Odległe brzegi

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Odległe brzegi
Odległe brzegi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,40  63,52 
Odległe brzegi
Audio
Odległe brzegi
Audiobook
Czyta Olga Bończyk
42,90  31,75 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Jesień

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Zima

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Wiosna

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Lato


Tytuł oryginału

DISTANT SHORES

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Iwona Denkiewicz

Redakcja

Zofia Skorupińska

Korekta

Grażyna Henel

Radomiła Wójcik

Copyright © 2002 by Kristin Hannah

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Bożena Krzyżanowska, 2004

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Akces

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9671-4

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Benjaminowi i Tuckerowi.

Jak zawsze.

Jesień

Istnieją nurty wszelkich spraw człowieczych,

Które w przypływie wiodą ku fortunie,

Lecz pominięte, skazują na podróż

Aż po kres życia smutny na mieliźnie.

Skoro jesteśmy już na morzu, trzeba

Ów sprzyjający prąd przyjąć lub stracić

Cały ładunek.

W. Szekspir, Juliusz Cezar

przeł. Maciej Słomczyński

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Seattle, Waszyngton

Wszystko zaczęło się przy drugim martini.

– Nie wygłupiaj się – powiedziała Meghann. – Wypij jeszcze jednego.

– Za nic w świecie.

Elizabeth kiepsko tolerowała alkohol. Przekonała się o tym niezbicie jeszcze w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku, kiedy była studentką University of Washington.

– Nie możesz mi odmówić. W końcu to moje czterdzieste drugie urodziny. Pamiętasz, jak się spiłam wiosną, kiedy kończyłaś czterdzieści pięć lat?

To była prawdziwa porażka!

Meghann wyczuła wahanie i, jak przystało na dobrego adwokata, błyskawicznie je wykorzystała.

– Poproszę Johnny’ego, żeby po nas przyjechał.

– Czy Johnny na pewno jest pełnoletni i może prowadzić samochód?

– Nie bądź złośliwa. Wszyscy faceci, z którymi się spotykam, mają prawa jazdy.

– A ja myślałam, że nie przestrzegasz żadnych zasad.

– Staram się, żeby było ich jak najmniej.

Meghann machnęła ręką na kelnerkę.

– Prosimy o jeszcze dwa martini i talerz nachos z dużą ilością orzeszków.

Elizabeth nie zdołała opanować uśmiechu.

– To nie będzie miłe.

Po chwili kelnerka wróciła, postawiła przed nimi dwa eleganckie kieliszki i zabrała puste.

– Za moje zdrowie – oświadczyła Meghann, stukając się z Elizabeth.

Przez następną godzinę rozmowa toczyła się utartymi ścieżkami, czyli wokół dawnych czasów. Elizabeth i Meghann przyjaźniły się od ponad dwudziestu lat. Po ukończeniu studiów ich życie potoczyło się w przeciwnych kierunkach: Elizabeth całą energię włożyła w pełnienie roli żony i matki; Meghann została jedną z najlepszych adwokatek do spraw rozwodowych. Jednak ich przyjaźń przetrwała próbę czasu. W ciągu minionych lat, kiedy Elizabeth wraz z rodziną przeprowadzała się z miasta do miasta, przyjaciółki często korzystały z telefonów i poczty elektronicznej. Teraz w końcu mieszkały wystarczająco blisko, żeby przy specjalnych okazjach mogły się ze sobą spotkać. Był to jeden z dużych plusów mieszkania w Oregonie.

Gdy kelnerka przyniosła po trzecim kieliszku, Meghann niepohamowanymi wybuchami śmiechu reagowała na każdy dźwięk kasy.

– Widzisz tego słodziutkiego chłoptasia, który siedzi w rogu sali?

Meg rzucała porozumiewawcze spojrzenia w stronę chłopca, który mógł chodzić do szkoły średniej.

– Sprawia wrażenie bardzo samotnego.

– Tylko popatrz, nie ma na zębach klamerek. Prawdopodobnie zdjęli mu je w ubiegłym tygodniu. Jest zdecydowanie w twoim typie.

Meghann grzebała w nachos, szukając kawałka sera.

– Nie każdej szczęście dopisało aż tak, kochanie, że wyszła za mąż za swoją miłość ze studiów. Zresztą od jakiegoś czasu nie mam już żadnego typu. Kiedyś miałam. Teraz wybieram to, co daje mi szczęście.

Szczęście. To słowo Elizabeth odebrała jak cios między oczy.

– Ciekawe, czy zgodziłby się, żeby solenizantka postawiła mu piwo… O co chodzi, Birdie?

