Niegrzeczny idol

Tekst
Z serii: VIP
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Niegrzeczny idol
Niegrzeczny idol
Audiobook
Czyta Kamil Kula
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Idol

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESING

Redakcja: Dorota Kielczyk

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Monika Paduch

Fotografie wykorzystane na okładce

© Viorel Sima/Shutterstock

© DisobeyArt/Shutterstock

Copyright © 2016. IDOL by Kristen Callihan

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

© for the Polish translation by Julia Gabriel

ISBN 978-83-287-1411-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

Spis treści

* * *

Od Autorki

PROLOG

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Epilog

PLAYLISTA

PODZIĘKOWANIA

* * *

Libby

Znalazłam Killiana pijanego i nieprzytomnego, leżał na moim trawniku niczym jakiś zagubiony książę. Facet boski z wyglądu i równie bosko arogancki – nikt by mu się nie oparł. Seksowny, czarujący i trochę sprośny, urabiał mnie powoli, aż w końcu mogłam już tylko błagać o więcej.

Byłby mój, gdybym się na to odważyła. Problem w tym, że świat traktował go jak własność. Jak zatrzymać swojego idola, kiedy wszyscy pragną ci go odebrać?

Killian

Byłem wokalistą największej na świecie grupy rockowej i żyłem jak we śnie. Wystarczyła jedna fatalna decyzja – wszystko się rozwaliło. I leżało jak kupa gruzu.

Aż zjawiła się Liberty. Burkliwa, wycofana… na swój sposób słodka… Dobra, zapomnijcie, co powiedziałem. Jest zajebiście seksowna i bardziej uzależniająca niż te wszystkie fanki, które wykrzykują moje imię.

Świat chce, żebym wrócił na scenę, a ja nie chcę zostawić Libby. Muszę jakoś wyciągnąć tę pustelniczkę z jej skorupy i zatrzymać przy sobie. Bo to właśnie dzięki niej zmieniło się wszystko. Wszystko.

Od Autorki

Żeby zorientować się, dokąd iść, czasem musisz spojrzeć, gdzie jesteś. Killian i jego zespół mają własnych idoli, którzy pomogli im stworzyć oryginalne brzmienie. Muzyka, o której mowa w tej książce, nie pochodzi z minionej dekady, lecz z czasów wcześniejszych. Niektórzy mogą odkryć tu nowe piosenki, inni, tak jak ja, odbędą podróż sentymentalną.

Collar Island, gdzie mieszka Libby, jest fikcją; przede wszystkim dlatego, że dzięki temu mogłam ukształtować miejsce i jego mieszkańców tak, jak chciałam. Jeśli jednak jesteście ciekawi, jak mogłoby wyglądać, Bald Head Island w stanie Nowy Jork jest jego najbliższym odpowiednikiem.

Dziękuję i życzę wam dobrej lektury!

Pozdrowienia

Kristen

Pamięci Cobaina, Bowiego i Prince’a – rockowych idoli, którzy pomogli ukształtować soundtrack mojego życia. Odeszliście od nas zbyt wcześnie.

PROLOG

Muzyka może być przyjacielem, gdy go nie masz, albo kochankiem, którego potrzebujesz. Może być gniewem i żalem, radością i bólem. Twoim głosem, gdy stracisz własny. Być jej częścią, zostać soundtrackiem czyjegoś życia – to piękna rzecz.

– Killian James, wokalista

i gitarzysta zespołu Kill John

PRZEDTEM

Killian

Zwierzę to humorzasta bestia. W jednej chwili cię kocha, w drugiej nienawidzi i nigdy nie wiesz, jakie jego oblicze zobaczysz, aż cię dopadnie. Jeśli cię nienawidzi, nic nie poradzisz, możesz tylko próbować przetrwać i wierzyć, że cię nie zniszczy, zanim uciekniesz. Ale jeśli kocha?

Cholera, to coś najwspanialszego na świecie. Tęsknisz za tym Zwierzęciem. Nie możesz się doczekać spotkania. Staje się twoim życiem, celem, światem. Aż wreszcie czujesz się tak uzależniony, że zaczynasz go nienawidzić.

Miłość. Nienawiść. I nic pomiędzy. Nic pośredniego. Wzloty i upadki.

Już tam jest, czeka. Słyszę pomruk przechodzący w ryk. Czuję w kościach, w naelektryzowanym, aż lekko roziskrzonym powietrzu, w drżeniu podłogi pod stopami.

Moje serce przyspiesza, adrenalina już uderza do krwi.

