PsychopataTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Psychopata
Psychopata
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Psychopata
Psychopata
Audiobook
Czyta Anna Szawiel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

– Maja Lipska!

Oglądam się przez ramię i widzę Patryka Wilczyńskiego – z rozpostartymi szeroko ramionami. Wstaję od stolika i pozwalam mu się objąć.

– Nasza gwiazda – mówi Wilczyński, bez skrępowania przytulając mnie do siebie i całując moją głowę. Zaraz potem chwyta mnie za barki i nieco odsuwa od siebie, by lepiej mi się przyjrzeć. – Piekielnie inteligentna i jak zwykle olśniewająco piękna – stwierdza z tym swoim czarującym błyskiem w oku.

Śmieję się wesoło w odpowiedzi na jego słowa. Zdążyłam przywyknąć do komplementów kolegi.

– Cześć, Lilka – rzuca Wilczyński do mojej towarzyszki.

Lilianna Tomczak, z którą od lat pracuję w jednym laboratorium i z którą zdążyłam się zaprzyjaźnić, odpowiada mu wesołym „cześć”. Dodaje do tego zalotny uśmiech i przeciągłe spojrzenie.

– Wypadłaś rewelacyjnie – stwierdza Patryk, wracając do mnie wzrokiem. – Gratuluję doskonałej prelekcji.

– Dziękuję, Patryku.

Wilczyński jest kierownikiem działu technologii medycznej. To z jego pracowni wyszedł prototyp mikrolaparotopu, a także jego finalna wersja, która trafia do placówek medycznych w całej Polsce.

– Chciałem ci tylko osobiście pogratulować. Maju, naprawdę wspaniałe wystąpienie, wszystkim mowę odjęło, gdy zasugerowałaś rychłe rozpoczęcie testów na ludziach – mówi, nie wypuszczając mnie z objęć.

– Bo się zarumienię – rechoczę, czując, że już się to dzieje.

– Dobrze, w takim razie wystarczy tych pochwał! Już paniom nie przeszkadzam! – oświadcza, zwalniając uścisk. – Widzimy się wieczorem, drogie panie! – rzuca, po czym posyła mi kolejny uśmiech, a do Lilki puszcza oczko.

Machamy mu na pożegnanie, zapewniając, że obie planujemy pojawić się na pokonferencyjnym bankiecie.

– Ech – wzdycha Lilka, podpierając brodę na ręce i odprowadzając Wilczyńskiego rozmarzonym wzrokiem. – Co za facet…

– Nadal ci się podoba? – pytam, siadając z powrotem na krześle. Upijam łyk kawy i rozważam zamówienie kolejnej. Jeszcze nie ochłonęłam na tyle, aby opuścić kawiarnię, do której wymknęłyśmy się po pierwszej części konferencji.

– Taki facet musi się podobać – prycha Lilka, jakby to było najoczywistszą rzeczą na świecie, po czym macha lekceważąco ręką i szybko zmienia temat: – Ale to, co odwalił Robert, to się w głowie nie mieści!

Robert Malczuk to mój najbliższy współpracownik. O ile moje badania zazębiają się z badaniami Lilki, o tyle zadania Roberta są z nimi ściśle i nierozerwalnie powiązane.

– Musiało mu coś wypaść – staję w obronie kolegi, choć faktycznie Robert postawił mnie w mało komfortowej sytuacji.

Malczuk miał wystąpić zaraz po mnie. Jako specjalista od biologii komórki planował szerszy wykład na temat stymulacji komórek macierzystych w warunkach laboratoryjnych przed wszczepieniem ich do mózgu biorcy. Ale tego nie zrobił, bo niespodziewanie zapadł się pod ziemię. Nie tylko nie pojawił się na swoim wystąpieniu, ale w ogóle na całej konferencji.

Po tym, co sama zaprezentowałam, prelekcja Roberta wydawała się absolutnie koniecznym punktem spotkania. Po prośbach Grześka Kowalika, kierownika naszej sekcji badawczej oraz jednego z głównych organizatorów konferencji, choć brzmiały one raczej jak rozkazy niepodlegające jakiejkolwiek dyskusji, zgodziłam się zastąpić nieobecnego kolegę.

Jestem przekonana, że nie zgłębiłam tematu tak dokładnie, jak zrobiłby to Robert, ale – jak to mawiają – lepszy rydz niż nic.

