Ksin sobowtór

Tekst
Z serii: Saga o kotołaku #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kotołak ruszył szybko do mieszkania najemników. Drzwi były uchylone, jednak nie zdołał wejść do środka. Od progu poraziła go woń ludzkiej krwi, wręcz uderzyła jak obuchem. Ksin chwycił się kurczowo framugi, jego dłoń przemieniła się mimo woli, a szpony wyrwały z trzaskiem wielki kęs drewna.

Zaćmiło go całkowicie.

Nie wiedział, jak długo tak stał, przepełniony porażającym pragnieniem, by natychmiast zaspokoić nadnaturalny głód, to znaczy paść na kolana i zacząć wylizywać podłogę...

Wszystko wokół zawirowało. Usłyszał coś jakby wycie. Nie wiedział, czy to niemy krzyk jego duszy, czy też on wydał z siebie ten rozedrgany drapieżny skowyt.

W końcu chyba zadziałały amulety od Rodmina, które miały łagodzić żądzę krwi, albo też jego własna wola jeszcze tym razem okazała się silniejsza. W każdym razie Ksin oprzytomniał.

Nieświadomy niczego Miridz skończył opatrywać swoje rany i kusztykając, zbliżył się do rozdrażnionego kotołaka.

– Najpierw umarł Darmin – zaczął opowiadać najemnik. – Wczorajszej nocy. Tak po prostu... Dziwne, bo jego rany goiły się dobrze. Nie miał gorączki, na nic nie narzekał, aż tu nagle serce musiało mu stanąć we śnie... Zorientowaliśmy się dopiero rankiem, kiedy zaczął chodzić jak błędny po izbie, potykając się o nas.

– Zdążył się... przemienić? – Ksin przemógł się i odzyskał zdolność posługiwania się ludzką mową.

– Tak, kapitanie. Nikt z nas nie zauważył tego dość szybko, bo wszyscy spali.

– Macie szczęście, że was nie podusił we śnie.

– Możliwe, że chciał, ale pewnie jakieś resztki wierności kamratom na to nie pozwoliły. Obcięliśmy mu głowę, tak jak radziłeś, kapitanie.

– I co z nią zrobiliście?

– Mieliśmy ją odsunąć jak najdalej od ciała, więc wyrzuciliśmy do wychodka. – Najemnik skrzywił się zdegustowany. – Trochę przykro, no ale...

– Dobrze zrobiliście. W tej sytuacji nie było mądrzejszego sposobu.

– Jednak on nie przestał się ruszać. Pewnie dlatego, że za długo zwlekaliśmy z dekapitacją. Zresztą nadal się rusza... – Miridz zajrzał do pokoju, by się upewnić. – O, właśnie!

Kotołak postąpił za nim, unikając patrzenia na kałużę krwi pośrodku pokoju.

W rogu izby, na podłodze, siedział w kucki bezgłowy martwiak i miarowo kręcił młynka palcami.

– On tak już drugi dzień – zakomunikował ponuro najemnik. – Potem Sargon poszedł rano załatwiać mu pogrzeb i przepadł jak kamień w wodę. Nie wiemy, co z nim.

– Mógł zdradzić?

– Wykluczone!

– Więc nie żyje... – mruknął Ksin. – Na pewno dano by mi znać, gdyby zgłosił się do patrolu straży miejskiej i powołał na mnie. Sargon nie znał tej dzielnicy, mógł zatem sprowadzić na siebie nieszczęście nawet w środku dnia. Pewnie już wczoraj pochowano tu kolejnego bezimiennego trupa...

– Czekaliśmy na niego jeszcze i dziś – opowiadał Miridz – ale mi było czegoś głupio siedzieć razem z tym, co zostało z Darmina. Poszedłem więc do tej kurewki z góry. Ciągnęliśmy z Sarisem losy i padło, że ja zabawię się pierwszy, a potem się zamienimy... Tak że nie wiem dokładnie, co tu się stało. Usłyszałem krzyki, zaraz podciągnąłem portki, wybiegłem i na schodach wpadłem na bazyliszka, który gonił szefową. Szczęściem miałem przy sobie broń na to draństwo i wiedziałem, co zrobić.

Kotołak wziął się w garść i odwrócił, by obejrzeć resztę pokoju.

Pod oknem leżał trup Sarisa z przeciętą tętnicą szyjną. Już nie krwawił, ale wcześniej tryskająca z rany posoka opryskała dwie ściany, aż po sufit, i szeroko rozlała się na podłodze. Jeszcze nie całkiem zakrzepła...

