Awantura o BasięTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Awantura o Basię
Awantura o Basię
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 29,98  23,98 
Awantura o Basię
Awantura o Basię
Audiobook
Czyta Wioletta Smolińska
14,99  11,69 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Polowania na pana z ulicy Chmielnej

Człowiek-upiór był zasadniczo człowiekiem nieszczęśliwym, a na dodatek aktorem w teatrze. Nic mu się w życiu nie udawało, co go nastroiło wojowniczo wobec całego świata, jak gdyby cały świat był temu winien. Dlatego stroił takie okropne miny, aby przerazić Europę i Amerykę. Całe szczęście, że ani Europa, ani Ameryka nie wiedziały o tym, że ściągnęły na siebie niechęć tego męża. W teatrze też mu się nie wiodło; nieforemna jego postać nie nadawała się do ról znakomitych bohaterów, odznaczających się zawsze w teatrze wspaniałością gestu i pięknością oblicza. Jedynie król Ryszard III w tragedii Szekspira ma prawo nosić garb i chromać na jedną nogę i w tej roli pan Walicki, gdyż takie było jego miano, mógłby odnieść zwycięstwo, cokolwiek postać swoją odmieniwszy. Nigdy jednak nie dano mu jej odegrać. Dawano mu do odgrywania role małe, ale należycie krwawe; ponieważ miał w spojrzeniu śmierć, a głos wychodził z niego jak z grobu, grywał wszystkich opryszków, zbójców, morderców i innych przeraźliwców. Wiadomo było powszechnie, że skoro Walicki ukaże się na scenie, musi się w sztuce zdarzyć nieszczęście i że będzie miał na rozkładzie dwa lub trzy trupy. Słodkim i tajemnym jego marzeniem było odegranie postaci szlachetnej, nadobnie mówiącej wierszami, ale nie dożył tego. „Czyż pan zmysły postradał? – mówiono mu. – Z tą diabelską gębą chce pan grać anioła?” Pan Walicki jęczał głucho i wychodził na scenę ze sztyletem lub trucizną, którą komuś wsypywał do napoju. Grywał w drugorzędnych teatrach, w srogich i krwią ociekających sztuczydłach, lub wałęsał się po dalekiej prowincji. Historia teatru zanotuje jednakże jedną jego rolę, w której go nikt nie zdołał przewyższyć. Do tej roli pożyczano Walickiego do największych nawet teatrów, gdy grano wspaniałą i nieśmiertelną tragedię Szekspira pod tytułem Hamlet. Hamletowi w tym utworze ukazuje się duch jego zamordowanego ojca i przemawia do niego. Tego ducha odgrywał Walicki nieporównanie: wydawał z siebie głos tak ponury, tak czarny, tak grobem pachnący, tak przejmujący, że trwożny dreszcz przebiegał po słuchaczach. Zdarzyło się jednego razu, że stojący za kulisami strażak, usłyszawszy z nagła przy sobie ten głos, zemdlał z przerażenia. Był to największy w życiu triumf Walickiego. Z lubością przeto używał tego śmiertelnego głosu i na codzienny użytek, co było z jego strony lekkomyślnością, gdyż trwożliwą kobietę lub dziecko mógł doprowadzić do konwulsji.

Powracał on właśnie z kilkudniowej wycieczki teatralnej, pozostawiwszy w małych miasteczkach po dwa, a w większych po trzy trupy, ale wielki sobie zyskał rozgłos, chociaż teatr zbankrutował. Walicki miał małe mieszkanko w Warszawie, zajmowane do spółki z młodym aktorem Szotem; był to aktor początkujący i grywał role niewymagające zbytniego wysiłku. Wchodził na scenę i mówił uroczyście: „Jaśnie panie, powóz zajechał!”. I to było zazwyczaj wszystko. Z wdziękiem też wnosił tacę z kieliszkami lub list na tacy. Mówiono o nim, że nigdy nie wchodzi na scenę z próżnymi rękami. Walicki nigdy nie zgrzytał na niego zębami ani nie mordował go spojrzeniem. Szot bowiem był serdecznym, wesołym chłopcem, zawsze uśmiechniętym i zadowolonym z życia. Wierzył w swoją przyszłość i śmiał się, chociaż często był głodny.

Właśnie przyszywał sobie guzik do kamizelki, gdy usłyszał gwałtowne kopnięcie nogą o drzwi i rozpaczą wydęty głos Walickiego:

– Otwieraj!

– Otwórz sam! – odkrzyknął. – Drzwi nie są zamknięte!

Przyjaciel wrzasnął raz jeszcze okropnym basem:

– Otwieraj, łotrze!

Szot mało sobie robił ze zbójeckich okrzyków, na jeden moment jednak przestał szyć, bo inny głosik, cienki jak jedwabna nitka, powtórzył z piskiem:

– Otwieraj, łotrze!

