Pozwól odejść

Tekst
Z serii: Seria Firefly Lane #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pozwól odejść
Pozwól odejść
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,40  63,52 
Pozwól odejść
Pozwól odejść
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska
42,90  30,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 6

6

– Możesz prze­stać nucić? – mówię do Kate. – Jak mam myśleć, kiedy robisz taki hałas? To nie są dla mnie miłe wspo­mnie­nia.

– Wcale nie nucę.

– Okej. To prze­stań trą­bić. Co ty jesteś, Struś Pędzi­wiatr? – Dźwięk naj­pierw jest cichy, jak bucze­nie komara koło ucha, ale potem stop­niowo przy­biera na sile i staje się okrop­nie gło­śny. – Prze­stań z tym hała­sem.

Czuję ból głowy. Praw­dziwy ból głowy. Zaczyna się tuż za oczami, roz­cho­dzi i zmie­nia w łupiącą migrenę.

– Tu jest cicho jak w gro­bie.

– Bar­dzo śmieszne. Cze­kaj. To nie ty. To brzmi jak alarm samo­chodu. Co do cho…

– TRA­CI­MYJĄ – mówi ktoś, a wła­ści­wie krzy­czy. Kto?

Sły­szę, że Kate obok mnie wzdy­cha. To smutny dźwięk, jakby roz­darła się stara koronka. Szep­cze moje imię, a potem wypo­wiada jedno słowo:

Czas.

Boję się, zarówno zmę­cze­nia, które sły­szę w jej gło­sie, jak i samego słowa. Czy zuży­łam już cały wyzna­czony mi czas? Dla­czego nie powie­dzia­łam wię­cej? Dla­czego nie zada­łam wię­cej pytań? Co się ze mną stało? Wiem, że ona wie.

– Kate?

Nic.

Nagle spa­dam, wiruję.

Sły­szę głosy, ale nie rozu­miem słów, a ból jest tak wszech­ogar­nia­jący, tak bru­talny, że z tru­dem powstrzy­muję się od krzyku.

– ODSU­NĄĆ­SIĘ.

Czuję, jak moja dusza odpływa, jak opusz­cza ciało. Chcę otwo­rzyć oczy – choć może one są otwarte, nie wiem. Wiem tylko, że ta ciem­ność jest brzydka, zimna i gęsta jak węglowy miał. Wołam o pomoc, ale tylko w swo­jej gło­wie. Nie potra­fię otwo­rzyć ust. Wyobra­żam sobie, że dźwięk odbija się echem i nik­nie, tak jak ja…


3 wrze­śnia 2010, 06:27

Johnny stał przed salą numer dzie­więć na oddziale ura­zo­wym. Po zale­d­wie pię­ciu sekun­dach posta­no­wił pójść za dok­to­rem Beva­nem do tej sali, a jesz­cze mniej czasu potrze­bo­wał, by otwo­rzyć drzwi. W końcu był dzien­ni­ka­rzem. Zro­bił karierę, wdzie­ra­jąc się tam, gdzie go nie chcieli.

Gdy otwo­rzył drzwi, wpa­dła na niego kobieta w medycz­nym uni­for­mie.

Prze­pu­ścił ją i wśli­zgnął się do zatło­czo­nego pomiesz­cze­nia. Było jaskrawo oświe­tlone i pełne ludzi w far­tu­chach, któ­rzy zebrali się wokół szpi­tal­nego łóżka. Wszy­scy mówili naraz i poru­szali się niczym kla­wi­sze pia­nina pod pal­cami pia­ni­sty. Zasła­niali mu pacjentkę – widział tylko palce stóp wysta­jące spod nie­bie­skiego koca.

Roz­legł się alarm. Ktoś krzyk­nął:

– Tra­cimy ją. Defi­bry­la­cja!

Brzę­czący dźwięk roz­brzmiał w sali, uno­sząc się ponad gło­sami. Johnny poczuł jego wibra­cje w kościach.

– Odsu­nąć się!

Usły­szał wyso­kie war­cze­nie, a potem ciało na łóżku wygięło się do góry i opa­dło. Ręka pacjentki osu­nęła się i zwi­sała teraz z brzegu łóżka.

– Mamy ją – powie­dział ktoś.

Johnny zoba­czył bicie serca na moni­to­rze. Tłu­mek postaci w far­tu­chach jakby się uspo­koił. Kilka pie­lę­gnia­rek ode­szło od łóżka i Johnny mógł zoba­czyć pacjentkę.

Tully.

Miał wra­że­nie, jakby sala na powrót wypeł­niła się powie­trzem. Wresz­cie go zaczerp­nął. Cała pod­łoga była we krwi. Jedna z pie­lę­gnia­rek pośli­znęła się na niej i omal się nie prze­wró­ciła.

Johnny przy­su­nął się bli­żej łóżka. Tully leżała nie­przy­tomna, twarz miała poobi­janą i zakrwa­wioną, przez roz­darte mię­śnie ramie­nia wysta­wała kość.

Wyszep­tał jej imię, a może zro­bił to tylko w myślach. Wsu­nął się mię­dzy dwie pie­lę­gniarki – jedna pod­łą­czała wła­śnie wenflon, a druga pod­cią­gnęła nie­bie­ski koc, żeby przy­kryć nagą klatkę pier­siową Tully.

Nagle obok Johnny’ego poja­wił się dok­tor Bevan.

– Nie powi­nien pan tu być.

