Szaleństwa panny EwyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Szaleństwa panny Ewy
Szaleństwa panny Ewy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,89  27,91 
Szaleństwa panny Ewy
Szaleństwa panny Ewy
Audiobook
Czyta Wojciech Malajkat
19,90  15,72 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Przestań, na Boga, przestań! – jęczała ciocia.

– Dobrze. A czy wiesz, ojcze Hieronimie, jak należy być grzecznym po chińsku?

– Nie wiem, córko Ewo! Ale skąd ty wiesz o tym?

– Zdobyłam przedziwnie mądrą księgę o chińskich obyczajach. Dowiedz się przeto, że skoro chcesz być grzeczny po chińsku, zmieszaj zawsze siebie z błotem, a pod niebiosy wysławiaj tego, z którym rozmawiasz. Gdybyś mówił o swej szlachetnej i nieporównanej córce Ewie, będziesz musiał, choćby ci serce pękało z boleści, nazywać ją „głupim prosięciem”.

– Ha! nigdy tego nie uczynię!

– W takim razie będziesz uchodził za gbura. Co kraj, to obyczaj. Przeczytałam w tej rozkosznej książce o takim zdarzeniu: raz pewien Chińczyk, odziany w najświetniejszą swoją szatę, przyszedł do pewnego domu, w którym na belce pułapu stało naczynie z oliwą, a oliwę chłeptał szczur. Przestraszony szczur uciekając, przewrócił naczynie z oliwą na gościa, którego najświetniejsze odzienie w straszliwym znalazło się stanie. Gość wpadł we wściekłość, a wtem wchodzi gospodarz. Gość odrobił zakazaną liczbę ukłonów i z uprzejmym uśmiechem powiada: „O panie! W chwili gdy wchodziłem do tego szanownego domu, przestraszyłem nieopatrznie twego szanownego szczura, który w ucieczce przewrócił twoje szanowne naczynie z oliwą na moją nędzną szatę, co tłumaczy pogardy godny stan, w jakim śmiem się znajdować w twoim szanownym domu!”.

– O szanowny idiota! – rzekła ciocia z goryczą.

– Ciociu! cicho... Chińczycy słyszą, jak trawa rośnie – rzekł śmiejąc się pan Hieronim. – A jedno chińskie przysłowie powiada: „Gdy masz przejść w bród przez rzekę, nie mów źle o matce krokodyla!”.

Ciocia nie mogła pojąć, dlaczego pan Tyszowski ma przechodzić w bród przez chińskie rzeki i dlaczego krokodyle podsłuchują, co ludzie mówią o ich matkach. Miała już zresztą dość chińszczyzny, szanownych szczurów i szanownych psów, przeznaczonych na pieczyste; dręczyła ją natomiast sprawa, dokąd się odda Ewcię „na przechowanie”. Odbyła na ten temat wiele poufnych konferencji z własną duszą, z wieloma ludźmi i wreszcie z Tyszowskim. Ponieważ ojciec dżumy, wuj cholery i bliski krewny tyfusu niczego nie wymyślił (co było do przewidzenia), ciocia rzekła mu dnia jednego:

– Nie ma innej rady, Ewcia zamieszka u Szymbartów!

– Oj, ciociu! – zakrzyknął Tyszowski i tak się skrzywił, jakby już jadł obiad z prawowiernego Chińczyka i popijał octem.

Rozdział trzeci, przy którego czytaniu oczy się łzawią jak przy obieraniu cebuli

Gdybym opisał pożegnanie Ewci z ciocią, mogłoby „na pęknięcie serca” zginąć siedemdziesięciu siedmiu czytelników. Gdybym lekkomyślnie ważył się na opisanie sceny rozłąki Ewci z ojcem, zginęłoby w ten sam żałosny sposób siedemset siedemdziesięciu siedmiu czytelników, którzy mi nieopatrznie zaufali. Byłoby przeto rzeczą słuszną, gdyby władze, powołane do ochrony zdrowia i życia obywateli, kazały spalić tak żałosną książkę, a przy jednym ognisku i jej autora. Zamilknij przeto, serce moje!

