Niech stanie się światłość

Tekst
Z serii: Filary Ziemi #4
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niech stanie się światłość
Niech stanie się światłość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 99,90  79,92 
Niech stanie się światłość
Audio
Niech stanie się światłość
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
49,90  36,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie stać nas na piwo – odrzekła matka. – Zostaliśmy bez środków do życia. Wikingowie najechali Combe, w którym do tej pory mieszkaliśmy.

– No to zaczekajcie tam.

– Może po prostu powie nam dziekan, gdzie jest farma – powiedziała uprzejmie matka. – Na pewno sami ją znajdziemy.

Dziekan zawahał się, po czym mruknął poirytowany:

– Sam będę musiał was zaprowadzić. – Obejrzał się za siebie. – Edith! Postaw obiad obok pieca. Wrócę za godzinę. – Po tych słowach wyszedł z domu. – Chodźcie za mną.

Ruszyli w dół wzgórza.

– Co robiliście w Combe? – zapytał dziekan. – Z pewnością nie byliście rolnikami.

– Mój mąż był szkutnikiem. Zabili go wikingowie.

Degbert niedbale uczynił znak krzyża.

– Cóż, tutaj nie potrzebujemy łodzi. Mój brat, Dreng, ma łódkę, a dla dwóch przewoźników nie ma tu miejsca.

– Wasz brat potrzebuje nowej łodzi – odezwał się Edgar. – Ta, którą ma, zaczyna pękać. Pewnego dnia zatonie.

– Może.

– Teraz będziemy rolnikami – oświadczyła matka.

– Tutaj zaczyna się wasze gospodarstwo. – Degbert zatrzymał się po drugiej stronie karczmy. – Ziemia od brzegu do linii drzew należy do was.

Farma była szerokim na dwieście jardów nadrzecznym pasem ziemi. Edgar przyjrzał się mu. Biskup Wynstan nie mówił, że gospodarstwo jest wąskie, więc Edgar nie miał pojęcia, że znaczna część terenu będzie rozmokła. Nieco wyżej z piaszczysto-ilastej ziemi wyrastały zielone pędy.

– Ciągnie się jakieś siedemset jardów na zachód, aż do lasu – powiedział Degbert.

Matka ruszyła między moczarami a wznoszącym się gruntem i pozostali podążyli za nią.

– Jak widzicie, całkiem ładnie rośnie tu owies – zauważył dziekan.

Edgar nie odróżniał owsa od innych zbóż i pomyślał, że pędy to zwykła trawa.

– Jest tyle samo chwastów co owsa – zauważyła matka.

Niespełna pół mili dalej dotarli do dwóch budynków na szczycie wzniesienia. Za nimi kończyła się otwarta przestrzeń, a zaczynał las, który opadał ku rzece.

– Jest tutaj mały sad – odezwał się Degbert.

Sad tak naprawdę okazał się garstką skarłowaciałych jabłoni i kępą nieszpułki. Nieszpułki były zimowymi owocami i choć ludzie rzadko je jadali, czasami karmiono nimi świnie. Kuliste owoce były twarde i kwaśne, lecz jeśli się je długo przechowywało lub przemarzły, miękły.

– Dzierżawa wynosi cztery tłuste prosiaki, które należy przekazać w dzień świętego Michała – oświadczył Degbert.

To by było na tyle, uświadomił sobie Edgar. Zobaczyli już całe gospodarstwo.

– Farma rzeczywiście ma trzydzieści akrów ziemi – odparła matka. – Ale to nieurodzajna gleba.

– Dlatego cena za dzierżawę jest taka niska.

Edgar wiedział, że matka próbuje negocjować. Wielokrotnie widział, jak targowała się z klientami i dostawcami. Potrafiła to robić, ale tym razem sytuacja była inna. Co mogła zaoferować? Dziekan z pewnością wolałby oddać farmę w dzierżawę, może nawet chciał przypodobać się swojemu kuzynowi biskupowi, lecz z drugiej strony nie wyglądał na człowieka, który rozpaczliwie potrzebuje pieniędzy, i mógł powiedzieć Wynstanowi, że przysłana przez niego kobieta się rozmyśliła. Tak więc choć matka próbowała się targować, była na straconej pozycji.

Obejrzeli dom. Edgar zwrócił uwagę na osadzone w ziemi drewniane słupy i ściany z gliny zmieszanej z trocinami. Wysypane na podłodze sitowie spleśniało i wydzielało nieprzyjemny zapach. Cwenburg miała rację – strzecha była dziurawa, lecz można ją było naprawić.

– Wilgotno tu – powiedziała matka.

– Wystarczy kilka drobnych napraw.