– Gotowi na taniec z diabłem? – rzuca Whip w przestrzeń. Pije wodę z butelki, wolną dłonią wybija rytm na kolanie.

Bestia, Diabeł, Zwierzę – każdy nadaje swoje imię. To nieistotne. Ono ma nas, a my, jak na razie, mamy je.

Ryk narasta, teraz towarzyszy mu bum, bum, bum. Moje imię. Woła mnie.

Killian. Killian.

Oddycham ciężko, wstaję. Po mojej skórze przebiega dreszcz podniecenia.

Odpowiadam na wezwanie; wychodzę w światło – gorące, oślepiające – i zalewa mnie fala dźwięku, eksploduje czysta energia.

Zwierzę ryczy. Dla mnie.

A ja mam nad nim władzę. Unoszę ręce, idę do mikrofonu.

– Hej, Nowy Jork!

Odpowiada mi wrzask tak głośny, że aż odchylam się lekko na piętach.

Gitara w ręku, gładki tył, znajomy dotyk, kop adrenaliny. Zakładam pasek przez głowę. Odzywają się bębny Whipa, pulsujący beat, moje ciało zaczyna się poruszać w jego rytm. Dołączają Jax i Rye, ich riffy wibrują w złożonym układzie. Harmonia. Poezja dźwięku. Krzyk buntu.

Uderzam w struny, zaczynam śpiewać. Muzyka płynie mi w żyłach, wylewa się ze mnie jak lawa, podpala powietrze, zagrzewa do wrzasku.

Moc. Tak wielka moc. Zwierzę odpowiada, jego miłość jest tak kusząca, że twardnieje mi członek, jeżą mi się włosy na karku. Wkładam całego siebie w swój głos, w swoją grę.

W tej chwili jestem Bogiem. Wszechpotężnym. Nieskończonym.

Nic, naprawdę nic nie daje takiego kopa. Nic się z tym nie równa. To życie w czystej postaci.

Ale tak jak w życiu, wszystko nagle może się zmienić.

Tylko chwila.

I potem

koniec.

POTEM

Libby

– Wiele już napisano o pani relacji z Killianem Jamesem. Ale oboje raczej nie wypowiadacie się na ten temat. – Dziennikarka posyła mi lekki, zachęcający uśmiech, jaskrawoniebieskie włosy spadają jej na jedno oko. – Ale czy z uwagi na wczorajszy występ nie chciałaby pani powiedzieć nam trochę więcej?

Zwinięta w hotelowym fotelu (skóra i chrom), tyłem do widoku na Nowy Jork, prawie uśmiecham się na to pytanie, które słyszę już chyba po raz setny.

 

Ale od razu włącza się czujność. Uśmiech może być odczytany jako zgoda albo dowód nieśmiałości. Nie mam ochoty ustępować i mówić „trochę więcej”, i bez względu na to, co piszą krytycy, ani Killian, ani ja nigdy nie byliśmy nieśmiali – po prostu nie chcieliśmy się z naszym związkiem obnosić. Killian, którego znałam, należał do mnie, nie do nich.

– Niewiele da się powiedzieć ponad to, co wszyscy już wiedzą. – To nie do końca prawda, ale zawsze jakaś część.

Uśmiech dziennikarki staje się szerszy – barrakuda czuje krew w wodzie.

– O, chyba nie do końca. Nie znamy przecież tej historii od pani strony…

Pokonuję chęć bawienia się brzegiem rękawów swojej kaszmirowej tuniki. Boże, ten sweter, co tam sweter, nawet majtki! kosztowały więcej, niż wydawałam przez rok, zanim on wkroczył w moje życie.

Odwracam głowę i zerkam na butelki wody w srebrzystym kubełku z lodem. Ciemnozielona, złota i jeszcze jedna, z kryształkami. Asystentka z dumą oznajmiła, że ta zielona, zdaje się z Japonii, kosztuje ponad cztery stówy.

Za butelkę wody.

Nagle chce mi się śmiać. Z tego szaleństwa w moim życiu. Z tego, jak przeszłam od wody z kranu do wody z Japonii. Z tego, że mieszkanie w penthousie stało się normalką.

A potem zbiera mi się na płacz. Nigdy nie stać by mnie było na to wszystko bez niego – i każda z tych cholernych rzeczy jest bez znaczenia, jeśli jego przy mnie nie ma.

Pustka chce mnie wchłonąć. Czuję się tak samotna, że najchętniej złapałabym tę kobietę za rękę, żeby tylko poczuć kontakt z drugim człowiekiem.

Chcę mówić. Chcę, żeby ktoś mnie wysłuchał, chociaż raz. Może wtedy, ale tylko może, nie będę miała wrażenia, że się rozpadam.

