Odległe brzegiTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Odległe brzegi
Odległe brzegi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,40 63,52
Odległe brzegi
Odległe brzegi
Odległe brzegi
Audiobook
Czyta Olga Bończyk
42,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Jesień

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Zima

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Wiosna

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Lato


Tytuł oryginału

DISTANT SHORES

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Iwona Denkiewicz

Redakcja

Zofia Skorupińska

Korekta

Grażyna Henel

Radomiła Wójcik

Copyright © 2002 by Kristin Hannah

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Bożena Krzyżanowska, 2004

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Akces

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9671-4

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Benjaminowi i Tuckerowi.

Jak zawsze.

Jesień

Istnieją nurty wszelkich spraw człowieczych,

Które w przypływie wiodą ku fortunie,

Lecz pominięte, skazują na podróż

Aż po kres życia smutny na mieliźnie.

Skoro jesteśmy już na morzu, trzeba

Ów sprzyjający prąd przyjąć lub stracić

Cały ładunek.

W. Szekspir, Juliusz Cezar

przeł. Maciej Słomczyński

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Seattle, Waszyngton

Wszystko zaczęło się przy drugim martini.

– Nie wygłupiaj się – powiedziała Meghann. – Wypij jeszcze jednego.

– Za nic w świecie.

Elizabeth kiepsko tolerowała alkohol. Przekonała się o tym niezbicie jeszcze w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku, kiedy była studentką University of Washington.

– Nie możesz mi odmówić. W końcu to moje czterdzieste drugie urodziny. Pamiętasz, jak się spiłam wiosną, kiedy kończyłaś czterdzieści pięć lat?

To była prawdziwa porażka!

Meghann wyczuła wahanie i, jak przystało na dobrego adwokata, błyskawicznie je wykorzystała.

– Poproszę Johnny’ego, żeby po nas przyjechał.

– Czy Johnny na pewno jest pełnoletni i może prowadzić samochód?

– Nie bądź złośliwa. Wszyscy faceci, z którymi się spotykam, mają prawa jazdy.

– A ja myślałam, że nie przestrzegasz żadnych zasad.

– Staram się, żeby było ich jak najmniej.

Meghann machnęła ręką na kelnerkę.

– Prosimy o jeszcze dwa martini i talerz nachos z dużą ilością orzeszków.

Elizabeth nie zdołała opanować uśmiechu.

– To nie będzie miłe.

Po chwili kelnerka wróciła, postawiła przed nimi dwa eleganckie kieliszki i zabrała puste.

– Za moje zdrowie – oświadczyła Meghann, stukając się z Elizabeth.

Przez następną godzinę rozmowa toczyła się utartymi ścieżkami, czyli wokół dawnych czasów. Elizabeth i Meghann przyjaźniły się od ponad dwudziestu lat. Po ukończeniu studiów ich życie potoczyło się w przeciwnych kierunkach: Elizabeth całą energię włożyła w pełnienie roli żony i matki; Meghann została jedną z najlepszych adwokatek do spraw rozwodowych. Jednak ich przyjaźń przetrwała próbę czasu. W ciągu minionych lat, kiedy Elizabeth wraz z rodziną przeprowadzała się z miasta do miasta, przyjaciółki często korzystały z telefonów i poczty elektronicznej. Teraz w końcu mieszkały wystarczająco blisko, żeby przy specjalnych okazjach mogły się ze sobą spotkać. Był to jeden z dużych plusów mieszkania w Oregonie.

Gdy kelnerka przyniosła po trzecim kieliszku, Meghann niepohamowanymi wybuchami śmiechu reagowała na każdy dźwięk kasy.

– Widzisz tego słodziutkiego chłoptasia, który siedzi w rogu sali?

Meg rzucała porozumiewawcze spojrzenia w stronę chłopca, który mógł chodzić do szkoły średniej.

– Sprawia wrażenie bardzo samotnego.

– Tylko popatrz, nie ma na zębach klamerek. Prawdopodobnie zdjęli mu je w ubiegłym tygodniu. Jest zdecydowanie w twoim typie.

