Wyspa na końcu świataTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Następnego ranka przy końcu każdej uliczki pojawiają się bambusowe tyczki. Do każdej z nich przybito deskę z informacją. U góry widnieje mapa wyspy Culion, na której czerwonymi kółkami zaznaczono obszary Sano i Leproso. Na wszystkich tabliczkach zamieszczono ten sam tekst. Zdjęłam jedną z takich deseczek i przyniosłam do domu, żeby pokazać ją Nanay. Tego dnia stopa tak bardzo ją bolała, że Nanay nie mogła wstać z łóżka i przeczytać zawiadomienia.

ARTYKUŁ 15, PARAGRAF 37

KODEKSU ADMINISTRACYJNEGO

Segregacja osób dotkniętych trądem.

I. Wszyscy mieszkańcy wyspy Culion muszą poddać się badaniom lekarskim, mającym ustalić, czy dana osoba jest nosicielem trądu czy nie.

II. Jeśli badanie wykaże, że dana osoba cierpi na trąd, zostanie ona zakwalifikowana do segregacji i skierowana do obszaru miasta Culion oznaczonego jako Leproso. Wtargnięcie na teren Sano jest ściśle zabronione.

III. Jeśli okaże się, że któryś z dorosłych (powyżej osiemnastego roku życia) nie cierpi na trąd, wówczas Minister Zdrowia zezwala takiej osobie na pozostanie w mieście Culion, w jednym z obszarów oznaczonych jako Sano. Dozwolony jest ograniczony dostęp do obszarów Leproso, lecz wyłącznie pod nadzorem.

IV. Jeśli badanie wykaże, że dziecko (poniżej osiemnastego roku życia) nie cierpi na trąd, wówczas zostanie ono przekazane pod opiekę Ministra Zdrowia lub osoby przezeń upoważnionej. W takim wypadku dziecko zostanie przewiezione do sierocińca na wyspie CORON.

Były też dalsze przepisy, ale doczytałam tylko do punktu IV. Dowiedziałam się już wszystkiego, czego potrzebowałam. Nie mam jeszcze osiemnastu lat, więc będę musiała wyjechać na wyspę Coron. Na dole każdej tabliczki widnieje czerwony napis:

ZGODNIE Z UPRAWNIENIAMI NADANYMI PANU N. ZAMORZE PRZEZ MINISTRA ZDROWIA, POWYŻSZE PRZEPISY WCHODZĄ W ŻYCIE W KOLONII TRĘDOWATYCH NA WYSPIE CULION Z UPŁYWEM DWUDZIESTU OŚMIU DNI

Kiedy Nanay przeczytała tę informację, kazała mi porąbać deseczkę na opał, ale słowa na niej napisane zdążyły wyryć się w mojej pamięci. Zastanawiałam się, czy ten, któremu kazano wypisać to powiadomienie w wielu kopiach, zdawał sobie sprawę, że swoją pracą zmienił całe moje życie. A może czuł się tak jak my, kiedy dostajemy karne linijki do pisania za spóźnienie albo rozmowy podczas lekcji: wtedy słowa spływają z pióra niczym pająki, a ich znaczenie umyka z kartki papieru. Wydawało mi się, że może to wszystko tylko mi się przyśniło. Wizyta siostry Klary, spotkanie w kościele, pan Zamora.

Następnego ranka obudziłam się i pomyślałam, że może za długo siedziałam na słońcu i od upału pomieszało mi się w głowie. Ale tego dnia odwołano zajęcia szkolne – podobno do zakończenia segregacji. A tabliczki okazały się prawdziwe.

Nie był to sen, że Nanay płakała, leżąc w łóżku. Albo że Bondoc i Capuno wyli wniebogłosy pod naszym domem po nocy spędzonej w gospodzie. Bondoc będzie musiał się przeprowadzić do dzielnicy miasta oznaczonej jako Sano – z dala od domu, z dala od nas, a raczej od Nanay.

Capuno wciąż mówi, że tego nie rozumie.