Biorę wdech i patrzę na dziennikarkę.

– Co chce pani wiedzieć?

Rozdział 1

TERAZ

Liberty

Na moim trawniku leży menel. Chociaż może powinnam użyć innego słowa, bardziej poprawnego politycznie. Bezdomny? Włóczęga? Nie, zostanę przy menelu. Bo wątpię, żeby faktycznie był bez dachu nad głową i środków do życia. Wygląda mi to raczej na wybór niż konieczność.

Duży czarno-chromowy harley, którym wjechał w mój biedny płot, świadczy o pewnej zamożności. Ten sukinsyn przerył mi kawał trawy, ale nie była to wina motoru.

Rzucam menelowi groźne spojrzenie, choć raczej go nie zauważy.

Leży rozwalony na plecach, z rozrzuconymi rękami, chyba nieprzytomny. Zastanawiałabym się, czy żyje, gdyby jego pierś nie unosiła się i nie opadała w spokojnym rytmie głębokiego snu. I może martwiłabym się jego stanem, gdybym nie widziała czegoś takiego wcześniej dziesiątki razy.

Ale on cuchnie! Zresztą nic dziwnego, po skórze spływają mu strużki potu, na czarnej podkoszulce są ślady wymiotów.

Wykrzywiam usta z niesmakiem i szybko przełykam ślinę, żeby opanować mdłości. Długie, splątane brązowe włosy zasłaniają mu twarz, widać jednak, że koleś jest jeszcze przed trzydziestką. Potężny, smukłe ciało i gładka skóra na rękach. Właściwie to jeszcze bardziej przygnębiające. Młody gość i już chla na umór. Super.

Obchodzę go, mamrocząc pod nosem o palantach, którzy jeżdżą po pijaku. Po chwili wracam z wężem w ręku. Celuję starannie – strumień wody z pełnym impetem, satysfakcjonującym sykiem i pluskiem uderza w cel.

Menel wierzga gwałtownie, pluje i wymachuje rękami. Rozgląda się rozpaczliwie, szukając źródła tortur. Polewam go dalej, chcę spłukać z niego ten syf.

– Wynocha z mojego trawnika – warczę. Teraz celuję niżej, moczę mu spodnie i krocze.

– Ja pierdzielę! – Słyszę jego głęboki głos. – Możesz, kurwa, przestać?

– Nie mogę, kurwa. Śmierdzisz, jakbyś się zesrał, ale mam nadzieję, że tego nie zrobiłeś, bo to by już było dno.

Przesuwam strumień wody w górę, długie ciemne włosy rozsypują się na wszystkie strony, menel znowu parska i prycha.

Potem wrzeszczy. Tubalny głos dudni mi w uszach, pewnie umarłabym ze strachu, gdyby koleś nie był zbyt słaby, żeby ustać na nogach. Wystarcza mu sił tylko na to, żeby podnieść rękę i odsunąć z twarzy mokre kosmyki.

Jego ciemne oczy płoną złością. Dobra, kończmy tę zabawę. Opuszczam wąż i mówię:

– Wywalaj z mojego trawnika.

– Pojebało cię?

– Mnie? To nie ja leżę nieprzytomna w rzygach na cudzej posesji.

Menel patrzy dokoła, jakby dopiero teraz ogarnął sytuację. Nie ogląda swoich ciuchów. Skoro przyklejały mu się do ciała, to chyba wie, w jakim są stanie.

– I mała rada – ciągnę. – Nie bądź taki banalny.

To go zastopowało. Gapi się na mnie, woda spływa mu po policzkach na kanciasty podbródek.

– Nie znasz mnie, żeby oceniać.

Prycham.

– Jesteś gościem, który rozbija się na motorze zalany w trupa. Motor pewnie wyciągasz tylko w weekendy. Długie włosy, twarz niegolona całe tygodnie pewnie po to, by świat zrozumiał, jaki z ciebie twardziel. – Zerknęłam na jego mocne, umięśnione ręce. – Brakuje mi tylko jednej rzeczy: tatuaży, ale może masz na tyłku wydziarane „mamusia”.

Słyszę coś jakby śmiech, ale podszyty złością.

– A kim ty jesteś? – rzuca.

Ciekawe, ile pogardy udało mu się zawrzeć w tym jednym zdaniu, biorąc pod uwagę jego aktualną kondycję. W przeciwieństwie do smrodu skromność nie była jego wierną towarzyszką.

