkiego, jasnego wnętrza lśniącego czystością. Stół zbity z grubych, licho oheblowanych desek, pośrodku którego królował wazon łąkowych kwiatów, otaczały krzesła, każde z innej parafii. W kącie jadalni stała skórzana walizka, a na niej leżała brązowa fedora, ulubiony kapelusz Marca, męża Rachel. Młoda matka jedną ręką nalała dwa kieliszki białego wina i wyjęła z kredensu ozdobną paterę z canelés. Wzięły to wszystko i wyszły przed dom.

Wzdłuż żywopłotu z ligustru rosły krzewy pnących róż. Na nierównym, wyłożonym łupkiem tarasie stał stolik i cztery lekkie krzesła. Z gałęzi kasztanowca zwieszały się zabytkowe latarnie.

Vianne sięgnęła po canelés, odgryzła kawałek kruchego ciasteczka przełożonego kremem waniliowym i usiadła.

Rachel zajęła miejsce naprzeciw niej, trzymając na kolanach smacznie śpiące niemowlę. Zapadła cisza wypełniona obawą i lękiem.

– Zastanawiam się, czy mały rozpozna kiedyś ojca – przerwała milczenie Rachel, spoglądając na synka.

– Wrócą odmienieni – mruknęła Vianne posępnie. Jej ojciec brał udział w bitwie nad Sommą, gdzie straciło życie ponad milion żołnierzy. Nieliczni, którzy powrócili do domów, przynieśli ze sobą pogłoski o potwornościach popełnianych przez Niemców.

Rachel oparła sobie dziecko na ramieniu i delikatnie głaskała je po pleckach.

– Marc nie umie zmieniać pieluch. Mały Ari uwielbia spać w naszym łóżku. Więc w sumie wyjdzie nam to na dobre.

Vianne poczuła, że się uśmiecha. Niewinny żarcik poprawił jej humor.

– Antoine strasznie chrapie. Teraz nareszcie się wyśpię.

– Na kolację będziemy mogły jadać jajka w koszulkach.

– I będzie tylko połowa prania. – Vianne próbowała ciągnąć wymianę żartów, ale głos jej się załamał. – Nie jestem dostatecznie silna, Rachel.

– Ależ jesteś, przekonasz się. Razem przez to przejdziemy.

– Zanim poznałam Antoine’a…

– Wiem. – Rachel zbyła ją machnięciem ręki. – Wiem. Byłaś chuda jak szczapa, z nerwów zaczynałaś się jąkać i miałaś uczulenie na wszystko. Wiem, byłam wtedy przy tobie. Ale to już dawno minęło. Będziesz silna. A wiesz dlaczego?

– Dlaczego?

Uśmiech spełzł z twarzy Rachel.

– Wiem, że jestem duża: posągowa, jak lubią mnie nazywać sprzedawcy pończoch i biustonoszy, ale czuję się… zagubiona. Więc sprawa wygląda tak, moja droga Vi, że czasem będę się musiała na tobie oprzeć. Oczywiście nie całym ciężarem.

– Czyli nie możemy się załamać jednocześnie.

– Otóż to – odrzekła Rachel. – Taki mamy plan. To jak, przejdziemy teraz na koniak czy na dżin?

– Jest dziesiąta rano.

– Masz rację. Oczywiście. Zatem koktajl French 75.


Kiedy Vianne obudziła się we wtorkowy poranek, promienie słońca wlewały się do sypialni, lśniąc na polerowanym drewnie.

Antoine siedział przy oknie w fotelu na biegunach; sam go zrobił z drewna orzechowego, kiedy Vianne była w drugiej ciąży. Przez cztery lata ów nieużywany fotel boleśnie z nich drwił. Vianne nazywała je w duchu latami poronień. Pustki w krainie obfitości. Trzy stracone życia w ciągu czterech lat, przerwane bicie maleńkich serduszek, posiniałe rączki. A potem cudownym zrządzeniem losu jedno dziecko przeżyło. Sophie. Chropawa powierzchnia fotela skrywała smutne duchy, ale i dobre wspomnienia.