Zdławiwszy boleść, mogę powiedzieć to jedynie, że Ewcia Tyszowska wraz z kundlem Rolmopsem została przeniesiona do państwa Szymbartów, mieszkających w tym samym domu, w którym mieszkał Tyszowski, tylko że na wysokim parterze, przy bardzo cichej, bocznej uliczce. Mieszkania w warszawskiej kamienicy niczym się od siebie nie różnią: w każdym z nich pokój tzw. stołowy jest należycie ciemny z tego zapewne powodu, aby nikt nie mógł dojrzeć, co zjada, bo czasem, gdyby ujrzał, odeszłaby go ochota do jedzenia. Ów „pokój stołowy” posiada balkon, wiszący nad studnią podwórza, a rangę mieszkania poznaje się po tym, co wisi lub leży na tym balkonie: przeto w zimowym czasie na balkonie pysznego pierwszego piętra wiszą trzy zamarzłe na kość zajęcze zwłoki, na drugim piętrze wiszą głowami na dół już tylko dwa zające, a na trzecim piętrze nie wisi żaden zając. W lecie natomiast następuje przedziwna zmiana dekoracji: na trzecim piętrze płoną na balkonie trzy pelargonie, na drugim stoi beczka z kiszonymi ogórkami, a na wspaniałym pierwszym piętrze balia do prania. Ewcia została przeniesiona z „balkonu dwóch zajęcy” na sam dół czeluści, na balkon, na którym ze względu na pobliże ziemi i ludzi żaden zwierz martwy i jadalny nie mógłby się zachować. Skromne meble pana Tyszowskiego oddano na skład, Ewcia zaś zabrała ze sobą książki, odzież, fotografie i złamane serce. Mądry kundel szedł również jak na ścięcie, podkuliwszy pod siebie kosmaty ogon i jęcząc bezgłośnie w kosmatej duszy.

Poczciwa i dobra ciocia z drugiego piętra utrzymywała sąsiedzkie stosunki z panią Szymbartową z parteru. Zdarzało się czasem, że owa pani pożyczała od cioci wałka do ciasta, a ciocia od pani Szymbartowej pół cytryny w nagłych wypadkach bólu głowy, gdyż – jak to z medycyny wiadomo – dwa plasterki wybornego tego owocu, przyłożone do skroni, „wyciągają” migrenę. Był to początek zażyłości bardzo sprytnej Szymbartowej z bardzo łatwowierną panią Halicką spod Makowa. Obie damy spędzały czasem długie godziny na wytwornej i olśniewającej wymianie damskich myśli, na rozważaniu zawiłych zagadnień politycznych i bolesnym narzekaniu, że cielęcina podrożała wskutek tajnych machinacji cechu rzeźnickiego. Primadonną w tym duecie była zawsze pani Szymbartowa, znająca złośliwość świata i ohydne praktyki życia. Ciocia wzdychała jedynie do wtóru lub podnosiła ręce ku niebiosom ruchem zbolałej rozpaczy. Zdarzało się jednak ku cichej jej radości, że pani Szymbartowa zdawała się mówić: „tobie przed sobą dank w poezji dawam!”. Działo się to wtedy mianowicie, gdy pani Szymbartowa miała nagle zmartwienie z mężem i nie umiała sobie dać rady na własną rękę z jego bujną i nieokiełznaną indywidualnością. Ciocia, która miała dwóch mężów, zdobyła w tej mierze większe doświadczenie i chętnie wyjaśniała pani Szymbartowej tajemnice hodowli wąsatego potwora. Pan Wacław Szymbart nie był – prawdę powiedziawszy – naturą nazbyt złożoną i trudną do przeniknięcia, było w nim jednak coś, co nawet roztropną i mądrą jak siedmiu szatanów jego prawowitą małżonkę doprowadzało do głuchej rozpaczy. Wykoncypował on sobie ponurą metodę reakcji na małżeńskie przeżycia. Pani Szymbartowa rozumiała, że w uczciwym i kochającym się małżeństwie konieczne są bujne i hałaśliwe starcia, inaczej bowiem małżeństwo będzie sennym stawem, a nie zajmującą instytucją. Wedle spostrzeżeń największych filozofów i znakomitych myślicieli, tak jak drobne upominki utrwalają przyjaźń, tak drobne walki czynią to samo z małżeństwem. Nagła, niespodziana, huczna, burzliwa utarczka powinna być „kwadransem dla zdrowia” w uczciwym małżeństwie, z tym oczywiście warunkiem, żeby mąż zawsze schodził z placu boju pognębiony, a żona ostatnie dzierżyła słowa, tryumfalne i zwycięskie. Musiał jednak walczyć, bo tak uczynić powinien mężczyzna. Tymczasem dziwaczny ten człowiek, pan Szymbart, usłyszawszy pierwszy pomruk burzy, pierwszy – jeszcze cichy – głos lwicy, zamiast się nasrożyć i stanąć przeciwko piorunom twarzą w twarz – uśmiechał się głupkowato i słowa nie wypowiedziawszy, patrzył tępo w tępą ścianę albo w szafę, albo w okno. Pani Szymbartowa usiłowała szaleństwem i okrutnością zniewag obudzić w nim tygrysa. On na to nic. Gadała jak dziad do obrazu. Ta niepojęta metoda napełniała ją żalem i goryczą. Dlatego szukała rady u cioci, co czynić należy, aby tchnąć w niego wściekłość i krzykliwe szaleństwo.