Wiedział o tym, że Walicki potrafi swój głos, gruby jak okrętowa lina, zmienić w cienki sznurek, ale żeby aż tak... Zaciekawiony otworzył drzwi i cofnął się o dwa kroki. Walicki patrzył w niego ponuro, a dziewczynka na jego ręku, we wszystkim go naśladująca, usiłowała też okrutną miną dać wyraz swojemu niezadowoleniu.

– Antoś! – krzyknął Szot. – Żebym tak zdrów był... Gdzieżeś to znalazł?

– W pociągu – odrzekł Walicki okopconym głosem. – Bierz ją!

Basia, ujrzawszy wyciągnięte po siebie ręce, otoczyła ramieniem szyję Walickiego, jako swego zaufanego opiekuna, obowiązanego do obrony.

– Nie bój się – mówił aktor jako tako ludzkim głosem. – To dobry wujaszek.

– Dobry... – przyznała Basia i po krótkim wahaniu została przyjęta przez Szota i postawiona ostrożnie na ziemi.

– Zmachałem się... – grzmiał Walicki. – Pędrak jest ciężki.

– Kto pędrak? – zapytała Basia.

– Kobieto, przestań i daj mi odpocząć! Zajmij się nią... Zaraz ci wszystko opowiem.

Wesoły Szot zdjął z Basi płaszczyk i posadził ją na krześle; ujrzawszy zamazaną kartkę, roześmiał się głośno. Dziewczyny nie trzeba było namawiać dwa razy do śmiechu, więc wcale wesoło uczyniło się w smętnym pokoju na trzecim piętrze.

Walicki opowiedział towarzyszowi o całej awanturze, rozdzielając zdania sapaniem, pomrukami, okrzykami i zgrzytaniem. Basia zaś pomagała z całej duszy.

– To strasznie wesoły berbeć! – rzekł Szot z serdecznym uznaniem, patrząc na pucołowatą, zarumienioną twarzyczkę. – A może głodna? Mam śledzie i odrobinę wódki. Nie rób takich min, bo przestraszysz dziecko!

– Ja? Przestraszyć? Zaraz ci pokażę.

Wybrał ze swego repertuaru taką minę, która poczciwemu człowiekowi mogła postawić dębem wszystkie włosy na głowie; wyszczerzył zęby, oczy skrzywił zezem i wydał z siebie pomruk rozsrożonego niedźwiedzia. Basia pisnęła z zachwytu i podskoczywszy, zbliżała twarz do jego poczwarnej twarzy, udając, że go straszy.

– Widziałeś? Wcale się mnie nie boi – rzekł z żalem w głosie.

– Wcale się nie boję! – potwierdziła Basia.

– A kochasz tego pana? – zapytał Szot.

– Bardzo kocham! – ogłosiła z entuzjazmem.

Stary aktor usiłował spojrzeć na nią czule, ale nadaremnie czynił z gębą rozmaite sztuki. Zdawało się, że się zawstydził.

– Dziecko musi być zmęczone, niech się prześpi, a my pogadamy – powiedział cicho.

Zdjął nieszczęsną kartkę z jej szyi i razem z przyjacielem rozpoczął usilne namowy, aby wytłumaczyć dziewczynce, że przyzwoite, rozsądne osobistości w jej wieku powinny snem pokrzepić nadwątlone w podróży siły. Basia jednak starała się wytłumaczyć im na swój sposób, że poznawszy tak miłego młodzieńca, jakim jest pan Szot, nie myśli czasu marnować na sen. Ma być wielka, roześmiana zabawa i jakaś huczna awantura, połączona ze skakaniem przez krzesła i łapaniem za nogę. Pan Szot, młodzieniec roześmiany i pełen ochoty do życia, wybornie się do tego nadaje.

– Widziałeś coś podobnego?! – krzyknął Walicki.

– Sam byłem taki! – zawołał Szot radośnie.

– Jaki byłeś? – zainteresowała się ciekawa kobieta.

– Basiu – rzekł Walicki, usiłując głos uczynić wielce przymilnym. – Czy pójdziesz spać, jeśli ci opowiem bajkę?

– Pójdę!

– No, to jazda!

– Miarkuj się – zaśmiał się Szot. – Przemawiasz do kobiety!

Walicki zabił go na krótki czas morderczym spojrzeniem i czym prędzej przygotował posłanie na ceratowej kanapie. Ułożył na niej dziewczynkę i rzekł:

– Śpij teraz spokojnie!

– A gdzie bajka? – zawołała Basia z rozżaleniem.

– Natychmiast opowiedz bajkę! – krzyknął Szot. – Nie wolno cyganić!

– Dam ja ci bajkę, ty koniu! – zamruczał aktor. – Jaką chcesz bajkę, Basiu, wesołą czy smutną?

– I wesołą, i smutną!

