Jedyne takie miejsceTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Klaudia Pankowska-Bianek, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Grażyna Milewska

Korekta: Anna Gidaszewska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: FecitStudio

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66278-15-8

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci,

miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki.

Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych

jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@weneedya.pl

Dziadkowi Józefowi –

pan Tadek jest dla Ciebie

Między mężczyzną a kobietą

przyjaźń nie jest możliwa.

Namiętność, wrogość, uwielbienie,

miłość – tak, lecz nie przyjaźń.

~ Oscar Wilde

Lena

Moja bezpieczna przystań od zawsze znajdowała się w samym środku wielohektarowego lasu. Wszystko, co się dla mnie kiedykolwiek liczyło, było tutaj – w małej chatce zbudowanej przez mojego pradziadka dawno, dawno temu.

Wychowała mnie babcia Teresa, najcudowniejsza kobieta na świecie. Moja mama zmarła, gdy miałam trzy lata, i jej twarz znałam tylko ze zdjęć. Natomiast ojciec po prostu uciekł od odpowiedzialności. Po pogrzebie mamy przywiózł mnie do babci i powiedział, że samotnie nie da rady wychować trzyletniego dziecka. Babcia Teresa zwyzywała go, a następnie zatrzasnęła mu drzwi przed nosem – tyle wiem z jej opowieści.

Do szkoły zawsze miałam daleko, miejskie klimaty były mi całkowicie obce. Żyłyśmy sobie z babcią w naszym małym świecie, za jedyne towarzystwo mając mieszkające po sąsiedzku małżeństwo. Tadeusz i Marianna Roguccy byli mi tak bliscy jak babcia, bo razem tworzyliśmy naszą małą rodzinę. Pani Marianna zmarła siedem lat temu po długiej i nierównej walce z rakiem piersi. Pan Tadek został sam w swoim starym domku.

Przez ponad cztery lata żyliśmy sobie spokojnie w trójkę, a potem mój świat się wywrócił do góry nogami…

Zaczęło się od dziwnych bólów głowy, a później przyszły wymioty. Brak apetytu i apatyczność stawały się coraz trudniejsze do zatuszowania przed babcią, której nie chciałam martwić swoimi dolegliwościami. Nie dopuszczałam do siebie możliwości, która uparcie szturmowała mój umysł.

Miesiączka jednak nie nadchodziła. Spóźniała się tydzień, później drugi. Po trzecim tygodniu kupiłam test ciążowy. Dwie kreski mnie poraziły. Nie byłam w stanie płakać, nie byłam w stanie krzyczeć… Zapadłam się w sobie.

Ukrywałam rosnący brzuch do czwartego miesiąca. W końcu babcia przeprowadziła ze mną poważną, ale nienapastliwą rozmowę. Zabrała do lekarza, zadbała o mnie tak, jak ja sama nie byłabym w stanie zadbać. Najbardziej upokarzający był moment, gdy informowałyśmy moją wychowawczynię o zaistniałej sytuacji. Pani Stachowiak nie oceniała mnie, ale jej pełne zaskoczenia milczenie było wystarczająco dobijające. Wychowawczyni obiecała mi pomóc, poinformowała wszystkich nauczycieli i dbała, żeby nikt mi nie dokuczał.

Tyle że rówieśnicy i tak znajdowali sposób, żeby wbić mi szpilę. I to niejeden raz…

Z początku było niewinnie, bo tylko na mnie patrzyli i szeptali po kątach. Później jednak otwarcie nazywali mnie dziwką, która w wieku piętnastu lat dała sobie zrobić brzuch. Szyderczo pytali, czy w ogóle wiem, jak się nazywa ten leśny dzikus, który mnie dopadł w krzakach.

Gdyby tylko wiedzieli… Ale nikt nie mógł się dowiedzieć, bo to zniszczyłoby nie tylko mnie, ale także jego. A pomimo faktu, że on nie chciał mieć ze mną już nic wspólnego, to ja po prostu nie zamierzałam go wkopywać. Może byłam naiwna, może powinnam się zemścić za to, że umywał ręce od naszego wspólnego problemu, ale i tak go kryłam.

Dziewiątego września o godzinie piątej czterdzieści trzy urodził się Marcel. Nie potrafiłam powstrzymać łez wzruszenia, gdy po raz pierwszy dali mi go na ręce. Poczułam wtedy coś, czego nie czułam nigdy wcześniej. Coś więcej niż euforię. Coś tak wielkiego, że niemożliwego do opisania.