Ja rozumiem. Ale nie płakałam. Skurczyłam się w środku, wszystkie moje łzy wyschły i uwięzły mi w gardle niczym orzech. Myślałam o innych dzieciach, których rodzice są Dotknięci. Czy one też czują taki ciężar na sercu?

Jako że Nanay przebywa w mroku własnych myśli i nie dopuści mnie do swojego żalu, idę na skąpany w słońcu kawałek ziemi w ogrodzie. W nocy z krzaków pospadały małe jagódki. Wiem, że nie wolno ich jeść, ale mają śliczny fioletowy kolor, więc zbieram je do spódnicy. Mam ich trzydzieści – tyle, ile lat ma Nanay. Układam je parami i pozwalam im turlać się w dół zbocza. Po chwili zostają mi już tylko trzy.

Jagódki toczą się szybko na sam dół wzgórza. Po chwili już wiem, która wygrała ten wyścig. Zwycięska jagoda nie różni się od pozostałych rozmiarem ani kolorem. Nie ma żadnych rys na powierzchni, nie jest też gładsza od innych, ale mimo to za każdym razem dociera na dół pierwsza. Ciekawe, co ją odróżnia.

Kładę się na plecach i podążam wzrokiem za podróżującą łatką słońca. Mija trochę czasu. Słońce chowa się za domem i zaczyna kłaść długie cienie.

Przez cały czas ściskam w ręku zwycięską jagodę. Zrobiła się ciepła i śliska. Trzymam ją już tak długo, że nie wiem sama, gdzie kończy się moja ręka, a zaczyna jagódka. Na ziemi kładą się cienie drzew. Chmury zwisają luźno na coraz ciemniejszym niebie. Patrzę w przestrzenie między nimi. Jedna z chmur ma kształt świńskiego ryjka, a druga – latającej ryby z dodatkową płetwą. Kiedy mrużę oczy, zamienia się w łódkę.

Potem zapada zmrok. Teraz myślę o panu Zamorze, choć wcale nie mam na to ochoty. Myślę też o doktorze Tomasie i ojcu Fernanie. O tym, jak siedzieli w milczeniu. Przypominam sobie siostrę Małgorzatę i jej zaciśnięte usta.

Kiedy nadchodzi czas, Nanay woła, żebym wracała do domu.

Podskakuję, wyrwana z zadumy. Ściśnięta w ręce jagoda pęka.


Na drugi dzień siostra Małgorzata przychodzi zabrać Nanay i mnie na badanie. Choć na pierwszy rzut oka widać, że Nanay jest Dotknięta, musi zostać przebadana przez rządowych lekarzy, żeby mogli założyć jej kartotekę i oficjalnie przydzielić ją do jednej z grup. Siostra Małgorzata mówi nam, że Za Morzem, na innych wyspach, które należą do naszego kraju, a o których uczymy się w szkole, Dotkniętych zbiera się i wysyła statkami na Culion.

Zakonnica przytula Nanay od razu, kiedy otwiera drzwi. Wygląda teraz prawie jak moja matka. Chowa głowę w habicie, jak niemowlę w beciku. Martwię się, że Nanay może zachować się nieuprzejmie, bo nie lubi zakonnic, ale tym razem nawet się nie spina. Wręcz przeciwnie, rozluźnia się w uścisku siostry Małgorzaty. Przez chwilę szepczą między sobą, a to oznacza, że mówią coś, czego nie powinnam słyszeć. Zostaję w sypialni, dopóki Nanay mnie nie zawoła. Kiedy w końcu wychodzę, bierze mnie energicznie za rękę. W drugiej ściska swoją laskę.

Choć od przybycia pana Zamory minęło zaledwie dwa dni, na zielonych terenach między domami przy naszej ulicy już powstają nowe budynki. W lesie wycięto mnóstwo drzew bambusowych, z których następnie buduje się małe kwadratowe konstrukcje zwieńczone dachem z liści bananowca. To będą nowe domy.

