Pozwól odejść

Tekst
Z serii: Seria Firefly Lane #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pozwól odejść
Pozwól odejść
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,40  63,52 
Pozwól odejść
Pozwól odejść
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska
42,90  30,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zatrzy­muję się przed szta­lugą. Stoi na niej foto­gra­fia przed­sta­wia­jąca nas dwie. Jeste­śmy na tym zdję­ciu młode i uśmiech­nięte, obej­mu­jemy się ramio­nami. Nie pamię­tam, kiedy je zro­biono – w latach dzie­więć­dzie­sią­tych, sądząc po mojej zupeł­nie nie­twa­rzo­wej fry­zu­rze na Rachel, kami­zelce i bojów­kach.

Z żalu aż nogi się pode mną ugi­nają i osu­wam się na kolana. Łzy, które powstrzy­my­wa­łam przez cały dzień, wyle­wają się ze mnie, gdy gwał­tow­nie szlo­cham. Muzyka zmie­nia się na Don…n’t stop bee-lie­ving’ zespołu Jour­ney, a ja zaczy­nam pła­kać jesz­cze moc­niej.

Ile to trwa? Całą wiecz­ność.

Wresz­cie czuję czy­jąś dłoń na ramie­niu, która deli­kat­nie mnie dotyka. Pod­no­szę wzrok i dostrze­gam przez łzy Mar­gie. Czu­łość w jej spoj­rze­niu spra­wia, że znowu pła­czę.

– Chodź – mówi, poma­ga­jąc mi wstać. Przy­wie­ram do niej, pozwa­lam, żeby zapro­wa­dziła mnie do kuchni, w któ­rej roi się od kobiet zmy­wa­ją­cych naczy­nia, a potem do pralni, gdzie jest spo­kój. Przy­tu­lamy się, ale nie odzy­wamy się. Co mia­ły­by­śmy powie­dzieć? Kobiety, którą kochamy, nie ma.

Nie ma.

I nagle czuję coś wię­cej niż zmę­cze­nie. Jestem wyczer­pana. Czuję, że opa­dam niczym więd­nący kwiat. Tusz szczy­pie mnie w oczy, wzrok wciąż mam załza­wiony. Doty­kam ramie­nia Mar­gie i zauwa­żam, jaka się zro­biła szczu­pła i drobna.

Wycho­dzę za nią z pogrą­żo­nej w pół­mroku pralni i wra­cam do salonu, ale od razu wiem, że dłu­żej nie mogę tu być. Jest mi wstyd, ale nie potra­fię zro­bić tego, o co pro­siła mnie Kate. Nie umiem uda­wać, że cele­bruję jej życie. Ja, która zawsze uda­wa­łam, że wszystko jest świet­nie, cudow­nie i dosko­nale, już tego nie potra­fię. To za wcze­śnie.


A potem jest ranek. Zanim otwo­rzę oczy, znów mnie to ude­rza. Jej nie ma.

Wydaję z sie­bie jęk. Tak będzie teraz wyglą­dać moje życie? Nie­ustanne odkry­wa­nie straty?

Gdy wstaję z łóżka, boli mnie głowa. Zbiera się za oczami i pul­suje. Znowu pła­ka­łam przez sen. To stary nawyk z dzie­ciń­stwa, który na nowo obu­dziła żałoba. Przy­po­mina mi, że jestem roz­bita. Taki stan to dla mnie obraza, ale wygląda na to, że brak mi siły, by go zwal­czyć.

Nawet wła­sna sypial­nia wydaje mi się obca. Wła­ści­wie nie było mnie tu przez pięć mie­sięcy. W czerwcu, gdy dowie­dzia­łam się, że Kate ma raka, natych­miast zosta­wi­łam wszystko – odno­szący gigan­tyczne suk­cesy talk show w tele­wi­zji i moje miesz­ka­nie – i zaję­łam się opieką nad naj­lep­szą przy­ja­ciółką.

Dzwoni komórka, a ja się­gam po nią bły­ska­wicz­nie, cie­sząc się, że odwróci moją uwagę. Na wyświe­tla­czu poja­wiło się nazwi­sko Ryan, więc moja pierw­sza myśl jest taka, że to dzwoni Kate, i ogar­nia mnie nagła radość. A potem sobie przy­po­mi­nam.

Odbie­ram i z napię­ciem w gło­sie pytam:

– Tak?

– Co ci się stało wczo­raj wie­czo­rem? – mówi Johnny, nawet się nie wita­jąc.

– Nie mogłam tego znieść – odpo­wia­dam, osu­wa­jąc się na pod­łogę obok łóżka. – Sta­ra­łam się.

– Taa. Nie­spo­dzianka.

– O co ci cho­dzi? – Pro­stuję się. – O muzykę? Kate tego chciała.