– Na moje oko potrzeba będzie dużo pracy, żeby doprowadzić to miejsce do porządku. Będziemy musieli wziąć drewno z lasu.

– Tak, tak – rzucił zniecierpliwiony Degbert. Choć był wyraźnie poirytowany, poszedł na ważne ustępstwo. Zgodził się, by wycięli drzewa, i nie wspomniał nic o zapłacie. Darmowe drewno było wiele warte.

Mniejszy budynek był w jeszcze gorszym stanie.

– Stodoła ledwie stoi – zauważyła matka.

– Teraz i tak nie jest wam potrzebna – odparł dziekan. – Nie macie czego tam trzymać.

– To prawda, nie mamy nic – przyznała matka. – Dlatego do dnia świętego Michała nie będziemy w stanie zapłacić za dzierżawę.

Degbert rozdziawił usta jak głupiec. Wiedział, że nie może się z nią nie zgodzić.

– Powiedzmy, że za rok w dzień świętego Michała dacie mi pięć prosiaków – odrzekł.

– Jak mam kupić maciorę? Owies ledwie wystarczy, bym zimą wykarmiła synów. Nie zostanie mi nic na sprzedaż.

– To znaczy, że nie chcecie tego gospodarstwa?

– Nie, mówię tylko, że jeśli mamy tu zamieszkać, będę potrzebowała pańskiej pomocy. Nie będę miała z czego zapłacić dzierżawy i będę potrzebowała maciory. I worka mąki na kredyt, bo nie mamy nic do jedzenia.

Były to śmiałe żądania. Właściciele ziemscy pobierali pieniądze, a nie je rozdawali. Czasami jednak pomagali dzierżawcom stanąć na nogi. Degbert z pewnością to wiedział.

Nie wyglądał na zadowolonego, musiał jednak ustąpić.

– Zgoda. Pożyczę wam mąkę. W tym roku nie zapłacicie za dzierżawę. Dam wam też młodą loszkę, a wy oddacie mi jedną z pierwszego miotu. Loszkę i pięć prosiaków.

– Chyba będę musiała się zgodzić – odparła matka. Powiedziała to z wyraźną niechęcią, lecz Edgar był niemal pewien, że zawarła korzystną umowę.

– Muszę wracać na obiad – rzekł zrzędliwie dziekan, wyczuwając, że został pokonany. Chwilę później odwrócił się i ruszył w stronę wioski.

– Kiedy dostaniemy loszkę?! – zawołała za nim matka.

– Wkrótce! – odkrzyknął, nawet się nie odwracając.

Edgar spojrzał na swój nowy dom. Budynek przedstawiał żałosny widok, ale, o dziwo, chłopak czuł się zadziwiająco dobrze. Czekało ich wyzwanie, a to było dużo lepsze niż rozpacz, którą czuł do niedawna.

– Ermanie, idź do lasu i zbierz chrust na opał – poleciła matka. – A ty, Eadbaldzie, udaj się do karczmy i poproś o płonący patyk z paleniska… oczaruj tę małą przewoźniczkę. Edgarze, zobacz, czy dasz radę tymczasowo załatać dziury w dachu. Na razie nie mamy czasu zająć się tym jak należy. Z życiem, chłopcy. Jutro zaczniemy pielić pole.

*

Degbert nie przyprowadzał loszki przez kilka następnych dni.

Matka nie wspominała o tym ani słowem. Wyrywała chwasty razem z Ermanem i Eadbaldem. Wszyscy troje stali zgięci wpół na długim, wąskim polu, podczas gdy Edgar naprawiał dom i stodołę, wykorzystując do tego drewno przyniesione z lasu. Używał wikińskiego topora i nielicznych narzędzi zostawionych przez poprzedniego dzierżawcę.

Martwił się. Nie ufał Degbertowi, tak jak nie ufał jego kuzynowi, biskupowi Wynstanowi. Obawiał się, że gdy tylko dziekan zobaczy, że się zadomowili, uzna, że już się nie wycofają, i nie wywiąże się z umowy. Wtedy będą zmuszeni zdobyć pieniądze na opłacenie dzierżawy. Jeśli raz nie zapłacą, trudno będzie nadrobić zaległości. Zdawał sobie z tego sprawę, widział bowiem, jaki los spotykał nieprzezornych sąsiadów w Combe.

– Nie martw się – uspokoiła go matka, gdy opowiedział jej o swych obawach. – Poradzę sobie z Degbertem. Nawet najgorsi księża prędzej czy później muszą pójść do kościoła.

Edgar miał nadzieję, że matka ma rację.