– Może powinnaś pojechać z Sophie do Paryża – zagadnął, gdy Vianne usiadła wyprostowana. – Julien na pewno się wami zaopiekuje.

– Mój ojciec dosyć jasno wyraził swoje zdanie na temat mieszkania z córkami. Nie spodziewam się, żeby mnie przyjął z otwartymi rękami. – Vianne odsunęła cienką pikowaną narzutę i postawiła bose stopy na wytartym chodniku.

– Poradzisz sobie?

– Obie z Sophie sobie poradzimy. Zresztą i tak szybko wrócisz do domu. Linia Maginota wytrzyma. I powszechnie wiadomo, że Niemcy nie mogą się z nami równać.

– Tylko szkoda, że ich broń może. Podjąłem z banku wszystkie oszczędności. W materacu leży schowane sześćdziesiąt pięć tysięcy franków. Korzystaj z nich mądrze, Vianne. Razem z twoją nauczycielską pensją powinno ci starczyć na długo.

Poczuła przypływ paniki. Niewiele wiedziała o sytuacji materialnej rodziny. To Antoine zajmował się finansami.

Powoli wstał i wziął ją w ramiona. Zapragnęła zabutelkować poczucie bezpieczeństwa, jakie ją ogarnęło w tej chwili, by napoić się nim później, kiedy będą ją dręczyły samotność i lęk.

Zapamiętaj tę chwilę, myślała gorączkowo. Blask słońca na zmierzwionych włosach Antoine’a, miłość wyzierającą z jego piwnych oczu, spękane wargi, które całowały cię w ciemności przed niespełna godziną.

Z otwartego okna dochodził miarowy, powolny stukot końskich kopyt, klap-klap-klap, zmieszany z metalicznym turkotem wozu podskakującego na nierównej drodze.

 

To zapewne pan Quillian udawał się z kwiatami na targ. Gdyby Vianne stała przy furtce, zatrzymałby się i wręczył jej jeden z nich, zapewniając, że nie może się on równać z jej urodą, ona zaś uśmiechnęłaby się, podziękowała i zaproponowała mu kieliszek wina.

Niechętnie wysunęła się z ramion męża. Podeszła do drewnianej umywalni, nalała do miski letniej wody z niebieskiego porcelanowego dzbanka i obmyła twarz. We wnęce służącej za garderobę, osłoniętej grubą złoto-białą kotarą, założyła biustonosz, obszyte koronką reformy i pas do pończoch. Naciągnęła cienkie jedwabne pończochy i starannie przypięła je do pasa, a następnie włożyła odcinaną w pasie bawełnianą sukienkę z dekoltem w karo. Gdy wyszła zza kotary i rozejrzała się, Antoine’a już nie było.

Znalazła torebkę i ruszyła do pokoju Sophie. Był równie mały jak sypialnia rodziców, ze spadzistym belkowanym sufitem, podłogą z szerokich desek i oknem wychodzącym na sad. Metalowe łóżko, nocna szafka z lampką, pomalowana na niebiesko dwudrzwiowa szafa na ubrania. Na ścianach wisiały rysunki Sophie.

Vianne otwarła okiennice, wpuszczając słoneczne światło.

Jak zwykle w czasie upalnych letnich miesięcy, Sophie skopała z siebie cienką kołdrę i zrzuciła ją na podłogę. Spała przytulona policzkiem do różowego pluszowego misia, którego nazwała Bébé.

Vianne wzięła zwierzątko do ręki i przyjrzała się jego sfilcowanemu pyszczkowi. W ubiegłym roku Bébé popadł w zapomnienie i kurzył się na półce przy oknie, bo jego pani zajęła się nowymi zabawkami.

Teraz Bébé powrócił.

Vianne nachyliła się, żeby pocałować córkę w policzek.

Sophie przetoczyła się na plecy i zamrugała.

– Mamo, nie chcę, żeby tatuś wyjeżdżał – szepnęła. Wyciągnęła rękę i praktycznie wyrwała matce misia.