– Poroz­ma­wia­łaś cho­ciaż ze swoją chrze­śnicą?

– Pró­bo­wa­łam – odpo­wia­dam ura­żona. – Tylko że ona wolała być z kole­żan­kami. Poczy­ta­łam chłop­com książkę do snu. Ale… – głos mi się zała­muje. – Nie mogłam tego znieść, Johnny. Tego, że jej nie ma…

– Nie prze­szka­dzało ci to przez dwa lata waszej kłótni.

Gwał­tow­nie wcią­gam powie­trze. Ni­gdy cze­goś takiego nie powie­dział. W czerwcu, gdy Kate zadzwo­niła, a ja popę­dzi­łam do szpi­tala, Johnny przy­jął mnie z powro­tem do rodziny bez słowa.

– Ona mi wyba­czyła. I wierz mi, że nie było mi łatwo.

– Taa.

– Chcesz powie­dzieć, że ty mi nie wyba­czy­łeś.

Wzdy­cha.

– Teraz to już nie ma zna­cze­nia – mówi po chwili. – Ona cię kochała. I już. A teraz wszy­scy cier­pimy. Jezu, jak my damy radę? Za każ­dym razem, gdy spoj­rzę na łóżko albo na jej ubra­nia w sza­fie… – Odchrzą­kuje. – Lecimy dzi­siaj na Kauai.

– Co?

– Musimy spę­dzić tro­chę czasu razem. Sama tak mówi­łaś. Odla­tu­jemy o dru­giej Hawa­iian Air­li­nes.

– Tro­chę mało czasu na przy­go­to­wa­nia – odpo­wia­dam.

Przed moimi oczami roz­kwita obraz: nasza piątka na plaży, razem lecząca rany. Ide­al­nie. Słońce i…

– Taa. Muszę lecieć.

Ma rację. Poroz­ma­wiać możemy póź­niej. Ja też muszę się pośpie­szyć.


Roz­łą­czam się i biorę do dzieła. Przy­go­to­wa­nie się na wyprawę do raju nie zabiera wiele czasu, więc w nie­całe dwa­dzie­ścia minut jestem spa­ko­wana i po prysz­nicu. Zwią­zuję wil­gotne włosy w krótki kucyk i maluję się naj­szyb­ciej jak się da. Johnny nie cierpi, gdy się spóź­niam. „Punk­tu­al­ność à la Tully”, tak to okre­śla i wcale się przy tym nie uśmie­cha.

Z gar­de­roby biorę tur­ku­sowo-białą dżer­se­jową sukienkę Lilly Pulit­zer, a do niej srebrne san­dałki na szpilce i biały słom­kowy kape­lusz. Wkła­da­jąc sukienkę, wyobra­żam sobie te waka­cje. To coś, czego mi potrzeba – wyjazd z jedyną rodziną, jaką mam. Będziemy razem pła­kać, wspo­mi­nać i pod­trzy­my­wać żywą pamięć o Kate.

Potrze­bu­jemy się wza­jem­nie. O Boże, jak mi ich bra­kuje.

Jestem gotowa o jede­na­stej dwa­dzie­ścia – zale­d­wie parę minut za późno, by zdą­żyć – i dzwo­nię po tak­sówkę. Wcale nie jest za późno. Na lot­ni­sku nie trzeba być dwie godziny przed cza­sem. Chwy­tam walizkę na kół­kach i wycho­dzę z miesz­ka­nia. Czarna limu­zyna Town Car czeka już przed budyn­kiem.

– SeaTac – mówię, zosta­wia­jąc walizkę na chod­niku przy bagaż­niku.

O dziwo w ten cie­pły jesienny pora­nek panuje cał­kiem spory ruch. Co chwila zer­kam na zega­rek.

– Pro­szę jechać szyb­ciej – poga­niam kie­rowcę, stu­ka­jąc stopą o pod­łogę.

Pod­jeż­dżamy przed ter­mi­nal i wysia­dam z samo­chodu, zanim tak­sów­karz zdąży otwo­rzyć swoje drzwi.

– Szyb­ciej, pro­szę – mówię, cze­ka­jąc, aż wyj­mie mój bagaż.

Patrzę na zega­rek. Jede­na­sta czter­dzie­ści sie­dem. Jestem spóź­niona.

Wresz­cie mam walizkę i bie­gnę, przy­trzy­mu­jąc kape­lusz i cią­gnąc bagaż. Duża, sło­miana torba cią­gle mi się zsuwa, ście­ra­jąc naskó­rek z nagiego ramie­nia. Lot­ni­sko jest zatło­czone. Dopiero po chwili odnaj­duję ich w tłu­mie; stoją przed sta­no­wi­skiem Hawa­iian Air­li­nes.

– Już jestem! – wołam i wyma­chuję rękami jak uczest­nik kon­kursu mło­dych talen­tów sta­ra­jący się zwró­cić na sie­bie uwagę.