– Kimś, komu zdemolowałeś podwórko. Wręczyłabym ci rachunek, ale nie chcę się zbliżać do tego sztynksu. – Wycieram dłonie o dżinsy i patrzę na niego ostro. – A teraz spadaj, zanim wezwę policję.

Bez dwóch zdań – wściekłam się. Ruszam w stronę domu. Demonstracyjnie maszeruję długim podjazdem, choć planowałam iść z godnością.

Ale powoli się uspokajam. Przez ostatnie kilka miesięcy byłam taka wyciszona i wycofana, że może powinnam podziękować aroganckiemu bubkowi za ten przerywnik.

Jednak moja wdzięczność nie jest aż tak wielka, żeby pozwolić mu iść za mną. Widzę go kątem oka, wstaje chwiejnie, zdejmuje mokrą podkoszulkę, ciska na ziemię.

Teraz jeszcze striptiz. Super.

Przyspieszam, zła, że mój podjazd jest taki długi, co najmniej pięćdziesiąt metrów od krawężnika do wycieraczki.

Ciska za mną butem. Zerkam do tyłu, teraz już niespokojna. Ściąga spodnie. Żylasty, wkurwiony gość, metr osiemdziesiąt, właśnie idzie za mną, nagi. Właśnie widzę tatuaże, których się spodziewałam, w każdym razie jeden duży, jakieś przecinające się linie, na torsie i przedramieniu.

Skupiam się na wzorach, żeby nie patrzeć, jak jego członek kołysze się niczym wahadło podczas tego pochodu.

Rzucam mu przez ramię groźne spojrzenie.

– Jeszcze jeden krok i cię zastrzelę.

– Musiałabyś mieć strzelbę, nie? – odburkuje. – To byłby dopiero banał. Brakuje ci tylko kombinezonu i słomki do żucia, Elly May[1].

Odwracam się na pięcie.

– Czy właśnie nazwałeś mnie wsiową dziewuchą?

Też się zatrzymuje. Z rękami na biodrach, zupełnie nieskrępowany swoją nagością, mój trawnikowy menel stoi i patrzy na mnie tak, jakby świat należał do niego.

– A nie jesteś, słonko?

Pot spływa po mnie ciurkiem. Robię krok w stronę natręta, ale tylko jeden, nadal strasznie od niego cuchnie. Z tej odległości mogę stwierdzić, że urody mu nie brakuje. Wprawdzie jest zapuszczony, blady i ma przekrwione oczy, ale również – regularne rysy i długie rzęsy. Wkurza mnie to jeszcze bardziej.

– Słuchaj, koleś, łażenie nago za kobietą podpada pod napastowanie seksualne.

Parska.

– To by wiele mówiło o twoim życiu seksualnym, Elly May. Ale spokojna głowa, nawet gdybym chciał cię przelecieć, wypiłem tyle, że i tak mi nie stanie.

– Pewnie często ci się to zdarza, co? – Marszczę nos, wciąż nie spuszczając wzroku z jego twarzy. – I ty będziesz mi mówił o deficytach seksualnych?

W jego oczach pojawiają się iskierki, wygląda, jakby miał ochotę się zaśmiać. Ale zamiast tego prycha i wykrzywia usta.

– Daj mi godzinę i kubek porządnej kawy, a potem wrócimy do tej rozmowy.

– Jeszcze chwila i zażądasz śniadania.

Na jego twarzy pojawia się bezczelny uśmiech.

– Skoro już o tym wspominasz…

– Wiesz, co mnie w tym wszystkim wkurza najbardziej? – warczę.

Jego ciemne brwi unoszą się, tak jakby nie zrozumiał.

– Co?

To nie była odpowiedź na moje pytanie, raczej wyraz tego, że słabo kontaktuje, ale i tak odpowiadam.

– Że mogłeś kogoś przejechać. Potrącić mnie albo innego nieszczęśnika, gdy jechałeś napruty. – Smutek chwyta mnie za serce. – Mogłeś zniszczyć komuś życie…

Blednie, jego niedorzecznie długie rzęsy trzepoczą, gdy mruga.

– Chcesz się zabić? – wściekam się dalej. – To wybierz inny sposób…

Urywam. Słyszę, jak warczy, i – słowo daję – widzę, jak obnaża zęby. Gwałtownie robi krok w moją stronę, jakby chciał mnie zaatakować, ale się zatrzymuje.

– Nie waż się… Nie masz pojęcia, co… – Jego twarz szarzeje, gdy tak chwiejąc się, patrzy na mnie z wysokości swojego metra osiemdziesięciu.

Mierzymy się wzrokiem. W jego oczach płonie gniew.

To mnie dekoncentruje, dlatego nie rozpoznaję sygnałów ostrzegawczych.