Meghann grzebała w nachos, szukając kawałka sera.

– Nie każdej szczęście dopisało aż tak, kochanie, że wyszła za mąż za swoją miłość ze studiów. Zresztą od jakiegoś czasu nie mam już żadnego typu. Kiedyś miałam. Teraz wybieram to, co daje mi szczęście.

Szczęście. To słowo Elizabeth odebrała jak cios między oczy.

– Ciekawe, czy zgodziłby się, żeby solenizantka postawiła mu piwo... O co chodzi, Birdie?

Elizabeth odsunęła martini i splotła ręce na brzuchu, jak zwykle ostatnio. Czasami wręcz przyłapywała się na tym, że stoi w pokoju z mocno zaciśniętymi rękami; tak mocno je zaciskała, że aż trudno jej było oddychać. Zupełnie jakby próbowała utrzymać w swoim wnętrzu coś, co koniecznie chciało się stamtąd wyrwać.

– Birdie?

– To naprawdę nic ważnego.

Meghann obniżyła głos.

– Posłuchaj, Birdie. Wiem, że dzieje się coś złego. Kocham cię. Powiedz, o co chodzi.

Dlatego właśnie Elizabeth unikała alkoholu. Po wypiciu nawet najmniejszej ilości trunku nieszczęście urastało do tak ogromnych rozmiarów, że trudno było dłużej utrzymać uczucia na wodzy. Zerknąwszy na swoją najlepszą przyjaciółkę, Elizabeth zdała sobie sprawę, że musi coś powiedzieć. Po prostu nie mogła dłużej dusić tego w sobie.

Jej małżeństwo powoli zaczynało się rozpadać, nie potrafiła jednak o tym myśleć, a już w ogóle nie wyobrażała sobie, żeby udało jej się na ten temat porozmawiać.

Elizabeth i Jack nadal się kochali, ale bardziej było to przyzwyczajenie niż prawdziwe uczucie. Namiętność wygasła wiele lat temu. Birdie coraz częściej czuła się tak, jakby pomylili krok i każde z nich tańczyło w rytm innej melodii. Jack chciał się kochać rano, ona wieczorem. Osiągnęli kompromis, miesiącami obywając się bez seksu, a gdy w końcu podejmowali jakąś próbę, brakowało namiętności i pożądania.

Nadal jednak byli obiektem zazdrości wielu przyjaciół. Wszyscy pokazywali ich sobie palcami i mówili: „Patrzcie, ich małżeństwo wciąż trwa”. Ona i Jack do pewnego stopnia przypominali ostatni eksponat w muzeum, które opróżniano od lat.

Niestety, za nic w świecie nie chciała powiedzieć tego wszystkiego na głos. Słowa mają zbyt wielką moc. Trzeba się z nimi bardzo ostrożnie obchodzić, bo inaczej mogą dokonać ogromnych zniszczeń.

 

– Nie jestem ostatnio zbyt szczęśliwa, to wszystko.

– Czego pragniesz?

– To zabrzmiałoby zbyt głupio.

– Jestem mocno wstawiona. Nic nie będzie brzmiało głupio.

Elizabeth chciałaby zdobyć się na uśmiech, ale serce tak mocno waliło jej w piersiach, że aż kręciło jej się w głowie.

– Chciałabym... być kimś, kim niegdyś byłam.

– Och, skarbie. – Meghann ciężko westchnęła. – Podejrzewam, że nigdy nie rozmawiałaś na ten temat z Jackiem.

– Ilekroć zbliżamy się do jakiegoś ważnego tematu, panikuję i mówię mu, że wszystko jest w porządku. Potem mam ochotę zdzielić się młotkiem po głowie.

– Nie wiedziałam, że jesteś aż tak nieszczęśliwa.

– Najgorsze, że właściwie nie jestem nieszczęśliwa. – Wychyliła się do przodu i oparła łokcie o stolik. – Po prostu odczuwam potworną pustkę.

– Masz czterdzieści pięć lat, córki opuściły dom, a w małżeństwie wieje nudą, dlatego chciałabyś zacząć wszystko od nowa. W swojej praktyce adwokackiej spotykam bardzo dużo kobiet, które przeżywają dokładnie to, co ty.