– Wiem – odrzekła Vianne, wzdychając. – Wiem…

Podeszła do szafy i wyjęła z niej ubranko marynarskie, ulubiony strój Sophie.

– Czy mogę wziąć wianek, który tata dla mnie uplótł?

Przywiędły wianek ze stokrotek leżał na nocnej szafce. Vianne ostrożnie założyła go Sophie na głowę.

Wydawało się, że dziewczynka jest spokojna, do momentu gdy wbiegła do salonu i ujrzała Antoine’a.

– Tatusiu? – Sophie dotknęła niepewnie zwiędłych stokrotek. – Nie wyjeżdżaj…

Antoine ukląkł i objął córeczkę.

– Muszę być żołnierzem, żeby bronić ciebie i mamy. Chcę, żebyście były bezpieczne. Ale wrócę, nim się obejrzysz.

Głos mu się załamał.

Sophie wysunęła się z jego objęć. Wianek na jej głowie przekrzywił się na bok.

– Obiecujesz, że wrócisz do domu?

Ponad ramieniem córki Antoine spojrzał w zmartwione, niespokojne oczy żony.

– Tak – powiedział po długiej chwili.

Sophie skinęła głową.

W milczeniu wyszli z domu. Trzymając się za ręce, ruszyli trawiastym zboczem w kierunku starej stodoły. Wyżej na wzniesieniu trawa sięgała do kolan. Krzewy bzu, wielkie niczym wozy z sianem, wyznaczały granice posiadłości. Trzy małe białe krzyże przypominały o straconych przez Vianne dzieciach. Dziś ani razu nie spojrzała w ich stronę. W sercu czuła już wystarczający ciężar, nie chciała do niego dokładać tamtych przykrych wspomnień.

W stodole stał ich stary zielony renault. Kiedy zajęli już w nim miejsca, Antoine uruchomił silnik, wycofał wóz ze stodoły i zjechał koleinami pełnymi zeschłej trawy do traktu. Vianne wyglądała przez zakurzone okienko, obserwując, jak przed oczami migają znajome krajobrazy zielonej doliny – pokryte czerwoną dachówką chaty z kamienia, pola pszenicy, winnice, rzadkie laski.

Stanowczo zbyt szybko dojechali do stacji kolejowej opodal Tours.

Na peronie tłoczyli się młodzi mężczyźni z walizkami, żegnające ich kobiety i płaczące dzieci.

Nowe pokolenie mężczyzn wyruszało na kolejną wojnę.

Nie myśl o tym, powtarzała w duchu Vianne. Nie przypominaj sobie, jak to było ostatnim razem, gdy wracali do domów, kuśtykając, bez rąk i nóg, z poparzonymi twarzami.

Ściskała dłoń męża, gdy szedł po bilety i prowadził je do pociągu. Również w dusznym wagonie trzeciej klasy, w którym ludzie tłoczyli się jak sardynki w puszce, siedziała sztywno wyprostowana, z torebką na kolanach, nie wypuszczając ani na moment ręki Antoine’a.

U celu podróży wysiadło jeszcze kilkunastu mężczyzn. Vianne, Sophie i Antoine ruszyli wraz z nimi w dół brukowanej ulicy uroczego miasteczka nieróżniącego się specjalnie od większości osad w Turenii. Jak to możliwe, że zbliża się wojna i w zabytkowych murach tej prześlicznej, ukwieconej miejscowości zbierają się żołnierze, by ruszyć do walki?

Antoine pociągnął Vianne za rękę; ruszyła za nim bez pośpiechu. Kiedy się właściwie zatrzymała?

Przed nimi wznosiła się nowo postawiona żelazna brama, za którą stały rzędy baraków. Tymczasowe koszary.

Brama otworzyła się szeroko. Na powitanie nowo przybyłych wyjechał żołnierz na koniu, z twarzą pokrytą kurzem i czerwoną od upału. Skórzane siodło skrzypiało przy każdym poruszeniu. Ściągnął wodze i wierzchowiec stanął w miejscu, rzucając łbem i głośno parskając. Nad nimi przeleciał z warkotem aeroplan.