– Wypaść? – warczy Lilka. – Co może być ważniejszego od wystąpienia na kwartalnej konferencji?

Wzruszam ramionami. Owszem, wkurzyłam się na Roberta, bo zupełnie nie byłam przygotowana na dodatkowy wykład, ale przecież pierwszy raz tak zawiódł. Musiał mieć szalenie ważny powód, aby się dziś nie pojawić – nie widzę innego wyjaśnienia. Mam tylko nadzieję, że nic złego mu się nie stało.

– A co ty go tak bronisz? – pyta Lilka i choć nie mówię nic więcej, przygląda mi się badawczo spod zmrużonych powiek. – Jesteś pewna, że Robert nie jest w twoim typie?

Wzdycham ciężko, upijając kolejny łyk kawy. Lilka uwielbia plotkować o facetach i zwykle mi to nie przeszkadza, ale teraz zwyczajnie niepokoję się o Roberta. Dzwoniłam do niego kilkakrotnie i ani raz nie odebrał połączenia. Wolałabym, aby Lilka nie przypominała mi o tym, że od rana nie dał znaku życia.

– Nigdy nie powiedziałam, że nie jest w moim typie – oponuję.

– Czyli kiedyś w końcu się z nim umówisz? – Przyjaciółka szczerzy zęby w szelmowskim uśmiechu.

– Nie, raczej nie – odpowiadam. – Jestem przecież z Olkiem.

– Ach, ten twój Olek – prycha z udawanym oburzeniem. – Jest nudny jak flaki z olejem.

– Wcale nie jest nudy…

– Żebyś czasem za niego nie wyszła.

– Rozważę to, gdy tylko poprosi mnie o rękę.

– Naprawdę? – Lilka jęczy, niepocieszona moją deklaracją.

Naprawdę, myślę, ale nie mówię tego na głos. Nie wspominam także, że od jakiegoś czasu błąkają mi się po głowie wizje mieszkania zupełnie odmiennego niż moje dotychczasowe cztery kąty.

Po cichu marzę o salonie zawalonym zabawkami – pośród nich bawi się zdecydowanie zbyt hałaśliwy maluch, a obok niego siedzi Olek…

Biorąc pod uwagę to, co mnie kiedyś spotkało, to bardzo odważne marzenia. Nie sądziłam, że kiedykolwiek tego typu myśli zakiełkują w mojej głowie. Choć przychodzą coraz częściej, ciągle są dla mnie tak nieprawdopodobne, że brak mi odwagi, aby podzielić się nimi z kimkolwiek.

– Proszę cię, tylko mi nie mów, że chcesz wyjść za psa! – Lilka chichocze dalej.

– Nie mów tak. – Ponownie wzdycham, tym razem z lekką irytacją. – Olek robi dużo dobrego. To ważna praca.

– Oj, Maja – przyjaciółka szturcha mnie w ramię – przecież tylko żartuję! Wiem, że ten nijaki pan komisarz jest dobry w tym, co robi.

– Nawet się nie domyślasz, jak bardzo. – Uśmiecham się do niej półgębkiem, na co Lilka śmieje się na całe gardło.

– No dobra, tych fantastycznych orgazmów to ci zazdroszczę!

– Daj już spokój. – Śmieję się razem z nią, zastanawiając się, jak by to było budzić się przy Olku każdego dnia.

Naczytałam się w książkach i nie tylko, jakie to trudne życie wiodą żony policjantów, i przez chwilę nawet dałam się temu przeświadczeniu zdominować. Przecież niemal każdy komisarz z najpopularniejszych kryminalnych serii to rozwodnik albo samotny alkoholik, niepotrafiący zbudować poprawnych relacji z kobietą, a wszystkiemu winna wymagająca i niebezpieczna praca. Cóż, im dłużej spotykam się z Olkiem, tym bardziej przekonana jestem, że to owszem, pociągająca, ale jednak tylko fikcja literacka.

– A co z piątkiem? – pyta Lilka.

Wydymam usta, bo nie wiem, o czym mówi.

– Obiecałaś, że zajmiesz się Leną…

– Aaa! – wykrzykuję, gdy przypominam sobie, o co chodzi.

Lena to siedmioletnia córka Lilki. Lilka wychowuje ją samotnie i od czasu do czasu powierza mi opiekę nad dziewczynką. Zwykle korzysta z mojej pomocy, gdy wpada jej w oko nowy facet i musi, po prostu musi się z nim przespać.