Elizabeth odsunęła martini i splotła ręce na brzuchu, jak zwykle ostatnio. Czasami wręcz przyłapywała się na tym, że stoi w pokoju z mocno zaciśniętymi rękami; tak mocno je zaciskała, że aż trudno jej było oddychać. Zupełnie jakby próbowała utrzymać w swoim wnętrzu coś, co koniecznie chciało się stamtąd wyrwać.

– Birdie?

– To naprawdę nic ważnego.

Meghann obniżyła głos.

– Posłuchaj, Birdie. Wiem, że dzieje się coś złego. Kocham cię. Powiedz, o co chodzi.

Dlatego właśnie Elizabeth unikała alkoholu. Po wypiciu nawet najmniejszej ilości trunku nieszczęście urastało do tak ogromnych rozmiarów, że trudno było dłużej utrzymać uczucia na wodzy. Zerknąwszy na swoją najlepszą przyjaciółkę, Elizabeth zdała sobie sprawę, że musi coś powiedzieć. Po prostu nie mogła dłużej dusić tego w sobie.

Jej małżeństwo powoli zaczynało się rozpadać, nie potrafiła jednak o tym myśleć, a już w ogóle nie wyobrażała sobie, żeby udało jej się na ten temat porozmawiać.

Elizabeth i Jack nadal się kochali, ale bardziej było to przyzwyczajenie niż prawdziwe uczucie. Namiętność wygasła wiele lat temu. Birdie coraz częściej czuła się tak, jakby pomylili krok i każde z nich tańczyło w rytm innej melodii. Jack chciał się kochać rano, ona wieczorem. Osiągnęli kompromis, miesiącami obywając się bez seksu, a gdy w końcu podejmowali jakąś próbę, brakowało namiętności i pożądania.

Nadal jednak byli obiektem zazdrości wielu przyjaciół. Wszyscy pokazywali ich sobie palcami i mówili: „Patrzcie, ich małżeństwo wciąż trwa”. Ona i Jack do pewnego stopnia przypominali ostatni eksponat w muzeum, które opróżniano od lat.

Niestety, za nic w świecie nie chciała powiedzieć tego wszystkiego na głos. Słowa mają zbyt wielką moc. Trzeba się z nimi bardzo ostrożnie obchodzić, bo inaczej mogą dokonać ogromnych zniszczeń.

– Nie jestem ostatnio zbyt szczęśliwa, to wszystko.

– Czego pragniesz?

– To zabrzmiałoby zbyt głupio.

– Jestem mocno wstawiona. Nic nie będzie brzmiało głupio.

Elizabeth chciałaby zdobyć się na uśmiech, ale serce tak mocno waliło jej w piersiach, że aż kręciło jej się w głowie.

– Chciałabym… być kimś, kim niegdyś byłam.

– Och, skarbie. – Meghann ciężko westchnęła. – Podejrzewam, że nigdy nie rozmawiałaś na ten temat z Jackiem.

– Ilekroć zbliżamy się do jakiegoś ważnego tematu, panikuję i mówię mu, że wszystko jest w porządku. Potem mam ochotę zdzielić się młotkiem po głowie.

– Nie wiedziałam, że jesteś aż tak nieszczęśliwa.

– Najgorsze, że właściwie nie jestem nieszczęśliwa. – Wychyliła się do przodu i oparła łokcie o stolik. – Po prostu odczuwam potworną pustkę.

 

– Masz czterdzieści pięć lat, córki opuściły dom, a w małżeństwie wieje nudą, dlatego chciałabyś zacząć wszystko od nowa. W swojej praktyce adwokackiej spotykam bardzo dużo kobiet, które przeżywają dokładnie to, co ty.

– Rozumiem. Jestem nie tylko za gruba i nieszczęśliwa, ale na domiar złego jeszcze stereotypowa.

– Stereotyp to jedynie powtarzający się wzór. Masz zamiar rzucić Jacka?

Elizabeth spojrzała na swoje dłonie, na brylantowy pierścionek, który nosiła od dwudziestu czterech lat. Nie wiedziała nawet, czy byłaby w stanie go zdjąć.

– Marzę o rozstaniu z nim i życiu w pojedynkę.

– Co więcej, w swoich marzeniach jesteś szczęśliwa, niezależna i wolna. Kiedy wracasz do rzeczywistości, znów czujesz się samotna i zagubiona.

– Tak.

Meghann wychyliła się w jej stronę.