Początki były trudne, bo Marcel płakał całe noce, a my próbowałyśmy go uspokoić na przemian z babcią. Był najbardziej rozwrzeszczanym niemowlęciem, jakie widział świat. Jego buzia była wręcz purpurowa od płaczu. Zmienił się niewiarygodnie po chrzcie świętym. Z płaczącego dziecka przeistoczył się w roześmianego małego bobaska, który uwielbiał się kąpać, chętnie ssał mleko z piersi i zaczynał gaworzyć w odpowiedzi na nasze pieszczotliwe słowa.

Nie przelewało się nam. Babci renta była niewielka, ale sytuację ratowały pieniądze, które wedle naszej słownej umowy co miesiąc przesyłał mi ojciec dziecka. Babcia pytała, chciała wiedzieć, ale ja jej nie powiedziałam. Trzymałam go w szachu. Sam chciał testów na ojcostwo, a gdy wynik okazał się jednoznaczny, obiecał mi, że każdego miesiąca będzie przelewał na moje konto tysiąc dwieście złotych z wypełnionego po brzegi konta swoich bogatych rodziców, a w zamian za to mam milczeć jak grób. Zaznaczył, że nie chce widywać Marcela. Chciał mieć tylko pewność, że nikt się o niczym nie dowie.

Marcel był dzieckiem wychowywanym przez nastoletnią matkę, prababcię i pana Tadka.


Najbliższy sklep spożywczy znajdował się w odległości prawie trzech kilometrów od naszego miejsca zamieszkania. Wiosną, latem, a nawet późną jesienią i łagodną zimą brałam mój stary rower i jechałam leśną ścieżką po podstawowe zakupy.

Początek tegorocznego lata był dość chłodny, bo częściej padało, niż świeciło słońce, ale nic nie było w stanie mnie odwieść od przejażdżki po bochenek chleba.

Dziś, czyli siódmego lipca, mieliśmy dla odmiany naprawdę piękny i słoneczny dzień. Jechałam rowerem z dwoma torbami zawieszonymi na kierownicy i próbowałam omijać gałęzie leżące na ścieżce, które pospadały z drzew podczas ostatniej burzy. Las szumiał przyjaźnie, a promienie słońca przeciskały się przez korony drzew.

Wyjechałam z lasu i od razu zobaczyłam babcię Teresę, która z wiklinowym koszykiem wychodziła właśnie z kurnika, a za nią biegł roześmiany Marcel. Lekki wietrzyk targał jego ciemną czuprynkę, a malutkie kaloszki rozpryskiwały kałuże.

Uśmiechnęłam się i zsiadłam z roweru. Oparłam go o ścianę domu, a zakupy położyłam na starej drewnianej ławce. Marcel dostrzegł mnie, a ja przykucnęłam i rozpostarłam ramiona, żeby mój synek mógł w nie wpaść.

– Mama! – krzyknął radośnie, a ja wycałowałam jego zarumienione policzki i wzięłam go na ręce.

– Byłeś grzeczny? – zapytałam z uśmiechem. Marcel pokiwał głową i owinął mi szyję swoimi rączkami, tuląc się tak, jak gdyby nie widział mnie znacznie dłużej niż tylko godzinę.

– Lenka, zobacz tylko, ile kury naniosły dziś jajek! – zawołała babcia i pokazała mi wypełniony koszyk.

– Trzeba koniecznie zadzwonić do pani Wasiakowej, że mamy dla niej jajka. Może nawet pan Stasio ze sklepu się załapie. Pytał mnie dzisiaj, kiedy mógłby przyjechać po ser twojej roboty i jajka – odpowiedziałam i poprawiłam sobie Marcela na biodrze.

Babcia usiadła na ławce i popatrzyła w kierunku domku pana Tadka. Ja też się odwróciłam i zobaczyłam, że na jego podwórku stał zaparkowany jakiś drogi samochód, którego na co dzień nie widywało się w naszej okolicy.

– Ktoś przyjechał do Tadka tym samochodem krótko po tym, jak wyjechałaś do sklepu. Nie widziałam kto to, ale pomyślałam sobie, że może ten jego syn Robert przypomniał sobie o ojcu – powiedziała babcia, która cały czas wpatrywała się w podwórko sąsiada.

– Myślisz, że Rogucki odwiedziłby ojca po tylu latach? – zapytałam z powątpiewaniem.

Robert Rogucki, wielkomiejski bogacz i właściciel firmy transportowej przed laty przyjeżdżał do pana Tadeusza trzy razy w roku: gdy przywoził syna na wakacje, gdy odbierał syna z wakacji i w święta Bożego Narodzenia. Jednak od kilku lat nie pojawił się u niego ani razu. Przestał przywozić Alana na lato i wyglądało, że zerwał z ojcem kontakt. Ani ja, ani babcia nie wiedziałyśmy, co tam się właściwie stało.