Bie­gnę do nich. Johnny patrzy na mnie wyraź­nie zmie­szany. Zro­bi­łam coś źle? Zatrzy­muję się bez tchu.

– Co? No co? Chyba zdą­ży­łam?

– Ty się zawsze spóź­niasz – mówi Mar­gie ze smut­nym uśmie­chem.

– Na pewno nie w tym rzecz.

– Źle się ubra­łam? Mam też szorty i klapki.

– Tully! – woła Marah, uśmie­cha­jąc się sze­roko. – Bogu dzięki.

Johnny pod­cho­dzi do mnie, a Mar­gie się wyco­fuje. Ich ruchy wydają się ide­al­nie zgrane, jak cho­re­ogra­fia z Jeziora łabę­dziego, co mnie nie­po­koi. Johnny bie­rze mnie pod rękę i odciąga na bok.

– Nie jesteś zapro­szona na ten wyjazd, Tul. Jedziemy tylko we czwórkę. Nie wie­rzę, że pomy­śla­łaś…

Czuję, jakby mnie ktoś kop­nął w żołą­dek. I to mocno. Potra­fię z sie­bie wydu­sić jedy­nie:

– Och. Powie­dzia­łeś „my”. Sądzi­łam, że mnie też masz na myśli.

– Na pewno rozu­miesz – odparł sta­now­czo.

Naj­wy­raź­niej jestem głu­pia, bo nie rozu­miem.

Znów czuję się jak porzu­cona dzie­się­cio­latka, która sie­dzi na brud­nym kra­węż­niku, zapo­mniana przez matkę, i zasta­na­wiam się, dla­czego tak łatwo mnie zosta­wić.

Bliź­niacy pod­cho­dzą do nas z obu stron, rado­śni w swym pod­eks­cy­to­wa­niu, nakrę­ceni per­spek­tywą przy­gody. Mają nie­sforne brą­zowe włosy, za dłu­gie, krę­cące się na koń­cach, i jasno­nie­bie­skie oczy. Uśmiech powró­cił na ich twa­rze.

– Tully, lecisz z nami na Kauai? – pyta Lucas.

– Będziemy sur­fo­wać! – oznaj­mia Wills, a ja wyobra­żam sobie, jaki będzie dzielny w wodzie.

– Muszę pra­co­wać – odpo­wia­dam, choć wszy­scy wie­dzą, że ode­szłam z talk show.

– Taa – mówi Marah. – Eks­tra by było, gdy­byś poje­chała, więc jacha, że nie jedziesz.

Wyplą­tuję się z objęć chłop­ców i pod­cho­dzę do Marah, która stoi sama i robi coś na komórce.

– Daj sta­rusz­kowi tro­chę luzu. Jesteś za młoda, żeby wie­dzieć, co to praw­dziwa miłość, ale oni ją zna­leźli, a teraz jej nie ma.

– I co, plaża na to pomoże?

– Marah…

– Mogę zostać z tobą?

Tak bar­dzo tego pra­gnę, że aż mnie mdli, i choć zazwy­czaj jestem sku­piona na sobie – gdy się kłó­ci­ły­śmy, Kate czę­sto zarzu­cała mi nar­cyzm – wiem, kiedy sytu­acja jest bez­na­dziejna. Tu nie cho­dzi o mnie. A Johnny jest nie­chętny. Widzę to.

– Nie, Marah. Nie tym razem. Powin­naś być z rodziną.

– Myśla­łam, że jesteś czę­ścią rodziny.

– Baw­cie się dobrze. – Na tyle tylko jestem w sta­nie się zdo­być.

– Nie­ważne.

Gdy patrzę, jak odcho­dzą, czuję bole­sną, palącą samot­ność. Żadne z nich nawet się nie odwraca.

Mar­gie pod­cho­dzi i dotyka mojej twa­rzy. Jej miękka, pomarsz­czona dłoń przy­wiera do mojego policzka. Czuję zapach cytru­so­wego kremu do rąk, który tak lubi; to i deli­katną nutę men­to­lo­wych papie­ro­sów.

 

– Oni tego potrze­bują – mówi cicho. Sły­szę, że ma nieco zachryp­nięty głos, i wiem, jak musi być zmę­czona: do szpiku kości. – Jak się czu­jesz?

Jej córka nie żyje, a ona mar­twi się o mnie. Zamy­kam oczy i pra­gnę być sil­niej­sza.

I wtedy sły­szę, że ona pła­cze. To dźwięk deli­katny jak opa­da­jące piórko, nie­mal nie­sły­szalny w hała­sie lot­ni­ska. Była dzielna tak długo, silna dla córki i dla wszyst­kich innych. Wiem, że nie ma odpo­wied­nich słów, więc mil­czę. Biorę ją tylko w obję­cia i mocno przy­tu­lam. Po chwili pusz­cza mnie i się cofa.