Na skraju kałuży stał wiklinowy kosz z rodzaju tych, w których stołeczni sklepikarze zwykli przesyłać klientom zamówione zakupy. Pokrywa była urwana, ledwo co wisiała na jakiejś drzazdze. Nietrudno było zgadnąć, że tym razem przesyłka zamiast wiktuałów zawierała żywego bazyliszka.

Saris, który sam pilnował bezgłowego żywego trupa, najwyraźniej nic złego nie podejrzewał. Może sobie pomyślał, że to Sargon lub Miridz zatroszczyli się o kamrata pozostawionego w niemiłym towarzystwie i przysłali mu obiad z dobrym winem na pocieszenie. W każdym razie najemnik bez wahania otworzył kosz i stanął oko w oko z potworkiem...

Dowodem, że tak się właśnie stało, była całkowicie spalona twarz Sarisa. Policzki i czoło wyglądały jak usmażone na patelni, nos i wargi zostały zwęglone, a oczy ugotowane niczym jaja na twardo. Najemnik w szoku, by uniknąć niewyobrażalnego bólu, sam poderżnął sobie gardło. Rękojeść zakrwawionego sztyletu wciąż jeszcze ściskał w zbielałych palcach.

Kosz z bazyliszkiem zapewne przyniosła na górę nieświadoma niczego właścicielka kamienicy. Ona miała być drugą ofiarą magicznego zamachu, ale zdążyła osłonić oczy i uciec.

– Bierz swoje rzeczy i chodźmy stąd! – rzekł Ksin do Miridza.

Kotołak wyszedł pierwszy, gdyż dalsze przebywanie w zabryzganym krwią mieszkaniu stało się ponad jego siły. Młody najemnik krzątał się tam dłuższą chwilę, po czym wyniósł dobrze wypchaną sakwę i starannie zamknął za sobą drzwi. Ksin na ten widok odetchnął z ulgą.

– Trzeba powiedzieć właścicielce kamienicy, żeby powiadomiła Tępicieli. Oni już zrobią resztę.

Zaczęli schodzić, Ksin przodem. Zamierzał pomóc rannej kobiecie, a potem wytłumaczyć jej, co ma dalej robić. Niestety, ona tymczasem oprzytomniała i gdzieś sobie poszła. Może do swojego mieszkania, ale nie było to pewne. Dobijanie się do niej ani do sąsiadów nic nie dało. Ludzie w całym domu się zabarykadowali i siedzieli jak myszy pod miotłą.

Nagle Miridz omal nie zleciał ze schodów.

– Co jest?! – syknął, kurczowo czepiając się poręczy. – Ta noga nagle przestała mi chodzić...

Kotołak sprowadził go na parter, po czym obaj wyszli na podwórze, gdyż tutaj było jeszcze dość światła, żeby przyjrzeć się ranie na udzie najemnika.

– To przecież tylko zadrapanie – mruknął poirytowany najemnik – a ja już nie czuję kolana ani stopy...

Ksin zajrzał pod improwizowany opatrunek. Skóra wokół trzech równoległych szram była sina, a one same już czarne.

– Bazyliszek miał jadowe pazury... – stwierdził. – Rana zainfekowana magicznie.

– Co teraz? – Miridz zbladł.

Kotołak, niewiele myśląc, wyjął jeden z amuletów, które dziś dostał od Rodmina. Wybrany artefakt był zrobiony z baraniej kości, wypełnionej aktywowanym magicznie cynobrowym proszkiem, oddziałującym kierunkowo z mocą Onego. Ów przedmiot zawieszony na nici był w stanie wskazać drogę do źródła nadnaturalnych wibracji. Ksin wiedział skądinąd, że ta substancja ma również działanie lecznicze. Odłamał pieczęć i wysypał zawartość amuletu na ranę, która w tym momencie zaświeciła żółtym blaskiem.

Miridz ryknął z bólu i padł zemdlony. Kotołak poniewczasie zreflektował się, że powinien był uprzedzić towarzysza, że to zaboli...

Metoda okazała się jednak skuteczna. Choć rany zadymiły i rozeszła się woń palonego mięsa, widać było wyraźnie, jak magiczna martwica się cofa. Zsiniały obszar ciała skurczył się w oczach, chociaż same rany wyglądały jak zalane wrzącą smołą. Miridz ze swej strony pewnie odczuwał to, jakby tak właśnie było. Mimo że był nieprzytomny, teraz jeszcze dodatkowo chwyciły go epileptyczne drgawki.

Ksin przytrzymał mu głowę i szczękę, żeby najemnik nie pogryzł sobie języka. Potem założył mu na nogę świeży opatrunek i cierpliwie czekał, aż Miridz się ocknie i będzie w stanie iść.