– Słuchajcie mnie, ludzie! – zawołał jeździec. – Zanieście papiery do porucznika przy bramie. No, dalej. Ruszajcie się!

Antoine pocałował Vianne z czułością, od której zachciało jej się płakać.

– Kocham cię – szepnął z ustami na jej ustach.

– Ja też cię kocham – odrzekła, ale słowa, zawsze wydające się tak podniosłe, nagle spowszedniały. Czymże była miłość w obliczu wojny?

– Ja też cię kocham, tatusiu. Ja też! – krzyknęła Sophie, rzucając się ojcu na szyję. Wszyscy troje objęli się po raz ostatni, po czym Antoine się cofnął.

– Do widzenia – powiedział.

Vianne nie mogła wydobyć głosu z krtani. Patrzyła, jak mąż się oddala, wtapia w tłum rozgadanych, wybuchających rubasznym śmiechem młodych mężczyzn, w końcu niknie jej z oczu. Ogromna żelazna brama zamknęła się ze zgrzytem, szczęk metalu jeszcze długo odbijał się echem w dusznym, rozgrzanym powietrzu. Vianne i Sophie zostały same na środku pustej ulicy.

4

Czerwiec 1940 roku

Francja

Średniowieczna wiejska rezydencja wyrastała na zielonym, porośniętym lasem wzniesieniu. Przypominała dekorację z wystawy cukiernika, zamek zrobiony z karmelu, z oknami z cukrowej glazury i okiennicami barwy kandyzowanych jabłek. Daleko w dole w błękitnej tafli jeziora odbijały się pierzaste chmury. Starannie utrzymane ogrody umożliwiały mieszkańcom rezydencji – a co ważniejsze, ich gościom – przechadzanie się po ścieżkach i prowadzenie wytwornych rozmów.

W oficjalnej jadalni Isabelle Rossignol siedziała sztywno wyprostowana przy nakrytym białym obrusem stole, zapewniającym miejsce co najmniej dwudziestu czterem biesiadnikom. Pomieszczenie utrzymane było w jasnych barwach. Ściany, posadzka i sufit zostały wyłożone ręcznie obrobionym kamieniem w odcieniu ostrygi. Łukowe sklepienie miało w najwyższym punkcie blisko siedem metrów wysokości. Dźwięki w tej zimnej sali rozbrzmiewały donośniej, schwytane w pułapkę tak samo jak siedzące tu osoby.

Madame Dufour stała u szczytu stołu, ubrana w surową czarną suknię bez śladu dekoltu. Jedyną jej ozdobą była brylantowa broszka (jedna porządna sztuka, moje panie, za to starannie dobrana; wszystko świadczy o nas, a nic nie przemawia tak głośno jak tandeta). Szczupłą twarz z tępo zakończonym podbródkiem okalała burza ondulowanych loczków mająca sprawiać, jak się zdawało, wrażenie młodości, lecz bez specjalnego sukcesu.

– Sztuka polega na tym – mówiła dźwięcznym, wyrobionym głosem – by wykonać zadanie cicho i dyskretnie.

Każda z dziewcząt przy stole była ubrana w szkolny mundurek składający się z granatowego, dopasowanego żakietu i wełnianej spódnicy. W zimie była to zaleta, jednak dziś, w upalne czerwcowe popołudnie, pozostawanie w tym stroju przeradzało się w mękę. Isabelle czuła, że spływa potem, którego woni nie zdoła zabić żadna ilość lawendowego mydła.

Spojrzała na nieobraną pomarańczę leżącą pośrodku talerza z limuzyjskiej porcelany. Po obu jego stronach spoczywały sztućce: widelec do sałaty, widelec do drugiego dania i takiż nóż, łyżka, nożyk do masła, widelec do ryby. A to jeszcze nie wszystko.