– Nawet nie wiesz… – zaczyna i gorączkowo przełyka ślinę.

Dopiero wtedy dociera do mnie, co się za chwilę stanie; odskakuję, ale już za późno – trawnikowy menel pochyla się i puszcza pawia. Prosto na mnie.

Szok wbija mnie w ziemię na jedną straszną chwilę. A potem czuję smród. Zmuszam się, żeby podnieść wzrok i spojrzeć temu bydlakowi w twarz. Do gardła mi się ciśnie tysiąc przekleństw, ale przez zaciśnięte zęby wydostaje się tylko jedno zdanie:

– Nienawidzę cię.

Killian

Zwykle gdy kobieta oznajmia, że cię nienawidzi, i patrzy na ciebie zimnym, nieruchomym wzrokiem, to stara się uniknąć dalszego kontaktu.

Ale nie Elly May, która przyszła tu prosto z piekła, razem ze swoim szlauchem.

No dobra, właśnie ją obrzygałem, więc ma powód, żeby mnie nienawidzić. Całkiem dobry.

Nie przepraszałem nikogo całe lata, a teraz cichy głos z tyłu głowy podpowiada mi, że powinienem to zrobić. Ale wypita whisky chlupocze w głowie, zalewa ten cichy głos. Ja pierdzielę, we łbie mi huczy, w uszach dzwoni, wszystko się kołysze.

Zaraz się przewrócę, po prostu wiem, że tak będzie. Resztką świadomości rejestruję, że zamiast się odsunąć, moja dręczycielka robi krok do przodu, łapie mnie, chce podtrzymać.

Powodzenia, słonko.

Słyszę, jak klnie, gdy ugina się pod moim ciężarem i oboje upadamy. Chyba się śmieję, ale nie mam pewności. Zapadam się w nicość. Właśnie tego chciałem.

• • •

Wszystko jest rozmazane, woda chlusta mi w twarz, znowu. Cholera, jakie to wkurzające.

Pluję, próbuję się osłonić, ale ręce nie słuchają, są bezładne, jak z gumy.

– Przestać machać łapami, ty wrzodzie na tyłku – rzuca dziewczyna.

Elly May, diabeł wcielony. Nieważne, że jej głos brzmi słodko jak lody waniliowe, i tak jest diabłem. Wodnym diabłem. Może w piekle wcale się nie smażymy? Może cały czas się topimy?

– Nie bój się, nie utoniesz – warczy, znowu mnie polewając.

Spluwam, ślina ma smak pawia i alkoholu. Nic nie widzę przez ten potop.

– Co jest? Oszalałaś z tą wodą? – udaje mi się wykrztusić, zanim zaleje mnie nowa fala.

– Ma magiczną zdolność zmywania syfu – odpowiada Elly May, trąc ręką moją pierś, mocno, jakby chciała zedrzeć mi skórę. Widzę bańki mydlane. Pachną grejpfrutem i wanilią. Dziewczyńskie mydło.

– Tak, to mydło. Woda i mydło, żeby się umyć – tłumaczy, jakbym był dzieckiem. – Wariactwo, nie?

Sarkazm. O, sarkazm to moja specjalność. Pod warunkiem że nie jestem aż tak pijany, żeby nie móc otworzyć oczu.

Mocne dłonie przesuwają się po mojej głowie, palce próbują rozczesać włosy.

– Rany, kiedy ostatnio widziałeś grzebień?

– Po urodzeniu. Dobra, zostaw mnie. Daj mi się podnieść.

– Zahaftowałeś sobie włosy. Chcę to spłukać.

Pozwalam, żeby polewała mnie wodą, jej pomstujący głos zbliża się i oddala. Nie jest delikatna. Nieważne. I tak nie radzę sobie z delikatnością.

Teraz mnie podnosi, ciągnie. Wszystko dalej się kręci, wiruje, kołysze. Nijak nie mogę się od tego uwolnić.

– Nic nie słyszę, oprócz twojego bełkotu – mówi.

Widzę nad sobą jej twarz w rozmytej aureoli.

Pode mną pojawia się coś miękkiego. Chłodne prześcieradło. Ciężka kołdra.

 

Przetacza mnie na bok, układa poduszki za moimi plecami.

– No, człowieku, jeśli znów puścisz pawia, będziesz zdany tylko na siebie.

Jak zawsze, słonko.

Rozdział 2

Killian

Poduszka pod moją głową jest… zajebista. Serio. Jak miękka chmurka czy coś takiego. Kurde, naprawdę mi staje z powodu poduszki?