Johnny mach­nął tylko ręką, bo nie był w sta­nie odpo­wie­dzieć. Miał tyle pytań do tego czło­wieka, a mimo to tylko tam stał, wstrzą­śnięty roz­mia­rem jej obra­żeń, i czuł wstyd. W jakiś spo­sób miał w tym udział. Oskar­żył Tully o coś, co nie było jej winą, i wyrzu­cił ją ze swo­jego życia.

– Panie Ryan, musimy ją prze­nieść na salę ope­ra­cyjną.

– Prze­żyje?

– Szanse są nie­wiel­kie – odparł dok­tor Bevan. – Pro­szę się odsu­nąć.

– Ratuj­cie ją – powie­dział Johnny, prze­pusz­cza­jąc wyta­czane z sali łóżko.

Oszo­ło­miony wyszedł z pomiesz­cze­nia i ruszył kory­ta­rzem do pocze­kalni oddziału chi­rur­gii na trze­cim pię­trze. Jakaś kobieta sie­działa w kącie, trzy­mała w rękach robótkę na dru­tach i pła­kała.

Johnny zgło­sił się do reje­stra­torki, oznaj­mił, że czeka na infor­ma­cje o sta­nie Tully Hart, a potem usiadł obok wyłą­czo­nego tele­wi­zora. Poczuw­szy nad­cho­dzący ból głowy, odchy­lił się do tyłu. Sta­rał się nie myśleć o tym wszyst­kim, co poszło nie tak, gdy Kate zabra­kło, o wszyst­kich swo­ich błę­dach – a nie­które były naprawdę ogromne. Zamiast tego modlił się do Boga, w któ­rego prze­stał wie­rzyć w dniu śmierci żony i do któ­rego wró­cił, gdy znik­nęła jego córka.

Sie­dział w pocze­kalni od wielu godzin, obser­wu­jąc prze­cho­dzą­cych ludzi. Jesz­cze do nikogo nie zadzwo­nił. Cze­kał na infor­ma­cje, co z Tully. W tej rodzi­nie dość już było tele­fo­nów ze złymi wia­do­mo­ściami. Bud i Mar­gie miesz­kali teraz w Ari­zo­nie i Johnny nie chciał, żeby Mar­gie bie­gła na lot­ni­sko, dopóki to nie będzie abso­lut­nie konieczne. Zadzwo­niłby do matki Tully, choć było bar­dzo wcze­śnie, ale nie miał poję­cia, jak się z nią skon­tak­to­wać.

No i Marah. Nie wie­dział nawet, czy ode­bra­łaby jego tele­fon.

– Pan Ryan?

Johnny gwał­tow­nie spoj­rzał przed sie­bie i zoba­czył nad­cho­dzą­cego neu­ro­chi­rurga.

Chciał wstać i podejść do niego, ale poczuł się słabo.

Lekarz dotknął jego ramie­nia.

– Panie Ryan?

Johnny z tru­dem wstał.

– Co z nią, panie dok­to­rze?

– Prze­szła ope­ra­cję. Pro­szę ze mną.

Johnny dał się zapro­wa­dzić do małej, pozba­wio­nej okien salki kon­fe­ren­cyj­nej. Zamiast wazonu z kwia­tami pośrodku stołu stało pudełko chu­s­te­czek.

Johnny usiadł, a dok­tor Bevan zajął miej­sce naprze­ciwko niego.

– W tej chwili naj­więk­szym zmar­twie­niem jest obrzęk mózgu. Doznała poważ­nego urazu głowy. Zało­ży­li­śmy dren, żeby zmniej­szyć obrzęk, ale roko­wa­nia są nie­pewne. Obni­ży­li­śmy tem­pe­ra­turę ciała i wpro­wa­dzi­li­śmy ją w stan śpiączki, żeby zmniej­szyć ciśnie­nie, ale jej stan jest kry­tyczny. Jest pod respi­ra­to­rem.

– Mogę ją zoba­czyć? – zapy­tał Johnny.

Lekarz poki­wał głową.

– Oczy­wi­ście. Pro­szę za mną.

Pro­wa­dził Johnny’ego bia­łymi kory­ta­rzami, a potem poje­chali windą. Wresz­cie dotarli na oddział inten­syw­nej tera­pii. Dok­tor Bevan wszedł do prze­szklo­nej salki, jed­nej z dwu­na­stu sku­pio­nych wokół peł­nego ruchu punktu pie­lę­gniar­skiego.

Tully leżała na wąskim łóżku oto­czo­nym róż­nymi urzą­dze­niami. Miała ogo­loną głowę, zro­bioną tre­pa­na­cję czaszki i pod­łą­czone pompkę i kate­rer dla zmniej­sze­nia uci­sku na mózg. Ota­czało ją mnó­stwo rurek – jedna do oddy­cha­nia, inna do kar­mie­nia, kolejna do odbar­cze­nia. Czarny moni­tor za łóż­kiem wyświe­tlał poziom ciśnie­nia wewnątrz­czasz­ko­wego, drugi reje­stro­wał tętno. Lewą rękę Tully miała w gip­sie. Blada, nie­bie­skawa skóra wyda­wała się zimna.

– Z ura­zami mózgu ni­gdy nic nie wia­domo – oznaj­mił dok­tor Bevan. – Tak naprawdę to nie znamy jesz­cze roz­miaru uszko­dzeń. Za dwa­dzie­ścia cztery godziny powin­ni­śmy wie­dzieć wię­cej. Chciał­bym móc powie­dzieć coś kon­kret­nego, ale na razie to wielka nie­wia­doma.