Do powierzenia Ewci opiece pani Szymbartowej skłoniło ciocię wiele powodów, a ten był najważniejszy, że pani Szymbartowa miała córkę w wieku Ewci. Była to dziewczyna blada, zabiedzona i cicha. Patrzyła na świat wielkimi, szklanymi oczami, pełnymi zdumienia i trwogi. Ponieważ ojciec trwał zazwyczaj w milczeniu, na poły wzniosłym, na poły pogardliwym, a mama gadała sama do siebie, panna Zosia Szymbartówna wiodła dziwny żywot we własnym świecie, pełnym rojeń i zwidzeń. Ukryta w najciemniejszym kącie, przesiadywała godzinami, rojąc o tym, czego nie było nigdy i nie będzie na tym smutnym świecie. Dziewczynie tej wciąż się coś śniło w biały dzień. Wciąż jej się coś malowało na ścianie, coś w jej urojeniu łaziło po pułapie, spało w cieniu, drżało w smudze światła. Zdawało się, że nie widzi ludzi z ciała i kości, nie słyszy ich gadaniny, a czasem wrzasków, lecz wpatrzona jest nieustannie w widma, snujące się dokoła niej. Chorobliwie blada, sama była podobna do chudego, zabiedzonego ducha. Pani Szymbartowa karmiła ją surowymi jajami i poiła tranem w takiej znakomitej ilości, że płynne te smakołyki zmieniały się w kość, a ta kość stawała w gardle nieszczęsnej dziewczyny. Straszliwe te zabiegi znosiła z pokorą i poddaniem. Matka chroniła ją przed przeciągami i najlżejszym zefirkiem, kazała jej natomiast wdziewać na noc mokre pończochy, co wpływać miało znakomicie na szybkie krążenie krwi. Pani Szymbartowa kochała córkę tą okrutną miłością, która wymyśla najdziwaczniejsze tortury, mające uszczęśliwić ofiarę. Nieprzyzwoicie i chorobliwie skąpa, nie żałowała nigdy niczego, byle zdobyć uśmiech swego jedynego dziecka. Dziecko jednak nie uśmiechało się nigdy. Chyba wtedy, kiedy tego nikt nie widział, kiedy dziewczynka leżała z otwartymi oczami, przyglądając się cieniom. Zbudzona z zadumy ostrym zapytaniem, co się z nią dzieje, nie umiała nigdy odpowiedzieć od razu, potem zaś opowiadała niestworzone historie, których pani Szymbartowa słuchała ze zgrozą i trwogą. Wtedy, po tajemnej naradzie z duszą, matka dawała córce na przeczyszczenie, przenikliwie rozumując, że chorobliwa wyobraźnia rodzi się w żołądku, żołądek bowiem „uderza na mózg”.

Pani Szymbartowa ze skwapliwym zadowoleniem zgodziła się na pobyt Ewci w swoim domu w nadziei, że jej córka znajdzie w Ewci towarzyszkę. Drugim powodem, równie pociągającym, była dość pokaźna suma, z góry zapłacona przez pana Tyszowskiego. Układy trwały jednak przez dwa tygodnie, pani Szymbartowa bowiem nie chciała w żaden sposób zgodzić się na przyjęcie do domu psa.

 

Demokryt, który rozumiał mowę zwierząt, mógłby dowiedzieć się snadnie, zamieniwszy kilka krótkich słów z Rolmopsem, że i on wcale nie pragnie pobytu w domu, w którym kość wygotowywało się do ostatniego tchnienia, a jemu na pociechę zostawi pani Szymbartowa tylko muchy, dlatego tylko że są dla ludzi niejadalne. Ciocia stanęła jednak twardo przy warunku: „Albo Ewcia z psem, albo ani Ewcia, ani pies!”. Pani Szymbartowa spojrzała na kundla ponurym spojrzeniem, które go oburzyło i ubodło, po czym jęknęła na temat: „Niechże będzie moja krzywda!” – wreszcie uśmiechnęła się tkliwie i rzekła głośno:

– Ach, droga pani, czego bym ja nie zrobiła dla tego dobrego dziecka!

„Dobremu dziecku” oznajmiła pani Szymbartowa już nazajutrz, że je spotkało największe szczęście, o jakim mogła marzyć. Głosem ani zimnym, ani gorącym, lecz letnim i takim mdłym jak deszczowa woda, wyjaśniła Ewci, że dostała się do szanownego domu, w którym mieszka uczciwość, pobożność i powaga. Nad domem tym polatuje jak różowy obłok wspomnienie dawnej chwały i świetności.

– Musisz wiedzieć, że moja babka miała wyjść za hrabiego i już wszystko gotowe było do ślubu. I ja byłabym dziś z domu hrabianką, gdyby nie straszne nieszczęście. Hrabia, spiesząc do narzeczonej, spadł z konia i w trzy dni potem go pochowali. Ha! Co wyprawia ten pies?