– Posłuchaj, Birdie, codziennie do mojej kancelarii przychodzą kobiety, które mówią, że są nieszczęśliwe. Podejmują kroki, które rozrywają na strzępy ich rodziny i łamią serca najbliższych. I wiesz co? Pod koniec większość tego żałuje. Dochodzą do wniosku, że mogły bardziej się postarać i nieco mocniej kochać. Okazuje się, że zrezygnowały z domu, oszczędności i dotychczasowego stylu życia na rzecz pracy od dziewiątej do piątej i stosu rachunków, a tymczasem ich luby w dziesięć sekund po rozwodzie ożenił się z dziewczyną z pobliskiego baru z sałatkami. Ale ja jako twoja najlepsza przyjaciółka dam ci radę wartą milion dolarów: pustka, którą odczuwasz, to nie wina Jacka, nawet nie jego problem, a rozstanie z nim niczego nie zmieni. Tylko ty jedna możesz uszczęśliwić Elizabeth Shore.

– Nie wiem już, jak to zrobić.

– Na litość boską, Birdie, spróbuj zdobyć się na szczerość, tak jak należałoby po takiej ilości martini. Mogłaś się niegdyś poszczycić wieloma wspaniałymi cechami: byłaś utalentowana, niezależna, błyskotliwa i uzdolniona plastycznie. Na studiach wszyscy myśleliśmy, że będziesz drugą Georgią O’Keeffe. Teraz organizujesz wszystkie przyjęcia charytatywne w miasteczku i pracujesz nad wystrojem wnętrza waszego domu. Decyzja o wyborze materiału na obicie sofy zajmuje ci więcej czasu niż ja potrzebowałam na ukończenie prawa.

– To niesprawie…

– Jestem prawniczką. Sprawiedliwość mnie nie interesuje. – Jej głos złagodniał. – Wiem również, ile zamętu w twojej duszy powoduje praca Jacka. W końcu zawsze marzyłaś o tym, żeby zapuścić gdzieś korzenie.

– Co ty możesz o tym wiedzieć? – westchnęła Elizabeth. – Od ślubu mieszkaliśmy w kilkunastu domach, w przynajmniej kilku różnych miastach. Ty nie ruszasz się z Seattle, więc nie masz pojęcia, jak to jest, kiedy człowiek zawsze czuje się obco, a znają go tylko jako czyjąś żonę, osobę pozbawioną własnego życiorysu. Do diabła, zaczęłaś studia, mając szesnaście lat, a mimo to potrafiłaś się dopasować. Wiem, że myśl o domu stała się ostatnio moją obsesją, Meg, a wszystko dlatego, że Echo Beach uznałam za moje miejsce na ziemi. W końcu je znalazłam. Nie jest to mieszkanie ani dom wynajęty na rok lub dwa, ale mój dom.

Nagle zdała sobie sprawę, że niemal krzyczy. Zażenowana obniżyła głos.

– W nim przynajmniej jestem bezpieczna. Nie zrozumiesz, ponieważ nigdy niczego się nie bałaś.

Meghann spokojnie zastanowiła się nad tymi słowami.

– W porządku – powiedziała po chwili. – Zapomnijmy w takim razie o domu. Mam inne pytanie. Kiedy po raz ostatni coś malowałaś?

Elizabeth cofnęła się. Zdecydowanie nie chciała rozmawiać na ten temat.

– W ubiegłym tygodniu pomalowałam kuchnię.

– Bardzo śmieszne.

Meghann milczała, czekając na odpowiedź.

– Po urodzeniu dzieci nie miałam na to czasu.

Meghann patrzyła na nią twardo, chociaż w jej spojrzeniu widać było miłość.

– Mówimy o chwili obecnej.

W ten sposób łagodnie przypomniała, że Elizabeth odczuwa wewnętrzny niepokój tylko dlatego, że dziewczęta wyjechały na studia. Jedynie kobieta bezdzietna może myśleć, że tak łatwo zacząć wszystko od nowa. Meg nie wiedziała, jak to jest, kiedy dwadzieścia lat poświęci się dzieciom, a potem patrzy, jak odchodzą. W wielu programach, między innymi w „Oprah”, eksperci powtarzają, że w takiej sytuacji w życiu człowieka powstaje dziura. Chociaż to spore niedopowiedzenie. Bardziej można by mówić o kraterze. Miejscu, gdzie niegdyś były kwiaty, drzewa i życie, a teraz nie zostało nic poza nagą skałą.

W głębi duszy Elizabeth musiała przyznać, że jej samej taka myśl również przyszła do głowy. Kilkakrotnie próbowała nawet coś naszkicować, ale to okropne, gdy człowiek zbyt późno próbuje wykorzystać talent i nic mu nie wychodzi. Ostatecznie całą inwencję twórczą przelała na dom.

– Żeby malować, potrzeba namiętności. A może po prostu wystarczy być młodym?

– Powiedz to Babci Moses.

Meghann sięgnęła do torebki i wyjęła mały notes z długopisem. Otworzyła go, coś w nim zapisała, a potem wyrwała kartkę i podała ją Elizabeth.