Miasto Culion już teraz wydaje się mniejsze. Każda wolna przestrzeń została zagospodarowana. Po raz pierwszy to miejsce bardziej przypomina miasto niż lesisty pagórek. Linia drzew cofnęła się w górę zbocza. Grządki przed piekarnią zostały całkowicie zadeptane. Czuję, że Nanay na chwilę mocniej zaciska dłoń na mojej ręce. Wiem, że myśli o nasionach, które tu posiałyśmy. Nigdy nie doczekamy się motylowego zagajnika.

Siostra Małgorzata puka do drzwi domów, które mijamy po drodze. Dołączają do nas kolejni sąsiedzi. Tworzymy teraz orszak jak na pogrzebie. Wszyscy idą pogrążeni w milczeniu i żałobie. Diwa przytroczyła sobie do piersi swoje nowo narodzone dziecko. Chciałam na nie spojrzeć, ale Diwa tak ciasno oplata synka ramionami, że widzę tylko jego czółko.

Po drodze mijamy dwanaście nowych domów przy naszej ulicy. Niektóre są już gotowe, pod inne dopiero przygotowano grunt – rozwalcowano ziemię i ułożono bambusowe belki, z których powstaną ściany.

Wśród budowniczych są Capuno i Bondoc. Siostra Małgorzata macha do nich, by do nas dołączyli. Przy końcu ulicy skręcamy w lewo, w kierunku szpitala. Straciłam już rachubę, jeśli chodzi o nowe domy. Kiedyś rozciągały się tu pola, ale teraz wykopano rowy melioracyjne, widzę też zaczątek nowej ulicy. Nie przewidziano miejsca na ogródki, a niektóre domy mają wspólne ściany. Nigdy dotąd nie zdawałam sobie sprawy, że w naszym miasteczku jest tyle miejsca – wszystkie pola i lasy wydawały się niezbędne. Zastanawiam się, gdzie podzieją się różne owady, które zamieszkiwały tutejsze tereny zielone.

Przez środek ulicy ciągnie się kolejka ludzi. Dopiero kiedy siostra Małgorzata ustawia nas na końcu, dociera do mnie, że to kolejka do szpitala, który znajduje się dość daleko stąd. W naszym szpitalu jest tylko dwanaście łóżek i zawsze są zajęte. Badania więc muszą odbywać się w poczekalni albo w gabinecie doktora Tomasa w jego domu.

– To nie potrwa zbyt długo – siostra Małgorzata zapewnia Nanay. – Muszę już iść, bo potrzebna jest tam pomoc. Będę czekała na ciebie i Amihan w środku. Do zobaczenia.

Zakonnica rusza w kierunku szpitala, a my rozpoczynamy oczekiwanie. W tym akurat jestem dobra. Siadam u stóp Nanay i przyglądam się budowniczym, ale Nanay nie chce usiąść, bo później musiałaby wstawać przy ludziach. Jej stopa jest dotknięta, więc byłoby jej ciężko. Dziecko Diwy budzi się z płaczem i matka musi je nakarmić, a potem ukołysać.

Mija długi czas, w którym na moich oczach z niczego powstaje kolejny dom. Nie rozpoznaję wszystkich budowniczych, ale niektórzy z nich są Dotknięci, to widać od razu. Musieli przyjechać Zza Morza, być może na tej samej łodzi, którą przypłynął pan Zamora. Jeden z tych mężczyzn ma twarz zdeformowaną podobnie jak Nanay, ale nie zakrywa jej chusteczką. Przypuszczam, że wkrótce powstanie tu dzielnica Leproso, a wtedy nikt nie będzie musiał zasłaniać twarzy. Myślę, że Nanay może poczuć się wtedy szczęśliwsza, nawet kiedy mnie przy niej nie będzie.

Muszę szybko odpędzić od siebie te myśli.