Zdumiony ten okrzyk wybujał jak cyprys na żałobnym grobie hrabiego, lecz był rozumnie uzasadniony. Kosmaty Rolmops, mądry ponad psie pojęcie, otworzył sprytnie łapą dolne drzwi kredensu, w którym zwietrzył woń przyjazną i tłustą.

– Zdaje mi się, że zjadł kotlet – rzekła Ewcia z wesołym podziwem.

Pani Szymbartowa z trudem schwytała powietrze jak karp, który się dowiedział, że się zbliża Boże Narodzenie, i przez chwilę nie mogła wydać głosu, co jej się zdarzyło po raz pierwszy od lat czterdziestu dziewięciu. Wiadomo jest z dziejów ludzkości, że człowiek, który z nagła zaniemówił, używa gwałtownej wymowy rąk. Pani Szymbartowa, wiedząc, że w kredensie leżą trzy kotlety, zatrwożona o los dwóch, co dotąd ocalały, chwyciła w szaleństwie trwogi ciężki przycisk i cisnęła nim z furią w stronę łajdackiego psa. Zdumiewające jest jednak, jak rzadko kobiety, istoty słodkie i mało wojownicze, trafiają do celu! Zamiast dobrze obliczyć parabolę, zwyczajną drogę pocisku, i uderzyć nim w psa, pani Szymbartowa trafiła pociskiem o dwa rumby w lewo, czyli w szklane naczynie, w którym pławiły się dwie złote rybki. Niepomierna kruchość szkła nie zdzierżyła potężnego naporu żelaza, szkło prysnęło jak tęczowe marzenie, złote rybki, zdumione ponad wszelkie pojęcie, znalazły się na dywanie, a kundel, który jadł już śledzia, lecz nigdy wytwornych, złotych rybek, rzucił się na nie z nieprzyzwoitą łapczywością.

Zwabiony szklanym hałasem pan Szymbart stanął we drzwiach i przyglądał się figlarnie niezwykłemu widowisku. Ewcia rzuciła się na ratunek złotych rybek, groźnym krzykiem przywodząc Rolmopsa do opamiętania.

Tymczasem pani Szymbartowa odzyskała głos, przetykany piorunami:

– Wacławie! Zabij natychmiast tego psa!

Pan Szymbart wykonał w odpowiedzi mnóstwo dziwacznych i wymownych ruchów: najpierw zmarszczył brwi, potem kiwaniem głowy od strony lewej ku prawej oznajmił światu, że namawianie go do zbrodni i morderstwa jest i będzie usiłowaniem daremnym, potem rozłożył szeroko ręce, czym powiedział, że nie on rzucał pociskiem w ryby, wreszcie wzruszył ramionami, co u ludów dzikich oznacza, że nie myślą sobie mącić spokoju cudzymi sprawami, wreszcie się odwrócił i wyszedł z miną granda obrażonego na hiszpańską królową. Wtedy pani Szymbartowa, z domu niemalże hrabianka, wyszła też, ale z siebie. Jest to czynność bardzo złożona i polega na chwilowym odłączeniu rozsrożonego ducha od bezsilnego ciała. Ciało trzęsie się oniemiałe, a duch bardzo krzyczy i nie przebiera w słowach. Chwyta każde, które mu się nawinie pod rękę, i zmienia je w trzaskającą petardę. Pani Szymbartowa zapomniawszy, że mogła przez babkę być spokrewniona z arystokracją, zapomniawszy, co przyrzekła pani Halickiej i panu Tyszowskiemu, zapomniawszy o tym, co przystoi damie, wymierzyła działo swojego gniewu w stronę Ewci, jako prawnej właścicielce straszliwego psa.

Z serdecznie rozżalonym zdumieniem wysłuchała Ewcia wielkiej mowy, która choć źle i nieskładnie zbudowana, odznaczała się jednak niepospolitą siłą wyrazu i dobitnością porównań. Wynikało z niej jasno i niewątpliwie, że pani Szymbartowa musiała stracić zdrowy rozum w owym dniu, w którym się zgodziła na przyjęcie pod swój uczciwy i blachą kryty dach dziewczyny z psem; że dziewczyna jest krnąbrna, zuchwała, źle wychowana, pomylona, a pies wcale nie ustępuje swej pani; że pobyt w jej domu dziewczyny z psem skończy się smutno dla dziewczyny, a zgoła tragicznie dla psa; że ona (pani Szymbartowa) nie pojmuje, jak mogła się dać usidlić kobiecie tak przewrotnej jak „ciocia” (pani Halicka). I do tego za jakie pieniądze?! Za grosze! A ten złodziejski pies sam więcej zje, niż to wszystko warte. Całe szczęście, że srebra nie zje ani porcelany.

„Trzeba by lutni Homera” – aby wyśpiewać w krótkim streszczeniu wielką mowę pani Szymbartowej.

