Córka gliniarza

Tekst
Z serii: Rock Chick
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Córka gliniarza
Córka gliniarza
Audiobook
Czyta Wiktoria Wolańska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Rock Chick

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Dorota Kielczyk

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Agata Rogowska

Copyright © 2008 Kristen Ashley

All rights reserved.

For the cover illustration © Samantha Kandinsky

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

© for the Polish translation by Julia Gabriel

ISBN 978-83-287-1355-0

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2020

Spis treści

Rozdział 1 Wielkie polowanie na Liama

Rozdział 2 Powinienem przełożyć cię przez kolano

Rozdział 3 Wybieram bramkę numer dwa

Rozdział 4 Mam cię znów pocałować?

Rozdział 5 Babeczki

Rozdział 6 Strefa „Kinky” Friedmana

Rozdział 7 Właź do środka, słonko

Rozdział 8 Nie lubi Nixona

Rozdział 9 Nowa definicja „bycia spoko”

Rozdział 10 Jazda testowa

Rozdział 11 Dobranocka dla niegrzecznych dziewczynek

Rozdział 12 Spełniłem swój obowiązek

Rozdział 13 Pandemonium w gejowskim barze

Rozdział 14 Czy on do kogoś dzwonił?

Rozdział 15 Nie mówiłaś o cieście

Rozdział 16 Maszyna stop

Rozdział 17 Potrójne ostrzeżenie

Rozdział 18 Naga wdzięczność

Rozdział 19 Eddie i Darius

Rozdział 20 Dwie dusze rozdzielone w niebie

Rozdział 21 To nie są ćwiczenia

Rozdział 22 Sympatyczny morderca z sąsiedztwa

Rozdział 23 Powiedz, że to nie tak, Tex

Rozdział 24 Potrzebuję Metalliki

Rozdział 25 Długotrwała wytrzymałość

Rozdział 26 Plask

Rozdział 27 Gdzie jest Lee, do cholery?

Rozdział 28 Ty cholerny zarozumialcu

Rozdział 1
Wielkie polowanie na Liama

Nigdy nie byłam na bakier z prawem. Do tej pory.

To wydawało się totalnie niemożliwe, jestem przecież córką gliniarza.

Chroni mnie karma córki gliniarza, więc dopóki nie biorę dragów, nie diluję, nie kradnę, nie puszczam się za pieniądze i nie zabijam (każda z tych rzeczy przekreśliłaby karmę), jestem chroniona.

Co nie znaczy, że nie robiłam głupstw nie do końca zgodnych z prawem. Robiłam, i to całe mnóstwo.

***

No bo tak…

Dostałam całkiem sporo mandatów za złe parkowanie, ale to się w sumie nie liczy.

Kilka razy zatrzymano mnie za przekroczenie prędkości, choć to akurat nigdy nie skończyło się mandatem.

Przechodziłam przez ulicę w niedozwolonym miejscu (tak robię, jak się spieszę, czyli prawie zawsze).

Do czynów nie do końca zgodnych z prawem można chyba też zaliczyć to, że wdarłam się za kulisy na koncercie Aerosmith. Udało mi się nawet dotknąć piersi Joe Perry’ego opuszkami palców i przez moje ciało (zwłaszcza przez pewne miejsca) przebiegł prąd takiej rozkoszy, jakiej nie doświadczyłam nigdy przedtem ani nigdy potem. Niestety, chwilę później ochroniarz mnie stamtąd wyciągnął.

W sumie nie jestem pewna, czy wdarcie się za kulisy i dotknięcie Perry’ego było nielegalne, ale powinno być, biorąc pod uwagę, że dało mi znacznie więcej przyjemności niż cała masa nielegalnych akcji.

***

Do rzeczy: dwadzieścia minut temu mój pracownik Rosie powiedział coś, czego wolałabym nie słyszeć.

Rosie bywał trudny, ale to już przestało być zabawne. Teraz wciągnął w swoje sprawki drugiego pracownika – Duke’a, a Duke’a lubiłam jak mało kogo na świecie.

Chwilę potem Rosie i ja zamknęliśmy moją księgarnię i stojąc przed nią, zastanawialiśmy się, co z tym czymś zrobić.

Zaraz potem podeszło do nas dwóch gości, coś zagadali, ale ta rozmowa nie poszła dobrze (powiedzmy sobie szczerze: przeze mnie) i zaczęli do nas strzelać.

Strzelać! Do nas!

Z broni palnej!

W której były naboje!