Trwało to ponad dwie godziny. Przez ten czas słońce zaszło i nadszedł zmierzch. Wszystko, co żywe na Sodowych Dołach, zapadło w swoich kryjówkach, aby przeczekać noc. Pomysł, żeby wędrować przez tę dzielnicę po ciemku, był zdecydowanie zły. Jednak innego wyjścia nie mieli. Do pokoju z trupami i rozlaną krwią wrócić na nocleg nie mogli, a nikt z tutejszych by im teraz za żadne skarby nie otworzył drzwi.

Miridz zarzucił sakwę na plecy, wsparł się na ramieniu kotołaka i tak postąpili razem parę kroków na próbę. Najemnik utykał mocno, a chwilami wręcz powłóczył bezwładnie zranioną nogą. Jednak nie trzeba było go nieść.

Ruszyli do bramy niczym dwaj pijacy.

Na dobrą, a właściwie na gorszą sprawę nie musieli czekać aż do nocy. Na Sodowych Dołach potwory żywiące się ludźmi z roku na rok wychodziły na łów coraz wcześniej. Słońce im wprawdzie szkodziło lub przynajmniej przeszkadzało, ale im było widniej, tym większą miały szansę na udany łów. Z drugiej strony ludzie starali się dla własnego bezpieczeństwa kończyć wszystkie zajęcia możliwie jak najwcześniej, zmuszając tym potwory do jeszcze intensywniejszego oswajania się ze słońcem. Zdaniem Rodmina to się musiało skończyć wysiedleniem całej dzielnicy i wypaleniem jej magicznym ogniem, dwie kondygnacje w głąb fundamentów, ale na razie tak kosztowna operacja nie wchodziła w grę. Zresztą zbyt wielu wpływowych ludzi, zwłaszcza Tępicieli, było zainteresowanych zachowaniem istniejącego stanu rzeczy w niezmienionej postaci.

Krótko mówiąc, pora upiorów na Sodowych Dołach zaczęła się grubo przed wyjściem Ksina i Miridza na ulicę.

Pod sklepem Hadeny, na schodach, kulił się jakiś kształt. Kotołak rozpoznał żebraka, który zaczepił panią Danezję. Skoro nie znalazł sobie kryjówki na noc, z pewnością nie był człowiekiem, aczkolwiek zmysł Obecności niczego nie wykazywał. Zatem Przemiana żebraka musiała być w toku. Pytanie w co? To nie była dobra pora, by szukać naukowych odpowiedzi.

Dwie bramy dalej coś ze zgrzytem pazurów przemknęło po murze i skryło się w wykuszu pod poszczerbionym balkonem. Tym razem rozpoznanie było jednoznaczne – kolejny bazyliszek, który jednak nie zaryzykował spotkania z kotołakiem.

Zaraz za zakrętem natknęli się na grzebiącą w śmieciach strzygę. Szukała jedzenia, nie zdając sobie sprawy, że taka strawa nie nasyci jej głodu. Stara prostytutka musiała być świeżo po Przemianie i nie zdawała sobie jeszcze sprawy, co się z nią stało. Może była wcześniej śmiertelnie chora na jakąś przypadłość związaną z jej rzemiosłem, a w proces umierania wdała się moc Onego. Nieszczęsna, musiała już dawno postradać zmysły z gorączki lub cierpienia. Nie wiedziała, co się z nią dzieje, i pewnie nawet nie spostrzegła, że z jakiegoś powodu opuścił ją ludzki lęk przed wychodzeniem z domu w nocy. Tylko nawyk żywienia się odpadkami jeszcze jej nie przeszedł.

 

Strzyga przestała rozgrzebywać śmiecie i odprowadziła wzrokiem przechodzących mężczyzn. Nie była jeszcze dość głodna i zdesperowana, by walczyć z innym tworem Onego o jego zdobycz, za którą teraz uchodził Miridz.

– Wielmożny panie, zgubiłem się... Proszę, dopomóż mi... – rozległ się płaczliwy dziecięcy głos.

Kotołak, zajęty obserwowaniem strzygi, nie zauważył skąd wyszedł ten pięcio-, sześcioletni chłopczyk. Równocześnie zmysł Obecności zasygnalizował dwa wampiry przyczajone w wylocie zaułka, ze dwadzieścia kroków dalej, co go dodatkowo zmyliło.

– Kapitanie... – W głosie Miridza zabrzmiała krańcowa groza.

Ksin dopiero teraz przyjrzał się lepiej błądzącemu po nocy dziecku.

Twarz chłopczyka wyglądała normalnie, ale jego ubranie już doszczętnie zbutwiało, tkanina wręcz rwała się pod własnym ciężarem. Trup, którego okrywały tak stare i zgliwiałe łachmany, musiał leżeć w grobie przynajmniej ćwierć wieku. Wampirek mocno mrużył oczy, żeby nie było widać w nich czerwonego blasku, i mówił, starając się jak najmniej rozchylać wargi. Był niewątpliwie starym wygą w swoim fachu.