Walicki zerkając w stronę przyjaciela, czy się z niego nie naigrawa, zaczął opowiadać ni w pięć, ni w dziewięć. Przypomniawszy sobie co prędzej kilka bajek, pomieszał je jak groch z kapustą, zszywał je niezręcznie i stworzył jakiś piekielny utwór, nadziany diabłami i gadającymi zwierzętami. Dziewczynka słuchała uważnie, wkrótce jednak wybitny jej umysł zrozumiał, że miły wujaszek szachruje, a dobry jej smak okazał wyraźne zniechęcenie.

– E! Taka bajka... – powiedziała sennie.

– Śpi! – szepnął Szot. – Uważaj teraz, abyś nagle nie zazgrzytał.

– Powinienem ci kark skręcić – mówił Walicki, jak tylko umiał najciszej – bo mnie kompromitujesz przed dzieckiem, ale to sobie odłożę na później. Dawaj tę kartkę!

Basia spała, zarumieniona, z rozchylonymi ustami; krótkie jasne włosięta w straszliwym były nieładzie.

„Boże, jakie to śliczne!” – pomyślał stary aktor z rozrzewnieniem, patrząc na nią równocześnie zbójeckim wzrokiem. Myśli pana Walickiego były zgoła inne niż jego okrutne spojrzenie.

– Nic z tego nie można odczytać – mówił cicho Szot. – Przynajmniej bardzo mało.

Pochylił się nad kartką pani doktorowej jak przyrodnicy nad mikroskopem.

– Same łzy! – mruknął aktor. – Ty masz lepsze oczy... Jaka to może być litera?

– W każdym razie wielka litera, bo i plama większa. Może to być T, może być P. Czekaj! To jest z całą pewnością t, małe t... Druga litera z rzędu. Przypuściwszy, że jest to imię tajemniczej osoby, należy pomyśleć, jakie imiona mają literę t – drugą z kolei.

– Wiem! – oznajmił Walicki zduszonym głosem. – Ptolomeusz! To musi być chyba Ptolomeusz.

– Druga litera w słowie „kretyn” jest r. Zapamiętaj to sobie, bo ci się to przyda do prywatnego użytku. Czyś ty upadł w młodości ze schodów na ciemię? Skąd Ptolomeusz? Jaki Ptolomeusz?

– Słyszałem kiedyś o takim imieniu.

– Słyszałeś, kreaturo, w teatrze o królewskiej dynastii egipskiej Ptolomeuszów.

– Być może... W każdym razie słyszałem. Bądź mądrzejszy!

– Będę mądrzejszy. To może być Stefan.

– O! To bardzo pomysłowe, przyznaję.

 

– Ale to nie jest Stefan...

– Czemu uciekasz z dobrego śladu?

– Prosta rzecz! Rozmazany Stefan utworzyłby plamę z sześciu liter, byłby krótki, a długonoga litera f spłynęłaby bardzo w dół. Stefan mi nie odpowiada, ze Stefana nie jestem zadowolony. O osły dardanelskie! Przecież to jest Stanisław.

– Dlaczego Stanisław jest lepszy?

– Bo plama rozciąga się wzdłuż, jest potężna i może pokryć dziewięć liter.

– Nie mam nic przeciwko Stanisławowi, tym bardziej że jedna litera ma kształt wysoki. To ł!

– Tak. Widać dość wyraźnie ł, a nad jedną literą, prawie w środku, ocalała kropka. Rozsądni ludzie, biegli w ortografii, stawiają kropki nad chudą literą i. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że w tym atramentowym sosie utonął jakiś Stanisław. Teraz to nawet wyraźnie widać! Bądź pozdrowiony, Stanisławie...

– A dlaczego ten Stanisław wygląda jakoś dłużej, jakby się rozpędził? Coś tu musiało być poza ostatnią literą!

Badali obaj bardzo długo wątpliwe miejsce, kręcąc głowami, co bardzo pomaga przy myśleniu, poruszając mózg.

– Nic nie widać – rzekł Szot. – Basia musiała rozmazać rękawem Stanisława. Więc Stanisław?

– Zrobione! Nie może być inaczej. To doskonała zabawa takie odgadywanie. Przyznam się, że się po tobie nie spodziewałem takiej bystrości. Na oko blondyn – idiota, a jednak... spokojnie! Dziecko śpi... Szukaj dalej.

– Dalej jest łatwo. W tym miejscu ocalały całkowicie cztery litery, widzisz? – „Olsz”...

– To głowa nazwiska, do nóg niedaleko.

– I nogi też widać: „ski”.

– Cała trudność, aby ujrzeć brzuch tej szlachetnej osoby. Ilu liter brak w środku?

– Chyba dwóch, na więcej nie ma miejsca. Zresztą po co długo myśleć! To jest Olszewski.