– Rozumiem. Jestem nie tylko za gruba i nieszczęśliwa, ale na domiar złego jeszcze stereotypowa.

– Stereotyp to jedynie powtarzający się wzór. Masz zamiar rzucić Jacka?

Elizabeth spojrzała na swoje dłonie, na brylantowy pierścionek, który nosiła od dwudziestu czterech lat. Nie wiedziała nawet, czy byłaby w stanie go zdjąć.

– Marzę o rozstaniu z nim i życiu w pojedynkę.

– Co więcej, w swoich marzeniach jesteś szczęśliwa, niezależna i wolna. Kiedy wracasz do rzeczywistości, znów czujesz się samotna i zagubiona.

– Tak.

Meghann wychyliła się w jej stronę.

– Posłuchaj, Birdie, codziennie do mojej kancelarii przychodzą kobiety, które mówią, że są nieszczęśliwe. Podejmują kroki, które rozrywają na strzępy ich rodziny i łamią serca najbliższych. I wiesz co? Pod koniec większość tego żałuje. Dochodzą do wniosku, że mogły bardziej się postarać i nieco mocniej kochać. Okazuje się, że zrezygnowały z domu, oszczędności i dotychczasowego stylu życia na rzecz pracy od dziewiątej do piątej i stosu rachunków, a tymczasem ich luby w dziesięć sekund po rozwodzie ożenił się z dziewczyną z pobliskiego baru z sałatkami. Ale ja jako twoja najlepsza przyjaciółka dam ci radę wartą milion dolarów: pustka, którą odczuwasz, to nie wina Jacka, nawet nie jego problem, a rozstanie z nim niczego nie zmieni. Tylko ty jedna możesz uszczęśliwić Elizabeth Shore.

– Nie wiem już, jak to zrobić.

– Na litość boską, Birdie, spróbuj zdobyć się na szczerość, tak jak należałoby po takiej ilości martini. Mogłaś się niegdyś poszczycić wieloma wspaniałymi cechami: byłaś utalentowana, niezależna, błyskotliwa i uzdolniona plastycznie. Na studiach wszyscy myśleliśmy, że będziesz drugą Georgią O’Keeffe. Teraz organizujesz wszystkie przyjęcia charytatywne w miasteczku i pracujesz nad wystrojem wnętrza waszego domu. Decyzja o wyborze materiału na obicie sofy zajmuje ci więcej czasu niż ja potrzebowałam na ukończenie prawa.

– To niesprawie...

– Jestem prawniczką. Sprawiedliwość mnie nie interesuje. – Jej głos złagodniał. – Wiem również, ile zamętu w twojej duszy powoduje praca Jacka. W końcu zawsze marzyłaś o tym, żeby zapuścić gdzieś korzenie.

– Co ty możesz o tym wiedzieć? – westchnęła Elizabeth. – Od ślubu mieszkaliśmy w kilkunastu domach, w przynajmniej kilku różnych miastach. Ty nie ruszasz się z Seattle, więc nie masz pojęcia, jak to jest, kiedy człowiek zawsze czuje się obco, a znają go tylko jako czyjąś żonę, osobę pozbawioną własnego życiorysu. Do diabła, zaczęłaś studia, mając szesnaście lat, a mimo to potrafiłaś się dopasować. Wiem, że myśl o domu stała się ostatnio moją obsesją, Meg, a wszystko dlatego, że Echo Beach uznałam za moje miejsce na ziemi. W końcu je znalazłam. Nie jest to mieszkanie ani dom wynajęty na rok lub dwa, ale mój dom.

Nagle zdała sobie sprawę, że niemal krzyczy. Zażenowana obniżyła głos.

– W nim przynajmniej jestem bezpieczna. Nie zrozumiesz, ponieważ nigdy niczego się nie bałaś.

Meghann spokojnie zastanowiła się nad tymi słowami.

– W porządku – powiedziała po chwili. – Zapomnijmy w takim razie o domu. Mam inne pytanie. Kiedy po raz ostatni coś malowałaś?