W odpowiedzi na moje pytanie babcia wzruszyła ramionami.

Marcel zaczął się wiercić w moich ramionach, więc postawiłam go na nogi, a on przykucnął i nawoływał naszego wielkiego czarnego kocura Charliego, który leniwym krokiem wychodził ze stodoły.

Złapałam torby z zakupami w jedną dłoń, a koszyk z jajkami w drugą i weszłam do domu. Z malutkiego korytarzyka od razu przechodziło się do kuchni. To pomieszczenie też było niewielkie, ale wystarczające na nasze potrzeby. Położyłam wszystko na starym, chwiejącym się stole i zaczęłam rozpakowywać zakupy: cztery chleby, tabliczkę czekolady, trzy torebki mąki, kilogram cukru i jabłka, które pan Stasio dał mi dla Marcela.

 

Zaraz za mną do kuchni wszedł mój synek, który swoimi bystrymi, brązowymi oczkami patrzył to na mnie, to na jabłka.

– Obrać ci jabłuszko, kochanie? – zapytałam z uśmiechem, a Marcel przytaknął i wdrapał się na krzesło.

Z szuflady wyciągnęłam krótki nożyk do warzyw i owoców, a z szafki wyjęłam miseczkę. Obrałam jabłko i rozkroiłam je na mniejsze cząstki. Marcel uśmiechnął się z lubością i już chciał sięgnąć po pierwszy kawałek, gdy zauważyłam, jakie ma brudne dłonie.

– O nie, synku. Najpierw maszerujemy do łazienki i myjemy ręce! – powiedziałam stanowczo.

Mijając uchylone drzwi wejściowe, usłyszałam strzępki rozmowy. Od razu pomyślałam sobie, że pan Tadek przyszedł zdać babci relację z wizyty tajemniczego właściciela świetnego samochodu.

W łazience Marcel samodzielnie umył rączki, a następnie wytarł je w ręcznik. Wróciliśmy do kuchni, gdzie zabrał się za pałaszowanie jabłka.

Dźwięki dochodzącej rozmowy były niewyraźne; właściwie słyszałam tylko, że babcia z kimś dyskutowała. Usiadłam przy stole i patrzyłam na mojego bystrego dwulatka, który zajadał się jabłkiem tak, jak gdyby to była najlepsza rzecz na świecie. Dopiero gdy skończył, a ja wytarłam mu lepką od owocu rączkę, oboje wstaliśmy od stołu i ruszyliśmy do wyjścia.

W progu stanęłam jak wryta. Owszem, babcia nadal siedziała na drewnianej ławce przed domem, a pan Tadek obok niej. Tyle że naprzeciwko nich stał wysoki, elegancko ubrany chłopak, któremu uśmiech zamarł na ustach, gdy na mnie spojrzał.

Od razu go poznałam. Wiedziałam, że ma dwadzieścia lat i na tyle rzeczywiście wyglądał. W końcu wiele lat temu bawiliśmy się ze sobą każdego dnia przez całe wakacje.

Alan Rogucki nie przypominał już za bardzo tego dziesięcioletniego chłopca, który o zmierzchu pomagał mi zaganiać kury, który biegał w brudnych spodenkach i ciągle miał zdarte kolana oraz łokcie. Teraz stał przede mną młody mężczyzna w granatowych szortach, czarnych markowych trampkach i szarej koszulce polo. Jego kruczoczarne włosy były modnie przystrzyżone – krótsze po bokach, a na czubku głowy i potylicy dłuższe. Kwadratowa szczęka była pokryta ciemnym zarostem, na którego tle odbijały się wyraźnie wydatne różowe usta. Stał z dłońmi wsuniętymi w kieszenie szortów i w okularach pilotkach nasuniętych na nos. Wiedziałam jednak, że za lustrzanymi szkłami okularów znajdują się brązowe oczy otoczone woalką naturalnie długich i ciemnych rzęs.

Nagle poczułam wstyd, że po dziesięciu latach od naszego ostatniego spotkania on widzi mnie w starych dżinsowych ogrodniczkach i spranej zielonej koszulce. Moje długie, miedziane włosy zaplotłam rano w luźny warkocz, ale wiele kosmyków zdążyło się już z niego wysunąć.

Poczułam, że zawstydzony Marcel przytula się do moich nóg. Położyłam dłoń na jego główce, żeby dodać mu otuchy. Moje gęsto obsypane piegami policzki zapłonęły rumieńcem.

– Cześć – powiedziałam niepewnie, czując się trochę niezręcznie.