– Bardzo do niego podobny... Więc razem byłoby: Stanisław Olszewski. Mamy go!

– Jeszcze go nie mamy. Przyznaję, że Olszewski sam się naprasza, aby go wciągnąć do tej awantury, jednakże równie dobre do tego prawa może mieć jakiś pan Olszowski. Olszowskich może być w stolicy równie tyle, co Olszewskich, a Olszewskich prawie tyle, co olch na naszej rodzonej ziemi.

– Zabiłeś mi olchowego klina w głowę.

– Jest nadzieja, że klin puści pędy, bo olchy lubią wodnisty grunt. Nie dotykaj tego ciężkiego przedmiotu, bo ja rzucę w ciebie butem. I nie przerywaj wspaniałego mego rozumowania. Musimy się zastanowić, czy w brzuchu tego męża tkwi e czy o.

– Zastanówmy się! Jak ty myślisz?

– Ja myślę, że rozmazane e byłoby chude, rozmazane o musi zostawić plamę okrągłą, wcale kształtną, taką właśnie jak ta. Dziewięć przeciwko jednemu, że to jest o. Ten tajemniczy pan ma brzuch zaokrąglony. Zgódźmy się, że Olszowski, ale to jeszcze nie wszystko. Skąd my możemy wiedzieć, czy to przypadkiem nie jest pani Olszowska?

– Jak to skąd? „ski” widać wyraźnie.

Szot pokręcił głową, niezadowolony.

– Przyznaję, ale po ostatniej literze jeszcze coś pływa w atramencie. Co to może być?

– Czy ja wiem? Pewnie zakrętas.

– Ktoś zakręca cudze nazwisko w kozi ogon? Przyznaję, że mnie to cokolwiek niepokoi, ale zbadamy jeszcze tę sprawę; najpierw musimy odczytać adres, a adres jest bardzo zapłakany.

– Warszawę widzę wyraźnie „...szawa”.

– Może być także Nieszawa.

– Nie może być, bo ta trajkotliwa dama, która wsadziła Basię do pociągu, ogłosiła, że ją wysyła do Warszawy. Trudno było nie słyszeć, bo słychać było w całym pociągu. Warszawa nie ulega żadnej wątpliwości. Szukaj ulicy. Czy ulica długa, czy krótka?

– Raczej krótka. Gdyby to była Aleja Jerozolimska, trzeba by na jej zamazanie dwóch litrów mleka, a dziewczynka wylała jedynie szklankę. Poczekaj no! Coś tu świta na tej ulicy. Początku nie widać, bo błoto, ale u wylotu jest nieco czyściej. Mam, jak Pana Boga kocham, mam! Widzisz?

– Mało widzę, ale będę usiłował ci uwierzyć. Czy to długie i chude nie jest przypadkiem literą „l”?

Szot otarł pot z wysilonego czoła, bystry bowiem jego rozum dawał mu znać w ten sposób, że jest u kresu wysiłku. Wpatrzył się drapieżnym spojrzeniem w niebieską plamę, w której jak rybki w mętnym jeziorku pływały litery. Oczyścił tekturę pazurkiem i szukał w odmęcie.

– Widzę! – szeptał gorączkowo. – Widzę zarysy kilku liter. I kropkę nad jedną literą!

– To i!

– Genialnie to pomyślałeś, pało zakuta! Nie przeszkadzaj. Jest!

– Co jest? – spytał głucho Walicki.

– Jest: „...ielna”?

– Co znaczy „ielna”?

– Cóż może oznaczać innego niż „Chmielna”?

– Mógłbyś być detektywem – mruknął przyjaciel z głębokim uznaniem. – Ha! Pan Stanisław Olszowski mieszka przy ulicy Chmielnej. Patrz! Jak ona rozkosznie śpi i nie wie, że znaleźliśmy jej opiekuna, może wuja, może stryja? Jak jednak znaleźć tego ananasa przy ulicy Chmielnej? Numeru nie widać?

– Nie widać. Coś takiego połamanego tkwi tutaj, co przypomina 7, ale to niepewne.

– Jedna cyfra?

– Musiało być ze dwie, ale połączyły się w jedną plamę. Cyfry są symbolem oszczędności...

– Więc jakże znajdziemy tego pana? Trzeba będzie wzdłuż całej ulicy Chmielnej chodzić od domu do domu. Ładna robota mnie czeka...

– Nie rób tego, bo gdy cię zobaczą z taką gębą, włóczącego się od domu do domu, zaaresztują cię. Szukajmy inaczej. Zbiegnij, bracie, na dół do sklepiku i pożycz książkę telefoniczną.

Aktor stropił się.

– Do sklepiku nie pójdę! – oświadczył ponuro. – Mam tam zamazaną hipotekę, za masło i herbatę.

– Słusznie. Ja też tam nie pójdę z tych samych powodów, ale na pierwszym piętrze mieszka dentysta.