– Oczywiście, że się nią zajmę – zapewniam.

– Nie wolałabyś spędzić tego wieczoru z Olkiem? – dopytuje.

– Och, nie. – Nie jestem do końca szczera, ale nie chcę zawieść przyjaciółki. – Spędzanie czasu z Leną to czysta przyjemność. – To akurat jest całkowicie zgodne z prawdą. Lena jest przesympatyczną, wygadaną i mądrą dziewczynką. – A mały odpoczynek od Olka dobrze mi zrobi. Zresztą on teraz będzie zawalony robotą… – Milknę, gdy zdaję sobie sprawę, że nie powinnam była tego mówić.

– Jakaś nowa ofiara? – natychmiast podchwytuje Lilka.

– Druga – wzdycham. – Ale wiesz, że nie mogę…

– Wiem. – Lilka zniża głos do szeptu: – Znowu bez palców?

Przytakuję skinieniem głowy.

– Potworność – kwituje przyjaciółka.

– Lilka – podejmuję, przypominając sobie, że kompletnie nic nie wiem o mężczyźnie, z którym ma się spotkać, i podejrzewam, że ona sama także niewiele o nim wie. – Uważaj na siebie.

Lilka rechocze na całe gardło.

– Maja! Seba na pewno nie jest tym oszołomem, który lata po Krakowie z nożem!

Uśmiecham się lekko, już spokojniejsza. Skoro Lilka zna imię swojego nowego amanta i nawet używa jego zdrobnienia, to chyba jednak co nieco o nim wie.

4

Sala bankietowa, którą z rozmysłem zaplanowano umieścić w potężnym gmachu ośrodka BCT już na etapie projektu, pęka w szwach. Niewielu naukowców rezygnuje z darmowego, naprawdę niezłej jakości jedzenia i morza alkoholu serwowanych podczas tych pokonferencyjnych imprez.

Zawsze przy takich okazjach się zastanawiam, czy wszyscy ci pijący na umór ludzie naprawdę mogą sobie na to pozwolić. Zgaduję, że większość z nich intencjonalnie planuje luźniejszy dzień, gdy w grę wchodzi spotkanie w siedzibie BCT. Sama właśnie tak postępuję. Wbrew pozorom całkiem spore grono uczonych lubi się dobrze zabawić. Poza tym bankiet to doskonała okazja do szerszych rozmów, a nieraz na tych imprezach zapadają ważne z punktu widzenia projektów decyzje. Wymiana informacji i zacieśnianie znajomości to nieodzowny element postępu, dlatego nie ma powodu, aby odbywało się to na innym gruncie.

Strój, który miałam na sobie podczas konferencji, zamieniłam na koktajlową sukienkę w kolorze ciemnego granatu z odważnym wycięciem na plecach. Teraz jeszcze bardziej niż podczas porannej prelekcji przyciągam wzrok uczestników przyjęcia, a szczególnie podchmielonych mężczyzn. Przestało mi to jednak przeszkadzać, bo sama zdążyłam już wypić kilka drinków i procenty zaczynają przyjemnie hulać w moich żyłach.

Lilka podrywa jakiegoś docenta z Pomorza, chociaż na piątek umówiła się z tym całym Sebą. Jej zachowanie wcale mnie nie irytuje, wręcz przeciwnie – z rozbawieniem przyglądam się podpitej przyjaciółce, która owija sobie wokół palca kolejnego faceta w godnym podziwu tempie. Zdołałam przy tym zauważyć, że inteligentny czy nie, na każdego mężczyznę działają te same triki. Lilka opanowała te najbardziej skuteczne do perfekcji.

 

Przystaję przy kontuarze z wymyślnymi koktajlami. Biorę jeden z kieliszków i opieram się biodrem o mebel. Upijam łyk i rozkoszuję się chwilą samotności. Od dobrych dwóch godzin jestem rozchwytywana, każdy chce albo osobiście pogratulować mi rewelacyjnych wyników, albo zamienić kilka słów, nie zawsze o naukowym charakterze. Naliczyłam co najmniej pięciu facetów, którzy chętnie zacieśniliby ze mną znajomość na gruncie osobistym. Z tego trzech miało obrączkę na palcu.

Obserwuję dalej Lilkę. Wątpliwe, aby przyjaciółka wróciła dziś do mieszkania sama. Dobrze, że Lena nocuje u ciotki.