W Ewci zamarło serce. Wiedziała coś niecoś o potężnej indywidualności swojej obecnej opiekunki, nic się bowiem ukryć nie mogło w ciasnym i mrocznym ulu warszawskiej kamienicy. Gadano to i owo, dość tkliwie wspominając dolę pana Szymbarta i pojonej tranem panny Zosi. Dość często słychać było przez mury lub przez otwarte okna gwałtowne pokrzykiwania pani Szymbartowej, grożącej niewieście służebnej wszystkimi mękami piekła i niedającej jej nawet odrobiny nadziei na czyściec. Z oddalenia nie było to jednak zbyt groźne, ponurą niespodzianką stało się dopiero z bliska. Ewcia, wychowana w jasnej i najtkliwszej atmosferze dobroci, poczuła zamęt w głowie. Zawsze garnęła się do ludzi i tak im otwierała serce uśmiechem, jak się zamek otwiera kluczem. Pani Szymbartowa na uśmiechy była nieczuła. Minęło zaledwie kilka dni, ciocia zdążyła dopiero zajechać pod Maków, ojciec nie dojechał jeszcze do Suezu, Ewcia zaś zdążyła już dojechać do jakiejś mrocznej i smutnej krainy. Wesoło i z radosną ufnością patrząc na świat, byłaby i złe humory pani Szymbartowej przerobiła na radość, a ocet zmieniłaby w jakie takie wino. Przyszła tutaj z taką samą ufnością, z jaką zjawiłaby się wszędzie. Gdyby pani Szymbartowa otoczyła ją ramieniem, gdyby ją ucałowała i rzekła miękko: „Zastąpię ci matkę, drogie dziecko!” – zyskałaby od razu drugą córkę, najlepszą i najwierniejszą. Ewcia była honorowym człowiekiem, płacącym miłością za miłość, wiernością za wierność. Tymczasem pani Szymbartowa uczyniła z psiej historii brzydką historię. Zawiodła i obraziła śmiertelnie jej ciepłą ufność. Twardo, nielitościwie i bez namysłu.

– Może się rozpłaczesz? – zapytała.

– Nie, proszę pani – odrzekła Ewcia.

Rozmyślała nad tym w swoim mizernym pokoiku, że będzie miała ciężkie życie. Postanowiła jednak unikać wszystkiego, co by mogło rozjątrzyć lub rozgniewać panią Szymbartową; ponieważ nie ulegało wątpliwości, że ona wytrwa w szlachetnym zamiarze, nikt jednak nie może przewidzieć, co uczyni pies, postanowiła się z nim rozmówić poważnie.

– Rolly! – rzekła w wielkim zaufaniu. – Jesteś opryszkiem, jakiego świat nie widział. Mogłeś nim jednak być na własnych śmieciach, ale tutaj nie wolno. Pani Szymbartowa to nie ciocia, którą mogłeś ocyganić. Błagam cię, bądź przyzwoity i zachowuj się nie jak świnia, lecz jak uczciwy pies. Wcale nie pragnę, aby z twojego powodu wybuchały awantury. Rozumiesz?

Kundel nie spuszczał z niej oczu i słuchał z ludzką niemal roztropnością. Zrobił skruszoną minę pokutującego złoczyńcy i polizał rękę Ewci, która poświadczyła później uczciwie, że odtąd przez cały czas pobytu u państwa Szymbartów nie zdarzyło się nic zdrożnego, co by można było zapisać na jego rachunek. Żył na dobrej stopie z całym domem, unikał jedynie pani Szymbartowej. Spotkawszy ją na swej drodze, znikał jak duch i potrafił przeleżeć przez dwie godziny pod kanapą, wyczekując sposobnej chwili do zniknięcia. Jeżeli kradł, czynił to z niebywałą przezornością i nie można mu było niczego udowodnić. Był, ale jakby go nie było. Nigdy nie zaszczekał w domu. Wychodził z Ewcią z domu, odprowadzał ją do szkoły i znalazł się zawsze przed szkołą, oczekując jej wyjścia. Ewcia karmiła go, sama nie dojadając, zresztą pies ten był przedziwnym oryginałem, który prócz rzeczy ze szkła, drzewa, żelaza i stali zjadał wszystko, zbytnio nie przebierając. Pani Szymbartowa, która mu zaprzysięgła zemstę, zdumiona była jego magiczną zdolnością znikania. Wiedziała, że jest w jej domu, czasem bowiem mogła go ujrzeć wymykającego się z Ewcią o bardzo wczesnej porannej godzinie. Poczęło ją to gniewać, że nie może znaleźć żadnego prawnego powodu do wystąpienia.