Elizabeth cofnęła się. Zdecydowanie nie chciała rozmawiać na ten temat.

– W ubiegłym tygodniu pomalowałam kuchnię.

– Bardzo śmieszne.

Meghann milczała, czekając na odpowiedź.

– Po urodzeniu dzieci nie miałam na to czasu.

Meghann patrzyła na nią twardo, chociaż w jej spojrzeniu widać było miłość.

– Mówimy o chwili obecnej.

W ten sposób łagodnie przypomniała, że Elizabeth odczuwa wewnętrzny niepokój tylko dlatego, że dziewczęta wyjechały na studia. Jedynie kobieta bezdzietna może myśleć, że tak łatwo zacząć wszystko od nowa. Meg nie wiedziała, jak to jest, kiedy dwadzieścia lat poświęci się dzieciom, a potem patrzy, jak odchodzą. W wielu programach, między innymi w „Oprah”, eksperci powtarzają, że w takiej sytuacji w życiu człowieka powstaje dziura. Chociaż to spore niedopowiedzenie. Bardziej można by mówić o kraterze. Miejscu, gdzie niegdyś były kwiaty, drzewa i życie, a teraz nie zostało nic poza nagą skałą.

W głębi duszy Elizabeth musiała przyznać, że jej samej taka myśl również przyszła do głowy. Kilkakrotnie próbowała nawet coś naszkicować, ale to okropne, gdy człowiek zbyt późno próbuje wykorzystać talent i nic mu nie wychodzi. Ostatecznie całą inwencję twórczą przelała na dom.

– Żeby malować, potrzeba namiętności. A może po prostu wystarczy być młodym?

– Powiedz to Babci Moses.

Meghann sięgnęła do torebki i wyjęła mały notes z długopisem. Otworzyła go, coś w nim zapisała, a potem wyrwała kartkę i podała ją Elizabeth.

Na kartce widniały słowa: GRUPA WSPARCIA KOBIET BEZ PASJI. CZWARTKI, 19.00. BUDYNEK UNIWERSYTETU.

– Prawie od roku czekałam na odpowiednią chwilę, żeby ci to polecić.

– Czy to spotkania gwiazd porno? O czym rozmawiają? Co zrobić, żeby podczas namiętnego seksu nie starła się szminka?

– Bardzo śmieszne. Może powinnaś zacząć zabawiać kawałami gości nocnych klubów. Bóg mi świadkiem, że namiętny seks uratował niejedno małżeństwo.

– Meg...

– Posłuchaj, Birdie. Wysyłam na te spotkania wiele moich klientek. Jest to grupa kobiet, przeważnie rozwódek, które spotykają się, żeby porozmawiać. Wszystkie niegdyś zbyt dużo z siebie dały i teraz próbują się odnaleźć.

Elizabeth nie odrywała wzroku od karteczki. Zdawała sobie sprawę, że Meg czeka na jej reakcję, ale nie wiedziała, co powiedzieć. Upić się i zdradzić najlepszej przyjaciółce, że jest się nieszczęśliwą, to jedno, ale wejść do pomieszczenia pełnego obcych kobiet i przyznać, że straciło się chęć do życia, to już całkiem co innego.

– Dzięki, Meg – powiedziała w końcu, w nadziei, że jej uśmiech nie zdradza zażenowania, które odczuwała.

Nie przestając się uśmiechać, machnęła na kelnerkę i zamówiła następną kolejkę martini.

Echo Beach, Oregon

Na tonącym w ciemności zegarku koło łóżka kolejno zmieniały się czerwone cyferki. O wpół do siódmej – całe pół godziny za wcześnie – Jack wyłączył budzik.

Leżał, patrząc na wąskie smugi światła, które przesączało się przez żaluzje. Sypialnię przecinały czarne i białe paski; w mroku wszystko wydawało się dziwnie obce. Jack słyszał cichy szmer deszczu za oknem. Wstawał następny szary, pochmurny dzień. Na początku grudnia na wybrzeżu Oregonu była to całkiem normalna pogoda.