– Stój tu, jeśli zdołasz! – powiedział Ksin do Miridza i uwolnił się od ciężaru wspierającego się na nim towarzysza.

Wszystkie trzy wampiry czuły się na tyle pewne swojej przewagi liczebnej, że postanowiły odebrać łup kotołakowi.

Przemienione w krwiopijcę dziecko musiało być naprawdę mocno wygłodzone, zaatakowało bowiem najemnika, zupełnie ignorując stojącego obok Ksina. Błyskawicznym susem wampirek skoczył do przodu, między nogi Miridza, starając wgryźć mu się w tętnicę udową. Był za niski, by dosięgnąć szyi, którą zresztą najemnik odruchowo osłonił w pierwszej kolejności, zupełnie zaniedbując dolne partie ciała.

Na szczęście kotołak nie dał się zwieść. Szponami przemienionej lewej ręki natychmiast uderzył wampirka prosto w oczy, poderwał go i trzymając mocno za oczodoły, z rozmachem uderzył nim o bruk ulicy, odrywając głowę, którą natychmiast cisnął daleko za siebie. Resztę ciała kopniakiem posłał do rynsztoka.

Zaskoczony atakiem i gwałtownością starcia, którego szybkość dalece przekraczała możliwości reagowania ludzkich zmysłów, Miridz poniewczasie zamachnął się srebrnym sztyletem, stracił równowagę i osunął się na kolana.

Drugi wampir runął na nich z góry. Błyskawicznie wspiął się po ścianie domu, na wysokość drugiego piętra, i stamtąd skoczył na najemnika długim, dalekim susem. Przez chwilę zdawało się wręcz, że umie latać w powietrzu.

Ten moment jednak Ksin wykorzystał, aby przemienić się całkowicie, i też wyskoczył w górę, na spotkanie krwiopijcy. Sczepili się, zwinęli w kłąb i spadli razem jak wielka bryła splątanych rąk, nóg, nastroszonej sierści i łap... Która to bryła za chwilę wręcz wybuchła, a fragmenty wampira rozszarpanego dwiema parami łap kotołaka rozleciały się szeroko po całej okolicy, niektóre wleciały aż na dachy. Wyschłe i kruche ciało żywiącego się krwią stwora nie stawiło pazurom Ksina zbyt wielkiego oporu.

Ostatni wampir pojął, że się przeliczyli, i wycofał się rakiem w głąb swojego zaułka.

Ksin postanowił nie wracać już do ludzkiej postaci. Nadstawił grzbiet najemnikowi, który okazał się dość mądry, aby nie wydziwiać, i się na niego wdrapał. Tak przedarli się do lepiej chronionej przed potworami Onego części miasta. I dopiero tam, zanim weszli na jasno oświetloną ulicę, kotołak cofnął Przemianę. Tuż przy samej granicy dzielnic jeszcze zeszły im z drogi i roztopiły się w mroku jakieś trzy powarkujące gniewnie cienie. Zmysł Obecności nie zidentyfikował ich jednoznacznie, te stwory miały chyba coś wspólnego ze szczurami... Szczurołaki? To by było coś nowego.

Kotołak już nie zaprzątał sobie tym głowy. Najkrótszą drogą zaprowadził Miridza do pałacu. Zostawił go na wartowni, nakazując niezwłocznie zapewnić najemnikowi kwaterę oraz pomoc medyka, po czym sam udał się do pracowni Rodmina.

Maga nie zastał.

– Mistrz wyjechał – oznajmił mu pomocnik maga. – Ale zostawił list dla pana kapitana... – Podał kotołakowi zapieczętowany rulon.

Pieczęć była dedykowana magicznie – odskoczyła sama, kiedy tylko Ksin dotknął jej kciukiem. Każdy inny, niepowołany człowiek, próbując ją naruszyć, spowodowałby wybuch, w którym najpewniej postradałby palce i oczy.

Kotołak przebiegł list wzrokiem. Nie uwierzył, więc przeczytał jeszcze raz. Niewiele to jednak pomogło.

– Rodmin wyjechał z Katimy? Teraz?! W takiej chwili?! – Popatrzył z osłupieniem na młodszego maga.

– Tak, panie kapitanie – odparł tamten niewzruszony. – Ponoć mistrz napisał gdzie...

Ksin jeszcze raz spojrzał na nazwę miejscowości, aby ją zapamiętać, bo brzegi listu już zaczynały się zwęglać. Była to jakaś zapadła mieścina półtora dnia drogi na zachód od Katimy.