Kiedy w niedzielny poranek usłyszeli bicie kościelnego dzwonu, ruszyli w stronę wioski. Domyślał się, że mając do przebycia najdłuższą drogę, dotrą na mszę jako ostatni.

Mieszczący się we wschodniej części osady kościół był niczym więcej jak zwykłym parterowym budynkiem z dobudowaną do niego kwadratową wieżą. Edgar zauważył, że stojąca na wzgórzu konstrukcja przechyla się, grożąc tym, że pewnego dnia się zawali.

Żeby wejść do kościoła, musieli przejść bokiem przez drzwi częściowo zablokowane pniem, podtrzymującym zdobiący wejście łuk. Edgar wiedział, dlaczego łuk groził zawaleniem: zaprawa murarska między kamieniami tworzyła linie, które powinny zbiegać się do środka niczym szprychy solidnego koła. Tymczasem te biegły w różnych kierunkach, co osłabiało konstrukcję, a do tego brzydko wyglądało.

Nawa kończyła się w dolnej części wieży, której wysokie sklepienie sprawiało, że kościół wydawał się jeszcze ciaśniejszy. Czekając na mszę, stało tu kilkunastu dorosłych i kilkoro małych dzieci. Edgar skinieniem głowy pozdrowił Cwenburg i żonę dziekana, Edith, które poznał już wcześniej.

Jeden z kamieni na ścianie pokryty był inskrypcją. Edgar nie umiał czytać, domyślał się jednak, że ktoś został tu pochowany, może ktoś szlachetnie urodzony, kto wybudował kościół, by uczynić go miejscem swego spoczynku.

Wąskie sklepione przejście we wschodniej części kościoła prowadziło do prezbiterium. Edgar zerknął do środka i zobaczył ołtarz z drewnianym krzyżem i ścianę z namalowanym na niej Jezusem. W kaplicy był Degbert z kilkoma księżmi.

Wiernych bardziej ciekawili nowo przybyli aniżeli duchowni. Dzieci, rozdziawiwszy usta, gapiły się na Edgara i jego rodzinę, podczas gdy ich rodzice zerkali ukradkiem na nich i poszeptywali coś między sobą.

Degbert odprawił mszę z niemal lekceważącym pośpiechem i Edgar pomyślał, że dziekan nie jest szczególnie pobożny. Może nie miało to znaczenia, bo wierni i tak nie rozumieli łacińskich słów, lecz duchownym w Combe nigdzie się nie spieszyło. Zresztą tak długo, jak księża odpuszczali mu grzechy, nie był to jego problem.

Niebawem przestał jednak o tym myśleć. Kiedy ludzie rozprawiali o tym, jak martwi spędzają czas w niebie albo czy diabeł ma ogon, zaczynał się niecierpliwić, przekonany, że za życia i tak nikt się tego nie dowie. Wolał pytania, na które można było odpowiedzieć. Na przykład: jak wysoki powinien być maszt statku?

Stojąca obok Cwenburg uśmiechnęła się do niego. Najwyraźniej chciała być miła.

– Któregoś wieczoru powinieneś przyjść do nas – powiedziała.

– Nie mam pieniędzy na piwo.

– Ale chyba możesz odwiedzić sąsiadów.

– Pewnie tak. – Nie chciał być nieuprzejmy, lecz nie miał ochoty spędzać wieczoru w towarzystwie tej dziewczyny.

 

Po mszy matka wyszła za księżmi z kościoła. Edgar poszedł za nią, a za nim Cwenburg. Matka zagadnęła dziekana, nim ten zdołał się oddalić.

– Potrzebuję maciory, którą mi obiecaliście – rzekła.

Edgar był z niej dumny. Była stanowcza i niczego się nie bała. A do tego wybrała najwłaściwszy moment. Degbert nie chciał, by cała wioska dowiedziała się, że nie dotrzymał umowy.

– Porozmawiaj z Grubą Bebbe – odparł szorstko i oddalił się.

– Kim jest Bebbe? – zapytał Edgar Cwenburg.

Dziewczyna wskazała grubą kobietę przeciskającą się obok stojącego w wejściu pnia.

– Ma niewielkie gospodarstwo i zaopatruje księży w jajka, mięso i inne rzeczy.

Powtórzył to matce, a ta podeszła do kobiety.

– Dziekan powiedział, żebym porozmawiała z wami o maciorce – zwróciła się do niej.

Bebbe była miła i rumiana.

– A, tak – odparła. – Mam ci dać odsadzoną loszkę. Chodź, sama sobie wybierzesz.

Matka poszła za Bebbe, a za nimi chłopcy.

– Jak sobie radzicie? – spytała uprzejmie Bebbe. – Mam nadzieję, że chata nie jest aż tak zniszczona.