– Cześć, Lena! Rany, kopę lat! – odpowiedział rześkim głosem, a jego pełne usta wygięły się w szerokim uśmiechu i ukazały rząd śnieżnobiałych, idealnie prostych zębów. – Pamiętam cię jako małą dziewczynę, a teraz… – Urwał i chociaż nie widziałam jego oczu, to wyczułam, że popatrzył na tulącego się do mnie Marcela. – A kim jest ten zawstydzony maluch? – zapytał i ku mojemu zdumieniu przykucnął, uniósł okulary na czoło i wyciągnął dłoń w kierunku Marcela.

– To mój syn Marcel – odpowiedziałam niepewnie. Od razu zaczęłam sobie wyobrażać, co musiał o mnie pomyśleć… Osiemnastolatka z dzieckiem.

– Cześć, Marcel. Jestem Alan, kolega twojej mamy i wnuk pana Tadeusza.

Marcel zerknął na niego niepewnie, ale zaraz na nowo wtulił twarz w moje nogi, a babcia i pan Tadek zaczęli się śmiać.

– Marcel mówi na mnie „dziadzia Teddy” – wytłumaczył pan Tadek.

– Dajcie mu chwilę, zaraz się ośmieli – dodała babcia. – Marcelek, chodź do mnie, nie wstydź się – powiedziała pieszczotliwie, ale nawet to nie wywołało żadnej reakcji.

Alan nadal kucał, ale teraz jego wzrok był utkwiony we mnie. Już jako chłopiec miał bardzo przenikliwe spojrzenie, a teraz zdawał się wprost prześwietlać mnie na wylot.

– Co u ciebie, Lena? – zagadnął przyjaźnie, podnosząc się i prostując. Cały czas jednak zerkał na Marcela i ilekroć malec spojrzał na niego nieśmiało, to on się uśmiechał.

– Cóż, sam widzisz. Mieszkamy sobie z babcią i twoim dziadkiem z dala od cywilizacji i jest nam dobrze – odpowiedziałam neutralnym tonem. Największa zmiana w moim życiu stała przed nim i bardzo się wstydziła, więc o tym nie musiałam mówić. – A u ciebie?

Wziął głęboki oddech, popatrzył na swojego dziadka, moją babcię, uśmiechnął się do Marcela i zatrzymał wzrok na mnie.

– Studiuję inżynierię w Warszawie, ale na wakacje postanowiłem przyjechać tutaj, żeby pomóc trochę dziadkowi, który ciągle uparcie twierdzi, że jest młodzieniaszkiem i poradzi sobie sam – powiedział i rzucił znaczące spojrzenie panu Tadkowi. – To niesamowite, że przez dziesięć lat nic się tutaj nie zmieniło. Mam wrażenie, jak gdybym się cofnął w czasie.

Uśmiechnęłam się nostalgicznie. Patrząc na niego, nie miałam wrażenia, że cofam się w czasie. Czułam raczej, że to ja zatrzymałam się w przeszłości, a on poszedł dalej.

Oczywiście, że był studentem, i naturalnie, że ten ładny samochód należał do niego. Alan to typ człowieka od urodzenia skazanego na sukces. Robert Rogucki opływał w bogactwa, więc naturalną koleją rzeczy Alan też pławił się w luksusie. A inżynieria była jego marzeniem od dziecka.

Przez kilka kolejnych minut prym w rozmowie wiedli pan Tadek i moja babcia. Przysiadłam na progu naszego domku, posadziłam sobie Marcela na kolanach i pozwalałam mu się bawić moim warkoczem. Alan usiadł na trawie naprzeciwko nas i ze śmiechem słuchał anegdot opowiadanych przez starszych. Rozmawiał ze mną tak, jak gdyby nic się nie zmieniło, ale zdarzały się momenty, gdy przyłapywałam go na ulotnej zadumie… Zerkał wtedy na Marcela, jak gdyby nie dowierzając, że zostałam matką w tak młodym wieku.

Przypomniałam sobie pierwsze wakacje, gdy Alan nie przyjechał. Zupełnie się tego nie spodziewałam, bo przecież umawialiśmy się na kolejne wyprawy następnego lata. Szkoła dobiegła końca (z czego cieszyłam się bardziej niż inni), a ja każdego dnia wypatrywałam samochodu pana Roguckiego. Minął pierwszy tydzień wakacji, a później następny. W końcu zaczął dopadać mnie smutek, bo przecież Alan obiecał, że przyjedzie, a nie przyjechał. Mój dziewięcioletni umysł nie potrafił wyobrazić sobie niczego poza tym, że Alan pewnie na coś się obraził i dlatego się nie pojawił. Nie brałam pod uwagę setki innych możliwości, bo ta jedna wydawała się najbardziej prawdopodobna.