– Poje­dziesz z nami do domu?

Nie chcę być sama, ale nie jestem w sta­nie poje­chać do domu przy Fire­fly Lane. Jesz­cze nie.

– Nie mogę – odpo­wia­dam i widzę, że ona rozu­mie.

Potem roz­cho­dzimy się swo­imi dro­gami.


Po powro­cie obcho­dzę wszyst­kie pomiesz­cze­nia mojego apar­ta­mentu w wie­żowcu. To miej­sce ni­gdy nie stało się moim domem. Nikt tu oprócz mnie ni­gdy nie miesz­kał, a ja tak naprawdę tylko tu bywa­łam. Nie­wiele mam oso­bi­stych pamią­tek czy bibe­lo­tów. Pro­jek­tantka wnętrz wybrała nie­mal wszystko i naj­wy­raź­niej lubi kolor kości sło­nio­wej. Wszystko ma odcień zła­ma­nej bieli: mar­mu­rowe pod­łogi, meble obite tka­niną o wyra­zi­stej fak­tu­rze i bar­wie zimo­wej bieli, a także sto­liki z kamie­nia i szkła.

Na swój spo­sób miesz­ka­nie jest piękne i wygląda na dom kobiety, która ma wszystko. Ale oto jestem ja: czter­dzie­sto­sze­ścio­let­nia i… samotna.

Praca.

Kariera zawsze była moim wybo­rem, zawsze. Odkąd się­gam pamię­cią, mia­łam marze­nia przez wiel­kie M. Zaczęło się w domu przy Fire­fly Lane, z Kate, kiedy mia­ły­śmy po czter­na­ście lat. Pamię­tam ten dzień, jakby to było wczo­raj; opo­wia­da­łam tę histo­rię w wielu wywia­dach. Jak były­śmy z Katie w jej domu, a Mar­gie i Bud oglą­dali wia­do­mo­ści. Mama Kate odwró­ciła się do mnie i powie­działa:

– Jean Ener­sen zmie­nia świat. Jest chyba pierw­szą kobietą, która pro­wa­dzi wie­czorne wia­do­mo­ści.

A ja odpo­wie­dzia­łam:

– Zostanę dzien­ni­karką.

Te słowa były dla mnie natu­ralne jak oddech. Chcia­łam zostać kobietą, którą podzi­wia cały świat. I zro­bi­łam to, odsu­wa­jąc wszyst­kie inne marze­nia poza tym jed­nym. Potrze­bo­wa­łam suk­cesu jak ryba wody. Kim bym bez niego była? Dziew­czyną bez rodziny, którą łatwo porzu­cić czy odsta­wić.

To wła­śnie mam w życiu – sławę, pie­nią­dze i suk­ces.

I jestem tego świa­doma. Pora, żeby wró­cić do pracy.

W ten wła­śnie spo­sób pora­dzę sobie z żałobą. Będę robić to, co zawsze. Będę uda­wać i wyglą­dać na silną. Pozwolę, by podziw obcych przy­no­sił mi uko­je­nie.

Wcho­dzę do gar­de­roby i zmie­niam kolo­rową sukienkę z dżer­seju na czarne spodnie i bluzkę. I wtedy zauwa­żam, że przy­ty­łam. Spodnie są tak cia­sne, że nie mogę dopiąć suwaka.

Marsz­czę brwi. Jak mogłam nie zauwa­żyć, że przez ostat­nie mie­siące przy­bra­łam na wadze? Chwy­tam spód­nicę z dzia­niny i wkła­dam ją zamiast spodni. Zauwa­żam wypu­kłość brzu­cha i szer­sze bio­dra.

Świet­nie. Kolejne zmar­twie­nie: nad­waga w świe­cie wyso­kiej roz­dziel­czo­ści. Łapię torebkę i wycho­dzę, igno­ru­jąc stos listów, który kon­sjerż zosta­wił na bla­cie w kuchni.

Od stu­dia dzieli mnie zale­d­wie kilka prze­cznic i zwy­kle zabiera mnie tam szo­fer, ale dziś, ze względu na mój coraz więk­szy tyłek, posta­na­wiam się przejść. W Seat­tle panuje cudowna jesienna pogoda, to jeden z tych magicz­nych, sło­necz­nych dni, które czy­nią to mia­sto naj­pięk­niej­szym w kraju. Tury­stów już nie ma, więc chod­niki nie są zatło­czone. Mijam jedy­nie miej­sco­wych, któ­rzy śpie­szą gdzieś, nie nawią­zu­jąc kon­taktu wzro­ko­wego.