Zwialiśmy, na szczęście nie zostawiając za sobą śladów krwi.

I teraz, zdyszani, siedzieliśmy w moim samochodzie, w ciemnym zaułku ciemnej alejki, w labiryncie uliczek starej dzielnicy Baker, ja gapiłam się na swoją komórkę i gorączkowo myślałam, co – do ciężkiej cholery – powinnam zrobić.

***

Ale od początku.

Nazywam się India Savage, mówią na mnie Indy, jestem córką Toma Savage’a i zna mnie praktycznie każdy gliniarz, nawet żółtodzioby. Jak byłam mała, to albo siedziałam na posterunku, czekając na tatę, albo spędzałam czas z jego kumplami. A, no i z tatą nadal chodzimy razem do Fraternal Order of Police[1] na pieczeń wieprzową.

Do tego dochodzi jeszcze mój wygląd. Nie żebym się chwaliła, rzecz w tym, że w gliniarzach aż buzuje testosteron, a ja jestem, no, tego… dziewczyną.

Większość kumpli taty zwróciła na mnie uwagę, kiedy skończyłam szesnaście lat. Problem w tym, że gdyby któryś mnie tknął (nawet jak już byłam pełnoletnia), pozostali by go zastrzelili.

Tak to właśnie wygląda, jak się jest córką gliny. Przyjmujesz to z dobrodziejstwem inwentarza.

***

Pewnego wieczoru w mojej nie tak krystalicznie czystej i świetlanej przeszłości koledzy taty, Jimmy Marker i Danny Rose, przyłapali mnie i moją przyjaciółkę Ally Nightingale (tak, byłyśmy nieletnie) na piciu alkoholu. I zgarnęli nas na posterunek.

Tata nie był zły; potraktował to jako szczeniacki wybryk. Miał tylko jedno dziecko, a jego żona nie żyła. Kiedyś liczył, że jeszcze dorobią się syna, ale mama zmarła, gdy miałam pięć lat. Najpierw byli zbyt zabsorbowani mną, żeby zdecydować się na drugie dziecko, a po jej śmierci tata chyba nie doszedł do siebie na tyle, żeby ożenić się po raz drugi.

Zawsze powtarzał, że Katherine Savage nigdy nie da się zapomnieć.

Mówił też, że wyglądam tak samo jak ona, co potwierdzały zdjęcia. Z wyjątkiem niebieskich oczu – te miałam po nim.

I wszyscy mówili, że zachowuję się identycznie jak ona kiedyś.

Tak czy inaczej, tata uznał naszą libację za zabawną i powiedział, że gdybym była chłopakiem, to ta akcja z przyskrzynieniem nas przez jego ziomków byłaby czymś w rodzaju inicjacji. Jego najlepszy kumpel i wieloletni partner Malcolm Nightingale stwierdził to samo.

Żona Malcolma, która przyjaźniła się z moją mamą i przysięgła jej na łożu śmierci, że pomoże tacie wychować córkę, Kitty Sue Nightingale, nie uznała mojego pobytu na posterunku za zabawny.

Żaden z moich młodzieńczych ekscesów, w jakiejkolwiek formie, nigdy nie wydawał się Kitty Sue zabawny. Zbyt mocno martwiła się o moją nieśmiertelną duszę.

Zresztą Kitty Sue miała pełne ręce roboty, wychowywała nie tylko mnie, ale i trójkę własnych dzieci. A że dwoje z nich to Lee i Ally, łatwo nie było.

Kitty Sue rozmawiała z kaznodziejami, nauczycielami i pedagogami szkolnymi, z trenerami małej ligi softballu, baseballu i footballu, z plotkarzami i plotkarkami z sąsiedztwa, jednym słowem z każdym, kto mógłby pomóc jej stworzyć sieć nadzoru nad dzieciakami Savage/Nightingale. Lecz mimo wszelkich wysiłków, w tej sieci zostały spore dziury.

Z Allyson Nightingale przyjaźnimy się niemal od jej narodzin. Ally – najmłodsze dziecko Kitty Sue i Malcolma – jest dużo bardziej szurnięta niż ja głównie dlatego, że się niczego nie boi.

Za to Lee to zupełnie inna historia. Był rozrabiaką przez duże R.

Po tym jak Jimmy i Danny przyłapali mnie i Ally na rzyganiu w przydrożnych krzakach, wycwaniłyśmy się. Gdy zdarzało się nam imprezować i przesadzić z alko, dzwoniłyśmy po Lee, a on przyjeżdżał i nas zgarniał.