Elizabeth spała obok, jej platynowe włosy tworzyły na białej poduszce jasny wachlarz. Słyszał ciche, równomierne oddechy, które od czasu do czasu przerywało delikatne chrapnięcie. Prawdopodobnie gdzieś się przeziębiła. Może złapała jakiegoś wirusa podczas ubiegłotygodniowej wyprawy do Seattle.

Na początku małżeństwa zawsze spali przytuleni, potem zaczęli stopniowo oddalać się od siebie. Ostatnio Birdie sypiała na samym skraju materaca.

Dzisiaj wszystko zmieni się na lepsze. Jack liczył, że w końcu, mając czterdzieści sześć lat, otrzyma jeszcze jedną szansę. Stacja telewizyjna z Seattle zamierzała nadawać nowy cotygodniowy program sportowy, tworzony we współpracy z NBC. Gdyby Jack został gospodarzem, musiałby trzy razy w tygodniu dojeżdżać do Seattle, ale biorąc pod uwagę dodatkowe pieniądze, jakie by za to dostał, nie byłby to aż taki problem. Zrobiłby jednak ogromny krok do przodu, bo przecież dotychczas prowadził jedynie wkurzający program lokalny.

(Zajęcie to nawet w najmniejszym stopniu nie spełniało jego oczekiwań, ale czasami jeden błąd jest w stanie zniszczyć człowieka).

Miał szansę znów zostać kimś ważnym.

Od piętnastu lat urabiał sobie ręce po łokcie, zresztą przy tak niewielkich postępach, że trudno je było dostrzec gołym okiem. Płacił za swoje błędy w beznadziejnych, małych mieścinach. W końcu miał szansę na powrót do gry. Za nic w świecie nie straci szansy.

Wstał z łóżka i syknął z bólu. Oregoński wilgotny klimat zupełnie nie służył jego kolanom. Krzywiąc się, pokuśtykał do łazienki. Jak zwykle musiał lawirować między próbkami materiałów, farb i otwartymi czasopismami. Birdie od miesięcy „przerabiała” ich sypialnię, planując każde posunięcie, jakby kierowała obroną w meczu o Super Bowl. Tak samo było z jadalnią. We wszystkich kątach leżały stosy różnych rzeczy, czekając na coś niesłychanie rzadkiego: moment, kiedy jego żona podejmie decyzję.

Kiedy wziął prysznic i ogolił się, w łazience pojawiła się Elizabeth. Szła chwiejnym krokiem i zawiązywała pasek grubego bawełnianego szlafroka.

– Cześć – powiedziała, ziewając. – Fatalnie się czuję. Chyba jestem przeziębiona. Wcześnie wstałeś.

Przez chwilę był zawiedziony, że zapomniała.

– Dzisiaj jest wyjątkowy dzień, Birdie. Jadę do Seattle na rozmowę kwalifikacyjną.

Lekko zmarszczyła czoło. Po chwili wszystko sobie przypomniała.

– Taaak. Jestem pewna, że dostaniesz tę pracę.

Dawniej Birdie próbowałaby podbudować jego ego, zapewniłaby go, że na pewno mu się uda i że jest przeznaczony do tego, aby w życiu wiele zdziałać, ale od paru lat była coraz bardziej zmęczona. Oboje byli coraz bardziej zmęczeni. Zresztą w tym czasie nie udało mu się dostać wielu prac; nic dziwnego, że przestała w niego wierzyć.

Przez cały czas udawał, że jest w Oregonie szczęśliwy jak diabli i że całe życie marzył tylko o tym, aby być gospodarzem południowego programu sportowego, w którym omawiano mecze przeciętnych drużyn uniwersyteckich. Birdie wiedziała jednak, że Jack nie lubi domku w niewielkiej mieścinie szmat drogi od wielkiego miasta. Złościło go nawet to, że jest znaną osobistością w jakiejś pipidówce. Fakt ten jedynie przypominał mu, kim był kiedyś.

Elizabeth obdarzyła go obojętnym uśmiechem.