Johnny wie­dział, co ozna­cza uraz mózgu. Sam go doznał, gdy był kore­spon­den­tem pod­czas pierw­szej wojny w Iraku. Potrze­bo­wał wielu mie­sięcy tera­pii, żeby dojść do sie­bie, a nawet nie pamię­tał tam­tego wybu­chu.

– Czy będzie sobą, gdy się obu­dzi?

– Pyta­nie brzmi: czy się obu­dzi. Jej mózg funk­cjo­nuje, choć nie wiemy, na ile spraw­nie ze względu na leki, które jej poda­li­śmy. Źre­nice reagują jak należy, a to dobry znak. Śpiączka far­ma­ko­lo­giczna da jej ciału czas, taką mamy nadzieję. Lecz jeśli doj­dzie do krwa­wie­nia lub obrzęk będzie nara­stał…

Nie musiał koń­czyć zda­nia. Johnny wie­dział.

Każde regu­larne łup-szszsz respi­ra­tora przy­po­mi­nało mu, że Tully nie oddy­cha samo­dziel­nie.

Tak wła­śnie brzmi zabawa w Boga i utrzy­my­wa­nie czło­wieka przy życiu – kako­fo­nia popi­sku­ją­cych moni­to­rów, brzę­czą­cych wskaź­ni­ków i szumu respi­ra­tora.

– Co jej się stało? – zapy­tał po chwili Johnny.

– Wypa­dek samo­cho­dowy, z tego, co sły­sza­łem, ale nie znam szcze­gó­łów – odpo­wie­dział dok­tor Bevan. – Czy ona jest wie­rząca?

– Nie, raczej nie.

– To nie­do­brze. W takich sytu­acjach wiara przy­nosi cza­sem pocie­chę.

– Tak – odparł krótko Johnny.

– Naszym zda­niem to pomaga, jeśli mówi się do cho­rych w śpiączce – dodał lekarz.

Pokle­pał Johnny’ego po ramie­niu i wyszedł z salki.

Johnny usiadł obok łóżka. Jak długo tam sie­dział, wpa­tru­jąc się w nią i myśląc: Walcz, Tully, szep­cząc słowa, któ­rych nie potra­fił wypo­wie­dzieć na głos? Na tyle długo, by poczu­cie winy i żal zmie­niły się w gulę tkwiącą mu w gar­dle.

Dla­czego potrzebna jest tra­ge­dia, żeby przej­rzeć na oczy?

Nie wie­dział, co mówić, nie teraz, po tym wszyst­kim, co zostało mię­dzy nimi powie­dziane… i co pozo­stało niewypowie­dziane. Jedną rzecz wie­dział na pewno: gdyby Kate tu była, kop­nę­łaby go w tyłek za to, jak się roz­sy­pał po jej odej­ściu i jak potrak­to­wał jej naj­lep­szą przy­ja­ciółkę.

 

Zro­bił jedyne, co mógł zro­bić, by jakoś tra­fić do Tully. Po cichu i czu­jąc się bar­dzo nie­zręcz­nie, zaczął śpie­wać pio­senkę, która przy­szła mu do głowy, tę, która zawsze przy­wo­dziła mu na myśl Tully. Just a small town girl, living in a lo-nely wor-ld…


Gdzie ja jestem? Nie żyję? Żyję? Jestem gdzieś pomię­dzy?

– Kate?

Czuję powiew cie­pła tuż obok sie­bie i ogar­nia mnie ogromna ulga.

– Katie – powta­rzam, odwra­ca­jąc się w tamtą stronę. – Gdzie byłaś?

Ode­szłam. A teraz wró­ci­łam. Otwórz oczy.

Mam zamknięte oczy? To dla­tego jest tak ciemno? Powoli uchy­lam powieki i mam wra­że­nie, jak­bym ock­nęła się na słońcu. Świa­tło i cie­pło są tak inten­sywne, że gwał­tow­nie wcią­gam powie­trze. Dopiero po chwili moje źre­nice przy­zwy­cza­jają się do tej jasno­ści, a wtedy widzę, że znów jestem w szpi­tal­nej sali, przy swoim ciele. Patrzę, jak robią mi ope­ra­cję. Kilka osób w far­tu­chach stoi dokoła stołu ope­ra­cyj­nego. Skal­pele i inne instru­menty lśnią na srebr­nych tacach. Wszę­dzie jakieś maszyny pikają, war­czą, brzę­czą.

Spójrz, Tully.

Nie chcę.

Spójrz.

Poru­szam się wbrew sobie. Ogar­nia mnie lodo­waty lęk. Jest gor­szy niż ból. Wiem, co zoba­czę na tym mokrym stole.

Sie­bie. A jed­nak nie sie­bie.

Na stole ope­ra­cyj­nym leży moje ciało, przy­kryte czymś nie­bie­skim, zakrwa­wione. Pie­lę­gniarki roz­ma­wiają z chi­rur­giem. Ktoś goli mi głowę. Wydaję się taka drobna i blada bez wło­sów, jak dziecko. Ktoś sma­ruje moją łysą głowę brą­zo­wym pły­nem. Sły­szę brzę­cze­nie piły i prze­wraca mi się w żołądku.

– Nie podoba mi się tutaj – mówię do Katie. – Zabierz mnie stąd.