Ten korowód myśli budzi mnie, otwieram oczy. Słońce razi, krzywię się, na moment zaciskam powieki. Cały pokój jest biały. Ściany wyłożone białymi panelami, pościel, zasłonki poruszane lekkim podmuchem, który wpada przez otwarte okno.

Przyciskam twarz do chłodnej chmurki i nabieram powietrza. Czaszkę rozcina mi siekiera bólu, w ustach mam kapeć.

Na szafce przy łóżku stoi wysoka szklanka z czerwonym płynem. To chyba świeżo wyciśnięty sok, szklanka jest zroszona, tak jakby ktoś przyniósł ją tu przed chwilą. Obok leżą cztery niebieskie tabletki i kartka: Dla przestępcy przygłupa.

Chociaż ruch destabilizuje mi żołądek, parskam śmiechem. Przypominam sobie cięty język i twarde dłonie dziewczyny. Ale odsuwam te myśli, nie chcę pamiętać, jak strasznie byłem pijany; biorę szklankę.

Płyn pachnie trochę jak krwawa mary, a trochę ostro i cytrynowo. Nie chcę go próbować, ale siekiera wbija się głębiej, a ja mam straszne pragnienie.

Idzie mi ciężko, czuję mdłości, tabletki prawie utykają w przełyku. Płyn jest musujący, dziwne – to chyba krwawa mary z cytryną, imbirem i czymś gazowanym. Może dosypała też arszenik, cholera wie. Gdy dopijam, uznaję, że może jednak będę żył.

Leżę na białej puchatej poduszce, w powietrzu unosi się zapach morza. Słucham szumu wiatru. Dopóki stukanie garnkami i trzask drzwiczek w szafkach nie zwrócą mojej uwagi.

Elly May.

Gdyby naprawdę tak się nazywała, uśmiałbym się po pachy. Ale to imię bardziej pasuje do krzepkiej dziewczyny, która lubi rżnąć się na sianie; taka to najpierw wydoi cię do sucha, potem zaoferuje swoją brzoskwinkę.

Moja Elly May jest zupełnie inna.

Wczorajszy dzień ginie we mgle, ale pamiętam tę gniewną twarz i ostry język.

Znów słyszę trzask drzwiczek i stłumione „kurwa”.

Siadam z jękiem, pokój wiruje, oddycham powoli, spokojnie. Jestem zupełnie nagi. Uśmiecham się pod nosem. Najciekawszy prysznic od bardzo dawna, a ja nawet się nie spuściłem.

Mija cała wieczność, zanim wstanę, i druga, nim się ubiorę. Moje rzeczy leżą złożone na krześle i pachną płynem do płukania Tide. Moja babcia używała tego płynu. Ubieram się i ruszam do drzwi.

Chyba spałem w pokoju na tyłach starego domu. Nie pamiętam, jak wygląda z zewnątrz, ale w środku jest typowym wiejskim domkiem z drewnianymi podłogami i starymi meblami.

Spostrzegam gitarę akustyczną w dobrym stanie; rozglądam się, całą ścianę zajmują regały wypełnione starymi winylami, są tu chyba setki albumów. Poza kilkoma didżejami nie znałem nikogo, kto trzymałby w domu tyle płyt. W pokoju unosi się zapach kurzu i stęchlizny.

Czyli gra na gitarze i uwielbia muzykę. Boże, proszę cię, spraw, żeby nie okazała się jakąś stukniętą psychofanką… Ale biorąc pod uwagę wzrok, jakim przeszywała mnie wczoraj, nie należy do moich wielbicielek.

Idę za odgłosami i docieram do kuchni, dużego kwadratowego pomieszczenia ze zwykłym stołem pośrodku, przy którym zmieściłoby się dwanaście osób.

Elly May nie zwraca na mnie uwagi, gdy siadam przy stole. Poruszam się powoli, każdy ruch powoduje dyskomfort. Niech to szlag, nigdy więcej się tak nie urżnę. Nigdy więcej.

W milczeniu przyglądam się, jak miesza coś w garnku na kuchence, próbuje. Na pewno nie jest typem wsiowej dziewuchy czy seksownej lali. Jej pulchną pupę opinają zniszczone dżinsy, na nogach ma ciężkie czarne buty, świetnie nadające się na mój motor, który pewnie nadal stoi wmontowany w płot. Nie pamiętam wypadku. Na całym ciele nie widzę nawet zadrapania. Niezbadane są wyroki losu – czemu rzucił mnie właśnie tutaj? Nie mam pojęcia.