– Przyda się więcej pieniędzy, zwłaszcza teraz, gdy dziewczęta są na studiach.

– Nie musisz mi tego mówić.

Potem spojrzała na niego.

– Czy dzięki tej pracy wszystko zmieni się na lepsze, Jack?

Słysząc słowa żony, poczuł, że się dusi. Boże, był zmęczony tą rozmową. Denerwowało go, że Elizabeth ciągle poszukuje odpowiedzi na pytanie: „Co się dzieje z naszym małżeństwem?”. Przed laty bez przerwy powtarzał jej, że nie powinna całkowicie uzależniać swojego szczęścia od niego. Patrzył, jak w coraz większym stopniu rezygnowała z siebie i swoich marzeń. Nie był w stanie temu zapobiec, a teraz jakimś cudem cała wina spadała na niego. Miał już wszystkiego po dziurki w nosie.

– Nie dzisiaj, Elizabeth.

Zgodnie z przewidywaniami, spojrzała na niego nieszczęśliwa.

– Oczywiście. Wiem, że to dla ciebie wielki dzień.

– Dla nas – przypomniał, tym razem już naprawdę zły.

Jej uśmiech wydawał się zbyt promienny, żeby mógł być prawdziwy.

– Pozwól, że wybiorę miejsce, w którym uczcimy twoją nową pracę.

Nagła zmiana tematu była ich sposobem na unikanie nieporozumień. Jack mógł się wściec i zmusić ją do dyskusji, tylko po co? Birdie i tak nie podjęłaby walki, więc nie było o czym gadać.

– Gdzie mnie zabierzesz?

– Na Alasce jest takie obozowisko. Dolatuje się tam samolotem, mieszka w namiotach i obserwuje grizzly w ich naturalnym środowisku. Widziałam na Travel Channel wywiad z właścicielem, Laurence’em Johnem.

 

Jack rozwiązał ręcznik w talii i niedbale rzucił go na brzeg wanny. Nago powędrował do garderoby, gdzie wziął z półki bieliznę, włożył ją i odwrócił się do żony.

– Myślałem, że zdecydujesz się na kolację w „Heathman” i dansing w „Crystal Ballroom”.

Podeszła do niego niepewnym krokiem. Zauważył, że jego żona obraca brylantowy pierścionek – od jakiegoś czasu często to robiła.

– Przyszło mi na myśl, że gdybyśmy wyjechali... przeżyli jakąś przygodę...

Wiedział, co miała na myśli, ale również zdawał sobie sprawę, że to nic nie da. Nowe miejsce stanowiłoby jedynie odmienną scenerię, w której rozgrywałyby się te same stare sceny, padały te same dobrze znane kwestie. Delikatnie pogłaskał ją po twarzy, mając nadzieję, że w jego głosie nie będzie słychać cynizmu. Bardzo nie lubił sprawiać jej przykrości, chociaż w ciągu ostatnich lat była tak przewrażliwiona, że bolało ją dosłownie wszystko.

– To naprawdę wspaniały pomysł. Czy będziemy spać w tym samym śpiworze?

Uśmiechnęła się.

– To da się zrobić.

Przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił.

– A może, gdy wrócę, uczcimy moją pracę tutaj, w naszym łóżku?

– Mogłabym włożyć tę bieliznę, którą dałeś mi jakiś czas temu.

– Przez cały dzień nie będę mógł się skupić.

Pocałował ją. Był to długi, słodki pocałunek pełen obietnicy. Ten rodzaj pocałunku, o którym Jack już niemal całkiem zapomniał. W ułamku sekundy przypomniał sobie czasy, kiedy seks sprawiał im mnóstwo radości, a najlepszym pomysłem na spędzenie dnia było zostanie w łóżku.

Kiedy Jack się odsunął, spojrzał z góry na piękną, uśmiechniętą twarz żony. Swego czasu, wcale nie tak dawno temu, łączyła ich ogromna miłość. Tęsknił za tamtymi chwilami i za tamtym uczuciem.

Może jeszcze nic straconego.

Może dzisiaj rzeczywiście wszystko zmieni się na lepsze?