Na kartce widniały słowa: GRUPA WSPARCIA KOBIET BEZ PASJI. CZWARTKI, 19.00. BUDYNEK UNIWERSYTETU.

– Prawie od roku czekałam na odpowiednią chwilę, żeby ci to polecić.

– Czy to spotkania gwiazd porno? O czym rozmawiają? Co zrobić, żeby podczas namiętnego seksu nie starła się szminka?

– Bardzo śmieszne. Może powinnaś zacząć zabawiać kawałami gości nocnych klubów. Bóg mi świadkiem, że namiętny seks uratował niejedno małżeństwo.

– Meg…

– Posłuchaj, Birdie. Wysyłam na te spotkania wiele moich klientek. Jest to grupa kobiet, przeważnie rozwódek, które spotykają się, żeby porozmawiać. Wszystkie niegdyś zbyt dużo z siebie dały i teraz próbują się odnaleźć.

Elizabeth nie odrywała wzroku od karteczki. Zdawała sobie sprawę, że Meg czeka na jej reakcję, ale nie wiedziała, co powiedzieć. Upić się i zdradzić najlepszej przyjaciółce, że jest się nieszczęśliwą, to jedno, ale wejść do pomieszczenia pełnego obcych kobiet i przyznać, że straciło się chęć do życia, to już całkiem co innego.

– Dzięki, Meg – powiedziała w końcu, w nadziei, że jej uśmiech nie zdradza zażenowania, które odczuwała.

Nie przestając się uśmiechać, machnęła na kelnerkę i zamówiła następną kolejkę martini.

Echo Beach, Oregon

Na tonącym w ciemności zegarku koło łóżka kolejno zmieniały się czerwone cyferki. O wpół do siódmej – całe pół godziny za wcześnie – Jack wyłączył budzik.

Leżał, patrząc na wąskie smugi światła, które przesączało się przez żaluzje. Sypialnię przecinały czarne i białe paski; w mroku wszystko wydawało się dziwnie obce. Jack słyszał cichy szmer deszczu za oknem. Wstawał następny szary, pochmurny dzień. Na początku grudnia na wybrzeżu Oregonu była to całkiem normalna pogoda.

Elizabeth spała obok, jej platynowe włosy tworzyły na białej poduszce jasny wachlarz. Słyszał ciche, równomierne oddechy, które od czasu do czasu przerywało delikatne chrapnięcie. Prawdopodobnie gdzieś się przeziębiła. Może złapała jakiegoś wirusa podczas ubiegłotygodniowej wyprawy do Seattle.

Na początku małżeństwa zawsze spali przytuleni, potem zaczęli stopniowo oddalać się od siebie. Ostatnio Birdie sypiała na samym skraju materaca.

Dzisiaj wszystko zmieni się na lepsze. Jack liczył, że w końcu, mając czterdzieści sześć lat, otrzyma jeszcze jedną szansę. Stacja telewizyjna z Seattle zamierzała nadawać nowy cotygodniowy program sportowy, tworzony we współpracy z NBC. Gdyby Jack został gospodarzem, musiałby trzy razy w tygodniu dojeżdżać do Seattle, ale biorąc pod uwagę dodatkowe pieniądze, jakie by za to dostał, nie byłby to aż taki problem. Zrobiłby jednak ogromny krok do przodu, bo przecież dotychczas prowadził jedynie wkurzający program lokalny.

(Zajęcie to nawet w najmniejszym stopniu nie spełniało jego oczekiwań, ale czasami jeden błąd jest w stanie zniszczyć człowieka).

Miał szansę znów zostać kimś ważnym.

Od piętnastu lat urabiał sobie ręce po łokcie, zresztą przy tak niewielkich postępach, że trudno je było dostrzec gołym okiem. Płacił za swoje błędy w beznadziejnych, małych mieścinach. W końcu miał szansę na powrót do gry. Za nic w świecie nie straci szansy.

Wstał z łóżka i syknął z bólu. Oregoński wilgotny klimat zupełnie nie służył jego kolanom. Krzywiąc się, pokuśtykał do łazienki. Jak zwykle musiał lawirować między próbkami materiałów, farb i otwartymi czasopismami. Birdie od miesięcy „przerabiała” ich sypialnię, planując każde posunięcie, jakby kierowała obroną w meczu o Super Bowl. Tak samo było z jadalnią. We wszystkich kątach leżały stosy różnych rzeczy, czekając na coś niesłychanie rzadkiego: moment, kiedy jego żona podejmie decyzję.

Kiedy wziął prysznic i ogolił się, w łazience pojawiła się Elizabeth. Szła chwiejnym krokiem i zawiązywała pasek grubego bawełnianego szlafroka.