Nie mogę przestać porównywać przyjaciółki do siebie, a właściwie jej chęci do flirtowania. Choć zapewne Lilka mizdrzy się do tych wszystkich kolesi z zupełnie innego powodu, niż robiłam to kiedyś ja, czuję się tak, jakbym oglądała samą siebie z przeszłości. Zgraja napalonych dupków, zaraz obok pracoholizmu, miała mi pomóc nie myśleć o tym, co straciłam. Dopiero gdy poznałam Olka, zrozumiałam, że nie tędy droga.

– Maju, słyszałem, że wypadłaś fenomenalnie – słyszę nagle.

Zerkam w prawo, skąd dochodzi głos, i wybałuszam oczy ze zdziwienia.

Robert stoi tuż obok mnie i leniwie sączy drinka. Ma na sobie czarne dobrze skrojone spodnie od garnituru i białą koszulę z długimi rękawami podwiniętymi powyżej łokci. Po tym między innymi poznaję, że zdążył już sporo wypić. Inaczej nie pozwoliłby sobie na takie zagniecenia.

– Jesteś – mruczę pod nosem, odstawiając na kontuar pusty kieliszek.

– Jestem – odpowiada, sięga po dwie lampki szampana i podaje mi jedną z nich. – Za sukces. – Unosi nieco szkło.

Robię to samo. Kieliszek stuka o kieliszek z cichym brzękiem, po czym upijamy po łyku bąbelków.

– Co się stało?

– Maju, przepraszam. – Robert nie odpowiada na moje pytanie. – Wiem, że strasznie zawaliłem i że narobiłem niemałego problemu, i to nie tylko tobie. Już załatwiłem to z kierownikiem. Kiedy do niego podszedłem, był tak wkurwiony, że rzucił we mnie kubkiem, uwierzysz? Całe szczęście, że był pusty, a nie z jakimś wrzątkiem. Ale daruje mi – rechocze swobodnie. – Bardziej martwisz mnie ty. Wybaczysz mi, Maju?

Upijam łyk szampana, zanim się odzywam:

– Tak właściwie nic się nie stało. Poza tym, że wątpię, abym wygłosiła twoją prelekcję tak, jak powinna zostać wygłoszona…

– Och, jestem przekonany, że poradziłaś sobie świetnie – Robert wchodzi mi w słowo. – Zresztą każdy podkreśla, że byłaś obłędna. I podobno miałaś na sobie niezłą kieckę. – Patrzy na mnie spod oka.

– Sporo wiesz, biorąc pod uwagę, że cię nie było.

– Chłopcy zdążyli już sporo wypić i rozwiązały się im języki – śmieje się, zamaszystym gestem ręki wskazując zatłoczoną salę przed nami.

– Co się stało?

– Maju, przepraszam – mówi poważnym tonem, znów unikając odpowiedzi na moje pytanie. – Nie planowałem tego i nie chciałem nikogo stawiać pod ścianą. Zwłaszcza ciebie. I dziękuję, że pociągnęłaś to za mnie. Jesteś wyjątkowa. – Kolejny podpity chichot, po którym znów macha ręką. – Przecież wiele razy już ci to mówiłem, niepotrzebnie się powtarzam.

– Wszystko jest w porządku – zapewniam po raz drugi. – Ale co się stało, że nie dotarłeś na konferencję? Dzwoniłam do ciebie. Myślałam, że może przydarzyło ci się coś złego.

– Martwiłaś się o mnie? – Posyła mi zawadiacki uśmiech, ale widzę, że tak naprawdę jest to smutny grymas. – Pochlebia mi to…

– Przestań pierdolić, co się stało? – wyrzucam z siebie ostro.

Robert opróżnia kieliszek do dna. Odstawia go na blat i przejeżdża dłonią po twarzy. Coś się stało, wiem to. Znam go zbyt dobrze, aby nie dostrzec, że pod tą maską wesołości ukrywa zdenerwowanie, może nawet roztrzęsienie.

– Nawet gdybym chciał, nie mógłbym ci powiedzieć – oznajmia, patrząc mi oczy. – A nie chcę.

Przyglądam mu się badawczo, starając się zrozumieć sens jego słów. I doszukać się w nich podpowiedzi, co takiego mogło się wydarzyć, że nie zdołał się pojawić na najważniejszym naukowym wydarzeniu w tym roku.