– Jest w kiepskim stanie, ale ją naprawiamy – odrzekła matka.

Obie są mniej więcej w tym samym wieku, pomyślał Edgar. Wyglądały, jakby mogły się zaprzyjaźnić. Miał nadzieję, że tak się stanie: matka potrzebowała przyjaciółki.

Bebbe mieszkała w małej chatce na dużej parceli. Z tyłu były sadzawka dla kaczek, kurnik, krowa na postronku i cielak. W przylegającej do domu zagrodzie stała maciora z ośmioma prosiętami. Bebbe była zamożna, choć pewnie zależna od kościoła.

Matka przez jakiś czas z uwagą przyglądała się prosiakom, po czym wskazała ruchliwą małą loszkę.

– Dobry wybór – pochwaliła Bebbe i wyćwiczonym szybkim ruchem chwyciła zwierzę. Prosię zakwiczało z przerażenia. Zaraz potem wyjęła z wiszącej u paska sakiewki pęk skórzanych rzemieni i związała nimi nogi loszki. – Kto będzie ją niósł? – spytała.

– Ja – zgłosił się Edgar.

– Chwyć ją pod brzuch i uważaj, żeby cię nie ugryzła.

Postąpił według jej wskazówek. Prosię było uwalane błotem.

Matka podziękowała Bebbe.

– Będę potrzebowała tych rzemieni z powrotem – rzekła rumiana kobieta. – Każdy sznurek jest cenny, czy to ze skóry, ścięgien czy konopny.

– Oczywiście – odparła matka.

Ruszyli w drogę powrotną. Zabrana od matki loszka wyrywała się i kwiczała. Edgar chwycił ją za ryjek, żeby uciszyć zwierzę. W odwecie świniak obryzgał rzadkim cuchnącym łajnem cały przód jego tuniki.

Po drodze wstąpili do karczmy i poprosili Cwenburg, by dała im resztki jedzenia dla prosiaka. Dziewczyna przyniosła skórki z sera, rybie ogony, ogryzki jabłek i inne pozostałości.

– Cuchniesz – rzuciła.

Wiedział o tym, odparł więc tylko:

– Będę musiał wykąpać się w rzece.

Gdy wrócili do domu, zamknął świnkę w stodole. Naprawił już dziurę w ścianie, więc zwierzę nie mogło uciec. Wieczorem wpuści tam Brindle, żeby jej pilnowała.

Matka tymczasem zagrzała wodę na ogniu i wrzuciła do niej resztki. Edgar cieszył się, że dostali loszkę, choć znaczyło to, że mieli do wykarmienia jeszcze jedną głodną gębę. Nie mogli jej zjeść. Musieli ją karmić, dopóki nie urośnie i nie będzie mieć młodych. Przez jakiś czas będzie dla nich dodatkowym ciężarem.

– Niedługo będzie jeść to, co znajdzie w lesie, zwłaszcza gdy zaczną spadać żołędzie – uspokoiła go matka. – Ale trzeba ją nauczyć, żeby wieczorem wracała do domu. Inaczej ukradną ją banici albo pożrą wilki.

– Jak uczyliście świnie, kiedy mieszkałaś na farmie? – zapytał Edgar.

– Nie wiem. Na dźwięk głosu mojej matki zawsze wracały do domu. Pewnie wiedziały, że da im coś do jedzenia. Do nas, dzieci, nie chciały podchodzić.

– Moglibyśmy nauczyć naszą loszkę, żeby reagowała na twój głos, ale wtedy nie podejdzie do żadnego z nas. Potrzebujemy dzwonka.

Matka prychnęła z pogardą. Dzwonki były drogie.

– A ja potrzebuję złotej broszy i białej sukienki, ale ich nie dostanę – żachnęła się.

– Człowiek nigdy nie wie, co dostanie – odparł Edgar.

Poszedł do stodoły, bo przypomniał sobie, że widział tam stary sierp z przegniłą rękojeścią i złamanym zardzewiałym ostrzem. Cisnął go w kąt razem z innymi rupieciami. Teraz przyniósł końcówkę ostrza – nienadający się do niczego długi na stopę, zakrzywiony kawałek żelaza.

Znalazł gładki kamień, usiadł w porannym słońcu i zaczął ścierać rdzę. Była to żmudna i nużąca praca, lecz nawykły do podobnych zadań Edgar nie przestał, dopóki metal nie był wystarczająco czysty, żeby odbić promienie słońca. Nie naostrzył go, bo i nie zamierzał niczego nim ciąć.

Z pomocą giętkiej witki zawiązał ostrze na gałęzi i uderzył w nie kamieniem. Głuche brzęknięcie nie przypominało dźwięku dzwonka, lecz było całkiem donośne.