Pewnego wieczora, gdy siedziałam na przewróconym pniu drzewa i rozmawiałam sama ze sobą, przyszedł pan Tadek. Usiadł obok mnie, a wtedy od razu zamilkłam. Patrzyłam przed siebie i machałam nogami, natomiast on obserwował mnie z zamyśleniem.

– Nie gniewaj się na Alanka – zaczął tym swoim dobrotliwym głosem. – Jestem pewien, że on chciał przyjechać. Po prostu mój syn, z powodu pracy, musiał się razem z całą rodziną przeprowadzić z Poznania do Warszawy i nie dał rady go tutaj przywieźć. Może w następne wakacje się uda. – Pocieszał mnie, a ja wzięłam głęboki oddech, popatrzyłam na twarz pana Tadka i wydobyłam z siebie uśmiech.

Czas płynął, mijał rok za rokiem, a Alan się już nie pojawił.

I tak przez siedem lat, aż w końcu przestał dokuczać mi z tego powodu zawód. Nauczyłam się spędzać wakacje po swojemu. Pomagałam babci w codziennych obowiązkach, a pewnego razu na poczcie zakupiłam sobie za drobniaki książkę kucharską. Zaczęłam gotować. Początkowo z nudów, a później z pasji. Gdy dwa lata temu na świecie pojawił się Marcel, wtedy wszystko przestało się liczyć, a cała moja uwaga skupiła się na nim.

– Lenka… Lenka!

Poderwałam głowę, zdając sobie sprawę, że zamyśliłam się zbyt mocno. Rozejrzałam się i zdałam sobie sprawę, że Marcel w którymś momencie zszedł z moich kolan i zbliżył się do Alana.

Z niedowierzaniem patrzyłam, jak mój dwulatek przełamuje swoją nieśmiałość i obserwuje z zaciekawieniem naszego kocura Charliego, który z lubością ocierał się o dłoń Alana. Charlie był najlepszym przyjacielem Marcela. Stał się nim w dniu, gdy jego głośne mruczenie po raz pierwszy uśpiło mojego synka. Od tej pory Marcel nie był w stanie zasnąć, jeśli w naszym wspólnym łóżku nie było Charliego.

Nie byłam do końca przekonana do kota śpiącego w naszej pościeli, ale błagalny wzrok mojego synka wytrącił mi z ręki wszystkie logiczne argumenty.

Uśmiechnęłam się. Doskonale wiedziałam, jak wytłumaczyć pierwsze przebłyski śmiałości u Marcela. On bardzo ufał Charliemu. Uznał, że skoro jego najlepszy przyjaciel zbliżył się do nieznajomego, to i on może to zrobić.

– To twój kotek, prawda? – zagadnął przyjaźnie Alan, głaszcząc kocura.

– Tak – odpowiedział Marcel i zbliżył się jeszcze o krok. – On śpi ź nami… Źe mną i mamą – dodał śmielej. Patrzył uważnie na kota, który prężył grzbiet i głośno mruczał.

– A jak ma na imię? – Padło kolejne pytanie z ust Alana.

– Ćarli.

Babcia i pan Tadek popatrzyli na siebie i uśmiechnęli się, a mnie mocniej zabiło serce. Mój synek był nieśmiały, bo na co dzień nie miał kontaktu z obcymi. Znał tylko mnie, babcię Teresę i pana Tadka. Wiedział również, jak wygląda pan listonosz i ośmielał się podać dłoń panu Stasiowi ze sklepu. Raz pomachał na pożegnanie pani Wasiakowej, gdy odwiozła babcię po kościele. Innych ludzi się wstydził i potrzebował czasu, żeby się z nimi oswoić. Alan niepostrzeżenie znalazł drogę do zdobycia jego zainteresowania i sympatii.

– Cześć, Charlie. Bardzo duży z ciebie kocur. I muszę ci powiedzieć, że masz bardzo fajnego przyjaciela Marcela – powiedział głośno Alan, podrapał kota za uchem i uśmiechnął się do mojego synka.

A on nieśmiało odwzajemnił gest.

– Coś podobnego! – Westchnęła babcia.

– Nikt nie przełamuje oporów naszego małego chłopca lepiej niż ten gigantyczny kocur. – Zaśmiał się pan Tadek i z niedowierzaniem pokręcił głową.

Po chwili Marcel uklęknął na trawie i razem z Alanem zaczął głaskać Charliego. Kot musiał się poczuć jak w raju, bo rzadko kiedy otrzymywał aż tyle uwagi.