Docie­ram do dużego, przy­po­mi­na­ją­cego maga­zyn budynku, w któ­rym mie­ści się moja firma pro­du­cencka. Fire­fly Inc. Ten lokal jest absur­dal­nie drogi, bo mie­ści się przy Pio­neer Squ­are, zale­d­wie prze­cznicę od błę­kit­nych brze­gów zatoki Elliott, ale czy mnie obcho­dzą koszty? Show, który pro­du­kuję, zara­bia miliony.

Otwie­ram drzwi i wcho­dzę do środka. Pomiesz­cze­nia są puste i ciemne, co mi dobit­nie przy­po­mina, że ode­szłam i nawet się za sie­bie nie obej­rza­łam. W kątach i na kory­ta­rzach gro­ma­dzą się cie­nie. Gdy zmie­rzam do stu­dia, czuję, że moje tętno przy­śpie­sza. Pot wystę­puje mi na czoło, swę­dzi. Dło­nie mam wil­gotne.

I oto jestem, stoję przed czer­woną zasłoną, która oddziela scenę od mojego świata. Odsu­wam ją.

Ostat­nim razem, gdy byłam na tej sce­nie, opo­wie­dzia­łam publicz­no­ści o Katie, o tym, że zdia­gno­zo­wano u niej raka zapal­nego piersi. Mówi­łam o sygna­łach ostrze­gaw­czych, a potem się wyco­fa­łam. Teraz musia­ła­bym opo­wie­dzieć, co się wyda­rzyło, o tym, jak to jest sie­dzieć przy łóżku umie­ra­ją­cej przy­ja­ciółki, trzy­mać ją za rękę i powta­rzać, że wszystko będzie dobrze, choć już dawno wia­domo że to nie­prawda. Albo jakie to uczu­cie, gdy sprząta się jej lekar­stwa i wylewa resztki wody z dzbanka obok jej pustego łóżka.

Opie­ram się o słup. Wydaje się zimny i nie­wy­ba­cza­jący w dotyku, ale dzięki niemu na­dal stoję. Nie dam rady. Jesz­cze nie. Nie mogę mówić o Katie, a jeśli nie mogę mówić o niej, nie mogę wkro­czyć w swoje dawne życie, na scenę i być dawną Tully Hart z tele­wi­zji. Po raz pierw­szy od nie wia­domo jak dawna nie wiem, kim jestem. Potrze­buję tro­chę czasu dla sie­bie, żeby móc odna­leźć rów­no­wagę.


Gdy wycho­dzę na ulicę, pada deszcz. Pogoda w Seat­tle taka wła­śnie jest: zmienna. Przy­ci­skam torebkę i prze­my­kam śli­skim chod­ni­kiem. Gdy docie­ram do swo­jego budynku, z zasko­cze­niem stwier­dzam, że bra­kuje mi tchu.

Zatrzy­muję się.

I co teraz?

Wjeż­dżam do pen­tho­use’u i wcho­dzę do kuchni, gdzie leżą stosy listów. Zabawne, że przez te wszyst­kie mie­siące, kiedy mnie nie było, w ogóle nie myśla­łam o tym swoim innym życiu. Nie spraw­dza­łam wia­do­mo­ści, nie otwie­ra­łam rachun­ków ani nawet w ogóle go nie wspo­mi­na­łam. Liczy­łam na to, że cała maszy­ne­ria mojego życia – agenci, kie­row­nicy, księ­gowi, makle­rzy – utrzyma mnie na kur­sie.

Wiem, że powin­nam się w to wszystko zanu­rzyć, znowu objąć dowo­dze­nie i odzy­skać dawne życie, ale szcze­rze mówiąc, sama myśl o tej całej poczcie do prze­czy­ta­nia jest przy­tła­cza­jąca. Zamiast tego dzwo­nię do mojego mene­dżera Franka. Na niego zrzucę ten cię­żar. Za to mu prze­cież płacę: żeby pil­no­wał moich rachun­ków, inwe­sto­wał moje pie­nią­dze i uła­twiał mi życie. Tego wła­śnie teraz potrze­buję.

Nikt nie odbiera, a potem włą­cza się poczta gło­sowa. Nie zawra­cam sobie głowy zosta­wie­niem wia­do­mo­ści. Czyżby była sobota?

Może drzemka mi pomoże. Pani Mular­key mawiała, że dobrze prze­spana noc potrafi zmie­nić wszystko, a ja potrze­buję zmiany. Idę do sypialni, zasu­wam zasłony i kładę się do łóżka. Przez kolejne pięć dni nie robię pra­wie nic poza tym, że za dużo jem i kiep­sko śpię. Co rano, gdy się budzę, wydaje mi się, że to już, że to ten dzień, gdy będę w sta­nie wygrze­bać się ze smutku i znów być sobą, a każ­dego wie­czoru piję, dopóki nie mogę sobie przy­po­mnieć brzmie­nia głosu mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki.