Edgar zaprezentował swoje dzieło matce.

– Jeśli każdego dnia przed karmieniem prosiaka uderzysz w to, loszka nauczy się wracać do domu – powiedział.

– Bardzo dobrze – pochwaliła go matka. – Ile czasu potrzebujesz, żeby zrobić złotą broszę? – Przekomarzała się z nim, lecz w jej głosie słychać było dumę. Uważała, że najmłodszy syn odziedziczył po niej mądrość i zaradność, i pewnie miała rację.

Południowy posiłek – płaski chleb z dziką cebulą – był już gotowy, lecz Edgar najpierw chciał się umyć. Szedł brzegiem rzeki, aż dotarł do niewielkiej błotnistej plaży. Tam zdjął tunikę i zaczął ją prać w płytkiej wodzie; tarł i wyżymał wełniany przyodziewek, aż pozbył się smrodu łajna. Następnie rozłożył tunikę na kamieniu, by wyschła na słońcu, a sam wszedł do wody i pochylił się, żeby umyć głowę. Ludzie mówili, że kąpiele szkodzą zdrowiu, i Edgar nigdy nie kąpał się zimą, ale ci, którzy w ogóle się nie myli, cuchnęli całe życie.

Matka i ojciec wpoili synom, że muszą być czyści i co najmniej raz w roku powinni się wykąpać.

Edgar dorastał nad morzem i potrafił pływać tak długo, jak był w stanie chodzić. Teraz postanowił przepłynąć na drugi brzeg rzeki – tak po prostu, dla przyjemności.

Prąd nie był silny, więc płynął bez trudu, rozkoszując się dotykiem chłodnej wody na skórze. Dopłynąwszy na drugą stronę, zawrócił. Nieopodal brzegu poczuł grunt pod stopami i wstał. Woda sięgała mu do kolan i ściekała strużkami z jego nagiego ciała. Wkrótce słońce go osuszy.

Nagle uświadomił sobie, że nie jest sam.

Na brzegu siedziała Cwenburg i obserwowała go z uwagą.

– Ładnie wyglądasz – odezwała się.

Jej słowa sprawiły, że poczuł się zakłopotany.

– Mogłabyś sobie pójść? – rzucił.

– Niby czemu miałabym iść? Każdy może spacerować brzegiem rzeki.

– Proszę – nalegał Edgar.

Dziewczyna wstała i odwróciła się.

– Dziękuję – bąknął.

Nie zrozumiał jednak jej intencji. Zamiast odejść, dziewczyna jednym płynnym ruchem ściągnęła przez głowę sukienkę. Jej naga skóra była blada.

– Nie, nie! – wykrzyknął.

Cwenburg stanęła twarzą do niego.

Edgar patrzył na nią przerażony. Nie żeby było z nią coś nie tak – wręcz przeciwnie, musiał przyznać, że ma ładną, krągłą figurę – lecz była niewłaściwą kobietą. W sercu nadal miał Sunni i ciało żadnej kobiety nie było w stanie go poruszyć.

Dziewczyna weszła do rzeki.

– Twoje włosy mają tam inny kolor – zauważyła i uśmiechnęła się wymownie. – Są jakby rudawe.

– Trzymaj się ode mnie z daleka – ostrzegł ją.

– Przyrodzenie skurczyło ci się od zimnej wody. Chcesz, żebym je ogrzała? – Mówiąc to, wyciągnęła rękę.

Edgar odepchnął ją. Był spięty i zawstydzony, więc zrobił to nieco mocniej, niż zamierzał. Cwenburg straciła równowagę i wpadła do wody. Kiedy mijał ją, wychodząc na brzeg, zaczęła się podnosić.

– Co z tobą? – rzuciła zza jego pleców. – Jesteś jednym z tych zniewieściałych chłopaczków, co to lubią mężczyzn?

Sięgnął po swoją tunikę. Była nadal wilgotna, ale i tak ją włożył. Teraz, kiedy poczuł się nieco mniej bezbronny, odwrócił się w stronę dziewczyny.

– Właśnie tak – odparł. – Jestem zniewieściały.

Spojrzała na niego ze złością.

– Wcale nie – powiedziała. – Kłamiesz.

– Masz rację, kłamię. – Czuł, że traci nad sobą panowanie. – Prawda jest taka, że mi się nie podobasz. A teraz zostawisz mnie w spokoju?

Cwenburg wyszła z wody.

– Ty świnio – wycedziła. – Mam nadzieję, że zdechniesz z głodu na tej jałowej ziemi. – Włożyła z powrotem sukienkę. – I pójdziesz do piekła – dodała, po czym odeszła.