Jeszcze przez pół godziny patrzyłam, jak Marcel i mój dawny kolega z dzieciństwa poznają się dzięki czarnemu kocurowi. Niespodziewanie ten dzień okazał się naprawdę przyjemny i zaskakujący.

Alan

To było jak powrót do przeszłości. Ta sama polana, te same dwa domki, ten niesamowity klimat i szum drzew…

Wydawało mi się, że w tym miejscu czas stanął, a ja znów mam dziesięć lat i przeżywam najlepsze wakacje w swoim życiu. Znów jest mój dziadek i chciałem myśleć, że jest też babcia. A po sąsiedzku mieszka pani Teresa.

Tutaj nie byłem studentem inżynierii z wielkiego miasta i gościem, którego dziewczyna zdradziła z jego najlepszym przyjacielem. Tutaj byłem dzieciakiem żyjącym chwilą i kolejnym oddechem.

Od dziesięciu lat nie czułem się tak dobrze jak w momencie, gdy wysiadłem z samochodu, a podeszwy moich butów dotknęły źdźbeł trawy. Odetchnąłem pełną piersią i poczułem, że te wakacje spędzę tak, jak chcę, a nie tak, jak ustali to mój ojciec lub moja niewierna dziewczyna.

Dziadek powitał mnie z otwartymi ramionami, czyli tak, jak zawsze witał mojego ojca, chociaż ten na to nie zasługiwał. W ciągu kilkunastu minut streścił mi najważniejsze fakty z ostatnich lat swojego życia, w którym nie uczestniczyłem, a później zaproponował, że przejdziemy się do pani Teresy, bo i ona chętnie by mnie zobaczyła.

Starsza kobieta uściskała mnie serdecznie i zapytała, co u mnie słychać – zrobiła to w taki sposób, jak gdybym przyjeżdżał tu regularnie. W każdym razie nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie przypuszczałem, że będzie nam się rozmawiało tak swobodnie i lekko, jak to się odbywało.

A później z domku nadgryzionego zębem czasu wyszła ona.

Zapamiętałem ją jako rezolutną ośmiolatkę, której rude włosy zawsze były uczesane w dwa warkocze. Nosiła krótkie spodenki (a rzadko sukienki), sprane T-shirty i była moją najlepszą wakacyjną przyjaciółką. Jej ramiona i twarz obsypane były tysiącami piegów, a bystre zielone oczy zawsze dostrzegały wszystko wcześniej niż moje. Kiedyś nazywałem ją Pippi, od znanej wszystkim Pippi Langstrumpf.

Teraz jednak była Leną. Leną Michalską, osiemnastoletnią dziewczyną i – ku mojemu wielkiemu zdumieniu – matką dwuletniego Marcela. Nie chciałem pokazać po sobie zaskoczenia, bo pewnie dość już się naoglądała min tego typu. Popatrzyłem na uczepionego jej nóg chłopca i chciałem go poznać trochę bliżej. Przyjąłem taktykę małych kroków – na początek postanowiłem go trochę ośmielić.

 

Okazało się, że nie jest to wcale takie proste, ale towarzystwo czarnego i solidnie wypasionego kocura ociepliło nasze stosunki w zadziwiający sposób. Podobało mi się to, co widziałem na twarzy Leny, gdy razem z jej synkiem głaskaliśmy Charliego. Wydawała się nie tylko szczęśliwa, ale także lekko wzruszona.

W mojej głowie bezustannie migotało pytanie, kim jest ojciec dziecka i gdzie się podziewa. Oczywiście, to w żadnym razie nie była moja sprawa. Znałem Lenę w dzieciństwie, a przez dziesięć lat mogło się wiele wydarzyć. U niej się wydarzyło. Była nastoletnią matką, ale odnosiłem wrażenie, że radziła sobie świetnie.

Wieczorem, gdy zasiedliśmy z dziadkiem do skromnej kolacji, słuchałem jego opowieści o trudnym pożegnaniu z babcią. Pamiętałem ten okres bardzo wybiórczo. Wiedziałem tylko, że babcia miała raka piersi, który każdego dnia odzierał ją ze złudzeń o wyzdrowieniu. Odeszła bez bólu, jej ciało było kruche i blade – tak opisywał to dziadek.

W którymś momencie zapadła pomiędzy nami cisza. Zamieszałem łyżeczką herbatę, wziąłem głęboki oddech i, nie podnosząc wzroku, zapytałem:

– Jak to się stało, że Lena została matką?