Ewci okazywała całkowitą obojętność, chociaż dziewczyna czyniła nieraz jeszcze próby pozyskania jej życzliwości. Stanęło wreszcie na tym, że wzajemna wymiana słów ograniczyła się do uprzejmych powitań i pożegnań Ewci, połączonych z uprzejmym ukłonem, i do mrukliwych odpowiedzi pani Szymbartowej. Zdawało się, że zanim pani Szymbartowa odpowie: „Dzień dobry”! – kładzie przedtem te dwa słowa do lodowni, aby je odpowiednio ochłodzić. Nie dowiadywała się, co się dzieje z Ewcią w szkole i co dziewczyna robi poza domem. Nie obchodziło jej zdrowie Ewci, co zresztą nie było zbytnim przestępstwem, bo Ewcia promieniała zdrowiem rumianym i bujnym. Zdarzało się czasem, że pani Szymbartowa patrzyła długo na bladą, wymizerowaną twarzyczkę córki, po czym przenosiła spojrzenie na rumianą jak rzodkiewka gębę Ewci i wtedy wydawała ciche westchnienie. Ewcia wiedziała dobrze, co oznacza ten cichutki głos matczynego serca. Ujrzawszy pewnego razu niezwykle zatroskany wzrok pani Szymbartowej, zebrała się na odwagę i rzekła:

– Proszę pani, to przejdzie...

– O czym mówisz? – zapytała szybko pani Szymbartowa.

– O Zosi...

– Pilnuj swego nosa! – mruknęła pani Szymbartowa, ale jakoś ciszej niż zwykle i jakoś niepewnie.

Natomiast pan Szymbart spojrzał na Ewcię z wdzięcznością. Zdawało się, że jeszcze chwila, a coś do niej powie, bo było widać, jak miętosi wargami jakieś słowo, lecz w czas się opamiętał i nie dokonał bohaterskiego czynu.

Bystrym rozumem Ewcia odgadła, że te kwasy, co się pienią w sercu pani Szymbartowej i w jej słowach, pochodzą ze zgryzot i trosk matki drżącej o zdrowie jedynego dziecka. Gdyby miała dość odwagi lub gdyby żyła z panią Szymbartową na serdecznej stopie, byłaby jej powiedziała, że nie należy biednej Zosi karmić tranem i jajkami, lecz słońcem i powietrzem; nie ogrzewać jej jak pisklęcia, nie trzymać w wacie i w dusznym pokoiku, lecz pozwolić jej na ruch, na bieganinę i na te wszystkie awantury, które sprawiają, że podlotek zachłannymi ustami pije zdrowie i życie. Pani Szymbartowa jednakże nie chciałaby nawet słyszeć o tym. Trwoga jej o dziecko była tak wielka, że nie posyłała go do szkoły, obawiając się, że z wszelką pewnością przyniesie stamtąd „zarazę”. Zosia uczyła się w domu. Uczyła się z wielkim trudem, niechętnie i z wyraźnym smutkiem. O oznaczonej godzinie zjawiała się zdyszana, zabiedzona nauczycielka, siwa, dobra kobiecina ze zmęczonymi oczami. Na inteligentnej twarzy miała wypisane wszystkie udręki, jakie tylko istnieją na świecie. Usiadłszy przy stole z Zosią, przymykała na chwilę oczy i przez krótki moment trwała w bezruchu, jak gdyby czekała, aż ucichną w jej znużonej głowie wszystkie brzęki i szumy. Po chwili zaczynała mówić głosem równym i jednostajnie ściszonym, jak gdyby go chciała oszczędzić, bo go musi starczyć na długie jeszcze godziny tego dnia. Nauczała roztropnie i mądrze. Przy małym stoliku siedziały obok siebie dwie smutne, udręczone, ciche istoty, przyjazne i tkliwe.

Nauczycielce pomagał z własnej pilności pan Szymbart, który jako emeryt miał wiele czasu. Czynił to z przyjemnością, nie tylko dlatego, że bardzo kochał córkę, lecz i dlatego, że lekcje z nią były wyborną sposobnością do używania wspaniałej ludzkiej mowy, której posiadanie uparcie ukrywał przed panią Szymbartową. Umiał wiele i jasno wykładał swoją umiejętność. Czasem, kiedy ogarniały go wątpliwości albo gdy jakieś szkolne zagadnienie nowoczesne było dla niego zbyt zawiłe, prosił Ewcię.

– „Pomoc dajcie, rodacy!” – wołał strapiony – bo jestem bałwan.

– Niech czcigodny rodak powie, co trapi jego i to polskie dziewczę! – mówi Ewcia.

Czasem, wolną schwytawszy chwilę, sama zjawiała się w pokoiku Zosi, gdzie i Rolmops przyjmowany był na prawach przyzwoitego gościa. Pomagała biednej dziewczynie z całej duszy. Zosię jednak wszystko męczyło. Taka była bledziutka, że już bardziej zblednąć nie mogła, lecz zaczynały jej drżeć ręce i grube krople potu ukazywały się na jej czole. Ewcia ścierała go miękkim dotykiem chusteczki i czym prędzej zamykała książkę.