Patrzę, jak powstają dwa domy, a budowniczy zabierają się za konstrukcję trzeciego. Dopiero wtedy dociera do mnie, że czekamy już bardzo długo. Choć słońce zawisło już w najwyższym punkcie na niebie, kolejka ledwie się ruszyła. Kładę się na trawie. Nanay tym razem nawet mnie nie gani, choć mam na sobie najlepszą sukienkę, założoną specjalnie na spotkanie z lekarzami od pana Zamory. Nanay poci się, a kiedy siostra Małgorzata przynosi kilka pojemników wody, Nanay i Capuno na spółkę opróżniają jeden z nich. Bondoc i ja pijemy z drugiego pojemnika – to jedna z rzeczy, które się robi, żeby nie zostać Dotkniętym.

 

– Zaraz lekarze przejdą wzdłuż kolejki – odzywa się łagodnym tonem siostra Małgorzata. – Każdy z widocznymi oznakami choroby dostanie kartotekę, a następnie zostanie odesłany do domu. Pozostali będą musieli poczekać.

Pewnie miała na myśli mnie, Bondoca i Diwę, bo u niej widać tylko niewielkie oznaki choroby na jednej stopie. Są jednak tak małe, że wyglądają raczej, jakby drobne listki utknęły jej między palcami.

– Będziesz musiała pokazać im nos – siostra Małgorzata zwraca się do Nanay. Mówi takim tonem, jakby chciała ją przeprosić. Cieszę się, że to zadanie nie przypadło w udziale siostrze Klarze. – A potem będziesz mogła iść do domu.

Widzę, że od strony szpitala zmierza w naszą stronę czterech mężczyzn. Jednym z nich jest doktor Tomas. Nawet z tej odległości widzę jego bladą, nieszczęśliwą twarz. Drugi to pan Zamora. A pozostali dwaj w białych kitlach są na pewno wyznaczonymi przez rząd lekarzami. Jego osławione posiłki. Mam nadzieję, że doktor Tomas dotrze do nas pierwszy. Kolejka przesuwa się teraz szybciej, ponieważ wielu ludzi ma na twarzy lub ramionach widoczne oznaki choroby. Kiedy jeden z rządowych lekarzy w końcu do nas podchodzi, stoimy już prawie przed drzwiami szpitala.

Mężczyzna ma usta zasłonięte białą płócienną maseczką, a na dłoniach białe rękawiczki. Patrzy wyczekująco na Nanay, a ona w końcu zdejmuje chusteczkę. W świetle dziennym jej nos nie wygląda zbyt dobrze. Choć wcale tego nie chcę, trochę mi wstyd. Przez moment widzę ją tak, jak zapewne postrzega ją lekarz: szorstkie rany i zgrubienia na policzkach, poskręcane fałdy skórne tam, gdzie kiedyś były nozdrza. Szybko odpycham od siebie te myśli. Teraz widzę jej piwne oczy, przenikliwe i spostrzegawcze jak u lisa, gładką brązową skórę na długiej szyi i nerwowo pulsującą żyłę pod uchem.

Lekarz wyjmuje z kieszeni białego kitla notes i ołówek. Gestem dłoni prosi Nanay, żeby wyszła z kolejki. Nanay robi krok do przodu i na powrót zasłania sobie twarz chusteczką.

Kiedy spoglądam na twarz doktora, widzę tylko jego oczy. Nie mają ciemnej oprawy. Odziane w rękawiczki dłonie sprawnie wypełniają formularz zamieszczony w górnej części notesu. Jak na lekarza, jest bardzo młody. Po chwili podaje notes i ołówek Nanay, która wypełnia rubryki zatytułowane „nazwisko” i „wiek”. Na górze arkusza widzę numer porządkowy: 0013822.

Lekarz odrywa dolną część formularza, przykłada niebieską pieczątkę i podaje Nanay karteczkę z zakreślonym w kółku numerem. Patrzę na formularz razem z nią. Przesuwam czubkiem palca po papierze. Jest szorstki tam, gdzie poprzednio inni składali podpisy na wcześniej wyrwanych kartkach. Lekarz wskazuje teraz na mnie. Prosi, żebym pokazała mu ręce, więc robię to. Mężczyzna rozprostowuje mi palce ołówkiem, następnie przygląda się bacznie mojej twarzy i gołym nogom, a potem gestem dłoni każe mi wrócić do kurczącej się kolejki. Sam bez słowa przechodzi do Diwy i jej maleństwa.