– Teraz – powiedziała madame Dufour – wybierzcie odpowiednie sztućce, tylko spokojnie, proszę, po cichu, i obierzcie owoc ze skórki.

Isabelle wzięła do ręki widelec i spróbowała wbić jego ostre zęby w twardą skórkę, ale pomarańcza wyśliznęła się jej z palców, spadła z talerza i potoczyła po stole, z hałasem obijając się o zastawę.

– Cholera – mruknęła dziewczyna, chwytając owoc, zanim stoczył się na podłogę.

– Słucham? – Madame Dufour już stała przy niej.

Isabelle podskoczyła na krześle. Na Boga, ta kobieta porusza się jak żmija w trawie.

– Przepraszam, madame – bąknęła, kładąc pomarańczę z powrotem na talerzu.

– Panno Rossignol – powiedziała madame. – Czemu należy przypisać, że choć od dwóch lat zaszczycasz swoją obecnością nasze mury, tak mało zdołałaś się nauczyć?

Isabelle ponownie dźgnęła owoc widelcem. Tym razem wprawdzie bez gracji, za to skutecznie. Uśmiechnęła się do madame.

– Na ogół, proszę pani, niezdolność ucznia do nauki oznacza niezdolność nauczyciela do uczenia.

Wszystkie siedzące przy stole panny aż sapnęły.

– Ach tak – wycedziła madame. – Czyli to przez nas wciąż nie udaje ci się poprawnie zjeść pomarańczy.

Isabelle znów zaatakowała owoc, ale za mocno i za szybko. Srebrne ostrze noża ześliznęło się po porowatej skórce i z brzękiem uderzyło w talerz.

Ręka madame Dufour wystrzeliła jak wąż, palce zacisnęły się wokół nadgarstka Isabelle.

Reszta uczestniczek lekcji zamarła, wytrzeszczając oczy, by nic nie stracić z tej sceny.

– Uprzejma rozmowa, dziewczęta – napomniała madame, uśmiechając się blado. – Nikt nie chce siedzieć przy obiedzie obok milczącego posągu.

Panienki posłusznie rozpoczęły ciche rozmowy o rzeczach, które nie interesowały Isabelle. Uprawie ogrodu, modzie, pogodzie. Tematy odpowiednie dla kobiet.

– Uwielbiam koronki z Alençon, a ty? – Isabelle dosłyszała stonowany głosik swej sąsiadki i ledwie powstrzymała się od krzyku.

– Panno Rossignol – powiedziała madame. – Proszę udać się do madame Allard i powiadomić ją, że nasz eksperyment dobiegł końca.

– A co to znaczy?

– Ona będzie wiedziała. Proszę iść.

Isabelle zerwała się szybko od stołu w obawie, że madame może zmienić zdanie.

Twarz nauczycielki aż skurczyła się na głośny zgrzyt, jaki wydały nogi krzesła przesuwające się po kamiennej posadzce.

– Tak naprawdę nie lubię pomarańczy – oznajmiła Isabelle z uśmiechem.

– Doprawdy? – zdziwiła się sarkastycznie madame.

Isabelle pragnęła wybiec z tej duszącej ją sali, ale miała już wystarczające kłopoty, więc zmusiła się do godnego damy kroku, z wyprostowanymi plecami, ściągniętymi ramionami i wysoko uniesionym podbródkiem. Przy schodach, po których uczono je stąpać z trzema książkami na głowie, by umiały zachować dystyngowaną postawę, rozejrzała się dyskretnie na boki, a stwierdziwszy, że jest sama, zbiegła na dół.

Na korytarzu zwolniła, znów prostując plecy. Gdy dotarła pod drzwi gabinetu dyrektorki, oddychała już miarowo i spokojnie.

Zapukała.

Usłyszawszy „proszę wejść”, nacisnęła klamkę.