– A czy to bezpiecznie pójść do dentysty? Ha! Czego człowiek nie zrobi dla dziecka...

Po chwili przyniósł opasłą księgę, którą zaczęli przeglądać z gorączkowym pośpiechem.

– Olszewskich jest około pięćdziesięciu płci obojga, ale żaden się nie nadaje. Jest nawet i Stanisław, ale nie mieszka przy Chmielnej. Całe jego szczęście... Policzymy Olszowskich. Anteczku, mam, mam!

– Trzymaj go! No i jakże?

Szot czytał:

„Olszowski Stanisław, literat, ul. Chmielna 15”.

– Literat? – zdumiał się Walicki. – Ależ ja go znam! To znakomity pisarz, grałem w jego sztuce.

– To ten? Patrzcie, patrzcie! Taki głośny, taki sławny, a tak długo trzeba było go szukać. Rozumiem nawet i tę siódemkę; ta żyrafa nie jest wcale siódemką, lecz jedynką. Wszystko się doskonale zgadza, pierwszorzędnie się zgadza.

Walicki zazgrzytał zębami z wielkiej radości.

– Kamień spadł mi z serca – mówił, patrząc na śpiące dziecko. – Gdybyśmy byli nie odnaleźli tego pana, trzeba by było odwieźć małą do tego miasta, w którym wsadzono ją do pociągu, albo prosić o pomoc policję. A wiesz, co uczyniłbym najchętniej?

– Jako człowiek o wybitnej inteligencji nie odgadnę nigdy, o czym może myśleć istota na niższym stopniu rozwoju.

Stary aktor z ponurą twarzą puścił mimo uszu wesołą uwagę przyjaciela. Mówił w zamyśleniu, patrząc w okno:

– Najchętniej porwałbym tę dziewczynkę... Sam jestem na tym bożym świecie... Nigdy mi się nie wiodło... Nędzarz, łapserdak, Łazarz i Hiob w jednej osobie... Zawsze w jakiejś ciemnej norze, zgryziony, skwaśniały i zły... Ja już samą gębą straszę ludzi. To nie twarz, to gniew żywiołów... Czy uśmiechnął się kto kiedy do mnie? Nie pamiętam. Może to dziecko, może ta dziewczynka uśmiechnęłaby się... O, gdybym był bogaty, gdybym mógł ją odziać i nakarmić... Basia... Basia... nazywa się Basia. Czy ty wiesz, że to niewinne stworzenie, to jedyne dziecko tuliło się do mnie? A ja odwracałem twarz, żeby jej nie przerazić... Biedactwo drogie! Promyczek, złoty promyczek... O, gdybym ją mógł zatrzymać! Kamienie tłukłbym na drodze, pracowałbym jak czarny wół... Gdyby... Ale nie ma o czym mówić. Nie śmiej się ze mnie, chociaż to wszystko razem jest bardzo śmieszne...

– Ja wcale się nie śmieję! – szepnął młody aktor, patrząc na nieoczekiwane wzruszenie dobrego człowieka, który udawał krokodyla. – Ja się nie śmieję... To naprawdę rozkoszne dziecko i niech je Bóg zachowa.

Milczeli długą chwilę, potem stary aktor ciężko westchnąwszy, rzekł:

– Trzeba ją będzie zaprowadzić do pana Olszowskiego...

– Jeszcze dzisiaj?

– Tak, jeszcze dzisiaj. Nie ma jeszcze ósmej. Trzeba koniecznie, bo gdzie ją przytulimy?... Na tym barłogu? Czym ją nakarmimy? Śledziem?

– O, zbudziła się! – zawołał Szot.

Basia przetarła ręką oczki i rozejrzała się, jakby pragnąc sobie przypomnieć, gdzie się znajduje. Ujrzawszy ponurą i straszliwie wykrzywioną gębę „starego” swego przyjaciela, uśmiechnęła się do niego rozkosznie i wyciągnęła ku niemu ręce, wołając:

– Chodź, chodź tutaj!

Stary niedźwiedź zarumienił się jak panna z wielkiego szczęścia i tak zgrzytnął z radości zębami, że aż dziw, iż iskry się nie posypały.

4

Wielki pisarz i mała dziewczynka

Znakomity pisarz, autor dramatu: Dzbanek bez ucha i wielu powieści, wśród których najgłośniejszą była Srebrna topola, wrócił do domu po północy. Wracał w kiepskim humorze, gdyż nudził się rozpaczliwie na premierze dramatu, w którym dziadek zamordował wnuczkę, a to drobne rodzinne nieporozumienie przyprawiło dwie osoby o samobójstwo, jedną o pomieszanie zmysłów. „Jeden sufler uszedł z życiem”. Poza tym padał deszcz, a dozorca długo nie otwierał bramy.