Jego milczenie wydaje się zaraźliwe. Teraz mam wrażenie, że język przywarł mi do podniebienia. Robię krok w przód, żeby stanąć za mężczyzną, który w kolejce jest przede mną. Nanay, kuśtykając, podąża za mną.

– Ty nie! – rozlega się warknięcie. Pan Zamora uważnie się nam przygląda.

– Ty... – wskazuje na Nanay. – Masz papiery?

Nanay pokazuje mu kartkę z zakreślonym numerem.

– Otóż to. W takim razie wracasz do domu i czekasz na wyniki badania.

– Wynik wydaje się jednoznaczny – odpowiada zachrypniętym głosem Nanay. Może i jej język zdrętwiał, tak jak mnie? Wargi pana Zamory drgnęły, ale tym razem głos zabiera doktor Tomas.

– Mimo wszystko, Tala, widzisz, że nie mamy miejsca. Najbardziej nam pomożesz, jeśli teraz pójdziesz i poczekasz na Amihan w domu.

– Ja tu jeszcze jestem – odzywa się stojący za mną Bondoc. Capuno stoi obok niego. W powykręcanej dłoni ściska swoją kartkę. – Odprowadzę ją potem do domu. Możesz iść z Capuno.

Oszołomiona Nanay patrzy to na pana Zamorę, to na siostrę Małgorzatę, to na Bondoca. Po chwili klęka, choć wiem, że sprawia jej to ból, i przytula mnie mocno, przyciskając moje ramiona do boków.

– Kocham cię, Amihan.

– Ja ciebie też kocham, Nanay – odpowiadam. Tym razem bardziej niż kiedykolwiek mówię to z głębi serca, bo wstydzę się tego, że źle o niej pomyślałam, kiedy zdjęła chusteczkę.

Capuno pomaga jej wstać. Nanay szybko odwraca się i odchodzi razem z nim, ale zanim oboje znikają, dostrzegam jeszcze jej łzy. Ogromna dłoń Bondoca zamyka się na mojej ręce. Razem gonimy uciekającą kolejkę, której koniec znalazł się już za drzwiami szpitala.

W środku jest gorąco i pachnie jak zawsze: stęchłym powietrzem i starą, zastałą wodą. Badania odbywają się w głównej sali – wszystkie łóżka są dzisiaj puste. Ustawiono je pod ścianami. Nigdzie nie widzę Rosity, przyjaciółki Nanay, którą przyjęto tu w ubiegłym tygodniu. Nie ma też innych pacjentów. Jest za to więcej mężczyzn w białych maskach i rękawiczkach. Stoją za rurkami, z których zwykle zwisają zasłony. Zza zasłon wychodzą ludzie, którym siostra Klara wręcza karteczki. Siostra Małgorzata ściska mnie za ramię i podchodzi do drugiej zakonnicy.

Po chwili wzywa mnie lekarz, którego czoło przecina głęboka pionowa zmarszczka. Bondoc puszcza moją dłoń. Kiedy tracę w nim oparcie, pomieszczenie przez moment zdaje się wirować dookoła mnie.

Wchodzę za zasłonę.

– Imię? – pyta lekarz.

– Amihan.

– Nazwisko?

Wiem, co to znaczy, ale nie znam odpowiedzi na to pytanie, więc podaję zamiast nazwiska imię Nanay – Tala.

– Wiek?

– Dwanaście lat.

Lekarz zapisuje na formularzu moje imię i wiek, a potem podnosi wzrok. Widzę zmarszczki w kącikach jego oczu, więc wiem, że się uśmiecha, choć usta ma zasłonięte maseczką.

– Dzień dobry, Amihan Tala. Jestem doktor Rodel, przyjechałem z Manili. Wiesz, gdzie to jest?