Zosta­niemy tu, ale zamknij oczy.

– Chęt­nie.

Nagła ciem­ność tym razem mnie prze­raża. Nie wiem dla­czego. To naprawdę dziwne, bo choć w mojej duszy roi się od ciem­nych emo­cji, to nie ma wśród nich stra­chu. Niczego się nie boję.

Ha! Nie znam nikogo, kto bałby się miło­ści bar­dziej niż ty. To dla­tego cią­gle spraw­dzasz innych i odpy­chasz ich od sie­bie. Otwórz oczy.

Otwie­ram je i przez sekundę na­dal jest ciemno, a potem kolor spływa z góry, z nie­prze­nik­nio­nej czerni, jak kody kom­pu­te­rowe w Matrik­sie, i zastyga w stru­gach. Naj­pierw poja­wia się niebo, ide­alny, bez­chmurny błę­kit, potem kwit­nące drzewka wiśniowe – kępki różo­wego kwie­cia zdo­bią gałę­zie i uno­szą się w słodko pach­ną­cym powie­trzu. Poja­wiają się zarysy budowli, różowy neo­go­tycki budy­nek z ele­ganc­kimi skrzy­dłami i wie­żami i wresz­cie zie­lona trawa poprze­ci­nana beto­no­wymi ścież­kami. Jeste­śmy na Uni­wer­sy­te­cie Waszyng­toń­skim. Kolory są bole­śnie żywe. Wszę­dzie dokoła mło­dzi ludzie z ple­ca­kami – dzie­ciaki – grają w zośkę albo leżą na tra­wie z otwar­tymi książ­kami. Ktoś włą­czył magne­to­fon na cały regu­la­tor i z gło­śni­ków pły­nie skrze­kliwa wer­sja I’ve Never Been to Me. Boże, jak ja nie cier­pia­łam tej pio­senki.

– To wszystko nie­prawda – dopy­tuję. – Tak?

Prawda jest względna.

Nie­da­leko od miej­sca, gdzie sie­dzimy, dwie dziew­czyny wycią­gnęły się na tra­wie obok sie­bie. Jedna jest bru­netką, druga blon­dynką. Ta jasno­włosa ma na sobie T-shirt i spodnie haremki, a przed sobą otwartą teczkę z notat­kami. Ta druga – okej, to ja, wiem, pamię­tam, że nosi­łam wtedy nata­pi­ro­wane włosy, które przy­trzy­my­wa­łam wielką meta­lową opa­ską, i pamię­tam krótki, zsu­wa­jący się z ramie­nia biały swe­ter. To był mój ulu­biony. One – my – wyglą­dają tak młodo, że nie mogę się nie uśmiech­nąć.

Kładę się i czuję, jak trawa łasko­cze moje nagie ramiona, wdy­cham jej słodki, zna­jomy zapach. Kate robi to samo. Znów jeste­śmy razem, znów obie patrzymy w to samo błę­kitne niebo. Ileż to razy pod­czas czte­rech lat stu­diów na uni­wer­sy­te­cie robi­ły­śmy dokład­nie to samo? Świa­tło, które nas ota­cza, jest magiczne, kry­sta­liczne i lśniące niczym kie­li­szek szam­pana w słońcu. W jego bla­sku czuję taki spo­kój. Mój ból jest tutaj odle­głym wspo­mnie­niem, zwłasz­cza gdy obok mam Kate.

Co się stało dziś w nocy? – pyta, zabu­rza­jąc nieco ten spo­kój.

– Nie pamię­tam. – To dziwne, ale to prawda. Nie pamię­tam.

Pamię­tasz. Tylko nie chcesz.

– Może mam powód.

Może.

– Dla­czego tu jesteś, Kate?

Wezwa­łaś mnie, pamię­tasz? Jestem tu, bo mnie potrze­bo­wa­łaś. I żeby ci przy­po­mnieć.

– Przy­po­mnieć co?

Wspo­mnie­nia są tym, czym jeste­śmy. Na końcu to jedyny bagaż, jaki ze sobą zabie­rasz. Miłość i wspo­mnie­nia trwają. I dla­tego, gdy się umiera, przed oczami prze­la­tuje całe życie; wybie­rasz wtedy te momenty, które chcesz. Jak­byś się pako­wała.

– Miłość i wspo­mnie­nia? No to mam podwój­nie w plecy. Nic nie pamię­tam, a jeśli cho­dzi o miłość…

Posłu­chaj.

Odzywa się jakiś głos:

– Czy będzie sobą, gdy się obu­dzi?

– Ojej – mówię. – Prze­cież to…

Johnny. – Spo­sób, w jaki Kate wypo­wiada imię swo­jego męża, jest pełen miło­ści i bólu.

– Pyta­nie brzmi, czy się obu­dzi… – odpo­wiada jakiś męski głos.

Zaraz, zaraz. Oni mówią o mojej śmierci. I o moż­li­wo­ści cze­goś gor­szego – życia z uszko­dzo­nym mózgiem. Miga mi przed oczami obraz: leżę unie­ru­cho­miona w łóżku, pod­łą­czona do mnó­stwa rurek, nie­zdolna się poru­szyć ani cokol­wiek powie­dzieć.

Mocno się sku­piam i znów jestem w szpi­tal­nej sali.

Johnny stoi przy moim łóżku i patrzy na mnie. Obok niego jakiś męż­czy­zna w nie­bie­skim far­tu­chu.