– Nie drąż, Maju – ciągnie Robert. – Nie jest ci to do niczego potrzebne, a mnie w niczym nie pomoże.

Przygryzam dolną wargę i uciekam wzrokiem w bok. Owszem, przyjaźnimy się z Robertem, ale w żadnym razie nie mamy obowiązku mówić sobie o wszystkim. Jest przecież tyle rzeczy, o których nigdy mu nie powiedziałam i pewnie nie powiem. Ani jemu, ani Lilce. Dlaczego wobec tego miałabym wymagać od niego zwierzeń? Doceniam fakt, że jest ze mną szczery i nie zaprzecza uparcie, że wszystko jest w najlepszym porządku. Na razie musi mi to wystarczyć.

– Gdybyś chciał pogadać, to jestem. – Powracam spojrzeniem do Roberta.

– Wiem, ślicznotko – odpowiada i ujmuje moją dłoń. – Zatańczymy?

Zanim odpowiadam, porywa mnie na środek sali i zamyka w ciasnym uścisku.

5

Budzę się.

Bardzo powoli wraca mi świadomość, jeszcze wolniej docierają do mnie bodźce z otoczenia. Pierwsze wrażenie, jakie rejestruję, to chłód.

Dotykam swoich ramiom i stwierdzam, że są nagie. Unoszę powieki i wodzę jeszcze nie w pełni ostrym wzrokiem po swoim ciele. Mam na sobie granatową sukienkę, tę z bankietu.

Rozglądam się wkoło i zaczynam krzyczeć. Głośny, rozżalony i podszyty strachem ryk wydobywa się z mojego gardła, a potem odbija echem od drzew otaczających ławkę, na której leżę.

Spanikowana podnoszę się z niej i przez jakiś czas kręcę w kółko, próbując się zorientować, gdzie, do diabła, jestem. Z przerażenia rozpoznaję miejsce dopiero po dłuższej chwili.

To park. Choć park to za dużo powiedziane. Jestem na tym małym skwerku dwie ulice od alejki, przy której znajduje się moje mieszkanie.

Wcale mnie to nie uspokaja. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego jestem tutaj zamiast w mojej przytulnej sypialni. Usiłuję wydobyć z pamięci wspomnienie, jak się tu znalazłam. Z jeszcze większym przerażeniem stwierdzam, że nic nie pamiętam od… od bankietu?

Kurwa, nie pamiętam nic od bankietu!

Gdy dociera do mnie, jak wiele strasznych rzeczy mogło mi się przydarzyć, przystępuję do nerwowych oględzin samej siebie. Sukienka jest w idealnym stanie, nie jestem brudna, nie mam żadnych ran ani zadrapań, przynajmniej takich widocznych na pierwszy rzut oka. Nic mnie nie boli, nie licząc lekkiego ćmienia głowy.

Sprawdzam zawartość torebki. Jest w niej wszystko to, co być powinno: telefon, karta bankomatowa, klucze do mieszkania, chusteczki, kilka kosmetyków, spinka do włosów. Znajduję też napoczęte opakowanie gum do żucia i pustą paczkę po prezerwatywach. Ostatnie znalezisko przyprawia mnie o szybsze bicie serca, ale na szczęście przypominam sobie, że miałam tę torebkę także na niedawnym przyjęciu okolicznościowym w pracy Olka. Poznałam wtedy jego kolegów i przełożonych – całkiem sympatyczni ludzie, choć podejrzewam, że w godzinach pracy zmieniają się w gburowatych, nadętych stróżów prawa. W każdym razie po imprezie zdecydowaliśmy się z Olkiem wrócić pieszo do mieszkania, urządzając sobie przy tym romantyczny spacer, a po drodze uprawialiśmy już mniej romantyczny, ale za to bardzo ekscytujący seks na tyłach sklepiku całodobowego, gdzie udało nam się zaopatrzyć w tę cholerną paczkę gumek, która tak mnie teraz przeraziła.

Dobre wieści są zatem takie, że nikt mnie nie pobił, nie wykorzystał seksualnie, a nawet nie okradł. Przynajmniej na chwilę obecną tak mi się wydaje. Złe: dalej nie wiem, jak to się stało, że znalazłam się na ławce w parku, i nic nie wskazuje na to, abym szybko miała się tego dowiedzieć.

Co ja tutaj, do kurwy nędzy, robię?