Edgar odetchnął z ulgą. Chwilę potem zaczął żałować, że był wobec niej taki niemiły. Po części sama sobie była winna – nie powinna mu się tak narzucać – ale mógł potraktować ją łagodniej. Często żałował swoich gwałtownych reakcji i tego, że nie jest bardziej opanowany.

Czasami trudno jest postąpić właściwie, pomyślał.

*

Wieś była cicha.

W Combe zawsze panował zgiełk: krzyczały mewy srebrzyste, słychać było stukanie młotów, rozmowy, a od czasu do czasu czyjś krzyk. Nawet w nocy skrzypiały łodzie, które unosiły się i opadały na falach. Tu natomiast często panowała zupełna cisza. Gdy wiał wiatr, drzewa szeptały z niezadowoleniem, lecz poza tym w Dreng’s Ferry było cicho jak w grobie.

Kiedy więc Brindle zaczęła ujadać w środku nocy, Edgar poderwał się ze snu.

Wstał i zdjął topór z kołka na ścianie. Serce waliło mu jak młotem, oddech miał płytki.

– Uważaj – dobiegł go z ciemności matczyny głos.

Zamknięta w stodole Brindle szczekała, wyraźnie czymś zaniepokojona. Edgar zamknął ją tam, by strzegła loszki, suka wyczuła jednak jakieś niebezpieczeństwo.

Podszedł do drzwi, lecz matka była szybsza. Zobaczył blask ognia odbity złowrogo na ostrzu noża, który ściskała w dłoni. Sam je wyczyścił i naostrzył, żeby zaoszczędzić jej zachodu, wiedział więc, że jest śmiertelnie ostre.

– Odsuń się od drzwi – syknęła. – Jeden z nich może czaić się tuż za progiem.

Edgar zrobił, co mu kazała. Za nim stali jego bracia. Miał nadzieję, że oni również sięgnęli po jakąś broń.

Matka ostrożnie, niemal bezgłośnie podniosła rygiel, a zaraz potem szeroko otworzyła drzwi.

W progu natychmiast pojawiła się jakaś postać. Matka miała rację, że ostrzegła Edgara. Złodzieje spodziewali się, że rodzina się obudzi, i jeden z nich stał tuż za progiem, gotów rzucić się na nich, gdy nierozważnie wybiegną z domu. Księżyc świecił jasno i Edgar zobaczył długi sztylet w prawej ręce złodzieja. Mężczyzna pchnął na oślep, lecz nie natrafił na nic poza powietrzem.

Edgar uniósł topór, jednak i tym razem matka go uprzedziła. Ostrze jej noża zalśniło, a złodziej ryknął z bólu i upadł na kolana. Chwilę później ostrze matczynego noża rozpłatało mu gardło.

Przecisnąwszy się obok nich, Edgar wyszedł na skąpane w blasku księżyca podwórze i usłyszał kwik świni. Zaraz potem zobaczył dwie postaci wybiegające ze stodoły. Jedna z nich miała nakrycie głowy, które częściowo zasłaniało twarz. Mężczyzna – bo z pewnością był to mężczyzna – trzymał w ramionach wyrywającą się loszkę.

Na widok Edgara rzucili się do ucieczki.

Edgar czuł, że ogarnia go furia. Prosię było cenne. Jeśli je stracą, nie dostaną następnego, a ludzie powiedzą, że jego rodzina nie potrafiła zadbać o żywy inwentarz. Niewiele myśląc, postanowił działać. Wywinął toporem nad głową i cisnął nim w plecy człowieka niosącego loszkę.

Przekonany, że nie trafi, jęknął z rozpaczy, lecz ostrze topora utkwiło w ramieniu złodzieja. Ten wrzasnął piskliwie, wypuścił świnię i upadł na kolana, przyciskając dłoń do rany.

Jego towarzysz pomógł mu wstać.

Edgar rzucił się ku nim, lecz zbiegli, zostawiając loszkę.

Wahał się przez chwilę. Chciał schwytać złodziei, wiedział jednak, że przerażone zwierzę może odbiec od gospodarstwa tak daleko, że już nigdy go nie znajdzie. Zaniechał więc pościgu i popędził za loszką. Była mała i miała krótkie nóżki, więc szybko ją dogonił. Rzucił się na nią i oburącz chwycił jej tylną nogę. Zwierzę wyrywało się, lecz Edgar trzymał je z całych sił.

W końcu wziął loszkę na ręce, wstał i wrócił do domu.

Zamknął ją z powrotem w stodole i pochwalił Brindle, która z dumą merdała ogonem. Podniósł z ziemi topór i wytarł ostrze w trawę, by zetrzeć z niego krew złodzieja. W końcu dołączył do rodziny.