Nieważne, gdzie był, nieważne, co robił, zjawiał się swoim starym stylowym mustangiem, otwierał drzwi od strony pasażera i z uśmieszkiem patrzył, jak wytaczamy się z czyjegoś domu i ładujemy do jego samochodu. Potrafił rozpoznać po odgłosach, kiedy będziemy rzucać pawia, i zanim do tego doszło, zatrzymywał się i wyciągał którąś z nas, żeby sobie ulżyła na poboczu, a nie w jego wozie. Miał też duże doświadczenie w przytrzymywaniu włosów haftujących dziewczyn.

W tamtych barwnych czasach dzwoniłyśmy czasem do drugiego brata Ally, Hanka, ale on zawsze prawił kazania. Był najstarszym dzieckiem Nightingale’ów i uważał, że musi zachowywać się odpowiedzialnie. Pouczał nas, ale nie donosił; donoszenie byłoby przegięciem.

 

Nic też dziwnego, że Hank został gliną.

Ani że nikt tak naprawdę nie wie, co robi Lee.

Henry „Hank” Nightingale był kapitanem drużyny futbolowej, został Królem Balu, zdobył tytuł Najlepszego Sportowca, Najbardziej Lubianego Ucznia, Najpiękniejszego Uśmiechu i stanowił połówkę Najlepszej Pary. Miał metr osiemdziesiąt osiem, uda, którymi mógłby łupać orzechy, niezły tyłek i chyba sporo w rozporku, zabójczy uśmiech, gęste brązowe, lekko falowane włosy i orzechowe oczy. W liceum Hank był dobroduszny, rycerski i miał stałą dziewczyną. Niewiele z tego się do tej pory zmieniło (no tyle że nie ma dziewczyny).

Z kolei Liam „Lee” Nightingale potrafił spiąć na krótko każdy samochód, jeździł mustangiem i motorem, zaczął palić w wieku trzynastu lat i podobno mógłby zapłodnić dziewczynę samym tylko spojrzeniem. On również zdobył tytuł Najpiękniejszego Uśmiechu, miał metr osiemdziesiąt dziewięć i sprawiał wrażenie, że spłowiałe dżinsy zaprojektowano specjalnie dla niego. Tak jak brat miał gęste ciemne włosy i czekoladowe oczy z długimi rzęsami. Podobnie też jak Hank był dobroduszny, lecz w zupełnie inny sposób. Bez najmniejszego wysiłku rwał każdą osobę płci przeciwnej, która miała długie włosy, duże cycki i fajny tyłek. Wystarczyło, że kiwnął palcem, rzucił spojrzenie, a w przypadku dziewczyny nie do zdobycia – uśmiech.

Rwał każdą, z wyjątkiem mnie. I to bez względu na to, jak się starałam, a powiedzmy to sobie jasno: starałam się bardzo.

Ja też mam duże piersi, zarąbisty tyłek, długie kasztanowe włosy, i serio, nie wyglądam jak zombie.

Próbowałam poderwać Lee, odkąd pamiętam.

Powinnam wybrać Hanka. Teraz byłabym szczęśliwą mężatką, pewnie miałabym dzieci, a już na pewno regularny seks.

Ale guzik z tego.

Jestem rock’n’rollową laską i nic już nie można na to poradzić.

W wieku ośmiu lat Ally i ja postanowiłyśmy, że wyjdę za Lee i w ten sposób zostanę jej „prawdziwą” siostrą. Ona będzie moją druhną, zamieszkamy w domkach naprzeciwko z białym sztachetowym płotem, a moja (i Lee) pierwsza córka będzie miała na imię Allyson.

Zawarłyśmy pakt krwi, kłując się w kciuk agrafką i mieszając krew, a potem spędziłyśmy kolejne dwanaście lat, usiłując przekuć tę fantazję w rzeczywistość, na wszystkie sposoby, jakie tylko nasze przebiegłe i pokrętne umysły mogły wykminić.

Pech polegał na tym, że choć kodeks etyczny Lee był nieco mglisty, ja podpadałam w nim pod zasadę numer dwa. Zasada numer jeden brzmiała: „Nie będziesz wyrywał dziewczyny brata swego”, numer dwa zaś: „Ani wyhaczał przyjaciółki młodszej siostry swojej”.

Poza tym dorastałam jako członek rodziny, przez co stawałam się niemal młodszą siostrą. Gdy po raz ostatni próbowałam go poderwać (miałam wtedy dwadzieścia lat, on dwadzieścia trzy), powiedział mi to wprost. Wyjątkowo upokarzające przeżycie.