– Cześć – powiedziała, ziewając. – Fatalnie się czuję. Chyba jestem przeziębiona. Wcześnie wstałeś.

Przez chwilę był zawiedziony, że zapomniała.

– Dzisiaj jest wyjątkowy dzień, Birdie. Jadę do Seattle na rozmowę kwalifikacyjną.

Lekko zmarszczyła czoło. Po chwili wszystko sobie przypomniała.

– Taaak. Jestem pewna, że dostaniesz tę pracę.

Dawniej Birdie próbowałaby podbudować jego ego, zapewniłaby go, że na pewno mu się uda i że jest przeznaczony do tego, aby w życiu wiele zdziałać, ale od paru lat była coraz bardziej zmęczona. Oboje byli coraz bardziej zmęczeni. Zresztą w tym czasie nie udało mu się dostać wielu prac; nic dziwnego, że przestała w niego wierzyć.

Przez cały czas udawał, że jest w Oregonie szczęśliwy jak diabli i że całe życie marzył tylko o tym, aby być gospodarzem południowego programu sportowego, w którym omawiano mecze przeciętnych drużyn uniwersyteckich. Birdie wiedziała jednak, że Jack nie lubi domku w niewielkiej mieścinie szmat drogi od wielkiego miasta. Złościło go nawet to, że jest znaną osobistością w jakiejś pipidówce. Fakt ten jedynie przypominał mu, kim był kiedyś.

Elizabeth obdarzyła go obojętnym uśmiechem.

– Przyda się więcej pieniędzy, zwłaszcza teraz, gdy dziewczęta są na studiach.

– Nie musisz mi tego mówić.

Potem spojrzała na niego.

– Czy dzięki tej pracy wszystko zmieni się na lepsze, Jack?

Słysząc słowa żony, poczuł, że się dusi. Boże, był zmęczony tą rozmową. Denerwowało go, że Elizabeth ciągle poszukuje odpowiedzi na pytanie: „Co się dzieje z naszym małżeństwem?”. Przed laty bez przerwy powtarzał jej, że nie powinna całkowicie uzależniać swojego szczęścia od niego. Patrzył, jak w coraz większym stopniu rezygnowała z siebie i swoich marzeń. Nie był w stanie temu zapobiec, a teraz jakimś cudem cała wina spadała na niego. Miał już wszystkiego po dziurki w nosie.

– Nie dzisiaj, Elizabeth.

Zgodnie z przewidywaniami, spojrzała na niego nieszczęśliwa.

– Oczywiście. Wiem, że to dla ciebie wielki dzień.

– Dla nas – przypomniał, tym razem już naprawdę zły.

Jej uśmiech wydawał się zbyt promienny, żeby mógł być prawdziwy.

– Pozwól, że wybiorę miejsce, w którym uczcimy twoją nową pracę.

Nagła zmiana tematu była ich sposobem na unikanie nieporozumień. Jack mógł się wściec i zmusić ją do dyskusji, tylko po co? Birdie i tak nie podjęłaby walki, więc nie było o czym gadać.

– Gdzie mnie zabierzesz?

– Na Alasce jest takie obozowisko. Dolatuje się tam samolotem, mieszka w namiotach i obserwuje grizzly w ich naturalnym środowisku. Widziałam na Travel Channel wywiad z właścicielem, Laurence’em Johnem.

Jack rozwiązał ręcznik w talii i niedbale rzucił go na brzeg wanny. Nago powędrował do garderoby, gdzie wziął z półki bieliznę, włożył ją i odwrócił się do żony.

– Myślałem, że zdecydujesz się na kolację w „Heathman” i dansing w „Crystal Ballroom”.

Podeszła do niego niepewnym krokiem. Zauważył, że jego żona obraca brylantowy pierścionek – od jakiegoś czasu często to robiła.

– Przyszło mi na myśl, że gdybyśmy wyjechali… przeżyli jakąś przygodę…

Wiedział, co miała na myśli, ale również zdawał sobie sprawę, że to nic nie da. Nowe miejsce stanowiłoby jedynie odmienną scenerię, w której rozgrywałyby się te same stare sceny, padały te same dobrze znane kwestie. Delikatnie pogłaskał ją po twarzy, mając nadzieję, że w jego głosie nie będzie słychać cynizmu. Bardzo nie lubił sprawiać jej przykrości, chociaż w ciągu ostatnich lat była tak przewrażliwiona, że bolało ją dosłownie wszystko.

– To naprawdę wspaniały pomysł. Czy będziemy spać w tym samym śpiworze?

Uśmiechnęła się.

– To da się zrobić.

Przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił.

– A może, gdy wrócę, uczcimy moją pracę tutaj, w naszym łóżku?