Kotołak rzucił na podłogę płonący pergamin, a wraz z nim zupełnie opadły mu ręce. Rodmin życzył sobie, aby on tam do niego pilnie dołączył. Mieli więc obaj zostawić królewski pałac bez ochrony akurat w czasie, kiedy knuto magiczny spisek na rodzinę panującego... Kiedy spiskowcy byli górą! To się po prostu nie mieściło w głowie! Rodmin oszalał!

Omal nie powiedział tego głośno. Nie wypadało jednak wymyślać na własnego przyjaciela i mentora, na dodatek przy jego podwładnych.

– Czy mogę czymś jeszcze panu kapitanowi służyć? – Pomocnik maga popatrzył pytająco.

Ksin zmełł w ustach przekleństwo, jedno, potem drugie... Wreszcie podjął decyzję.

– Potrzebuję na jutro, dla rannego żołnierza, magiczny balsam na ranę od pazurów bazyliszka – powiedział.

– Zajmę się tym niezwłocznie, panie kapitanie! – Pomocnik Rodmina skłonił się nisko.

3

DUŻO RÓŻNYCH PIERŚCIENI

W karczmie do żadnej zwady nie doszło. Pochyleni nad stołami goście pilnowali głównie swych kubków i talerzy, rozmawiając ściszonymi głosami, nikt nie wznosił gromkich toastów, choć wieczór był późny, a z paru łbów nieźle się już kurzyło. Agresywnie zachowywały się tylko polana płonące w kamiennym palenisku pośrodku izby. Strzelały co chwila z wściekłym trzaskiem, bryzgając iskrami aż pod ściany i sufit. Kuchcik, doglądający piekącego się mięsiwa i mieszający polewkę bulgoczącą w miedzianym kociołku, kulił się za każdym razem i w popłochu zakrywał twarz ramieniem. „Powinni byli lepiej wysuszyć albo drobniej porąbać” – pomyślał leniwie Rodmin i pociągnął z kufla długi łyk.

Siedział sam. Wieść, że jest magiem, już się rozeszła i nikt nieproszony nie ośmielał się narzucać mu towarzystwa. Tutejsza szlachta unikała go z widoczną mieszaniną wstydu i niechęci, ale Rodmin miał pewność, że gdyby to on zaprosił do kompanii, nikt nie odważyłby się odmówić. Miejscowi, co prawda, ostatnio dostawali wysypki na samą myśl o magii, lecz mieli jeszcze mniejszą ochotę znów narazić się czarodziejom, niezależnie od tego, jak bardzo ich nienawidzili.

Drzwi otworzyły się, skrzypiąc, i do karczmy wszedł barczysty mężczyzna w długim płaszczu, z kapturem głęboko nasuniętym na twarz. Przybysz przystanął pośrodku izby, rozpiął klamrę pod szyją i bez słowa rzucił okrycie w ręce nadchodzącego karczmarza, który widząc bogaty strój gościa, ukłonił się niżej niż pierwotnie zamierzał.

– Służę pokornie miłościwemu panu!

Mężczyzna się nie odezwał. Przygładził bokobrody i rozejrzał się po izbie.

Rodmin wstał z ławy.

– Ksin, tutaj...! – zawołał półgłosem, wskazując miejsce naprzeciwko.

Kotołak podszedł, uścisnął wyciągniętą dłoń.

– List dostałem, przybyłem, jak widzisz, nie zwlekając, teraz wyjaśnij mi, po co – rzekł, siadając za stołem.

Rodmin nie zdążył odpowiedzieć, bo przy stole stanął już karczmarz w towarzystwie dziewki służebnej, trzymającej parę ociekających pianą kufli.

– Piwo mają tu dobre jak na królewskim dworze, pij śmiało! – odezwał się Rodmin, udając, że nie dostrzega służalczego uśmiechu na gębie uszczęśliwionego komplementem karczmarza.

– Taka pochwała to wielki zaszczyt dla naszych piwowarów! – zawołał gospodarz, energicznie szorując ścierką stół przed Ksinem. – Miłościwy pan zdrożony i głodny zapewne, co podać na wieczerzę?

– A co macie? – Kotołak ściągnął pokryte pyłem rękawice.

– Jest polewka serowa, z serów miejscowych, i byczek dwuletni wczoraj ubity, mięsiwo przez noc w ziołach i oliwie balsamowane...

– Niech będzie pieczeń, ale krwista, żeby ją żar ledwie z wierzchu ściął... – zdecydował Ksin. Wypił duszkiem podany kufel i natychmiast wziął od dziewczyny drugi.

– Już służę miłościwemu panu, duchem będzie! – Karczmarz podszedł szybko do paleniska poinstruować kuchcika, który zaraz wyjął ze stojącego opodal glinianego dzbana trzy plastry ociekającej zalewą wołowiny.