Pan Olszowski wszedł cicho do mieszkania, aby nie zbudzić swojego służącego, młodego chłopaka, niezmiernie sympatyczną i wesołą kreaturę, który się zwał Michaś. O nazwisku nie wspominamy, gdyż nie zaważyło ono na historii świata. Delikatność jego pana, stąpającego na palcach, by nie zmącić spoczynku przyjemnego urwipołcia, była cokolwiek zbędna. Michaś spał tak mocno, że mógłby zrobić karierę jako ósmy brat śpiący. Gdyby nagle zaczęto wzywać ludzkość na Sąd Ostateczny, wszyscy zerwaliby się na równe nogi, na Michasia jednak musiałby Archanioł trąbić kilka razy, i to bardzo potężnie. Pan Olszowski mógł śmiało wejść z wielkim hałasem.

Sławny autor wszedł do sypialni, zapalił lampę i, ziewnąwszy rozdzierająco, począł leniwym ruchem zdejmować odzienie. W tej chwili zwrócił przypadkiem spojrzenie na łóżko, swoje rodzone łóżko, i krzyknął. Jak gdyby nie dowierzając własnemu spojrzeniu, przetarł oczy i spojrzał raz jeszcze: w jego łóżku, szeroko rączki rozrzuciwszy, spała najróżowszym ze snów mała, śliczna dziewczynka.

– Muszę mieć halucynacje! – rzekł zdumiony pan Olszowski do jeszcze bardziej zdumionego pana Olszowskiego.

Obaj ci zdumieni panowie w jednej osobie stanęli bezradni nad przedziwnym widowiskiem. O halucynacji nie mogło być mowy, bo jeśli nawet śpiąca dziewczynka była złudzeniem wzrokowym, najoczywistszą oczywistością była sukienka, płaszczyk, torebka i inne fatałaszki damskiego rodu, porządnie ułożone na fotelu; proste rozumowanie nasuwało przerażający wniosek, że i dziewczynka jest prawdziwa.

„Może ja wszedłem do cudzego mieszkania?” – pomyślał pan Olszowski, ratując tym nieprawdopodobnym przypuszczeniem swój zdrowy rozum od nagłej zagłady.

Rozejrzał się i pojął dobitnie, że znajduje się we własnym mieszkaniu. W straszliwym poruszeniu wszystkich władz umysłowych zaczął sobie przypominać gwałtownie, czy wśród dalszej i bliższej rodziny nie ma przypadkiem takiej dziewczynki, którą ktoś bez uprzedzenia przysłał do niego z niepotrzebną wizytą. Policzył szybko wszystkie figury w galerii krewnych i nie mógł sobie przypomnieć, aby kiedykolwiek słyszał o takiej istocie. Z bliższej rodziny posiada jedynie ciotkę. Wszystko przemawia przeciwko temu, aby ta różowa drobina była jego ciotką. Ciotka ma metr osiemdziesiąt siedem wzrostu i malutkie wąsiki, tak że przy nieznacznej zmianie charakteryzacji mogłaby być napoleońskim grenadierem. Kimże przeto, do stu tysięcy książek, jest ta bezczelna dama zajmująca jego łóżko?

Ogarnęła go taka piekielna furia, że chciał potrząsnąć śpiącym maleństwem i krzyknąć:

– Proszę natychmiast opuścić moje mieszkanie!

Ostatek wzburzonego rozsądku powstrzymywał go jednakże przed tym gwałtownym czynem. Rozsądek wytłumaczył mu szybko i dobitnie, że – jak to stwierdzają najwięksi uczeni – młode osoby, szczególnie zaś płci damskiej, nagle zbudzone, podnoszą niezrozumiały wrzask i czynią okropny harmider, najczęściej oblany łzami. Mała dziewczynka, jeśli jest odpowiednio uzdolniona w tej mierze, potrafi narobić takiego krzyku, że cały dom stanie na nogach. Wobec tego pan Olszowski myślał, że sam rozpłacze się z rozpaczy.

 

„To ten opryszek Michaś winien jest wszystkiemu!” – pomyślał gwałtownie i pobiegł budzić Michasia.

Ponieważ żadne słodkie namowy, żadne rozsądne perswazje, żadne zaklęcia i groźby nie zdołały zdrowo śpiącego Michasia doprowadzić do przytomności, zirytowany pan Olszowski chwycił dzbanek z wodą i obfitą jej strugą skropił niewinną głowę młodziana. Młodzianowi musiał przyśnić się potop, bo krzyknął potężnym głosem i, chcąc ujść mokrej zagładzie, zerwał się z posłania. Rozespana dusza nie chciała jednak w żaden sposób wejść z powrotem w jego ciało, chociaż było którędy, rozwarte bowiem usta serdecznie rozziewanego chłopaka tworzyły szerokie wrota. Pan Olszowski wiele stracił czasu, zanim ospałego ducha wegnał w słaniające się ciało, które otarłszy oczy, objawiło przeraźliwe zdumienie.