Madame Allard siedziała za mahoniowym, intarsjowanym biurkiem. Na kamiennych ścianach wisiały średniowieczne gobeliny, łukowate okno z szybkami w ołowianych ramkach wychodziło na tak wyraźnie wymodelowane ogrody, że więcej miały wspólnego ze sztuką niż z naturą. Nawet ptaki rzadko się tu zapuszczały; zapewne wyczuwały dławiącą atmosferę i leciały dalej.

Isabelle usiadła, po czym o sekundę za późno uświadomiła sobie, że nikt jej tego nie zaproponował. Zerwała się z miejsca.

– Przepraszam, madame.

– Usiądź, Isabelle.

Usłuchała, krzyżując nogi w kostkach, jak przystało damie, i składając ręce na podołku.

– Madame Dufour poleciła mi przekazać, że eksperyment dobiegł końca.

Madame sięgnęła po jedno z wiecznych piór oprawione w szkło z Murano i zaczęła postukiwać nim lekko w blat biurka.

– Dlaczego się tu znalazłaś, Isabelle?

– Bo nie cierpię pomarańczy.

– Słucham?

– I gdybym miała zjeść pomarańczę, a szczerze mówiąc, madame, nie widzę powodów, dla których miałabym to robić, skoro mi nie smakują, to użyłabym rąk, jak to czynią Amerykanie. I wszyscy inni ludzie. Widelec i nóż do pomarańczy?

 

– Miałam na myśli to, dlaczego znalazłaś się w naszej szkole?

– Ach… to. No cóż, zostałam wydalona ze szkoły przy klasztorze Najświętszego Serca w Awinionie. Za nic, pozwolę sobie dodać.

– A siostry od Świętego Franciszka?

– No tak… One miały powód, żeby mnie wydalić.

– A jeszcze wcześniejsza szkoła?

Isabelle milczała, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

– Masz już prawie dziewiętnaście lat. – Madame odłożyła wieczne pióro.

– Tak, madame.

– Myślę, że już czas, abyś odeszła.

Isabelle zerwała się z krzesła.

– Mam wrócić na lekcję obierania pomarańczy?

– Znów mnie nie zrozumiałaś. Miałam na myśli to, że powinnaś opuścić szkołę, Isabelle. Najwyraźniej nie interesuje cię to, czego tutaj uczymy.

– Jak poprawnie zjeść pomarańczę, kiedy posypać serem potrawę i kto jest ważniejszy: drugi syn księcia czy córka, która nie ma prawa dziedziczyć, a może ambasador nieliczącego się kraju? Madame, czy pani nie wie, co się dzieje na świecie?

Isabelle mogła być upchnięta głęboko na prowincji, a i tak wiedziała. Nawet tutaj, zabarykadowana żywopłotami i nakazami manier, wiedziała, co dzieje się we Francji. Nocami w swej klasztornej celi, gdy koleżanki leżały już dawno w łóżkach, słuchała BBC na przemyconym radiu. Francja przyłączyła się do Wielkiej Brytanii i wypowiedziała Niemcom wojnę. W całym kraju mieszkańcy gromadzili zapasy żywności, zakładali na okna zaciemnienie i uczyli się żyć w mroku jak krety.

Przygotowywali się i zamartwiali, a potem… nic.

Miesiącami nie działo się nic.

Na początku wszyscy rozmawiali o Wielkiej Wojnie i stratach, jakie dotknęły niemal wszystkie rodziny, lecz wraz z upływem miesięcy, gdy o wojnie jedynie się mówiło, Isabelle usłyszała z ust nauczycielek określenie „dziwna wojna”. Prawdziwej grozy zaznały inne kraje Europy – na przykład Polska.

– Czy w czasie wojny dobre maniery nic nie znaczą, Isabelle?

– Już teraz są bezużyteczne – odparła impulsywnie dziewczyna i od razu pożałowała niewczesnej szczerości.

– Nasza szkoła od początku nie była dla ciebie odpowiednim miejscem, ale… – Madame wstała z miejsca.