– Przybyliśmy tutaj, aby pokonać potwora oraz uratować świat i dziewicę z opresji – wyjaśnił zwięźle Rodmin, uśmiechając się półgębkiem.

– Przeciągasz strunę... – stwierdził kwaśno Ksin i odstawił piwo. – Magiczny spisek w toku, pałac królewski został bez ochrony, a tobie zebrało się na wywczasy w podrzędnej karczmie!

– To tutaj mamy prawdziwy problem – oznajmił Rodmin.

– Doprawdy?

– Nie chciałem tego mówić przy twojej żonie, bo kobiety zawsze plotkują, wybacz. Jest coś, o czym tylko ty powinieneś wiedzieć. Zapis w bestiariuszu mnicha Anafazego został rozmyślnie sfałszowany.

– Przez kogo?

– Przez samego autora. Anafazy był wysokim świętcą Reha, w młodości zaś Tępicielem, i to podwójnym wyjątkiem w tym gronie. Raz, dlatego że był uczciwym i honorowym człowiekiem, dwa, że kimś takim będąc, dożył późnej starości.

– Tępiciele dzielą się na żywych i odważnych... – Ksin przypomniał stare przysłowie.

– Otóż to! Zatem zamiarem Anafazego, kiedy w podeszłym wieku pisał swój bestiariusz, w żadnym wypadku nie było ułatwiać nikomu tworzenia potworów ani tym bardziej wprost w tej mierze instruować. Pisał, by ludzi ostrzegać i chronić, a w kilku miejscach swego traktatu rozmyślnie zastawił pułapki na czarnoksiężników. Między innymi dotyczy to rozdziału o wyrodźcach.

– To znaczy?

– Wzmiankowana tam łatwość tworzenia tych potworów jest pozorna. Częstokroć proces przemiany ustaje samoistnie z nieznanych przyczyn. W sumie dotąd, w całej historii Międzykontynentu, odnotowano tylko trzy przypadki pełnego wylęgu. Wśród gminu, co istotne. Zatem ta pozorna łatwość ma prowokować spiskowców i czarowników amatorów do podjęcia się tego zadania, a wtedy bardzo łatwo ich wykryć i ukarać. Prosta sztuczka, która działa od wieków, ale wymaga zachowania ścisłej tajemnicy.

– Rozumiem... – Kotołak rozchmurzył się nieco.

– Tak więc do ochrony króla i Danezji wystarczą rutynowe procedury i nasi zastępcy. Nie to, co tutaj... Możesz się śmiać, ale tutejsi hreczkosieje narobili takiego bałaganu, że sam nie dam rady posprzątać. A jak się tego nie sprzątnie, to za parę tygodni o tej zadupnej mieścinie, której nazwą nie chcę zaprzątać sobie pamięci, usłyszą nawet w Archipelagu Południowym. Tego zaś, co powie wtedy Redren, szczerze wolę nie słuchać, a i tobie nie radzę.

– Mów po kolei. Domyślałem się, że z byle powodu nie ryzykuje się królewskiego bezpieczeństwa, odsyłając z dworu dwóch najbardziej odpowiedzialnych za nie ludzi.

– Mieli tutaj maga, który chciał się żenić – zaczął Rodmin.

Kotołak uśmiechnął się krzywo.

– Coś mi ta historia przypomina...

– Panna była z wpływowego miejscowego rodu... – Mag zignorował aluzję. – W porównaniu ze stołeczną socjetą ci ludzie są nikim, ale na tutejsze stosunki ród był zbyt znaczny jak na podrzędnego maga, choćby i z dyplomem Akademii. Znałem Erkala dobrze, głupi nie był, karierę w Katimie mógłby zrobić, myślałem nawet, żeby go do pałacu ściągnąć, ale polityczne przeszkody nie pozwoliły. Mnie jednego u boku króla świętcy i Tępiciele jeszcze jakoś znoszą, ale dwóch wysokich magów to już spisek... Tak by zaraz zaczęli krzyczeć.

Ksin skinął głową.

– Kłopotów z przyszłymi teściami być jednak nie powinno – zauważył. – A były...?

– Ano były... – westchnął Rodmin. – Erkal to był taki brat łata. Chciał zdobyć szacunek i zaufanie, ale źle się do tego zabrał i zbytnio się z miejscowymi spoufalił. Jak słyszałem, parę razy w tej karczmie spał pod ławą i przy ludziach nie tylko kuglarskie zaklęcia, ale i womity rzucał. Przez to powagę profesji, i tak już w całym Suminorze dość niską, dodatkowo na tyle mocno nadwerężył, że niedoszli kandydaci na teściów nie bali się mu dziewki odmówić. Za nic go miano, co tu dużo mówić, a potem jak sprawy na ostrzu stanęły, nikt się go serio nie przestraszył. Panna zresztą też przesadnie chętna nie była, bo jakby się uparła, pewnie rodzice by jej ustąpili.