– Mogłabym włożyć tę bieliznę, którą dałeś mi jakiś czas temu.

– Przez cały dzień nie będę mógł się skupić.

Pocałował ją. Był to długi, słodki pocałunek pełen obietnicy. Ten rodzaj pocałunku, o którym Jack już niemal całkiem zapomniał. W ułamku sekundy przypomniał sobie czasy, kiedy seks sprawiał im mnóstwo radości, a najlepszym pomysłem na spędzenie dnia było zostanie w łóżku.

 

Kiedy Jack się odsunął, spojrzał z góry na piękną, uśmiechniętą twarz żony. Swego czasu, wcale nie tak dawno temu, łączyła ich ogromna miłość. Tęsknił za tamtymi chwilami i za tamtym uczuciem.

Może jeszcze nic straconego.

Może dzisiaj rzeczywiście wszystko zmieni się na lepsze?

2

W Seattle panował spory ruch. Jack nie mógł uwierzyć, że na autostradzie jest tak dużo samochodów. Widok betonowego miasta przypominał szkic w odcieniach szarości, wszystko spowijała mgła. Nawet Lake Union było tego dnia ponure i deszczowe. Co kilka minut rozlegało się wycie klaksonów i pisk gumy na wilgotnym asfalcie.

Jack uwielbiał zgiełk wielkiego miasta. Tętniącą energię. Po raz pierwszy od bardzo dawna był w centrum metropolii w godzinach szczytu. Rozwój przemysłu komputerowego przyspieszył rozbudowę Seattle.

Przejechał przez most. Nie był tu od lat, pewnie od studiów na University of Washington. Od tego czasu nastąpiła zdumiewająca zmiana.

W latach siedemdziesiątych Bellevue traktowano jak sypialnię dla ludzi, którzy dojeżdżali do pracy do miasta, ale marzyli o życiu na wsi. Kupowali oni na potrzeby rodziny trzypoziomowe domki w zaułkach, które nosiły egzotyczne nazwy, takie jak: RainShadow Glen czy Marvista Estates. Czteropasmowa asfaltowa droga przecięła teren ze wschodu na zachód i z północy na południe. Jeszcze przed jej ukończeniem pojawiły się centra handlowe. Prostokątne budynki o płaskich dachach i białych ścianach oświetlone były neonami o znanych nazwach. Stopniowo przedmieście zaczęło się rozrastać w sposób niekontrolowany, a pod koniec lat osiemdziesiątych przypominało już podobne osiedla z południowej Kalifornii.

Potem nastąpił gwałtowny rozwój Internetu. Między porozrzucanymi domkami pojawiły się siedziby Microsoftu i Immunexu. Wtedy okazało się, że potrzebne jest centrum miasta. Miejsce, które coraz większa liczba młodych milionerów mogłaby nazwać domem. Zmiany następowały w takim samym tempie, w jakim napływały pieniądze. W modnych restauracjach można było zjeść kolację na świeżym powietrzu na betonowej pustyni, przy stolikach pod parasolami. W starej kręgielni Barnes i Noble wybudowali standardowy megasam.

Na rogu Main Street i Sto Szóstej stał imponujący, bogato zdobiony budynek: połączenie betonu i szkła z modną, pretensjonalną fasadą. Gmach ten był doskonałym przykładem „nowego budownictwa” w Bellevue: kosztowny, krzykliwy i modny. Przestronne atrium sugerowało, że ma on północno-zachodnie korzenie.

Jack zaparkował na ulicy przed wejściem. Przez minutę siedział spokojnie w samochodzie, starając się nabrać pewności siebie, po czym wszedł do budynku. Na szesnastym piętrze szybko poprawił jedwabny krawat – bardziej z przyzwyczajenia niż konieczności – i wszedł do przestronnego holu, w którym dominowały mosiądz i szkło.

Jestem Jumpin’ Jack Flash – pomyślał. – Na pewno im się spodobam.

Podszedł do biurka.

Recepcjonistka uśmiechnęła się promiennie.

– Czym mogę służyć?

– Nazywam się Jackson Shore. Jestem umówiony z Markiem Wilkersonem.

– Proszę chwileczkę zaczekać.

Zapowiedziała go przez telefon. Po odłożeniu słuchawki zaproponowała:

– Proszę usiąść. Ktoś za chwilę do pana przyjdzie.

Usiadł na lśniącej, czerwonej skórzanej sofie. Po chwili pojawiła się jakaś kobieta. Była wysoka i chuda; miała ładne ciało. Złoty łańcuszek na szyi odbijał światło jarzeniowe. Wyciągnęła rękę do Jacka.