Kiwam głową. Manila to największe Miasto Za Morzem. Pan Zamora twierdzi, że pewnego dnia dostanę tam pracę, jeśli nie jestem Dotknięta. Ale to odległa przyszłość.

– Badanie nie będzie bolało, więc nie trzeba się bać. Mam dziewięcioletnią wnuczkę. Nie lubi lekarzy, mimo że ja, jej własny lolo, jestem jednym z nich. Czy twój lolo też mieszka tu, na wyspie Culion?

– Nie – polubiłam tego lekarza, ale nie chcę tego po sobie pokazywać, bo w końcu jest jednym z ludzi pana Zamory.

– Z kim mieszkasz? Czy ten mężczyzna, który z tobą przyszedł, to twój ama?

Pokręciłam głową i zaśmiałam się, bo Nanay pewnie zrobiłaby skwaszoną minę i powiedziałaby „błe”, gdybym jej powtórzyła, że doktor Rodel wziął Bondoca za mojego ojca.

– Mieszkam z Nanay – dodaję.

– Gdzie ona jest?

– Została odesłana do domu z papierami.

– Ach – odpowiada doktor Rodel i nagle poważnieje. – Czyli jest trędowata?

– Nie używamy tego słowa – wypowiadam to zdanie, zanim zdążę się zastanowić, ale doktor Rodel nie wydaje się urażony.

– W takim razie przepraszam bardzo – mówi, a w kącikach jego oczu znów pojawiają się zmarszczki. – Obawiam się, że ze względów bezpieczeństwa nie mogę zdjąć maski. Zaraz wezwę którąś z sióstr, bo muszę obejrzeć twój brzuch i nogi.

Skinął na grupkę zakonnic. Na szczęście w naszą stronę spojrzała akurat siostra Małgorzata, od razu więc podeszła.

– Siostro, muszę przeprowadzić pełne badanie. Proszę zaciągnąć zasłony – mówi doktor Rodel. Siostra Małgorzata zasłania kotary, tworząc trójkątną przestrzeń wokół nas. Przez zasłonę przebija blade światło.

Siostra Małgorzata pomaga mi zdjąć sukienkę, a potem owija mnie prześcieradłem, żeby doktor Rodel mógł przyjrzeć się mojej skórze i sprawdzić, czy nie ma żadnych zmian ani śladów odrętwienia. Lekarz pracuje sprawnie i szybko. Siostra Małgorzata po chwili przesuwa prześcieradło na mój brzuch. Badanie trochę łaskocze, ale się nie ruszam. Kiedy lekarz skończył, zakonnica pomaga mi założyć sukienkę. Na koniec doktor Rodel bierze patyczek z wacikiem i wkłada mi go do nosa.

– W ten sposób sprawdzam rzeczy, których nie dostrzegą moje stare oczy – wyjaśnia, po czym zawija patyczek w kawałek papieru. – Wygląda na to, że nanay bardzo dobrze się tobą opiekuje.

– Tak – odpowiadam. Chcę zapytać, czy to znaczy, że będę mogła z nią zostać, ale siostra Małgorzata rozsunęła już kotary i prowadzi mnie do Bondoca. W ostatniej chwili odwracam się jeszcze i mówię:

– Dziękuję.

W oczach doktora Rodela znów dostrzegam uśmiech. Teraz lekarz prosi do siebie Diwę. Siostra Klara podaje mi kartkę papieru. Kiedy wychodzimy razem z Bondokiem, doktor Rodel mruży oczy i przygląda się dotkniętym palcom na stopie Diwy. Jej dziecko wciąż płacze.