 

– Ciągle tu i ówdzie podrzędnych magów za różne sprawki, utytłanych w smole i pierzu, precz przeganiali, a nic się potem wielkiego nie działo – wtrącił Ksin.

– Z szarlatanami tak czyniono lub nieudacznikami – odparł Rodmin. – Ale Erkal, jak mówiłem, miał w istocie i talent, i naprawdę niebanalne zainteresowania...

Mag przerwał, bo karczmarz postawił przed Ksinem misę skwierczącego mięsiwa. Kotołak chwycił pierwszy połeć i wgryzł się weń z apetytem. Obfity, krwisty sos pociekł mu po brodzie.

Rodmin przyglądał się chwilę jedzącemu przyjacielowi, po czym spochmurniał.

– Widzę, że smak krwi nadal sprawia ci przyjemność. – Pokręcił głową z dezaprobatą. – Od takiego jedzenia znów może ci się uaktywnić pociąg do... – zawiesił głos.

– Ludzkiej krwi? – dokończył za niego Ksin. – Zmartwię cię, on cały czas jest aktywny, w ten sposób tłumię żądzę. – Spojrzał na trzymane w ręku mięso.

Rodmin odwrócił wzrok, milczał.

– Wiesz równie dobrze jak ja, że to, co się stało, jest nieodwracalne i nie do stłumienia – ciągnął kotołak. – Ale panuję nad tym. Zresztą mam z tego też korzyść, bo przemiana jest teraz szybsza i pełniejsza. Mogę się całkowicie przekształcić w okamgnieniu, wystarczy, że tylko pomyślę. Pokazać...? – Uśmiechnął się, rozglądając się znacząco po karczmie.

Mag nie zareagował na żart.

– Mięso i krew zwierząt w pewnym momencie przestanie ci wystarczać, stanie się zbyt słabą namiastką, a wtedy byle urok może znów zamienić cię w bestię.

– Wiem o tym. Już parę razy zdarzało mi się patrzeć na ludzi i myśleć o ich smaku... W takich razach w ogóle odstawiam jedzenie i zaczynam głodować. Po dwóch, trzech dniach zwykły ludzki głód zaczyna przeważać nad pragnieniami potwora, znów zaczynam mieć ochotę na chleb, piwo i mięso. Tak jakoś sobie radzę, ale wracajmy do tematu! – Ksin wziął następny kawałek pieczeni.

– O czym to ja...? Aha, oświadczyny Erkala! Zatem biedak dostał kosza i bardzo go to uraziło. Poniewczasie uznał, że należy mu się tutaj większy szacunek. Bez ceregieli porwał pannę, ale zamiast uciec z nią gdzieś daleko, najlepiej do Rohirry... – Mag puścił oko do przyjaciela. – On się z nią po prostu zamknął u siebie w domu. Uważał, że miejscowi nie poważą się podnieść ręki na maga, i jak się okazało, mylił się całkowicie, bo jak rzekłem, nikt się go tu zbytnio nie bał, o co on sam niefortunnie zadbał. Krewni i powinowaci dziewczyny oraz ich przyjaciele skrzyknęli się w godzinę i poszli kupą do Erkala. Rzecz jasna, przyłączyło się do nich całe miejscowe tałatajstwo, wśród którego był jakiś niedouczony szarlatan, wyrzucony z Akademii bodaj na pierwszym roku, któremu zapachniała zwalniająca się właśnie posada miejskiego maga rezydenta.

Z kolei do samego Erkala jakoś nie dotarło, że żarty się skończyły i tu już o jego skórę idzie. Zamiast zabrać się ostro do rzeczy i przysmażyć kogoś dla przykładu, do czego miał prawo, broniąc domu, on użył głupich sztuczek, na przykład spuścił na atakujący tłum deszcz ropuch i pijawek. Niedoszła teściowa dostała histerii, co pozostałych tylko bardziej rozsierdziło, natomiast konkurentowi do urzędu przybyło animuszu, gdy zobaczył, że przeciwnik unika bojowej magii. Pajac jeden, niewiele myśląc, rąbnął więc Erkalowi w okno piorunem kulistym. Erkal odbił piorun standardowym zaklęciem, ale tu się okazało, że standardowe procedury to za mało na nieuctwo. Piorun kulisty był nieudacznie zwinięty, niestabilny, zamiast zwykłej energii burzy zawierał jakieś magiczne śmiecie, ektoplazmatyczne gluty i bogowie głupoty wiedzą co jeszcze! Zapewne było tam wszystko, co durniowi zwykło kojarzyć się z wielką mocą magiczną. Dość rzec, że nie dało się tego rutynowo zneutralizować. Piorun uderzony zaklęciem tarczy, zamiast implodować, rozpadł się na jakieś drzazgi brudnej magii, która jak najgłupsi adepci wiedzą, bywa gorsza od czarnej. Oczywiście większość tego śmiecia poleciała z powrotem do nadawcy, który był na to zupełnie nieprzygotowany, bo zaklęć antyzwrotnych uczą dopiero na drugim roku. Padł trupem na miejscu, jak mówią świadkowie, coś małego, czarnego, o nieokreślonym kształcie wyjadło mu mózg, zostawiając w czole dziurę wielkości jabłka. Po prostu kuku na muniu! – Zdenerwowany Rodmin napił się piwa.