Wszystkie poprzednie próby kończyły się podobnie, ale wtedy nie zdołało mnie to powstrzymać. Tym razem jednak… jego słowa z jakiegoś powodu naprawdę mnie zabolały. Nie były okrutne, lecz… ostateczne.

I wielkie polowanie na Liama skończyło się dokładnie wtedy, przynajmniej dla mnie. Ally wciąż ma nadzieję, nie mówiąc już o Kitty Sue, która zawsze chciała, żebym zakochała się w jednym z jej synów. Sama łączyła mnie z Lee. Pewnie jej zdaniem byliśmy siebie warci.

Miałam dość spotykania Lee w Boże Narodzenie, w Święto Dziękczynienia, Czwartego Lipca, we wszystkie urodziny, większość imprez rodzinnych czy grillów, w czasie oglądania u Hanka meczów i tak dalej. Niestety powodów do wspólnego widywania się jest dużo, choć zwykle kręci się też mnóstwo innych ludzi, więc mogłabym się wtopić w tłum.

Teraz jednak, w czasie tych okazji, gdy on jest na obiedzie u rodziców, a mnie też zapraszają (co ostatnio zdarza się coraz częściej, Kitty Sue jest chyba mocno zdesperowana i przestała ukrywać, że bawi się w swatkę), korzystam z dowolnego pretekstu (zwykle nieprawdziwego) i wychodzę tak szybko, jak się da. To wkurza Ally i Kitty Sue, ale przepraszam, to nie one rzucały się na tego gościa ponad dziesięć lat, nie one dostawały kosza niezliczoną ilość razy i nie one musiały ciągle patrzeć na niego w czasie imprez. To mnie wykańczało, serio.

W ciągu kolejnych pięciu lat (licząc od naszej rozmowy) Lee z rozrabiaki stał się hardcorem, a po kolejnych pięciu – wręcz wyjątkowym hardcorem, i lepiej było z nim nie zadzierać. Może jestem trochę szalona, ale zawsze uważałam, żeby nie igrać z ogniem i unikać oparzeń, za to Lee Nightingale przeszedł prosto od ogniska do wnętrza piekieł.

Żeby było jasne. Liam Nightingale nadal wygląda zabójczo, czego nie mogła zmienić nawet mała blizna pod lewym okiem, nadal ma świetne ciało i zajebiście mu w dżinsach, dresach, garniturze, we wszystkim zresztą. Nadal ma zniewalający uśmiech, chociaż nie olśniewa nim już tak często. I nadal lubi dziewczyny z fajnym tyłkiem, dużymi cyckami i długimi włosami (a ja nadal jestem dziewczyną w takim typie).

Ale oprócz tego jest niebezpieczny.

Nie potrafię tego wyjaśnić, ale taki właśnie jest.

***

Lata mijają, a ja wciąż chodzę na koncerty rockowe i bardzo głośno słucham muzyki. Moje długie kasztanowe włosy nieodmiennie spadają dziką burzą na plecy, nadal mam niezły tyłek i tak dalej. Można by powiedzieć, że moje ciało to zarazem dar i przekleństwo. Łatwo o nie zadbać, wystarczy pochłaniać dużo śmieciowego jedzenia dla zachowania krągłości, byle nie przesadzić, bo w końcu trzeba je dźwigać.

Ale na moich imprezach serwuje się teraz własnej roboty przystawki i miseczki z orzechami nerkowca, nikomu nie urywa się film i nikt nie rzyga na tyłach domu. A ja stałam się właścicielką księgarni z używanymi książkami na Broadwayu (nie tym w Nowym Jorku, na tym drugim – w Denver, Colorado).

Odziedziczyłam tę księgarnię po babci.

Można by pomyśleć, że bycie księgarzem to cicha i spokojna profesja, że ktoś taki nosi okulary w rogowej oprawie, włosy zwija w koczek. W moim przypadku – nic dalszego od prawdy.

No cóż, moja babcia była diablicą, wychowała na diablicę swoją córkę, czyli moją mamę, a ta z kolei razem z tatą pieczołowicie nadzorowała dorastanie diablicy w trzecim pokoleniu, to znaczy mnie.