– Czy ona jest wie­rząca? – pyta ten obcy.

– Nie, raczej nie – odpo­wiada znu­żo­nym gło­sem Johnny.

Jest w nim tyle smutku, że chcę wziąć go za rękę, nawet po tym wszyst­kim, co się mię­dzy nami wyda­rzyło, a może wła­śnie z tego powodu.

Siada przy łóżku, na któ­rym leży moje ciało.

– Prze­pra­szam – mówi do tej mnie, która nie może go usły­szeć.

Tak długo cze­ka­łam, by usły­szeć od niego te słowa. Ale dla­czego? Widzę teraz, że on mnie kocha. Widzę to w jego wil­got­nych oczach, w drżą­cych dło­niach, w spo­so­bie, w jaki pochyla głowę w modli­twie. On się nie modli – prze­cież go znam. Przy­cią­gnię­cie brody do klatki pier­sio­wej to wyraz rezy­gna­cji.

Będzie mu mnie bra­ko­wało, mimo wszystko.

A ja będę tęsk­nić za nim.

– Walcz, Tully.

Chcę mu odpo­wie­dzieć, dać znać, że go sły­szę, że jestem tutaj, ale nic z tego nie wycho­dzi.

– Otwórz oczy – prze­ma­wiam do swo­jego ciała. – Otwórz oczy. Powiedz mu, że też prze­pra­szasz.

A wtedy on zaczyna śpie­wać, ochry­płym, łamią­cym się gło­sem:

Just a small town girl…

Boże, kocham tego faceta – mówi Kate.

Johnny jest w poło­wie pio­senki, gdy ktoś wcho­dzi do salki. Przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna w taniej, brą­zo­wej spor­to­wej kurtce i nie­bie­skich spodniach.

– Detek­tyw Gates – przed­sta­wia się.

Sły­szę słowa „wypa­dek samo­cho­dowy” i przed oczami miga mi obraz: desz­czowa noc, beto­nowy słup, moje ręce na kie­row­nicy. Wydaje się odle­głym wspo­mnie­niem. Czuję, że ten obraz się z czymś wiąże, że coś zna­czy, ale zanim zdążę to poskła­dać, coś ude­rza mnie w pierś tak mocno, że wpa­dam na ścianę. Ból jest obez­wład­nia­jący, roz­ry­wa­jący.

– ZATRZY­MA­NIE­AK­CJI­SER­CA­WE­ZWIJ­CIE­DOK­TO­RA­BE­VANA.

– Kate! – wołam, lecz jej nie ma.

Hałas wręcz grzmi, odbija się echem, ude­rza, pika. Nie mogę oddy­chać. Ból w klatce pier­sio­wej jest nie do znie­sie­nia.

– ODSU­NĄĆ­SIĘ.

Wygi­nam się do góry niczym szma­ciana lalka i wybu­cham ogniem. A potem znów się uno­szę i opa­dam pośród gwiazd.

Kate bie­rze mnie w ciem­no­ści za rękę i zamiast spa­dać lecimy. Lądu­jemy deli­kat­nie niczym motyle na sfa­ty­go­wa­nych ogro­do­wych fote­lach na plaży. Świat jest ciemny, ale jed­no­cze­śnie roz­ja­rzony: bar­dzo biały księ­życ, nie­skoń­czone gwiazdy, migo­czące świeczki w sło­ikach roz­wie­szo­nych na gałę­ziach sta­rego klonu.

Taras z tyłu domu. U Kate.

Tutaj ból jest echem, a nie cio­sem. I dzięki Bogu.

Sły­szę oddech Kate tuż obok. Z każ­dym wyde­chem czuję lawendę i coś innego, chyba śnieg.

Johnny się zała­mał – stwier­dza, przy­po­mi­na­jąc mi, gdzie przed chwilą były­śmy i że roz­ma­wia­ły­śmy o moim życiu. – Nie myśla­łam, że tak będzie.

– Wszy­scy się zała­ma­li­śmy. – Taka jest smutna, przy­kra prawda. – To ty byłaś łączą­cym nas spo­iwem. Bez cie­bie…

Na dłuż­szy czas zapada mil­cze­nie, a ja zasta­na­wiam się, czy ona wspo­mina swoje życie i swoje miło­ści. Jakie to uczu­cie, wie­dzieć, że ludzie nie potra­fią bez cie­bie żyć? Jak to jest wie­dzieć, że tyle osób cię kochało?

Co się z tobą działo, gdy prze­pro­wa­dził się do Los Ange­les?

Wzdy­cham.

– Nie mogła­bym podą­żyć ku temu cho­ler­nemu świa­tełku i skoń­czyć już z tym wszyst­kim?

Woła­łaś mnie, pamię­tasz? Powie­dzia­łaś, że mnie potrze­bu­jesz. Jestem tu. A oto dla­czego: musisz sobie przy­po­mnieć. I tyle. Więc mów.

Odchy­lam się w fotelu i wpa­truję w pło­myki świec. Słoje obwią­zane są szorst­kim szpa­ga­tem, a deli­katna bryza poru­sza nimi od czasu do czasu, przez co świece rzu­cają migo­tliwe świa­tło na ciemne konary drzewa.