– Jeśli mu to coś zjadło mózg, to się nie najadło – przyznał Ksin. – A co z Erkalem?

– Też trup! – Mag prychnął pianą. – Część zgęstków niespójnej magii wpadła mu do pracowni i wówczas okazało się, że artefakty Erkala, z których wyrobu żył, mają zbyt niską idiotoodporność. Zdestabilizowało jeden czy dwa, a potem już poszło po wszystkich... Ale czekaj! Najpierw muszę ci wyjaśnić, że Erkal zajmował się wyrobem magicznych pierścieni na różne okazje i nie były to jarmarczne błyskotki. Sam dotąd korzystałem z jego wyrobów...

– Te twoje magiczne kręgi? – domyślił się Ksin.

– Właśnie! Erkal był moim tajnym dostawcą. Jego dziełem są praktycznie wszystkie funkcjonujące w pałacu przynoszące szczęście odpętlacze zdarzeń, wykrywacze kłamstw czy trucizny. Wszystkie sprawne, o przyzwoitym zakresie działania i cieszące oko formą. Podawałem się za ich autora, żeby nie narażać Erkala, a on poniekąd z tego powodu odgrywał wioskowego głupka. Zatem... – Rodmin odświeżył gardło kolejnym łykiem – ...te wszystkie artefakty mu się rozprzęgły i wyzwoliły zamkniętą w sobie energię. No, samo to to byłoby jednak pół biedy. Bo jaką mocą może dysponować mag wprawdzie dyplomowany, ale niedopuszczony do najwyższych wtajemniczeń? Z Akademii nie wypuszcza się potencjalnych niszczycieli światów. Jak się jednak poniewczasie okazało, Erkal miał hobby stosowne do swego zawodu, mianowicie zbierał różne magiczne pierścienie. Sam mu zresztą kilka dałem na przechowanie, bo przezornie wolałem nie trzymać tego w królewskim pałacu. Naprawdę różnie może z takim zabytkiem być, kiedy patyna i śniedź nadgryzą runy zabezpieczające, a większość tych przedmiotów długo leżała w grobach. Stąd, nawiasem mówiąc, biorą swój początek opowieści o różnych malowniczych przypadkach w starych grobowcach magów... Zatem Erkal część takich niestabilnych artefaktów miał ode mnie, a poza tym własnym staraniem zebrał różne ciekawe okazy. Od czasów Rzezi Magów krąży wśród pospólstwa wiele pierścieni, zdobytych jako łupy lub wykradzionych z grobów. Można je kupić nawet na podrzędnym targu jako zwykłe błyskotki, bo mało kto zna ich prawdziwą wartość, a zrobione są zwykle z taniego srebra, czasem zwykłej miedzi. Erkal zaś miał do nich dobre oko... Dość powiedzieć, że musiał mieć w swojej kolekcji amulety stworzone przez najpotężniejszych magów epoki Starej Magii. Ile i jakich dokładnie, tego teraz dojść nie sposób, gdyż magicznego chaosu wyzwolonego ze zgromadzonych artefaktów starczyło, by rozchwiać nawet sprawne zabezpieczenia wykonane przez najlepszych mistrzów. – Rodmin zamilkł.

– No, mów dalej! – ponaglił go Ksin.

– Rozszalał się magiczny pożar, w którym Erkal zginął. Nie wiadomo dokładnie, w jaki sposób. Na podwórze wyrzuciło jego rękę, częściowo zwęgloną, a w części skamieniałą. Płomienie nie wyglądały jak zwykle, lecz zwijały się w wirujące spirale. Raz były fioletowe, raz czarne, to znów oślepiająco srebrzyste lub karminowe. Dom z pozoru nie ucierpiał. Nie popękały kamienne ściany, nie spaliły się okiennice ani inne widoczne z zewnątrz elementy z drewna.