– Ojciec umieściłby mnie wszędzie, byle się mnie pozbyć – przerwała Isabelle. Wolała wypalić prawdę, niż usłyszeć kolejne kłamstwo. Od ponad dekady tułała się po rozmaitych klasztorach i szkołach z internatem i wiele się nauczyła, przede wszystkim tego, że musi polegać na sobie. Na ojca i siostrę z pewnością nie mogła liczyć.

Madame przyjrzała się Isabelle. Nozdrza leciutko jej się rozszerzyły, co wskazywało na uprzejme, acz bolesne niezadowolenie.

– Strata żony to cios dla mężczyzny.

– Podobnie jak dla córki utrata matki. – Isabelle uśmiechnęła się buntowniczo. – W gruncie rzeczy straciłam oboje rodziców, czyż nie? Jedno zmarło, a drugie odwróciło się ode mnie. Nie umiem orzec, co zabolało mnie bardziej.

– Na miłość boską, Isabelle, czy zawsze musisz mówić wszystko, co masz na języku?

Isabelle słyszała te krytyczne słowa przez całe życie i nadal nie rozumiała, dlaczego powinna uważać na to, co mówi. I tak nikt jej nigdy nie słuchał.

– Wyjedziesz jeszcze dzisiaj. Wyślę telegram do twojego ojca. Thomas odprowadzi cię na stację.

– Dzisiaj? – Isabelle zamrugała nerwowo. – Ale… Tata mnie nie chce.

– Cóż. To się nazywa konsekwencje – odparła madame. – Może teraz zauważysz, że powinny być brane pod uwagę.


Isabelle znów siedziała sama w pociągu, zmierzając ku nieznanemu przeznaczeniu.

Patrzyła przez brudne okno na rozciągający się za nim zielony krajobraz: pola uprawne i łąki, czerwone dachy domostw, kamienne murki i mosty, wozy konne.

Wszystko wyglądało tak jak zawsze, i to ją zaskoczyło. Zbliżała się wojna, więc można by przypuszczać, że kraj ulegnie jakiejś zmianie – drzewa uschną, trawa zżółknie, ptaki przestaną śpiewać. Z pełznącego do Paryża pociągu widziała jednak, że wszystko było najzupełniej zwyczajne.

Wreszcie, sapiąc i zgrzytając, pociąg dotarł na ogromny Gare de Lyon. Isabelle sięgnęła po niedużą walizkę i położyła ją sobie na kolanach. Kiedy przyglądała się wysiadającym, powrócił do niej problem, którego dotąd starała się unikać.

Tata.

Pragnęła wierzyć, że ojciec serdecznie powita ją w domu, że w końcu otworzy ramiona, wypowie jej imię w ten kochający sposób jak przedtem, kiedy mama swoją obecnością spajała ich razem niczym klej.

Opuściła wzrok na porysowaną walizkę.

Jaka mała.

Większość dziewczyn, z którymi uczęszczała do rozmaitych szkół, przyjeżdżała z kolekcją waliz i kufrów, opasanych skórzanymi pasami z solidnymi mosiężnymi sprzączkami. Nad biurkami wieszały obrazy, na nocnych szafkach ustawiały fotografie i sentencje w ramkach, w szufladach trzymały albumy ze zdjęciami.

Isabelle miała jedną fotografię kobiety, którą chciała pamiętać i nie mogła. Gdy próbowała przywołać wspomnienia, przychodziły do niej jedynie zamazane obrazy płaczących ludzi, kręcącego głową lekarza i matki mówiącej coś o trzymaniu się mocno ręki starszej siostry.

Jak gdyby to mogło w czymś pomóc. Vianne porzuciła ją równie szybko jak ojciec.

Isabelle uświadomiła sobie, że tylko ona nie opuściła jeszcze wagonu. Chwyciła walizkę w dłoń obleczoną rękawiczką, wstała i wyszła z przedziału.

Na peronach roiło się od ludzi. Lokomotywy stały, dysząc i wypuszczając kłęby dymu, który wisiał pod wysokim łukowym sklepieniem. Z oddali doleciał ostry gwizd. Wielkie żelazne koła zaczęły się obracać. Płyty pod stopami dziewczyny zadrżały.