– Gdy umar­łaś, Johnny i dzieci prze­pro­wa­dzili się do Los Ange­les. Ta prze­pro­wadzka nastą­piła bar­dzo szybko. Twój mąż tak po pro­stu zde­cy­do­wał, że jedzie do Los Ange­les, i nagle jego i dzieci już nie było. Pamię­tam poże­gna­nie w listo­pa­dzie dwa tysiące szó­stego roku, gdy sta­łam z two­imi rodzi­cami na pod­jeź­dzie i macha­łam im na do widze­nia. Potem wró­ci­łam do domu i wpeł­złam…

…do łóżka. Wiem, że muszę wró­cić do pracy, ale nie potra­fię. Szcze­rze mówiąc, przy­tła­cza mnie to. Nie potra­fię zebrać sił, by roz­po­cząć życie na nowo bez mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki. W tym momen­cie obez­wład­nia mnie poczu­cie straty i zamy­kam oczy. Nic dziw­nego, że przez jakiś czas czło­wiek jest zała­many, kto by nie był?

Gubię gdzieś dwa tygo­dnie. To zna­czy nie gubię ich tak naprawdę. Wiem, gdzie są i gdzie jestem ja. Cho­wam się jak ranne zwie­rzę w ciem­nej norze, pie­lę­gnu­jące zra­nioną łapę, w którą wbił się cierń, nie­zdolne zna­leźć nikogo, kto by go wycią­gnął. Dzwo­nię do Marah co wie­czór o jede­na­stej. Wiem, że ona też nie może spać. Leżę w łóżku, słu­cham, jak narzeka na decy­zję ojca o prze­pro­wadzce, i mówię jej, że wszystko będzie dobrze, ale żadna z nas w to nie wie­rzy. Obie­cuję, że wkrótce ich odwie­dzę.

W końcu nie mogę tego znieść. Zrzu­cam koł­drę i prze­cho­dzę przez miesz­ka­nie, zapa­la­jąc świa­tła i roz­su­wa­jąc zasłony. Świa­tło wypeł­nia pokoje i w jego bla­sku widzę się po raz pierw­szy: włosy mam brudne i splą­tane, oczy prze­sło­nięte mgiełką, a moje ubra­nie to wymięte gał­gany. Wyglą­dam jak moja matka. Wsty­dzę się. Jestem zaże­no­wana, że upa­dłam tak nisko i w dodatku tak szybko.

Pora wziąć się w garść.

I to jest wła­śnie to. Mój cel. Nie mogę po pro­stu leżeć, tęsk­nić za naj­lep­szą przy­ja­ciółką i żało­wać tego, co minęło. Muszę się uwol­nić i iść dalej.

Wiem jak. Robi­łam to przez całe życie. Dzwo­nię do agenta i uma­wiam się na spo­tka­nie. Jest w Los Ange­les. Spo­tkam się z nim, wrócę do pracy i złożę nie­spo­dzie­waną wizytę Johnny’emu i dzie­ciom.

Tak. Ide­al­nie. Mam plan.

Umó­wiw­szy spo­tka­nie, czuję się lepiej. Biorę prysz­nic i sta­ran­nie ukła­dam włosy. Zauwa­żam siwe odro­sty.

Kiedy to się stało?

Marsz­czę brwi i pró­buję ukryć siwi­znę, zwią­zu­jąc włosy w kucyk. Maluję się dość mocno. Wyru­szam prze­cież w świat, a teraz obiek­tywy są wszę­dzie. Wkła­dam jedyną rzecz, która dobrze pasuje na moje posze­rzone bio­dra – czarną ołów­kową spód­nicę z dzia­niny – a do niej się­ga­jące kolan botki i czarną, jedwabną, dopa­so­waną bluzkę z asy­me­trycz­nym koł­nie­rzem.

Dobrze sobie radzę – to zna­czy dzwo­nię do biura podróży, żeby zro­bić rezer­wa­cję, ubie­ram się i cały czas się uśmie­cham, myśląc: Dam radę, oczy­wi­ście, że tak, a potem otwie­ram drzwi pen­tho­use’u i czuję przy­pływ paniki. Zasy­cha mi w gar­dle, na czole poja­wiają się kro­ple potu, tętno przy­śpie­sza.

 

Boję się wyjść z domu.

Nie wiem, co się ze mną, do cho­lery, dzieje, ale nie pozwolę na to. Biorę głę­boki wdech i ruszam do przodu. Przez całą drogę do windy, a póź­niej za kie­row­nicą samo­chodu czuję, jak serce łomo­cze mi w piersi. Odpa­lam sil­nik i wyjeż­dżam na ruchliwą, zatło­czoną ulicę. Pada rzę­si­sty deszcz, kro­ple stu­kają o szybę i zama­zują widok. Co chwilę ogar­nia mnie ochota, by zawró­cić, jed­nak nie robię tego. Zmu­szam się, żeby jechać. W końcu znaj­duję się w samo­lo­cie i sia­dam w pierw­szej kla­sie.

– Mar­tini – mówię do ste­war­dessy.

Wyraz jej twa­rzy przy­po­mina mi, że nie ma nawet połu­dnia. Mimo to jedy­nie drink pomoże mi zapo­mnieć o tej żenu­ją­cej chwili.

Po dwóch mar­tini ukła­dam się wygod­nie w fotelu i zamy­kam oczy. Poczuję się lepiej, gdy wrócę do pracy. Ona zawsze była moim wyba­wie­niem.