– Miło pana poznać, panie Shore. Nazywam się Lori Hansen. Mój tata zawsze mówił, że był pan najlepszym quarterbackiem i że NFL nigdy nie miała nikogo lepszego. No, oczywiście, oprócz pana i Joego.

– Dziękuję.

– Tędy, proszę.

Jack powędrował za nią szerokim korytarzem, w którym dominował marmur. Wszędzie było mnóstwo ludzi, stali przy kopiarkach i w drzwiach. Kilku uśmiechnęło się, gdy przechodził, większość go zignorowała.

W końcu dotarli do zamkniętych drzwi. Kobieta cicho zapukała i otworzyła.

Jack na ułamek sekundy zamknął oczy i wyobrażał sobie sukces – Jumpin’ Jack Flash – żeby nabrać większej pewności siebie.

Mężczyzna za biurkiem był starszy, niż Jack się spodziewał – mógł mieć siedemdziesiąt lat, może więcej.

– Witaj, Jacksonie – powiedział, wstając i wyciągając rękę.

Uścisnęli sobie dłonie.

– Usiądź – zaproponował Mark, wskazując fotel naprzeciwko ogromnego mahoniowego biurka.

Jack usiadł.

Mark nadal stał po drugiej stronie biurka i sprawiał wrażenie, jakby zajmował wyjątkowo dużo przestrzeni. W czarnym garniturze od Armaniego wyglądał jak typowy przedstawiciel władzy. Od tak dawna dzierżył ją w dłoniach, że pewnie miał już odciski. Jego stacja telewizyjna była największą niezależną stacją na północnym zachodzie.

W końcu usiadł.

– Obejrzałem twoje kasety. Jesteś dobry. Bardzo dobry. Byłem wręcz zaskoczony.

– Dziękuję.

– Ileż to lat temu grałeś w Jets? Piętnaście?

– Taaak. Potem nabawiłem się kontuzji kolana. Pewnie wiesz, że poprowadziłem swój zespół do Super Bowl.

– I dostałeś nagrodę Heismana[1]. Tak – przyznał Mark. – Bardzo dużo niegdyś osiągnąłeś.

Czyżby akcent padł na słowo „niegdyś”, czy Jackowi tylko tak się wydawało?

– Dziękuję. Jak pewnie zauważyłeś w moim życiorysie, pracuję w telewizji lokalnej. Oglądalność Portland znacznie wzrosła w ciągu ostatnich dwóch lat, od kiedy tam występuję. – Pochylił się i sięgnął po aktówkę. – Zapisałem kilka pomysłów, które przyszły mi do głowy w związku z twoim programem. Sądzę, że to może być bomba.

– A co z narkotykami?

To pytanie zostało zadane od niechcenia, ale Jack wiedział, że przegrał.

– To już przeszłość. – Miał nadzieję, że nie mówi jak człowiek pokonany. – Leżąc w szpitalu, uzależniłem się od środków przeciwbólowych. Tak to się zaczęło. Potem stacja telewizyjna dała mi ogromną szansę – program Monday Night Football – i spieprzyłem sprawę. Byłem młody i głupi. Ale to się już nigdy nie powtórzy. Wiele lat temu uwolniłem się od nałogu. Możesz spytać moich ostatnich pracodawców. Potwierdzą, że bardzo poważnie podchodzę do swoich obowiązków.

– Nie jesteśmy dużą stacją, Jack. Nie możemy sobie pozwolić na żadne skandale ani niepowodzenia, które zdarzają się w dużych sieciach telewizyjnych. Prawda wygląda tak, że zostawiłeś ruiny i zgliszcza. Nie chcę podejmować ryzyka, jakim byłoby przyjęcie cię do pracy.

Jack chciałby być taki jak niegdyś, żeby mógł powiedzieć: „Wsadź sobie ten gówniany programik telewizyjny w swój pomarszczony, biały tyłek”. Zamiast tego próbował jedynie obiecać:

– Mogę wykonać dla ciebie kawał dobrej roboty. Daj mi szansę.

Każde z tych słów wywoływało wewnętrzny opór, ale mężczyzna, który ma dług hipoteczny, topniejącą liczbę akcji i dwie córki na studiach, nie może postąpić inaczej.

– Przykro mi – powiedział Mark nieszczerze.

– W takim razie po co zapraszałeś mnie na tę rozmowę?

– Mój syn pamięta cię z UW. Był przekonany, że gdy spotkam się z tobą twarzą w twarz, zmienię zdanie na twój temat. – Niemal się uśmiechnął. – Tyle że mój syn też bierze narkotyki i wierzy, że zawsze warto dać człowiekowi jeszcze jedną szansę. Ja jestem innego zdania.