– Czy się pali? – krzyknął obudzony chłopak.

– Chodź ze mną – mówił gorączkowym szeptem pan Olszowski, idąc do sypialni.

Tragicznym ruchem wyciągnął rękę w stronę swego łóżka i spytał groźnie:

– Kto to jest?

– Basia – odpowiedział chłopak. – Albo co?

– Basia? Jaka Basia? Odpowiadaj, trutniu, bo będzie nieszczęście. Kto ją tu położył do mego łóżka?

– Ja! Albo co?

– Ty położyłeś?... Dobrze, dobrze, coraz lepiej! Skąd ją wziąłeś? Słuchaj, chłopcze, mów prawdę, bo ci wydrę serce.

Groźba była tak okropna, że Michaś, który właśnie ziewał, z wielkim stukiem kłapnął zębami.

– Za co, proszę pana? Przecie dziecko chciało spać. Tak była śpiąca, że leciała przez ręce. Co miałem robić?

– Ale skąd ją wziąłeś?

– Znikąd jej nie brałem. Przyszło wieczorem dwóch panów z teatru...

– Jakich panów, z jakiego teatru?

– Jeden młody, z przedziałkiem, a drugi starszy i strasznie zły. Tego starszego to ja znam, bo grał wtedy, kiedy pana komedię odgrywali. Walicki się nazywa. Przyprowadzili dziecko i ten starszy mówił, że pan o wszystkim wie i że to bardzo nieładnie, że pan nie czekał na dworcu. Co ja miałem robić? Ten starszy zgrzytał zębami i powiedział, że mnie udusi, jeżeli dziecka nie wezmę i nie dam mu jeść. Przez godzinę tu siedzieli, a ten stary pilnował, żeby z dzieckiem było wszystko w porządku. Powiedział, że się pan bardzo ucieszy, bo to bardzo dobra dziewczynka, a pan jest jej wujem.

– Że ja jestem wujem? – zduszonym głosem krzyczał pan Olszowski. – I ty, czorcie, uwierzyłeś w to wszystko?

– Czemu nie miałem wierzyć? – sennym głosem odpowiedział Michaś. – Chciałem ją położyć na dwóch fotelach, ale ten stary zaczął krzyczeć na cały dom, że pan może spać na fotelach, ale ona musi w łóżku, bo to delikatne dziecko.

Pan Olszowski chwycił się obiema rękami za głowę.

– Idź spać! – krzyknął. – Jutro o tym pogadamy!

Polecenie było spóźnione, bo Michaś już spał, stojąc. Usłyszawszy rozkaz, resztką przytomności zaczął iść przed siebie.

– Uważaj, szafa! Nie tędy, wstrętny chłopcze...

Michaś, jak lunatyk, minął szafę i trafił we drzwi.

„Na poduszkę siedmiu braci śpiących!” – jak mówi Dickens. Jeszcze się nie położył, a już spał.

Znakomity autor przedstawiał widok godny pożałowania. Otumanionym wzrokiem patrzył na śpiącą dziewczynkę i usiłował myśleć, co zrobić z tym fantem. Jakiś zwariowany aktor przyprowadził mu dziecko. Albo się pomylił, albo uczynił nierozumny żart. Wszystko to się, oczywiście, wyjaśni, ale dopiero jutro, lecz co robić w tej chwili? Należałoby pójść spać, pan Olszowski jednak mniemał słusznie, że oka nie zmruży. Różni ludzie różne rzeczy znajdowali we własnych łóżkach, ale jest to rzecz niesłychana, aby we własnym łóżku znaleźć jakieś nieznane dziecko. Spojrzał na nie pochmurnie i usiłował przypomnieć sobie, czy go gdzie przypadkiem nie widział. Nie, nie mógł widzieć, byłby je bowiem pamiętał. Dziecko jest śliczne. Rozchyliło usteczka i śpi cudownie spokojnie.

– Jutro będziemy rozmawiali, moja panno! – rzekł cicho.

Rozejrzał się – zatroskany – rozmyślając, gdzie by ją ułożyć. Ten bałwan Michaś tak chrapie, że szkoda fatygi, aby go budzić raz jeszcze, a sprawa z urządzeniem posłania jest bardzo złożona. Machnął więc ręką, zgasił światło i przeszedł do gabinetu, w którym sporządził sobie jakie takie legowisko.