Odwraca się od kuchenki, teraz stoi do mnie profilem. Długie proste włosy w kolorze mokrego piasku, szare oczy, owalna twarz. Być może jej rysy są delikatne, ale teraz wyostrzyły się i stwardniały. Elly May wydaje się dość przeciętna.

Dopóki nie otworzy ust.

Bo wtedy robi się zajebiście ciekawie.

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek jakaś kobieta tak po mnie jechała jak ona wczoraj. Gdyby polewanie zimną wodą mnie nie otrzeźwiło, jej cięty język zrobiłby to na pewno.

Tak, język ma ostry jak brzytwa i umie się nim posługiwać. Choć akurat w tej chwili tego nie robi. Niepokojące.

– Cześć… – Mój głos brzmi chrapliwie. – Ja… yy… tego… No, dzięki, że… – Przełykam ślinę. – No, dziękuję.

A ludzie nazywają mnie poetą.

Prycha, jakby właśnie pomyślała to samo. Nagle pragnę, żeby odwróciła się i na mnie spojrzała.

Robi to – widzę na jej twarzy niesmak.

– Wypiłeś to, co ci zostawiłam?

– Tak jest, proszę pani. – Salutuję z głupkowatym uśmieszkiem.

Rzuca mi ciężkie spojrzenie, potem bierze miskę, napełnia ją. Z ciężkim tupotem buciorów podchodzi do stołu i stawia przede mną naczynie. W środku są jakieś białe grudki.

– To kasza – wyjaśnia, zanim zdążę się odezwać. – Nie chcę słyszeć żadnego pierdzielenia, po prostu jedz.

– Zawsze jesteś taka promienna? – pytam i biorę łyżkę, którą podsuwa mi pod twarz.

– Przy tobie? Owszem. – Bierze swoją miskę i siada z dala ode mnie.

– Nieduża wprawdzie jest, ale zawzięta. – Elly May ma pulchny tyłek, jednak drobne kości. Wzrost: najwyżej metr sześćdziesiąt.

Jej grymas ma wymiar epicki.

– Czy właśnie zacytowałeś Szekspira?

– Widziałem to kiedyś na tatuażu – kłamię, lubię się z nią drażnić, to mnie bawi. – I chyba było coś jeszcze… – Drapię się w brodę. – Jak to leciało? Mam: Gdy się rozzłości, potrafi dotkliwie dokuczyć…[2].

– W życiu nie widziałam tego fragmentu na tatuażu – mruczy, zerkając podejrzliwe, i zaczyna pałaszować kaszę.

Odpowiadam niewinnym wzrokiem; jemy razem w milczeniu. Kasza jest dobra, nieźle przyprawiona, ale konsystencja budzi mdłości.

– Twój napój bardzo mi pomógł – odzywam się, żeby wypełnić ciszę. Kiedyś myślałem, że lubię ciszę, teraz nie znoszę jej z całego serca.

– Mój ojciec leczył tym kaca.

Brzęczyk timera, Elly May wstaje. Czuję zapach ciastek i ślina napływa mi do ust. Jak głodny pies podążam za nią wzrokiem, obserwuję, jak wyjmuje blachę z piekarnika, układa na talerzu złocisty stos.

Gdy stawia talerz na stole, rzucam się na ciastka, parząc sobie język i palce. Nieważne. Są takie pyszne. Niebo w gębie.

Patrzy na mnie, jej usta poruszają się, jakby nie wiedziała, czy się uśmiechnąć, czy skrzywić. Trzeba przyznać, ma ładne usta. Nieduże, ale jakby stworzone do pocałunków.

– Chcesz do tego masło?

– Jeszcze się pytasz? – Udaje mi się wykrztusić między jednym kęsem a drugim.

Wstaje, wyjmuje pojemnik, w którym, jak się okazuje, jest masło miodowe – zabijcie mnie, jakie to razem dobre – i robi nam kawę. Nalewa mleka do obu kubków, nie pytając, czy taką lubię. Zwykle piję czarną z cukrem, ale nie komentuję. Jeszcze zabrałaby ciastka.

Przełykam kolejny kęs tej ambrozji.

– Jak masz na imię? – pytam.

Nie mogę jej przecież nadal nazywać Elly May. Co prawda zaraz stąd zniknę, więc to i tak nie ma większego znaczenia, a jednak chcę wiedzieć. Owszem, jest upierdliwa, ale co tu dużo mówić: zajęła się mną; ja na jej miejscu wezwałbym gliny.

Odstawia kubek i patrzy mi prosto w oczy.

– Liberty Bell[3].

Zastanawiam się, czy się zgrywa, ale sądząc po bojowej minie, jest absolutnie poważna.