Dostałam inną karteczkę niż Nanay, ale taką samą jak Bondoc. Rubryki opisane jako Sano i Leproso są puste, a na karteczce nie przybito niebieskiej pieczątki. To pewnie znaczy, że trzeba poczekać na wyniki badania wacika, które powiedzą lekarzom to, czego doktor Rodel nie zauważył gołym okiem. Dopiero wtedy będą mogli zdecydować, jak w rzeczywistości jest ze mną. Wiem, że bycie Dotkniętym to sprawka małych drobinek, które krążą w naszym ciele. Dlatego Nanay i ja musimy uważać, żeby nie pić z tego samego naczynia ani nie jeść tą samą łyżką. Chodzi o to, żeby drobinki nie przeszły z niej na mnie. Nie miałam jednak pojęcia, że ktokolwiek zdoła je dostrzec, jeśli wsadzi mi wacik do nosa. Nos mnie swędzi, więc drapię się, a jednocześnie myślę, jak by to było, gdyby wynik badań wskazywał na to, że jestem Dotknięta i jednak mogę tu zostać. A jak bym się czuła, gdyby okazało się, że nie jestem Dotknięta i muszę wyjechać? Obie możliwości ciążyły mi na sercu jak dwa mroczne demony.

Mężczyźni wciąż pracują na placu budowy. Nie pamiętam już, jak to miejsce wyglądało, kiedy nie było tu domów. To zabawne. Nie pamiętam, jak wyglądała twarz Nanay, kiedy jeszcze miała nos, albo jak było w szkole, zanim pojawiła się siostra Małgorzata. Obecny stan rzeczy szybko zastępuje w naszych myślach przeszłość.

Kiedy przychodzimy, Nanay krząta się po domu: zamiata kurz z klepiska, roztrząsając go na wszystkie strony. Capuno przygląda się jej z rozbawieniem.

– No i co?

Bondoc siada obok brata i opowiada o przysłanych przez rząd lekarzach, o zasłonach ułożonych w kształt trójkąta i o wacikach w nosie.

– Gdzie się podziali pacjenci? – pyta Nanay. – Ami, widziałaś może Rositę?

– Nie, łóżka były puste, stały pod ścianami.

– Tamten człowiek pewnie wyrzucił ich na ulicę – mówi. Przypuszczam, że ma na myśli pana Zamorę.

– Pobrali wam wymaz z nosa? – zaciekawił się Capuno. – Co im to da?

– Będą badać próbki pod mikroskopem – wyjaśnia Bondoc. – Mój lekarz powiedział, że przywieźli jeden aż z Manili.

– Co to jest mikroskop? – pytam.

– Pokazuje rzeczy z bardzo bliska – odpowiada Nanay. – Lekarze będą mogli sprawdzić, czy w twoim ciele krążą drobinki, które czynią człowieka Dotkniętym.

– Mam nadzieję, że u mnie są – wtrąca z goryczą Bondoc. – I mam szczerą nadzieję, że przekazałem je panu Zamorze, kiedy stałem przed nim w kościele.

– Przestań, Bondoc – upomina go Nanay. – Sam nie wiesz, co mówisz.

– A jakie dostałaś papiery? – pyta mnie Capuno. Wiem, że chce zmienić temat. Pokazuję mu swoją karteczkę, a on tylko kręci głową. – No to teraz czekamy.

Czekamy, i to długo. Mija cały wieczór, a potem nadchodzi ranek. Bondoc i Capuno śpią u nas przy kominku, a nad ranem robią nam śniadanie. Przez cały dzień nie wychodzimy z domu, żeby nie przegapić chwili, kiedy do nas przyjdą, ale wkrótce znów zapada wieczór i na niebie pojawia się księżyc w pełni. Nanay, Bondoc, Capuno i ja siadamy do posiłku złożonego z ryżu i solonej ryby, kiedy nagle rozlega się gwałtowne pukanie do drzwi.

– Proszę – woła Nanay.

Do środka wchodzi doktor Tomas.

– Właśnie mieliśmy jeść – odzywa się Nanay i sztywno wstaje od stołu.

 

– Przepraszam, Tala. Mam wyniki Ami. I twoje, Bondoc.

– I co?

– Wolelibyście, żebym przyszedł później? – lekarz wygląda na zdenerwowanego. Wiem, że nie przyniósł nam dobrych wieści. Chociaż w tej sytuacji chyba każda wiadomość byłaby zła.