Jej ojciec wyróżniał się nawet w zbitym tłumie.

Kiedy ją zobaczył, po jego twarzy przemknął widoczny cień rozdrażnienia, szybko zastąpiony wyrazem ponurej rezygnacji.

Był wysoki, mierzył co najmniej sto osiemdziesiąt pięć centymetrów, ale mocno się garbił. Ponoć za sprawą Wielkiej Wojny, tak to zapamiętała Isabelle. Szerokie barki opadały apatycznie, jakby był zbyt przygnębiony, by myśleć o odpowiedniej postawie. Rzednące włosy posiwiały i były w nieładzie. Do tego nos boksera i wąskie, zaciśnięte usta. W ten upalny letni dzień miał na sobie wymiętą białą koszulę z podwiniętymi rękawami i wystrzępionym kołnierzykiem, byle jak zawiązany krawat i sztruksowe spodnie, które wyraźnie domagały się prania.

Próbowała wyglądać… dojrzale. Być może tego właśnie od niej oczekiwał.

– Isabelle.

– Tato. – Mocno ściskała walizkę w obu dłoniach.

– Wyrzucili cię z kolejnej szkoły.

Bez słowa skinęła głową i przełknęła ślinę.

– Jak mam ci znaleźć nowe miejsce w tych niespokojnych czasach?

Pora wyjawić swoje plany.

– Chciałabym… zamieszkać z tobą, tato.

– Ze mną? – Irytacja i zaskoczenie. Lecz czy chęć zamieszkania z ojcem nie jest czymś zwykłym u córki? Postąpiła krok w jego stronę.

– Mogłabym pracować w księgarni. Nie będę ci przeszkadzać.

Odetchnęła głęboko i czekała. Dźwięki nagle stały się głośniejsze. Słyszała kroki pasażerów, chrzęst kół pociągu, trzepot gołębich skrzydeł, płacz niemowlęcia.

Ależ oczywiście, Isabelle.

Witaj w domu.

Ojciec westchnął, odwrócił się na pięcie i ruszył.

– No – burknął przez ramię – idziesz czy nie?


Isabelle leżała na kocu rozłożonym w słodko pachnącej trawie, mając przed sobą otwartą książkę. Gdzieś w pobliżu brzęczała pszczoła, pracowicie zbierając pyłek z kwiatu; w panującej ciszy brzmiało to jak warkot malutkiego motocykla. Dzień był upalny. Od powrotu do Paryża minął tydzień. Bo nie był to powrót do domu. Wiedziała, że ojciec nie przestaje kombinować, jak by się jej pozbyć, ale w tak piękny dzień, gdy powietrze przesycała woń wiśni i świeżej, soczystej trawy, nie chciała o tym myśleć.

– Za dużo czytasz – powiedział Cristophe, żując łodyżkę perzu. – Co to jest, powieść o miłości?

Przetoczyła się na bok, bliżej niego, zatrzaskując książkę. Była o Edith Cavell, pielęgniarce z czasów wojny 1914 roku.

– Mogłabym być bohaterką wojenną, Cristophe.

Roześmiał się.

– Dziewczyna? Bohaterką? Absurd.

Isabelle poderwała się z koca, chwytając kapelusz i białe dziecięce rękawiczki.

– Nie wściekaj się – powiedział, szczerząc zęby w uśmiechu. – Po prostu jestem zmęczony gadaniem o wojnie. A faktem jest, że kobiety na froncie są bezużyteczne. Waszą rolą jest wiernie czekać na nasz powrót.

Oparł policzek na dłoni i zerkał na nią spod jasnej, opadającej na oczy czupryny. Ubrany w rozpinany blezer i luźne białe spodnie, wyglądał właśnie na tego, kim rzeczywiście był – studentem renomowanego uniwersytetu, nienawykłym do żadnego rodzaju pracy. Wielu mężczyzn w jego wieku rzucało studia i na ochotnika wstępowało do wojska. Ale nie Cristophe.