 

– Nie męcz się, Zosieńko... Może otworzyć okno, bo tu duszno?

– Nie można. Mama będzie się gniewała, bo może być przeciąg.

– A może dać ci szklankę wody?

– Wody, nie... Och, jakbym się napiła mleka!

– Więc czemu się nie napijesz?

– Mama nie pozwala...

– Mama nie pozwala ci pić mleka? Czemu?

– Bo mleko robi kwasy w żołądku i dlatego jest szkodliwe.

– A cóż ty pijesz, nieszczęsna dziewczyno?

– Tran. Ja już nie mogę patrzeć na tran.

– A dzisiaj piłaś?

– Już piłam, a wieczorem muszę wypić jeszcze trzy łyżki. O, tam stoi flaszka! Och, Ewciu, ja bym chciała umrzeć...

– I co ci z tego przyjdzie? – zapytała Ewcia z niezwykłą roztropnością. – Pewnie, że lepiej jest umrzeć, niż pić tran, ale umieranie nie ma sensu. Nie chcesz tranu?

– Nie, nie!

Ewcia myślała przez chwilę, głęboko coś rozważając.

– Czy mama jest w domu?

– Nie. Mama poszła do apteki.

– Po nowy tran?

– Nie. Po sól morszyńską, bo ja muszę zawsze w dni nieparzyste...

– Słuchaj, Zosiu! Daruj mi ten tran...

Zosia spojrzała na nią z bezmiernym podziwem.

– Wypijesz go?

– Ja nigdy! Nie cierpię tranu, ale Rolmops zje i wypije wszystko. Od razu mu wszystkiego nie dam, bo mi się jeszcze psina wykopyrtnie, ale przez trzy dni da temu radę. A ty napijesz się mleka! Czy u was w domu jest mleko?

– Jest, bo tatuś bardzo lubi. Ale skoro ja wypiję, a dla tatusia nie będzie, mama od razu spostrzeże – mówiła Zosia ze strachem.

– Jakoś się to zrobi! – rzekła Ewcia. – Wrócę za chwileczkę.

Mogła powiedzieć panu Szymbartowi, że Zosia pragnie napić się mleka i żeby on wziął je na swoje sumienie, nie ulegało jednak wątpliwości, że pan Szymbart ulegnie panice i nie zgodzi się ze strachu na taką awanturę. Trzeba to będzie urządzić inaczej. Ewcia znalazła w spiżarni naczynie z mlekiem, pokrytym kożuchem, jak woda w stawie. Przyjrzała mu się srodze zamyślona, jak człowiek, który ma za chwilę wiekopomny uczynić wynalazek.

– Mam! – zakrzyknęła cicho.

Zabrała naczynie i zaniosła je do pokoiku Zosi, patrzącej na to wszystko zastrachanymi oczami.

– Nie pij! – szepnęła.

Pobiegła do swojego pokoju i powróciła ze szklaną rurką, używaną w cielęcych dniach do puszczania baniek z mydła, a przyniesioną z pamiątkowymi rupieciami na nowe mieszkanie. Z wielką ostrożnością wetknęła rurkę tuż przy brzegu naczynia, przebiwszy grubą powłokę kożucha.

– Teraz sobie pociągnij – szepnęła jak spiskowiec. – Śmiało!

– Kiedy się boję – mówiła również szeptem Zosia.

– W takim razie ja wypiję!

– Dawaj! – zawołała Zosia z determinacją.

Poczęła łakomie wyciągać wyborny napój przez rurkę, ku niebywałej radości Ewci. Rolmops patrzył zdumiony i oczarowany, zrozumiawszy, że chytrość ludzka jest niepojęta.

Zosia odjęła na chwilę usta od rurki.

– To świetne! – szepnęła z przejęciem. – Można jeszcze?

– Można, ale ostrożnie. Uważaj, kobieto, abyś nie zniszczyła powłoki!

– Uważam...

Policzki jej zaróżowiły się i z radości, i ze zbytniej gorliwości. Piła długo i łakomie.

– Oj! – zawołała, spojrzawszy z trwogą w naczynie.

– Co się stało?

– Zdaje mi się, że wysączyłam do ostatniej kropelki.

– To źle, trzeba było coś zostawić. A może rurka się zatkała? Spróbuj!

Zosia „wciągnęła w głąb pół brzucha” jak Wojski w „Panu Tadeuszu”, grający na myśliwskim rogu, a w rurce zabulgotało powietrze.

– Widać, że dawno nie piłaś mleka – rzekła Ewcia wcale ponuro.

– Co my teraz zrobimy?