I wtedy do mnie przy­cho­dzi, szó­stego dnia po pogrze­bie Kate. Pomysł tak wspa­niały, że nie mogę uwie­rzyć, że nie wpa­dłam na niego wcze­śniej.

Muszę doko­nać sym­bo­licz­nego zamknię­cia. W ten spo­sób odsunę od sie­bie ten ponury smu­tek i będę mogła żyć dalej, w ten spo­sób zdo­łam się ule­czyć. Muszę spoj­rzeć na ten cały żal i powie­dzieć „do widze­nia”. I muszę też pomóc Johnny’emu i dzie­ciom.

Już wiem, jak to zro­bić.


Jest zmierzch, gdy wjeż­dżam na pod­jazd Ryanów i par­kuję. Sza­ro­fio­le­towe niebo jest usiane gwiaz­dami, a deli­katny, pach­nący jesie­nią wiatr poru­sza zie­lo­nymi gałę­ziami cedrów, które oka­lają pose­sję. Z tru­dem wycią­gam poskła­dane kar­tony z małego, zgrab­nego mer­ce­desa i niosę je przez zapusz­czony ogród, pełen poroz­rzu­ca­nych zaba­wek i chwa­stów. W zeszłym roku nikt nie miał głowy się nim zająć.

Dom w środku jest ciemny i cich­szy, niż pamię­tam.

Zatrzy­muję się i myślę: Nie dam rady. Co ja sobie wyobra­ża­łam?

Zamknię­cie.

Jest jesz­cze coś, coś wię­cej. Pamię­tam naszą ostat­nią wspólną noc, moją i Katie. Zde­cy­do­wała się wtedy, wszy­scy to wie­dzie­li­śmy. Ta decy­zja nas przy­tła­czała, więc poru­sza­li­śmy się wol­niej i roz­ma­wia­li­śmy szep­tem. Mia­ły­śmy dla sie­bie ostat­nią godzinę, tylko we dwie. Chcia­łam poło­żyć się na jej łóżku, przy­tu­lić to chu­dziut­kie ciało, ale to już nie było moż­liwe, nawet po kok­tajlu ze środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych. Bolał ją każdy oddech, a przez to bolał i mnie.

– Zaopie­kuj się nimi – szep­nęła, ści­ska­jąc moją dłoń. – Robi­łam dla nich wszystko. – W tym momen­cie się roze­śmiała; to był zale­d­wie ury­wany wydech. – Nie pora­dzą sobie beze mnie. Pomóż im.

A ja odpo­wie­dzia­łam:

– Kto pomoże mnie?

Zalewa mnie taka fala wstydu, że aż ści­ska mnie w żołądku.

– Zawsze będę przy tobie – skła­mała i to był koniec.

Popro­siła, żeby wszedł Johnny, a potem dzieci.

A ja wie­dzia­łam.

Przy­ci­skam moc­niej kar­tony i wcho­dzę po scho­dach, igno­ru­jąc to, że szo­ruję nimi po wydep­ta­nych, wytar­tych stop­niach. Zatrzy­muję się w sypialni Kate i Johnny’ego. Nagle czuję, że jestem intru­zem.

„Pomóż im”.

Co powie­dział mi Johnny, gdy ostatni raz roz­ma­wia­li­śmy? „Za każ­dym razem, gdy spoj­rzę na jej ubra­nia w sza­fie…”.

Prze­ły­kam ślinę i pod­cho­dzę do gar­de­roby. Zapa­lam świa­tło. Ubra­nia Johnny’ego są po pra­wej stro­nie, rów­niutko poukła­dane. Ubra­nia Kate są po lewej.

Na widok jej rze­czy nie­mal tracę kon­trolę. Nogi się pode mną ugi­nają. Chwie­jąc się, roz­kła­dam jedno z pudeł i okle­jam taśmą jego brzegi. Łapię całe narę­cze ubrań z wie­sza­kami i sia­dam na chłod­nej drew­nia­nej pod­ło­dze. Swe­try. Kar­di­gany, golfy i te w serek. Skła­dam każdy z nich uważ­nie, z czcią, wdy­cha­jąc ostatki jej zapa­chu – lawendy i cytru­sów.

Daję radę, dopóki nie natra­fiam na zno­szoną, poroz­cią­ganą szarą bluzę Uni­wer­sy­tetu Waszyng­toń­skiego, spraną do nie­moż­li­wo­ści.

Zale­wają mnie wspo­mnie­nia: jeste­śmy w sypialni Kate i paku­jemy się na wspólny wyjazd na stu­dia. Dwie osiem­na­sto­latki, które od lat marzyły o tej chwili, gadały o niej przez całe lato, pole­ru­jąc swoje marze­nia do poły­sku. Zamie­rzamy wstą­pić do tej samej stu­denc­kiej kor­po­ra­cji i zostać słyn­nymi dzien­ni­kar­kami.