Rozglądam się po parku, jakby okoliczne drzewa i krzaki miały mi podsunąć jakąś podpowiedź. Chłodny wczesnojesienny wiatr porusza złowieszczo koronami dwóch okazałych dębów, które swoją wielką posturą zdają się nie pasować do tego niepozornego miejsca udającego miejski park. Zupełnie tak jak ja.

Czy to naprawdę możliwe, że wypiłam aż tyle? Aż tyle, żeby kompletnie nic nie pamiętać i z jakiegoś niewyjaśnionego powodu wylądować tutaj?!

Patrzę oskarżycielsko na ławkę, na której się obudziłam. Ona też nie chce mi pomóc.

Postanawiam czym prędzej wrócić do mieszkania. Nie chcę, żeby mnie tutaj ktokolwiek zobaczył.

Idę żwawym krokiem. Po drodze zdejmuję szpilki ze stóp, bo zwyczajnie mnie spowalniają. Nie wiem, która jest godzina, bo telefon mam rozładowany, ale zgaduję, że wczesny ranek, bo mija mnie niewielu przechodniów.

Nadal nic mnie nie boli i paradoksalnie to mnie martwi najbardziej. Czy nie powinnam mieć gigantycznego kaca, skoro wczoraj wlałam w siebie taką ilość alkoholu, że urwał mi się film?

Kiedy w końcu docieram do mieszkania, czuję ulgę, choć absolutnie nic nie rozjaśniło mi się w głowie. Wręcz przeciwnie – namnożyło się tylko więcej pytań. Jednak widok moich czterech kątów działa na mnie uspokajająco. Opieram się plecami o drzwi wejściowe, które z hukiem za sobą zatrzasnęłam, i osuwam się na podłogę. Podpieram czoło na ręce i myślę. Nadal nic nie pamiętam. Nic. Kompletna pustka, czarna dziura.

Oddycham głęboko i próbuję inaczej.

Konferencja. Świetna prezentacja. Kawa z Lilką. Lunch z kierownikiem mojej sekcji badawczej, Grześkiem Kowalikiem. Szybki powrót do domu i zmiana ubrania. Bankiet. Jeden drink, drugi. Uściski dłoni. Szklaneczka whisky. Kolejne uściski dłoni, sporadyczne teatralne objęcia. Kilka ciekawych i mniej ciekawych konwersacji. Koktajl. Robert, szampan. Tańce, kolejne drinki…

Robert!

Podrywam się z miejsca i w popłochu przechodzę do salonu, po drodze wyszarpując z torebki rozładowany telefon. Znajduję kabel i podłączam aparat do ładowania. Przez kilkadziesiąt długich sekund czekam, aż wyświetlacz rozbłyśnie. Pospieszam w myślach zbyt wolno ładującą się baterię, ale to nic nie daje. Czas mi się dłuży w nieskończoność. Z nerwów rozczochruję włosy, które de facto także są w nadzwyczaj dobrym stanie, oczywiście jak na noc spędzoną na ławce lub – tak właściwie – nie wiadomo gdzie.

W końcu telefon budzi się do życia. Zasypują mnie nieodebrane połączenia, wiadomości i maile. Ignoruję je wszystkie. Od razu wchodzę w listę kontaktów. Kiedy jednak znajduję numer Roberta, nie wybieram go, ale wracam do głównego ekranu.

Patrzę na wyświetlacz szeroko otwartymi oczami i nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Czuję, że zaczynam dygotać, przestaję panować nad odruchami swojego ciała. Trzęsącymi się rękoma wyłączam telefon. Odczekuję kilka sekund i włączam go ponownie.

Może się zawiesił? To przecież jak najbardziej możliwe.

Znów czekam i znów czas niemiłosiernie mi się dłuży. Rozczochruję włosy jeszcze bardziej, tym razem natarczywie, drapiąc skórę głowy.

Gdy ponownie patrzę na ekran, nogi się pode mną uginają. Chyba tylko cudem nie mdleję. Powtarzam sobie, że to nie może być prawda, że istnieje racjonalne wyjaśnienie zaistniałej sytuacji, choć wiem, że to skrajnie naiwne z mojej strony, bo niby dlaczego mój smartfon miałby wyświetlać nieprawidłowe informacje?

Wstrząśnięta siadam na kanapie. Biorę głęboki wdech i zerkam na wyświetlacz raz jeszcze. Nic się nie zmienia.

Według mojego telefonu jest osiemnasty września.

A konferencja była przecież szesnastego.