Na lot­ni­sku w Los Ange­les widzę ubra­nego na czarno szo­fera z tabliczką. HART. Wrę­czam mu nie­wielką torbę podróżną z cie­lę­cej skóry i wycho­dzę za nim do cze­ka­ją­cej przed halą limu­zyny. Z LAX do Cen­tury City jedziemy w korku dosłow­nie zde­rzak w zde­rzak. Ludzie na takich auto­stra­dach nie­ustan­nie trą­bią, jakby to robiło jakąś róż­nicę, a moto­cy­kle śmi­gają nie­bez­piecz­nie mię­dzy pasami.

Mosz­czę się wygod­nie na mięk­kim sie­dze­niu i zamy­kam oczy, by zebrać i upo­rząd­ko­wać myśli. Teraz, gdy już tu jestem, prę do przodu i odzy­skuję swoje życie, czuję się ciut spo­koj­niej­sza. A może to przez te drinki. W każ­dym razie roz­po­czę­łam swój powrót.

Limu­zyna pod­jeż­dża pod impo­nu­jący biały budy­nek ozna­czony jedy­nie dys­kret­nym, rzeź­bio­nym napi­sem: KRE­ATYWNI ARTY­ŚCI – AGEN­CJA.

Jego wnę­trze to nie­koń­czący się ciąg bia­łego mar­muru i szkła, przy­po­mi­na­jący gigan­tyczne igloo, i rów­nie zimny. Wszy­scy są świet­nie ubrani. Piękne kobiety i przy­stojni męż­czyźni w dro­gich gar­ni­tu­rach wyglą­dają jak na zdję­ciach z maga­zynu.

Dziew­czyna w recep­cji nie roz­po­znaje mnie. Nawet wtedy, gdy podaję swoje nazwi­sko.

– Och – mówi z obo­jęt­nym spoj­rze­niem. – Czy jest pani umó­wiona z panem Davi­so­nem?

– Tak – odpo­wia­dam, sta­ra­jąc się utrzy­mać uśmiech.

– Pro­szę usiąść.

Szcze­rze mówiąc, mam ochotę poka­zać tej dziew­czy­nie jej miej­sce, ale wiem, że muszę być ostrożna w uświę­co­nych pro­gach CAA, więc zagry­zam zęby i sia­dam w nowo­cze­śnie urzą­dzo­nej pocze­kalni.

I cze­kam.

Cze­kam.

Co naj­mniej dwa­dzie­ścia minut po umó­wio­nej godzi­nie pod­cho­dzi do mnie młody czło­wiek we wło­skim gar­ni­tu­rze. Bez słowa, jak jakiś dron, pro­wa­dzi mnie na dru­gie pię­tro do naroż­nego gabi­netu.

Mój agent, Geo­rge Davi­son, sie­dzi za olbrzy­mim biur­kiem. Wstaje, gdy wcho­dzę. Obej­mu­jemy się, nieco nie­zręcz­nie, a potem się cofam.

– No, no… – wzdy­cha, wska­zu­jąc mi krze­sło.

Sia­dam.

– Dobrze wyglą­dasz – stwier­dzam.

Zerka na mnie. Na pewno zauważa, że przy­ty­łam, a spię­cie wło­sów w kucyk go nie oszuka. Dostrzega siwi­znę w moich wło­sach. Popra­wiam się na krze­śle.

– Zasko­czył mnie twój tele­fon – mówi.

– Aż tak dużo czasu nie minęło.

– Sześć mie­sięcy. Zosta­wi­łem ci z dzie­sięć wia­do­mo­ści. Na żadną nie odpo­wie­dzia­łaś.

– Wiesz, co się stało, Geo­rge. Dowie­dzia­łam się, że moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka ma raka. Chcia­łam z nią być.

– A teraz?

– Umarła. – Pierw­szy raz powie­dzia­łam to na głos.

– Przy­kro mi.

Ocie­ram oczy.

– Tak. Cóż, jestem już gotowa wró­cić do pracy. Chcia­ła­bym zacząć nagra­nia w ponie­dzia­łek.

– Powiedz, że żar­tu­jesz.

– Myślisz, że ponie­dzia­łek to za szybko?

Nie podoba mi się spo­sób, w jaki Geo­rge na mnie patrzy.

– Daj spo­kój, Tully. Prze­cież jesteś bystra.

– Nie wiem, o czym mówisz, Geo­rge.

Teraz on popra­wia się w fotelu. Droga skóra wydaje dźwięk przy­po­mi­na­jący szept.

– W zeszłym roku twój pro­gram Dziew­czyń­ska godzina miał naj­wyż­szą oglą­dal­ność w tym pasmie. Rekla­mo­dawcy bili się o wyku­pie­nie czasu na reklamy. Pro­du­cenci roz­da­wali pre­zenty two­jej publicz­no­ści, a ta poko­ny­wała setki mil i stała w kolej­kach godzi­nami, żeby cię zoba­czyć.

– Ja to wszystko wiem, Geo­rge. Dla­tego tu jestem.

– Zeszłaś ze sceny, Tully. Wypię­łaś mikro­fon, powie­dzia­łaś do widze­nia publicz­no­ści i wyszłaś.

Pochy­lam się.

– Moja przy­ja­ciółka…

– Kogo to obcho­dzi?

Pro­stuję się zdu­miona.

– Jak myślisz, jak sieć zare­ago­wała na twoje odej­ście? Albo twoi pra­cow­nicy, któ­rzy nagle zna­leźli się bez pracy?

– Ja… Ja…

– No wła­śnie. Nie pomy­śla­łaś o nich, prawda? Sieć chciała cię nawet pozwać.