– Cie­bie będą chcieli – powie­działa cicho Kate. Wie­dzia­łam, że się boi. Nie była popu­larna w kla­sie, a kole­dzy przed laty prze­zy­wali ją Kootie.

– Wiesz, że nie dołą­czę do żad­nej kor­po­ra­cji, jeżeli nie tra­fimy do niej razem, prawda? – odpar­łam.

To było coś, czego Kate ni­gdy nie rozu­miała, a przy­naj­mniej w co nie wie­rzyła: że z nas dwóch to ja bar­dziej potrze­bo­wa­łam jej niż ona mnie.

Skła­dam bluzę i odsu­wam ją na bok. Zabiorę ją ze sobą do domu.

Przez resztę nocy sie­dzę w gar­de­ro­bie mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, wspo­mi­nam naszą przy­jaźń i pakuję do kar­to­nów jej życie. Naj­pierw sta­ram się być silna, ale od tego sta­ra­nia się aż boli mnie głowa.

Jej ubra­nia są niczym pamięt­nik z wycin­kami z naszego życia.

Wresz­cie docie­ram do mary­narki w stylu mod­nym pod koniec lat osiem­dzie­sią­tych. Kupi­łam ją jej na uro­dziny, za swój pierw­szy duży czek z wypłatą. Na ramio­nach, słowo honoru, lśnią cekiny.

– Nie stać cię na takie pre­zenty – stwier­dziła, gdy wyjęła fio­le­tową dwu­rzę­dową mary­narkę z opa­ko­wa­nia.

– Jestem na dobrej dro­dze.

Roze­śmiała się.

– Taa. Ty tak. Ja za to zacią­ży­łam i robię się gruba.

– Przy­je­dziesz do mnie do Nowego Jorku, jak już dziecko się uro­dzi, i aku­rat przyda ci się coś wystrza­ło­wego…

Wstaję. Przy­ci­ska­jąc mary­narkę do piersi, scho­dzę na dół i nale­wam sobie kolejny kie­li­szek wina. Z gło­śni­ków z salonu dociera do mnie głos Madonny. Gdy zatrzy­muję się, by posłu­chać, zauwa­żam, że zosta­wi­łam naczy­nia po lun­chu na bla­cie, a pudełka po jedze­niu na wynos powinny tra­fić do kosza, ale jak mam o tym myśleć, skoro dźwię­czy we mnie muzyka, która zabiera mnie w prze­szłość?

 

Vogue. Tań­czy­ły­śmy do tej pio­senki w takich mary­nar­kach jak ta. Pod­cho­dzę do odtwa­rza­cza CD i pogła­śniam tak, by na górze też było sły­chać. Na moment zamy­kam oczy i tań­czę, przy­tu­la­jąc jej mary­narkę, i wyobra­żam ją sobie tutaj, jak trąca mnie bio­drem w tańcu i się śmieje. A potem wra­cam do pracy.


Budzę się na pod­ło­dze gar­de­roby w jej czar­nych spodniach dre­so­wych i sta­rej uni­wer­sy­tec­kiej blu­zie. Kie­li­szek się prze­wró­cił i roz­bił. Butelka jest pusta. Nic dziw­nego, że czuję się kosz­mar­nie.

Z tru­dem sia­dam i odgar­niam włosy z oczu. To moja druga noc tutaj i pra­wie skoń­czy­łam pako­wa­nie rze­czy Kate. Jej strona gar­de­roby jest cał­kiem pusta, a pod srebr­nym wie­sza­kiem stoi sześć kar­to­nów.

Na pod­ło­dze obok roz­bi­tego kie­liszka leży dzien­nik Kate, ten, który pisała w ostat­nich mie­sią­cach życia.

– Marah zacznie mnie pew­nego dnia szu­kać – powie­działa Kate, wrę­cza­jąc mi zapi­ski. – Bądź z nią, gdy będzie to czy­tać. A moi chłopcy… Pokaż im te słowa, gdy nie będą sobie mogli mnie przy­po­mnieć.

Muzyka wciąż gło­śno gra. Wypi­łam za dużo wina i zapo­mnia­łam ją wczo­raj wyłą­czyć. Prince. Pur­ple Rain.

Wstaję, jest mi słabo, ale przy­naj­mniej coś zro­bi­łam. To uła­twi Johnny’emu życie, gdy wróci. Jedno trudne zada­nie zostało mu oszczę­dzone.

Muzyka na dole gwał­tow­nie cich­nie.

Marsz­czę brwi i odwra­cam się, by wyjść z gar­de­roby, ale w tej chwili w drzwiach poja­wia się Johnny.

– Co jest, do cho­lery?! – wrzesz­czy.

Jestem tak zasko­czona, że tylko się w niego wpa­truję. Czy to dzi­siaj mieli wró­cić z Kauai?