– Bardzo… patriotycznie.

Prycha, bierze łyk kawy.

– Raczej śmiesznie. Ale moi rodzice to uwielbiali, a ja uwielbiałam ich, więc… – Wzrusza ramionami.

Uwielbiałam. Czas przeszły.

– Mieszkasz tu sama?

Jestem na siebie zły za to pytanie, bo spina się, a jej łagodne szare oczy znów nabierają odcienia stali. Wstaje od stołu.

– Twój motor odholowano dziś rano, mogę cię podrzucić do miasta, żebyś załatwił wszystko z mechanikiem.

Ja też wstaję, za szybko, podłoga znów się kołysze.

– Hej, czekaj… – Zatrzymuje się, żeby na mnie spojrzeć, a ja pierwszy raz w życiu nie wiem, co powiedzieć. Przesuwam ręką po splątanych włosach, przypominam sobie, jak je wczoraj spłukiwała. – Nie zapytasz, jak ja się nazywam?

Co ja w ogóle plotę? Przecież to ostatnia rzecz, jaką chciałbym powiedzieć. Ale jestem wkurzony, że tak mnie spławia, i niech to szlag, jeśli wiem, czemu to takie denerwujące.

Ogląda mnie od stóp do głowy, powolna inspekcja, od której swędzi skóra. To nie jest wzrok pożądania, to osąd. I chyba niekorzystny dla mnie. Znów po raz pierwszy.

Jej włosy lśnią w słońcu i falują, gdy stanowczo kręci głową.

– Nie. Nie zapytam.

A potem zostawia mnie z kubkiem stygnącej kawy i talerzem ciastek.

Liberty

Zbyt długo byłam sama; nie wiem, jak się zachować w obecności ludzi. A zwłaszcza tego faceta. Wczoraj był odrażający, nachlany i upodlony. Powinnam zostawić go na trawniku i wezwać policję. Oni by go zabrali, a ja spokojnie wzięłabym prysznic.

Ale nie mogłam. Nie wszyscy napruci goście są źli, niektórzy są zagubieni. Nie wiedziałam, jaki jest jego problem, wiedziałam tylko, że nie dam rady go tak zostawić.

Dlatego zaciągnęłam kolesia do łazienki i tam umyłam. Zero podtekstu seksualnego – śmierdział straszliwie i ledwo stał, a ja byłam tak wściekła, że chętnie skręciłabym mu ten umięśniony kark.

W dodatku musiałam oddać idiocie swoją sypialnię. Nie było mowy, żebym zatargała go na górę do gościnnego.

Ale teraz drań budzi we mnie mieszane uczucia. Jego obecność w moim domu jest tak intensywna, jakby jednego pokoju było mało, żeby ją pomieścić.

Obecność. Moja mama mawiała, że są ludzie, którzy po prostu mają to coś. I aż do dziś nie rozumiałam, o co jej chodziło. Bo choć plątał mu się język i był skacowany, nadal emanował energią. Wypełniał powietrze niczym perfumy, osiadał na mojej skórze i sprawiał, że chciałam się o niego ocierać, żeby dostać jeszcze odrobinę tego czegoś, jakby samo przebywanie z nim i mnie czyniło kimś wyjątkowym.

To wszystko wydawało się bez sensu. Ale życie rzadko kiedy ma sens.

Teraz, gdy nie jest już brudny ani pijany, wyraźnie widać jego urodę. Wysoki, dobrze zbudowany, a przy tym szczupły i muskularny. Energiczny. Włosy, skołtunione i opadające w nieładzie na ramiona, są koloru czarnej kawy. Większość twarzy skrywa niechlujna broda, co jest… irytujące. Zasłania zbyt dużo.

Ale i tak wygląda na przystojnego faceta. Mocno zarysowany nos, wyraźnie kiedyś złamany, pasuje do twarzy; wysokie kości policzkowe i kanciasty podbródek stanowią kwintesencję męskości.

Czy na kogoś by to nie podziałało?

I jeszcze oczy, naprawdę piękne. Pod ciemnymi, zamaszystymi kreskami brwi lśnią niczym obsydian.

I śledzą każdy mój ruch, co mnie peszy.

Dałam mu kaszę, żeby przestał się na mnie gapić, ale nie pomogło. Obserwował mnie nawet wtedy, gdy pałaszował ciastka tak łapczywie, jakby nie jadł od tygodnia. Ale nie patrzył na mnie w sposób seksualny, raczej jakbym stanowiła problem, z którym przyszło mu się zmierzyć. Ironia tej sytuacji rozbawiła mnie.