– Nie mia­łam poję­cia…

– Nie oddzwa­nia­łaś. Wal­czy­łem o cie­bie jak lew. Posta­no­wili nie iść do sądu, bo uznali, że to byłby wize­run­kowy samo­bój ze względu na wątek raka. Ale zre­zy­gno­wali z two­jego show i nie pusz­czali powtór­ko­wych odcin­ków, tylko cię zastą­pili.

Jak mogłam o tym nie wie­dzieć?

– Zastą­pili mnie? Kim?

Rachel Ray Show. Nie­źle sobie radzi w ratin­gach. Szybko się wspina. Ellen i Sędzia Judy na­dal mają fan­ta­styczne wyniki. I oczy­wi­ście Oprah.

– Chwila. Co ty mi tak dokład­nie chcesz powie­dzieć? To jest mój show, Geo­rge. Ja go pro­du­kuję.

– Szkoda, że nie masz też sieci tele­wi­zyj­nej. Na­dal mają prawo wyłącz­no­ści do nada­wa­nia powtó­rek. I wcale ich nie pusz­czają. Są aż tak wku­rzeni.

Nie jestem w sta­nie prze­two­rzyć tych infor­ma­cji. Od zawsze odno­si­łam suk­cesy.

– Twier­dzisz, że z Dziew­czyń­ską godziną już koniec?

– Nie, Tully. Twier­dzę, że z tobą już koniec. Kto zatrudni osobę, która odcho­dzi bez słowa?

Okej, nie jest dobrze.

– Wypro­du­kuję inny pro­gram. Zary­zy­kuję. I sami go sprze­damy.

– Roz­ma­wia­łaś ostat­nio ze swoim mene­dże­rem?

– Nie. A co?

– Pamię­tasz, że cztery mie­siące temu prze­ka­za­łaś sporą kwotę orga­ni­za­cji Stand Up 2 Can­cer?

– To był pre­zent dla Kate. I dosko­nała reklama. Wspo­mnieli o tym w Enter­ta­in­ment Weekly.

– Cudowny, piękny gest, tak. Tylko że ty nie masz przy­cho­dów, Tully. Nie masz ich, odkąd ode­szłaś. A musia­łaś wypła­cić rekom­pen­saty wielu pra­cow­ni­kom, gdy prze­sta­łaś nagry­wać pro­gram. To cię kosz­to­wało for­tunę. I bądźmy szcze­rzy, oszczęd­ność ni­gdy nie była twoją mocną stroną.

– Twier­dzisz, że jestem spłu­kana?

– Spłu­kana nie. Masz dość pie­nię­dzy na wygodne życie. Ale roz­ma­wia­łem z Fran­kiem. Masz za mało, żeby sfi­nan­so­wać pro­duk­cję. A nikt w tej chwili w cie­bie nie zain­we­stuje.

Czuję nara­sta­jącą panikę: stu­kam stopą w pod­łogę i zaci­skam mocno palce na pod­ło­kiet­ni­kach fotela.

– Czyli muszę zna­leźć pracę.

Geo­rge obrzuca mnie smut­nym spoj­rze­niem. W jego oczach dostrze­gam całą histo­rię naszej rela­cji. Został moim agen­tem nie­mal dwa­dzie­ścia lat temu, gdy byłam jesz­cze niziutko w hie­rar­chii poran­nego pro­gramu tele­wi­zji. Przy­cią­gnęła nas do sie­bie wspólna nam obojgu ambi­cja. Zaj­mo­wał się każ­dym poważ­niej­szym kon­trak­tem, jaki zawar­łam w trak­cie kariery, i pomógł mi zaro­bić miliony, któ­rych więk­szość prze­pu­ści­łam na eks­tra­wa­ganc­kie podróże i pre­zenty.

– To nie będzie łatwe. Sta­no­wisz ryzyko.

– Uwa­żasz, że mogę star­to­wać tylko do lokal­nych sta­cji?

– Uwa­żam, że będziesz miała szczę­ście, jeśli cię tam zechcą.

– Nie pierw­sza dzie­siątka?

– Nie sądzę.

Nie mogę znieść jego spoj­rze­nia peł­nego lito­ści i współ­czu­cia.

– Pra­cuję, odkąd skoń­czy­łam czter­na­ście lat, Geo­rge. Dosta­łam pracę w gaze­cie „Queen Anne Bee” w liceum, a zanim skoń­czy­łam dwa­dzie­ścia dwa lata, wystę­po­wa­łam już na żywo. Zbu­do­wa­łam swoją karierę od zera. Nikt mi niczego nie dał – głos mi się łamie. – Odda­łam pracy wszystko. Wszystko. Nie mam dzieci, męża, rodziny. Mam tylko… pracę.

– Myślę, że powin­naś pomy­śleć o tym wcze­śniej – odpo­wiada Geo­rge, a deli­katny ton głosu wcale nie łago­dzi tej słusz­nej uwagi.

Ma rację. Wiem, jakie jest dzien­ni­kar­stwo, i co gor­sza, jaka jest tele­wi­zja. Wiem, że co z oczu, to z serca. Wiem, że nie można zro­bić tego, co zro­bi­łam, i wró­cić do punktu wyj­ścia.

Dla­czego nie wie­dzia­łam tego w czerwcu?

Wie­dzia­łam.

Musia­łam wie­dzieć. Tylko wybra­łam Kate.

– Znajdź mi pracę, Geo­rge. Bła­gam cię.