Matka i bracia stali nad ciałem złodzieja.

– Nie żyje – orzekł Eadbald.

– Wrzućmy go do rzeki – zaproponował Erman.

– Nie – zaprotestowała. – Chcę, żeby inni złodzieje wiedzieli, że go zabiliśmy. – Nie bała się konsekwencji, prawo mówiło bowiem, że złodziej przyłapany na gorącym uczynku może od razu zostać zabity. – Chodźcie za mną, chłopcy. Przynieście ciało.

Erman i Eadbald podnieśli trupa i weszli za matką do lasu. Szli jakieś sto jardów niemal ukrytą wśród zarośli wąską ścieżyną, aż dotarli do miejsca, w którym przecinała drugi ledwie widoczny szlak. Każdy, kto szedł na farmę od strony lasu, musiał przejść przez to skrzyżowanie.

 

Matka przyjrzała się skąpanym w blasku księżyca drzewom i wskazała jedno o niskich rozłożystych gałęziach.

– Chcę powiesić ciało na tym drzewie.

– Po co? – zapytał Erman.

– Żeby ludzie wiedzieli, co dzieje się z tymi, którzy próbują nas okraść.

Edgar był pod wrażeniem. Nie miał pojęcia, że matka jest taka sroga. Lecz okoliczności się zmieniły.

– Nie mamy liny – zauważył Erman.

– Edgar coś wymyśli – odparła matka.

Edgar pokiwał głową. Wskazał rozwidlony konar mniej więcej osiem stóp nad ziemią.

– Podsadźcie go tak, żeby miał gałąź pod każdą pachą – poinstruował braci.

Podczas gdy ci próbowali zawiesić ciało na drzewie, znalazł patyk długi na stopę i gruby na cal i ostrzem topora zaostrzył jeden koniec.

W końcu zwłoki złodzieja zawisły na drzewie.

– A teraz złączcie mu ręce z przodu – polecił braciom Edgar.

Kiedy to zrobili, ujął złodzieja za rękę i wbił mu w nadgarstek zaostrzony patyk. Musiał uderzać patyk obuchem, żeby przebić się przez ciało. Serce mężczyzny przestało bić jakiś czas temu, więc z rany popłynęło niewiele krwi.

To samo Edgar zrobił z drugą ręką złodzieja. Teraz, kiedy patyk przechodził przez oba nadgarstki, miał pewność, że ciało nie spadnie.

Będzie tu wisiał, dopóki nie zgnije, pomyślał.

Lecz kompani złodzieja musieli wrócić, bo rankiem trup zniknął.

*

Kilka dni później matka posłała Edgara do wsi, żeby pożyczył kawałek mocnego sznurka, którym mogłaby związać rozpadające się buty. Sąsiedzi pożyczali sobie różne rzeczy, lecz sznurek był tym, czego ludzie nigdy nie mieli pod dostatkiem. Matka jednak dwukrotnie opowiedziała historię o ataku wikingów – najpierw w domu księdza, a później w karczmie – więc choć wieśniacy podchodzili z rezerwą do nowo przybyłych, to mieszkańcy Dreng’s Ferry przekonali się do Mildred po tym, jak usłyszeli, co ją spotkało.

Był wczesny wieczór. Przed karczmą w blasku zachodzącego słońca siedziała niewielka grupka ludzi, popijając piwo z drewnianych kubków. Edgar nie pił jeszcze tutejszego piwa, lecz bywalcom karczmy wyraźnie smakowało.

Znał już wszystkich mieszkańców wioski i rozpoznał tych, którzy siedzieli na ławach. Dziekan Degbert rozmawiał ze swoim bratem Drengiem. Cwenburg i rumiana Bebbe przysłuchiwały się im. Były też inne kobiety. Leofgifu, na którą wszyscy mówili Leaf, była matką Cwenburg; młoda kobieta imieniem Ethel była drugą żoną Drenga albo jego konkubiną; a Blod, która nalewała piwo z dzbana do kubków, była niewolnicą.

Kiedy Edgar podszedł, niewolna podniosła na niego wzrok i łamaną anglosaską mową spytała:

– Chce piwa?

Pokręcił głową.

– Nie mam pieniędzy – odparł.

Pozostali spojrzeli na niego, a Cwenburg odezwała się z szyderczym uśmieszkiem:

– Po co przyszedłeś do karczmy, skoro nie stać cię na kubek piwa?

Najwyraźniej zabolało ją, że odrzucił jej umizgi. Edgar jęknął w duchu na myśl o tym, że zrobił sobie z niej wroga.