Moja księgarnia jest na południowym rogu Broadwayu i Bayard, w starej dzielnicy Baker. Ja mieszkam we wschodniej stronie bliźniaka, w zachodniej mieszka para gejów, kolejna dwójka na wschód ode mnie i jeszcze jedna z tyłu. Właśnie dlatego w Baker jest tak bezpiecznie: mieszkańcy to głównie pary homoseksualne, bezdzietne małżeństwa, hipisi i Meksykanie. Gdy wprowadziłam się tutaj ja, biała heteroseksualna singielka o wyglądzie fanki zespołów rockowych (którą jestem), wszyscy uznali, że to kierunek, w jakim zmierza dzielnica.

Księgarnia nazywa się Fortnum – a to dlatego, że babcia odwiedziła Fortnum&Mason[2] w Londynie na rok przed otwarciem własnego sklepu z książkami i uważała, że brzmi to bardzo wykwintnie.

Może i tak, ale serio, poza nazwą nie ma w niej nic wykwintnego.

Za czasów babci było to miejsce spotkań hipisów i w jakimś stopniu zachowało swój wyjątkowy charakter. Wpadali też harleyowcy, nie wiem dlaczego; a teraz przychodzi pełno lalusiów, japiszonów i bezdzietnych małżeństw, silących się na bycie trendy, a także skate’ów i gotów, bo dla nich to jest cool.

Mamy tu trochę regałów, każdy z innej parafii, zastawionych używanymi książkami, i stoły, na których piętrzą się stosy płyt winylowych. To jak królicza nora zorganizowanego chaosu, gdzie czasem można natrafić na miękkie krzesło. Ludzie zazwyczaj wchodzą, znajdują sobie jakąś książkę, siadają i czytają, a potem wychodzą, nie kupując jej – po to, żeby następnego dnia znowu tu zajrzeć, wziąć książkę i czytać dalej.

Razem z księgarnią odziedziczyłam dwóch pracowników babci, którzy – mówiąc dyplomatycznie – są równie ekscentryczni jak ona.

Jane – ekspert od romansów i nasz najlepszy sprzedawca. Dziewczyna ma metr osiemdziesiąt, jest przeraźliwie chuda i przeraźliwie nieśmiała. Siedzi z nosem w książce w każdej chwil wolnej od przyjmowania książek od ludzi, którzy przychodzą nam je wcisnąć, i sprzedawania ich innym ludziom. Twierdzi, że napisała ponad czterdzieści opowiadań, ale nigdy nie odważyła się spróbować ich wydać. Nie ma nawet odwagi pokazać ich mnie, chociaż proszę ją o to bez przerwy.

Duke. To z kolei harleyowiec, nosi skórę i dżins, ma długą brodę i siwe włosy, przewiązane na czole bandanką. Ma szorstki głos, ciężkie życie i jest twardy jak krzemień, ale potrafi być mięciutki jak pianka, jeśli tylko cię lubi (a mnie na szczęście lubi). Pracował jako profesor literatury angielskiej w Stanford, zanim rzucił wszystko i wyjechał w góry. Ożenił się z Dolores, która kelneruje na pół etatu w knajpie The Little Bear w Evergreen, gdzie mieszkają w niedużym domu.

Babcia kochała tę księgarnię, uważając ją za własne centrum kultury. Nie była jakąś bizneswoman, ale lubiła obsługiwać swoją eklektyczną grupę przyjaciół. Dziadek dobrze zarabiał, a po śmierci została po nim przyzwoita emerytura, więc staruszka nie musiała się niczym martwić.

W Fortnum unosi się zapach staroci i stęchlizny i podobnie jak babcia kocham każdy centymetr tego miejsca.

Gdy nie siedziałam u taty na posterunku albo u Nightingale’ów, albo nie wychodziłam z Ally, zaszywałam się w księgarni z babcią, Dukiem, a później z Jane. To zawsze był jeden z moich domów; ci, którzy wychowywali się bez mamy, wiedzą, jak to jest.

Mimo że odziedziczyłam Fortnum, nie przestałam łazić w kowbojskich butach i levisach z szerokim pasem z wielką srebrną klamrą, czyli w swoim stroju rozpoznawczym. Za to jeśli chodzi o bieliznę, zawsze miałam na sobie jedwab i koronki. Babcia mawiała, że można sobie być rockową dziewczyną w kowbojskich ciuchach, ale nawet taka babka musi mieć swój sekret, a najlepszym sekretem każdej laski jest seksowna bielizna.

Działam we frontowej części księgarni. Mamy tu kilka wygodnych kanap, foteli i stolików; zainwestowałam w ekspres do kawy i przejęłam swojego ulubionego baristę, Ambrose’a „Rosiego” Coltrane’a z sieciowej kafejki przy drodze.