Dziadek parsknął pozbawionym wesołości śmiechem, jak gdyby czekał na poruszenie tego tematu, lecz spodziewał się, że zacznę go w mądrzejszy sposób.

– Jestem pewien, że wiesz, jak to się dzieje, że kobieta zostaje matką, a mężczyzna ojcem – odpowiedział nieco zgryźliwie, po czym wziął łyk herbaty i spojrzał na mnie przenikliwie swoimi błękitnymi oczami, otoczonymi gęstą siateczką zmarszczek. – Teresa do dziś nie wie, kto jest ojcem jej prawnuka. Lena powiedziała, że nigdy nikomu tego nie zdradzi. Ukrywała swoją ciążę do czwartego miesiąca, później Teresa przeprowadziła z nią poważną rozmowę i zabrała do lekarza. Tego chłopaka nigdy tu nie było. Lena nigdy nie twierdziła, że nie wie, kim on jest. To nie typ dziewczyny, która poszłaby do łóżka z zupełnie nieznajomym chłopakiem. W każdym razie Marcel to najfajniejszy dzieciak, jakiego znam! Nieufny, to fakt, ale wspaniały pod każdym względem – powiedział dziadek i czule się uśmiechnął.

To samo pomyślałem o Marcelu, jak tylko go zobaczyłem.

– Lena ukończyła szkołę?

– Tak, ale do matury nie podeszła. Nauczyciele poszli jej na rękę z zaliczeniem materiału, ale postawili warunek, że nie podejdzie do matury – odpowiedział z westchnieniem. Potarł dłonią czoło i pokręcił głową. – Ona naprawdę wiele przeszła, Alan… Teresa pomagała jej, jak tylko mogła, ale nikt nie był w stanie ochronić jej przed obelgami w szkole… – wyszeptał udręczonym głosem, a mnie ścisnęło w gardle.

Gdy byliśmy mali, Lena jeden raz wspomniała o tym, że nie lubi chodzić do szkoły, bo inni uczniowie się z niej śmieją. Była odrzucana przez rówieśników tylko dlatego, że mieszkała poza miastem, a jej ubrania nie były nowe. Pamiętam dokładnie, co jej wtedy powiedziałem: „Niech sobie gadają. Jesteś lepsza od nich pod każdym względem”.

Bo była. Nigdy nikogo nie obraziła, miała wielkie i serdeczne serce, a do tego ze spokojem przyjmowała wiele przykrych wydarzeń, których los jej nie szczędził. Zawsze na mnie czekała i dbała o to, żebym się nie nudził. Pomagała nie tylko swojej babci, ale także mojemu dziadkowi.

Pierwsze wakacje w wielkim mieście i bez Leny były najgorszymi wakacjami w moim życiu. Nie potrafiłem się odnaleźć i ciągle się zastanawiałem, jak ona musi się czuć: zawiedziona, smutna, odrzucona. Pomimo moich błagań ojciec nie chciał mnie zawieźć do dziadka. Byliśmy akurat w trakcie przeprowadzki do Warszawy, a rodziców bez reszty pochłonęło aranżowanie wystroju nowego, ekskluzywnego mieszkania.

Ojciec nie dzwonił do dziadka. A może robił to, gdy mnie nie było w pobliżu. Nie miałem możliwości, by się dowiedzieć, co słychać u Leny. Naprawdę ją lubiłem. Była moją rudowłosą koleżanką Pippi. Wymyślała superzabawy, nie płakała z powodu zdartego kolana i umiała doić krowy.

Lata mijały, a ja przestałem mieć nadzieję na kolejne wakacje w moim ukochanym miejscu. Wmawiałem sobie, że Lena już o mnie zapomniała, więc w końcu puściłem się w wir nowych znajomości z modnymi i bogatymi nastolatkami z Warszawy. Zacząłem żyć tak, jak chciał mój ojciec, i cieszyć się z materialnych dobrodziejstw, na które było nas stać. Porzuciłem myśli o żyjącym skromnie dziadku i jego domu w środku lasu.

Justynę poznałem w liceum. Była klasyczną pięknością – wysoka, szczupła blondynka o dużych niebieskich oczach. Zaiskrzyło między nami już pierwszego dnia, ale przez długi czas bałem się do niej zagadać. W końcu trafiliśmy na tę samą domówkę. I to tam zaliczyłem od razu wszystkie bazy. Nie przyszło mi do głowy, że Justyna jest łatwa. Po prostu dobrze się z nią bawiłem, a później dałem tej znajomości szansę się rozwinąć.

I rozwinęło się tak, że trwało to prawie cztery lata. Może wciąż bylibyśmy parą, gdyby Justyna nie zdradziła mnie z moim najlepszym przyjacielem Pawłem.