– Moja matka chciała pożyczyć kawałek mocnego sznurka, którym mogłaby związać but – powiedział pokornie. Nie zwracał się do Cwenburg, lecz do wszystkich.

– Niech sama go sobie splecie – mruknęła dziewczyna.

Pozostali obserwowali ich w milczeniu.

Edgar poczuł się speszony, ale nie zamierzał dać za wygraną.

– Chodzi o przysługę – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Zapłacimy, kiedy tylko staniemy na nogi.

– Jeśli w ogóle staniecie – zakpiła Cwenburg.

Leaf prychnęła zniecierpliwiona. Wyglądała na trzydzieści lat, zatem musiała mieć piętnaście wiosen, kiedy urodziła Cwenburg. Edgar przypuszczał, że kiedyś była ładna, teraz jednak wyglądała, jakby wypiła za dużo piwa. Mimo to była na tyle trzeźwa, żeby zawstydziło ją grubiaństwo własnej córki.

– Nie bądź taka nieżyczliwa, dziewczyno – skarciła ją.

– Nie czepiaj się jej – rzucił gniewnie Dreng. – Ma rację.

Edgar zauważył, że Dreng jest pobłażliwym ojcem, co mogło tłumaczyć zachowanie jego córki.

Leaf wstała.

– Wejdź – zwróciła się życzliwie do Edgara. – Zobaczę, co uda mi się znaleźć.

Kiedy weszli do chaty, zaczerpnęła z beczki kubek piwa i wręczyła mu.

– Za darmo – zaznaczyła.

– Dziękuję. – Edgar upił łyk. Piwo spełniło jego oczekiwania: było smaczne i natychmiast poprawiło mu nastrój.

Uśmiechnęła się.

Przemknęło mu przez głowę, że może ona również próbuje go uwieść. Nie był próżny i nie sądził, by podobał się wszystkim niewiastom, domyślał się jednak, że w tak małej wiosce jak Dreng’s Ferry kobiety interesują się każdym nowym mężczyzną.

Tymczasem Leaf odwróciła się i zaczęła przetrząsać zawartość kufra. Chwilę później wyciągnęła z niego kawałek sznurka.

– Proszę – powiedziała.

A zatem po prostu była życzliwa.

– To bardzo miłe z pani strony – odparł.

Wzięła od niego pusty kubek.

– Życzę twojej matce wszystkiego dobrego. To dzielna kobieta.

Chłopak wyszedł. Degbert, któremu piwo najwyraźniej rozwiązało język, perorował:

– Według kalendarza, mamy rok Pański dziewięćset dziewięćdziesiąty siódmy. Jezus ma zatem dziewięćset dziewięćdziesiąt siedem lat. Za trzy lata będzie milenium.

Edgar znał się na liczbach i nie mógł się nie odezwać.

– Czy Jezus nie przyszedł na świat w pierwszym roku?

– Nie inaczej – odparł Degbert, po czym dodał przemądrzale: – Wie to każdy wykształcony człowiek.

– A zatem pierwsze urodziny musiał obchodzić w drugim roku.

Dziekanowi zrzedła mina.

– W trzecim roku miał dwa lata i tak dalej – ciągnął Edgar. – A więc w tym roku, dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym, będzie miał dziewięćset dziewięćdziesiąt sześć lat.

– Nie wiesz, co gadasz, ty arogancki szczeniaku! – zaperzył się Degbert.

Głos rozsądku podpowiadał Edgarowi, żeby się nie kłócić, lecz zagłuszyła go chęć, by sprostować ten błąd.

– Nie, nie – odparł. – Urodziny Jezusa przypadają w dzień Bożego Narodzenia, więc teraz ma dziewięćset dziewięćdziesiąt pięć i pół roku.

Stojąca w drzwiach Leaf uśmiechnęła się.

– Chłopak ma rację, Degsy – odezwała się.

Dziekan był wściekły.

– Jak śmiesz odzywać się tak do księdza? – zwrócił się do Edgara. – Za kogo ty się masz? Nawet nie umiesz czytać.

– Nie, ale potrafię liczyć.

– Zabieraj swój sznurek i wynoś się stąd! I nie wracaj, dopóki nie nauczysz się szanować starszych i lepszych od siebie!

– To tylko liczby. – Chłopak próbował zażegnać konflikt, ale było już za późno. – Nie chciałem być niegrzeczny.

– Zejdź mi z oczu – warknął dziekan.

– No dalej, wynoś się – rzucił jego brat.

Edgar odwrócił się i przygnębiony, powlókł się brzegiem rzeki. Jego rodzina potrzebowała każdej pomocy, tymczasem on zdążył już narobić sobie wrogów.

Po co w ogóle otwierał tę przeklętą gębę?