– Nie – protestuje Bondoc. Nie wstał od stołu i teraz patrzy gniewnie na doktora Tomasa. – Proszę nam powiedzieć, z czym przysyła pana ten cały Zamora.

Doktor Tomas chrząka i podaje dwie kartki, Nanay i Capunowi. – To są wasze oficjalne wyniki. Potwierdzają, że jesteście nosicielami Mycobacterium leprae i musicie pozostać w dzielnicach oznaczonych jako Leproso, gdy tylko zostaną oficjalnie otwarte.

– A ja? – pyta Bondoc.

– Ty jesteś czysty – mówi doktor Tomas i wyjmuje kolejną kartkę. Bondoc wstaje i wyrywa mu ją z dłoni.

– Teraz już nawet mówi pan tak jak oni – syczy, a doktor Tomas tylko spuszcza wzrok.

– A co z Ami? – pyta Nanay. Słyszę drżenie w jej głosie.

– Przykro mi, Tala – odpowiada doktor Tomas. Nanay bierze od niego karteczkę i przesuwa po niej wzrokiem. A potem zaczyna płakać.

– Nanay?

Chce coś powiedzieć, ale jej ciałem wstrząsa szloch.

– Jutro przyjdzie siostra Małgorzata i wszystko wam wyjaśni – doktor Tomas po cichu wychodzi.

Bondoc bierze od Nanay karteczkę i wzdycha: – Och, Tala.

A potem podaje mi wyniki. Pod moim imieniem i wiekiem, nad niebieską pieczątką, widnieje staranny krzyżyk w jednej z rubryk. A pod rubryką jedno słowo. Sano.

Teraz już wiem, co bym wolała. Nie to.

Płacz zmęczył Nanay, więc poszła się położyć, a my sprzątnęliśmy po posiłku. Kiedy bracia wyszli, wciąż buzowała we mnie energia. Zaglądam do sypialni Nanay.

– Nanay? – słyszę jej urywany oddech i siadam koło niej na łóżku. Leży odwrócona plecami do mnie.

– Przepraszam – mówię.

Wyciąga rękę i szuka mojej dłoni.

– Za co przepraszasz? To dobre wieści.

Płacz ściska ją za gardło. – Jesteś zdrowa, córeczko. Nic ci nie jest. To dobra wiadomość.

Nie wiem, co powiedzieć, więc siedzę obok niej, dopóki rytmiczny oddech nie upewni mnie, że zasnęła. Ja sama nie czuję zmęczenia. Mam wrażenie, że w moich żyłach krążą płomienie. Jeśli zacznę się bawić w domu, Nanay nie będzie mogła spać, więc zbieram w ogródku jagody i wychodzę na ulicę.

Nogi same niosą mnie w miejsce, gdzie staliśmy w kolejce do szpitala. Domy rosną jak grzyby po deszczu po obu stronach wykopanego kanału.

Budowniczowie już sobie poszli. Jedyne światło pochodzi od księżyca i ze szpitalnych okien. Zastanawiam się, czy nie sprawdzić, czy Rosita tam jest. Nie chcę jednak, by widział mnie któryś ze szpitalnych lekarzy.

Nanay będzie się martwić, jeśli się obudzi, a mnie nie będzie. Idę kawałek wzdłuż nowej ulicy i układam jagódki na progu każdego nowego domu. Taki prezent powitalny. Kiedy kończą mi się jagody, zbieram nowe z krzaka. Dopiero po chwili dociera do mnie, że to głupie. Nikt ich prawdopodobnie nie zauważy. A nawet jeśli, nie będzie wiadomo, od kogo są, bo gdy pojawią się nowi mieszkańcy, mnie już tu nie będzie.

Czuję ból w piersi. Ustępuje dopiero, kiedy kładę się w łóżku obok Nanay i przytulam się mocno do jej pleców. Wkładam jej do kieszeni jedną jagodę. Mam nadzieję, że przynajmniej Nanay będzie wiedziała, że to ode mnie.