Omija mnie wzro­kiem i widzi pod ścianą kar­tony pod­pi­sane: „Let­nie ubra­nia Kate”, „Dobro­czyn­ność”, „Kate, róż­no­ści”.

Dostrze­gam jego ból i to, jak Johnny wal­czy, by nad sobą zapa­no­wać, gdy dzieci wcho­dzą za nim do sypialni. Zbli­żam się do niego, by się przy­tu­lić, i cze­kam – cze­kam – żeby mnie objął. Gdy tego nie robi, cofam się. Czuję w oczach palące łzy.

– Wie­dzia­łam, że wolał­byś…

– Jak śmiesz przy­cho­dzić do tego domu i grze­bać w jej rze­czach, i pako­wać je, jakby to były śmieci? – głos mu się zała­muje, słowa wibrują. – Czy ty masz na sobie jej bluzę?

– Chcia­łam pomóc.

– Pomóc? Według cie­bie pomoc to puste butelki po winie i pudełka po jedze­niu? Pomoc to muzyka na cały regu­la­tor, aż bębenki pękają? Czy ty myślisz, że pomoże mi patrze­nie na jej pustą szafę?

– Johnny… – Wycią­gam ku niemu ręce. On odpy­cha mnie tak mocno, że poty­kam się i omal nie upusz­czam dzien­nika.

– Daj mi to – mówi zdu­szo­nym gło­sem.

Przy­ci­skam dzien­nik do piersi i cofam się.

– To mnie go powie­rzyła. Mam być przy Marah, gdy będzie go czy­tać. Obie­ca­łam to Katie.

– Popeł­niła wiele błę­dów, jeśli o cie­bie cho­dzi.

Potrzą­sam głową. To się dzieje tak szybko, że nie nadą­żam.

– Czy popeł­ni­łam błąd, robiąc porzą­dek w waszej sza­fie? Pomy­śla­łam sobie, że ty…

– Ty myślisz tylko o sobie, Tully.

– Tato – mówi Marah, przy­cią­ga­jąc do sie­bie braci. – Mama nie chcia­łaby…

– Jej nie ma – odpo­wiada Johnny ostro.

Widzę, jak ude­rzają w niego wła­sne słowa, jak roz­pacz zmie­nia mu rysy, i szep­czę jego imię, nie wie­dząc, co powie­dzieć. Myli się. Naprawdę chcia­łam pomóc.

Johnny odsuwa się ode mnie. Prze­cze­suje pal­cami włosy i patrzy na dzieci, które wydają się prze­stra­szone i nie­pewne.

– Prze­pro­wa­dzamy się – oznaj­mia.

Marah bled­nie.

– Co?

– Prze­pro­wa­dzamy się. – Powta­rza Johnny, tym razem bar­dziej opa­no­wa­nym tonem. – Do Los Ange­les. Mam nową pracę. Musimy zacząć od nowa. Nie mogę tu miesz­kać bez niej. – Wska­zuje sypial­nię, omi­ja­jąc łóżko wzro­kiem. Prze­nosi spoj­rze­nie na mnie.

– Jeśli to dla­tego, że chcia­łam pomóc…

Śmieje się. To suchy, dra­piący dźwięk.

– Oczy­wi­ście myślisz, że tu cho­dzi o cie­bie. Czy ty mnie w ogóle sły­szysz? Nie mogę miesz­kać w jej domu.

Się­gam znów ku niemu.

Odsuwa się.

– Idź już, Tully.

– Ale…

– Idź – powta­rza, a ja widzę, że mówi poważ­nie.

Przy­ci­skam do sie­bie dzien­nik i mijam Johnny’ego. Obej­muję bliź­nia­ków, tulę ich mocno i całuję ich mięk­kie policzki, sta­ra­jąc się wyryć wize­ru­nek chłop­ców w swej pamięci.

– Odwie­dzisz nas, prawda? – pyta Lucas nie­spo­koj­nym gło­sem.

Ten mały chło­piec tyle stra­cił. Nie­pew­ność w jego gło­sie jest dobi­ja­jąca.

Marah chwyta mnie za ramię.

– Pozwól mi u cie­bie zamiesz­kać.

Johnny śmieje się gorzko.

– Powin­naś być z rodziną – odpo­wia­dam cicho.

– To już nie jest rodzina. – Oczy Marah napeł­niają się łzami. – Powie­dzia­łaś jej, że będziesz przy mnie.

Nie mogę dłu­żej tego słu­chać. Przy­cią­gam do sie­bie chrze­śnicę i ści­skam ją tak roz­pacz­li­wie, że ona wal­czy, by się wyswo­bo­dzić. Gdy się odsu­wam i wycho­dzę, łzy nie­mal cał­kiem prze­sła­niają mi wzrok.