Dość burzliwe miał sny, zdawało mu się bowiem, że jest w ogromnym teatrze, a na każdym krześle siedzi dziecko; aktorowie spływają ze sceny na skrzydłach, każdy bierze jedno, leci do jego domu i kładzie dziecko na jego łóżku. Na tym łóżku gniotą się już tysiące chyba dzieciaków i nagle wszystkie zaczynają drzeć się opętanym wrzaskiem. Pan Olszowski, przerażony, usiłuje uciec, ale jakiś stary aktor chwyta go za nogę i kąsa go ogromnymi zębami. Pan Olszowski zrywa się z posłania w wielkim przerażeniu i otwiera szeroko oczy. Nie widzi gryzącego go w łydkę aktora, ale najwyraźniej słychać dziecięcy, wysoki głosik, pełen chichotów i rozradowanych okrzyków.

„Ki diabeł?” – myśli pan Olszowski w zdumieniu.

Naraz przypomina sobie wszystko i rozumie, że ta rozkrzyczana rzeczywistość znajduje się naprawdę w jego domu. Po cichu zbliżył się do drzwi i zaczął nasłuchiwać. W kuchni odbywa się jakieś nadzwyczajnie wesołe zebranie: mała dziewczynka czyni piskliwy zgiełk, ten drab Michaś buczy i huczy przedziwnymi głosami, a jakiś trzeci głos, najwyraźniej damski, wtóruje im dyszkantem. Tak tam jest wesoło, że niedługo rozpoczną się tańce. Znakomity autor, niewyspany i zły, zajrzał przez uchylone drzwi i ujrzał „trójkę hultajską”, złożoną z Basi, Michałka i żony dozorcy, osoby miłej, lecz tak obszernej, że dokoła niej mogłoby maszerować wojsko. Widać, że Michaś, nie umiejąc sobie dać rady z dziewczynką, zawezwał pogotowie ratunkowe w osobie pani Walentowej.

Pan Olszowski zadzwonił niecierpliwie.

– Przyprowadź tutaj to dziecko! – krzyknął w stronę roześmianego Michasia.

Chłopak wepchnął Basię do gabinetu, sam zaś wolał zniknąć w bezpiecznym oddaleniu. Dziewczynka wbiegła szybko i zrozumiawszy z dotychczasowych doświadczeń, że znalazła się w gronie bardzo przyjemnych i życzliwych ludzi, po króciutkiej chwili wahania zaczęła wspinać się na kolana ozdoby literatury ojczystej. Przyjrzała się ciekawie nasrożonej twarzy „nowego pana” i, najwyraźniej kpiąc sobie z tej srogości, nadstawiła policzek.

– Pocałuj mnie! – powiedziała.

Pan Olszowski zdumiał się i przez krótką chwilę podobny był do posągu żony Lota, zamienionej w słup soli.

– Pocałuj mnie! – wezwała go Basia, ale już z akcentem zniecierpliwienia.

Znakomity pisarz machinalnie dotknął ustami jej płowej główki. Dość mizerny był to pocałunek. Basia jednak przyjęła go łaskawie za dobrą monetę i przyzwoliła na dłuższą rozmowę. Rozmowa była jednostronna, gdyż pan Olszowski cierpliwie pytał, a Basia odpowiadała śmiechem albo chwytaniem go za wąsy. Okazało się na żywym przykładzie, że historia: „gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu” – nie jest pozbawiona bystrości. Niczego nie można się było dowiedzieć od tej dziewczyny. Było jej dobrze, co dnia zmieniała miejsce pobytu, każdy odnosił się do niej życzliwie, więc wszystko było w porządku. Po co sobie zawracać głowę czym innym? Wobec tego i pan Olszowski zrezygnował z dochodzeń i gorzko uśmiechnięty przyglądał się temu tajemniczemu dziecku. Owszem, dziecko jest śliczne i niezmiernie miłe, co on jednak ma zrobić z tym dzieckiem? U siebie, na kawalerskim gospodarstwie, nie może go zatrzymać, należy przeto czym prędzej czynić poszukiwania i oddać je, komu należy. Michałek wspomniał o aktorze Walickim. Co to za aktor? Pan Olszowski nie mógł sobie przypomnieć, ale zapewne łatwo go odnajdzie. Ostatecznie policja odnajdzie wszystko.

Tak głęboko rozmyślał nad tymi sprawami, że nawet nie zauważył, iż dziewczynka, ująwszy go za rękę, zaczyna go prowadzić. Szedł za nią machinalnie i czynił, co mu kazała. Na jej żądanie musiał ją podnieść, aby się mogła przejrzeć w lustrze, musiał wyjmować książki z biblioteki, aby ich mogła dotknąć, musiał wreszcie obejrzeć jej torebkę i jakiś kawałek tektury. Nagle okazał żywe zainteresowanie. Na tekturze, zamazanej i smętnie zalanej atramentową cieczą, ujrzał wypisane wyraźnie swoje nazwisko i adres. Nie wiedział o tym, że Szot naprawił uszkodzone litery i wyrył je z naciskiem, jakby w spiżu. Przyglądał się bezradnie tej kartce, obracał ją na wszystkie strony i tyle wiedział potem, co przedtem.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?