Wydawało mi się, że ją znam. Bo była taka miła i ambitna, a do tego nieustannie zapewniała mnie o swojej wielkiej miłości. W końcu jednak zaczęła mnie unikać. Wymigiwała się od spotkań albo ciągle siedziała w telefonie i pisała SMS-y – rzekomo do koleżanki z roku. Dwa tygodnie temu, gdy przyszła do mnie na oglądanie filmu, w pewnym momencie poszła do łazienki. Zapomniała telefonu. Wtedy przyszedł SMS, którego pierwsza linijka wyświetliła się na pasku u góry.

Paweł: Kocham cię. Do zobaczenia wieczorem. Dziś będzie…

Powiedzieć, że mnie zmroziło, to jakby nie powiedzieć nic. Szybko przesunąłem palcem po ekranie i odblokowałem telefon. Wyszukałem w kontaktach Pawła i sprawdziłem numer tego gościa u siebie.

Okazało się, że „jej Paweł” to także „mój Paweł”.

Właśnie wtedy weszła do pokoju.

Wszystko było tak, jak na filmach. Płakała i błagała, próbowała tłumaczyć i przepraszała, ale ja bezdusznie wypchnąłem ją za drzwi. Wegetowałem przez tydzień, starając się rozgryźć przyczynę jej zdrady, ale nic nie przychodziło mi do głowy.

A ona dzwoniła. Dzwonił też Paweł. Dobijali się do moich drzwi, próbowali mnie złapać na uczelni. Bez skutku.

Poinformowałem rodziców, że jadę na wakacje do dziadka i właściwie po raz pierwszy miałem w nosie to, jak zareagują. Po prostu się spakowałem, wsiadłem w mojego białego citroena c4 cactus, którego dostałem od rodziców na osiemnaste urodziny, i opuściłem Warszawę, by po kilku godzinach jazdy znaleźć się w mojej bezpiecznej przystani.

– Myślę, że ona się cieszy, że przyjechałeś. Jako dziewięciolatka bardzo przeżywała to, że nie spędziłeś tu wakacji… – Odezwał się dziadek, gwałtownie wyrywając mnie z zamyślenia.

Wziąłem głęboki oddech i uśmiechnąłem się, ale tak naprawdę nie wiedziałem, co mógłbym powiedzieć.

Dziadek patrzył na mnie intensywnie, jak gdyby chciał coś usłyszeć. Cokolwiek.

– Zerwałem z dziewczyną. Po czterech latach. Zdradzała mnie z moim przyjacielem… Musiałem się odciąć, a nie ma lepszego miejsca niż to, żeby… się zresetować. – Wyznałem ze spuszczoną głową, jak gdybym obawiał się słów pogardy albo umoralniania.

– Wydaje się, że ona nie była ciebie warta. A ten chłopak to dupek – wypalił dziadek i zrobił to tak niespodziewanie, że wbrew sobie parsknąłem śmiechem.

Jak gdyby na zawołanie, leżąca na stole kuchennym komórka rozdzwoniła się po raz kolejny tego dnia. Imię mojej byłej dziewczyny.

– Odbierz i powiedz jej, że ma dać ci święty spokój. Nie daj sobą pomiatać, Alan – rzucił ostro dziadek. Krzesło zaszurało i patrzyłem, jak wstaje od stołu. – Idę spać. A ty to załatw, żebyś jutrzejszy dzień mógł powitać z uśmiechem i lżejszym sercem. Dobranoc.

Wyszedł z kuchni, a telefon zamilkł.

Wziąłem głęboki oddech, dopiłem herbatę i zacisnąłem palce na aparacie, jakbym chciał w ten sposób odebrać Justynie możliwość wykonania kolejnego telefonu do mnie.

Jednak dziadek miał rację. To należało załatwić najszybciej jak tylko możliwe.

Wstałem od stołu, odłożyłem szklankę do zlewu i wyszedłem z domu, żeby rozmową nie przeszkadzać dziadkowi. Przysiadłem na progu i ze ściśniętym żołądkiem wybrałem numer Justyny.

Odebrała po jednym sygnale.

– Alan? – wyszeptała z niedowierzaniem, jak gdyby przytrafiła się jej najbardziej nieprawdopodobna rzecz na świecie.

– Tak – odparłem krótko. Głęboki wdech, głęboki wydech. Zachowaj spokój, powiedziałem sobie. – Chcę, żebyś wreszcie mnie uwolniła: od swoich SMS-ów, telefonów, nagrań na poczcie głosowej. Nie nachodź mnie w mieszkaniu, nie…