Rosie jest bogiem kawy. Zwykłą waniliową latte robi tak, że człowiek dostaje orgazmu od samego zapachu. Potrafi być upierdliwy, jest takim kawowym odludkiem (przychodzi, robi kawę, idzie do domu), lecz niezaprzeczalnie ma talent.

Wprowadzenie kawy do księgarni okazało się hitem. Gdy popłynęło espresso, książki zaczęły się lepiej sprzedawać; dzięki temu mogłam mieć nowe meble w salonie i szybko rosnącą kolekcję zajebistych pasów i kowbojek.

***

To wszystko przemknęło mi przed oczami.

Podobno cała masa rzeczy przelatuje człowiekowi przed oczami, gdy ktoś do niego strzela.

***

Patrzyłam na swoją komórkę, usiłując uspokoić rytm serca i jednocześnie wykombinować, do kogo zadzwonić.

Mogłam – i pewnie powinnam – zadzwonić do taty, Malcolma albo Hanka.

Uwzględniając wybór, jaki miałam, oraz sytuację, w jakiej się znalazłam, najlepszą opcją byłby Hank. Pewnie dostałby szału na wieść, że ktoś do mnie strzelał, i zapewne zgarnąłby Rosiego, ale przynamniej nie zatłukłby go na miejscu za to, że naraził mnie na niebezpieczeństwo.

Hank to oaza spokoju. Właśnie dlatego był świetnym sportowcem, studentem i gliną.

Mój ojciec to mój ojciec, Malcolm uważał się za ojca numer dwa, więc pewnie obaj ostro by się nakręcili i zrobili dziką awanturę, która wystraszyłaby Rosiego.

A on był artystą.

I jako artysta miał delikatną naturę. Łatwo się denerwował; wystarczyło zamówić dwie kawy naraz, żeby przeszedł mikrozałamanie nerwowe. W sieciowej kawodajni bardzo się męczył, za to księgarnia okazała się niebem. Mógł w skupieniu tworzyć kawę, a nawet jeśli pojawiała się presja i stłoczyło się za dużo ludzi, któreś z nas: Jane, Duke albo ja, brało na siebie ten chaos, pozwalając Rosiemu działać.

Teraz Rosie zastrzegł: żadnych gliniarzy.

Wiedziałam dlaczego.

Dlatego, chociaż naprawdę bardzo chciałam zadzwonić do Hanka, nie wystukałam numeru.

***

Mogłam też skontaktować się z Lee. W końcu nie jest gliną, a ja miałam w komórce numery jego telefonów, Ally o to zadbała.

To nawet wydawał się niezły pomysł. Lee po liceum poszedł do wojska, służył w siłach specjalnych i robił tam rzeczy, które sprawiły, że z jego ciemnych oczu zniknął ten błysk starego dobrego kumpla, a pojawiło się coś chłodnego, poważnego, a nawet przerażającego. Po wojsku zdobył licencję prywatnego detektywa i otworzył biuro w LoDo (centrum Denver). Teoretycznie pracował teraz jako detektyw, a w praktyce nikt nie miał pojęcia, co tak naprawdę robi. Nie wiem, czy ktokolwiek w ogóle siedzi w jego biurze.

 

Mogłam zadzwonić i powiedzieć, że ktoś do mnie strzelał. To pewnie załatwiłoby sprawę. Wprawdzie przez ostatnie dziesięć lat rzadko się ze sobą kontaktowaliśmy, ale istniało coś takiego jak solidarność rodzinna, a on uważał mnie za swoją młodszą siostrę (ech).

Pewnie szybko znalazłby tamtych gości (kimkolwiek są) i zastrzelił. To znaczy najpierw by ich torturował, potem wpakowałby im kulkę w łeb. Posiadał niezwykłe umiejętności; w każdym razie tak wynikało z tego, co tata i Malcolm mamrotali między sobą, i to nieraz.

To już nie byłoby tak jak wtedy, gdy miałam szesnaście lat i Brian Archer rozpowiadał, że robiłam mu loda (choć tak naprawdę tylko się całowaliśmy). Lee wtedy znalazł kolesia i złamał mu nos.

Tym razem byłoby znacznie gorzej.

Może jednak darować sobie telefon do Lee.

***

W takim układzie zostawała mi tylko Ally.

Allyson Nightingale, która uwielbia przygody.

Allyson Nightingale, która, jak nikt, potrafi trzymać język za zębami.

No i nie jest gliną.