Postawimy garnek tam, gdzie stał!... – Co innego można zrobić? Czy ci przynajmniej smakowało?

– O Boże!

Ewcia odniosła do spiżarni puste naczynie, niosąc je niezmiernie ostrożnie, aby zbyt nagłym ruchem nie rozerwać powłoki kożucha, mizernej w tej chwili dekoracji zakrywającej pustkę.

– „Dzisiaj będzie koniec świata! – pomyślała z trwogą. – Ratuj się, kto może!”

Obie dziewczyny oczekiwały z biciem serca najpierw powrotu pani Szymbartowej, potem nasłuchiwały każdego odgłosu, kiedy się zbliżała pora wieczerzy. Pan Szymbart dostawał na kolację resztki z obiadu i szklankę mleka, które sączył powoli i z upodobaniem, albowiem – o, nieszczęsny samobójca! – nie dbał o kwasy w żołądku.

Dziewczęta siedziały przy stole, wymieniając ostrożne spojrzenia. Pani Szymbartowa postawiła na stole jakieś mizerne jadło, pokrajała cienkie kromki chleba i smarowała je masłem, czyniąc to w sposób przedziwny; nabierała odrobinę masła na koniec noża i tym końcem dotykała chleba ostrożnie i ruchem powolnym, po czym szybko wysuwała nóż tak, że jego „omaślony” koniec znajdował się poza chlebem, a kromki „smarowała” gwałtownymi ruchami środkiem noża.

„Ciocia ze wstydu wyskoczyłaby przez okno” – myślała Ewcia, patrząc na tę operację.

Dzisiaj jednak nie myślała wcale o cioci Halickiej. Patrzyła pilnie na zwyczajne, dokładnie powtarzające się praktyki pani Szymbartowej, obliczając, kiedy dojdzie do nalewania mleka.

„Bomba pęknie za minut pięć... trzy... Za dwie minuty...”

Pani Szymbartowa zmąciła jednak zwykły porządek rzeczy, gdyż w pewnej chwili spojrzała na córkę i coś ją w jej widoku zastanowiło.

– Czemu jesteś taka podniecona? – zapytała powoli.

– Nie, mamusiu...

– Źle się czujesz?

– Lepiej niż kiedykolwiek. Czemu mamusia pyta?

– Bo ci oczy błyszczą. Piłaś tran?

– Jeszcze nie...

Ewcia kopnęła ją lekko pod stołem, dając jej znak, aby czuwała i aby „zgasiła oczy”.

Pani Szymbartowa, uspokojona, przecięła zimny siekany kotlet z obiadu, w którym było trzy czwarte rozmoczonej bułki i jedna czwarta mięsa, jedną połowę położyła przed Ewcią, a drugą przed małżonkiem.

– Trzeba to przytrzymać, aby tego wiatr nie porwał – mruknął sam do siebie pan Szymbart.

– Co powiedziałeś?

– Że nie przełknę tego bez mleka! – odrzekł on odważnie.

Pani Szymbartowa siedziała przez chwilę nieruchomo, chcąc dać do poznania, że rozdzierający krzyk mężowskiego serca, domagającego się napoju, nie czyni na niej najmniejszego wrażenia, po czym z własnej i nieprzymuszonej woli podniosła się z westchnieniem i poszła do spiżarni.

– Tatusiu, ratuj! – szepnęła Zosia.

– Przed czym? – zdumiał się spokojny pan Szymbart.

Nie było jednak czasu na odpowiedź, bo na mrocznej scenie ukazała się pani Szymbartowa, stąpająca jakoby w śnie somnambulicznym. Tak zawsze kroczy lady Makbet, patrząc nieruchomym spojrzeniem na swe okrwawione ręce. Pani Szymbartowa natomiast patrzyła jak urzeczona w garnek. Miała wyraz taki, jak gdyby się jej coś pomieszało w rozumie, albowiem dnia onego przestały działać wszystkie prawa fizyki: oto trzyma w ręku garnek pełen mleka, a garnek jest przedziwnie lekki. Dlaczego jest taki lekki? Przecie kożuch jest nienaruszony, przeto powinno pod nim być mleko. Postanowiła to uczynić na stole, nie odwracając od niego zdumionego spojrzenia. Obydwie dziewczyny czyniły to samo. Zdawało się, że najgłupszy z głupich garnków z jednym uchem stał się ni stąd, ni zowąd największym dziwem świata. Jedynie pan Szymbart, rzeczy nieświadom, zachował rozumne spojrzenie na świat i na garnek. Chwycił go gwałtownym ruchem za ucho, jak czasem czyni majster szewski z uchem terminatora, i przechylił naczynie nad szklanką. W tej chwili król Salomon, siedzący na chmurze i przyglądający się tej scenie, zawołał zapewne: „Z próżnego i ja nawet nalać nie mogłem, kochany panie Szymbart!”.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?