Jack podniósł aktówkę. Niegdyś myślał, że rozstanie z futbolem było ciosem, po którym już nigdy nie zdołał się otrząsnąć. Dlatego właśnie po raz pierwszy sięgnął po prochy.

Mylił się.

Najgorsza była powolna, stopniowa utrata szacunku do siebie. Takie chwile pogrążają człowieka.

W końcu wstał. Wykorzystując całą energię, po raz ostatni się uśmiechnął i powiedział:

– No cóż, w takim razie dziękuję za rozmowę.

„Chociaż w rzeczywistości wcale ze mną nie porozmawiałeś, stary kutasie”.

Potem wyszedł z biura.


Elizabeth siedziała w jadalni wśród próbek farb, materiałów, z kolorowymi czasopismami na kolanach, ale nie mogła się skupić.

Może dziś wieczorem – myślała bez przerwy.

Od lat oglądała nadawane w ciągu dnia programy typu talk-show. Psychoanalitycy byli zgodni co do tego, że namiętność można rozpalić na nowo, że miłość, która przepadła gdzieś przy okazji wychowywania dzieci, da się ożywić.

Miała nadzieję, że mówią prawdę, ponieważ ona i Jack zabrnęli w ślepy zaułek. Po dwudziestu czterech latach małżeństwa zapomnieli, jak nawzajem się kochać, i byli ze sobą bardziej z przyzwyczajenia niż miłości.

Ich związek przypominał stary, postrzępiony koc. Jeśli się go nie poceruje – i to szybko – każdemu z nich zostanie jedynie garść kolorowych niteczek. Elizabeth nie mogła już dłużej liczyć na to, że wszystko jakoś samo się ułoży.

Musiała podjąć jakieś działanie. Jest to następna rzecz, co do której zgadzają się wszyscy psychoanalitycy: chcąc coś osiągnąć, trzeba zacząć działać.

Tego wieczoru więc sprawi, że ich życie zacznie się od nowa.

Przez cały dzień przy wykonywaniu codziennych zajęć myślała o swoim celu. Kiedy przyszła do domu, przyrządziła ich ulubioną kolację, to znaczy coq au vin.

Cały dom wypełniał wspaniały aromat kurczaka, wina i przypraw. Rozpalenie w kominku w salonie zajęło jej niemal godzinę (to zajęcie zawsze należało do Jacka, tak samo jak wynoszenie śmieci i płacenie rachunków). Potem pozapalała swoje ulubione świece o zapachu cynamonu i przygasiła światła. Przy świecach żółte ściany nabierały koloru stopionego masła. Po obu stronach niskiej sofy w jasnoniebieskie i żółte paski stały dwa mahoniowe stoliki, które w egzotycznym świetle połyskiwały czerwienią i złotem.

Cały dom wyglądał jak sceneria filmu erotycznego. Uwiedzenia.

Zadowolona z siebie, Elizabeth pobiegła do łazienki i wzięła prysznic, dwukrotnie ogoliła nogi i nasmarowała całe ciało balsamem migdałowym.

Potem powędrowała do swojej garderoby i dopóty grzebała w bieliźnie z Jockey For Her i stanikach od Calvina Kleina, dopóki nie znalazła koronkowego staniczka z białego jedwabiu i skąpych majteczek, które kilka lat temu dostała od Jacka na walentynki. Może więcej niż kilka, tak czy inaczej, nigdy nie miała ich na sobie.

Wówczas ten prezent nie przypadł jej do gustu. Teraz dostrzegła w nim romantyczny gest. Ile czasu minęło od chwili, kiedy Jack po raz ostatni chciał ją widzieć w seksownym stroju?

Zmarszczyła czoło.

Majteczki sprawiały wrażenie bardzo skąpych.

Pupa wyglądała w nich na potwornie dużą.

– Nie pogrążaj sama siebie – powiedziała, mając zamiar odłożyć figi.

W tym momencie dostrzegła swoje odbicie w lustrze. Spoglądała na nią czterdziestopięcioletnia kobieta o pokrytej zmarszczkami twarzy. Kiedyś ludzie mówili jej, że jest podobna do Michelle Pfeiffer. Oczywiście to było dziesięć lat temu, kiedy ważyła przynajmniej siedem kilogramów mniej.

Spojrzała na bieliznę, którą trzymała w rękach. Rozmiar numer 10. Za mały. Chociaż tylko trochę…

Gdybyż tylko mogła zapomnieć, że niegdyś nosiła szóstkę!

Powolutku włożyła staniczek. Piersi przesłaniał jedynie maleńki skrawek materiału.

Kto wie, może to nawet było seksowne?

W domu panował półmrok. Miała też nadzieję, że szybko będzie naga.

Chociaż to nie była szczególnie pocieszająca myśl.