Pościg za czarną hondą

Tekst
Z serii: Plus minus 16
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Kazimierz Szymeczko

Pościg za czarną hondą

© by Kazimierz Szymeczko

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka:

Katarzyna Kołodziej

Korekta:

Aneta Kunowska, Joanna Pijewska

Wydanie III

ISBN 978-83-7672-566-6

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Na zlecenie Woblink


woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Jeleń poluje na dzięcioły

– Gogel, ile razy mam ci tłumaczyć, że dobra szkoła średnia… – przerwałem, bo wyraz jego twarzy nie zachęcał do dalszych wywodów.

Siedzieliśmy na parapecie okna, korzystając z tego, że na końcu korytarza nikt nie zabraniał tej zakazanej przyjemności. Poza tym był to nasz parapet, więc sami pilnowaliśmy, by nikt nie łamał regulaminu. Prawo do bezpłatnej nauki ma każdy, ale na prawo do posiadania osobistego parapetu trzeba pracować latami. Inna sprawa, że jakiś czas temu byliśmy zmuszeni go odmalować i był to jedyny w szkole czerwony parapet, bo nie dysponowaliśmy akurat inną farbą. Siedzieliśmy na legendzie.

Gogel wystawił grzbiet na promienie kwietniowego słońca i ziewnął z zadowoleniem.

– Master, znamy się od przedszkola. Ile razy słucham twoich dobrych rad, tyle razy wychodzi na opak. Ty masz tytuł absolwenta roku w kieszeni i możesz przebierać w szkołach jak w ulęgałkach. Ja mam swoją działkę i idę do „Kopernika”, bo tam się nie uwstecznię jako informatyk. Już nawet nie mówię, że zrobię postępy, ale przynajmniej utrzymam to, co mam. A o maturze to się pomyśli za dwa lata. Wiem, co mówię.

– Pieprzenie w bambus – podsumowałem ze złością, bo wiedział, co mówi.

Krzyś miał łeb do internetu i elektroniki, więc radził sobie w szkole po swojemu. Tak jak postępy na swojej działce robił po swojemu. Szkołę traktował z pobłażliwością Tego, Który Wie Lepiej. I czasami miał rację… Zwyczajnie było mi żal, że sąsiad i najlepszy kumpel pójdzie do innej budy.

– Wiem, co mówię – powtórzył. – A jak mi dasz dobre zdjęcia na stronkę ekologiczną, to skończę ją w tym miesiącu. Uciułam tyle punktów, żeby mieć wyróżniające zachowanie i średnią powyżej normy. A potem do „Kopernika”. Trzeba sobie radzić w życiu.

Stronka ekologiczna… Na wspomnienie Sójki zrobiło mi się, jak zwykle, nieco… no… ambiwalentnie… Fajna dziewczyna, właściwie to moja dziewczyna, jeśli o człowieku można powiedzieć „moja”. Niestety, na punkcie ekologii nieco zwichrowana lub – jak mawia szkolny król hakerów – „ma rapla z rzerzutką”. Regionalna Strona Ekologiczna, psiakrew.

– Master, jak chcesz z nią być, to nie narzekaj, tylko rób te zdjęcia. Dałeś się omotać druidce, to cierp i nie marudź. Mnie też wrobiłeś w ten projekt, więc bądź mężczyzną – bezbłędnie czytał w moich myślach.

– Zamknij się, tępy technokrato – mruknąłem. – Gdyby nie ja, tobyś nie wiedział, że oprócz netu jest jeszcze jakiś inny świat – trzepnąłem go lekko w rudą łepetynę.

– Świat elfów, krasnoludów i pomylonych humanistów – zarechotał i pociągnął mnie za kucyk.

Nie zdążyłem mu oddać, bo zza rogu korytarza wypłynęła właśnie Sójka.

– Cześć, mięsożerni, jak tam testosteron? – uśmiechnęła się szeroko na powitanie.

Promienny uśmiech nie oznaczał jeszcze, że jesteśmy bezpieczni. I tak mieliśmy szczęście, że uznawała nas za istoty o ilorazie inteligencji wyższym nawet od wysoko notowanych w jej świecie delfinów.

Gogel spojrzał szybko w okno. Szybko, ale i tak za wolno.

Złapała go za podbródek i przyjrzała się podbitemu oku.

– Ładnie się goi – stwierdziła fachowo. – Przykładałeś rumianek, wojowniku?

– Mrożone mięso przykładałem – odciął się Krzyś. – Okłady ze zdechłej krowy lepiej działają niż jakieś zielska.

Darli ze sobą koty od podstawówki i dobrze im z tym było, więc się nie wtrącałem. Zresztą Ania nie musiała wiedzieć, że Krzyś oberwał od Packera i jego kumpli za konkret, a nie w zwykłej bójce. Tak samo jak nie musiała wiedzieć, że przykłada na oczy torebki po herbacie rumiankowej, gdy siedzi po dwanaście godzin przy kompie.

Sójka była drobna, ale na tyle silna, że utrzymała podbródek przedstawiciela niższego gatunku, póki nie skończyła oględzin.

– Wyniki podwyższonego testosteronu można też usuwać, przykładając mrożony szpinak. Po co zabijać zwierzęta.

– Bo szpinak ma konserwanty, od których można oślepnąć lub, co gorsza, zostać wegetarianinem – Krzyś lubił mieć ostatnie zdanie.

Przeszliśmy w trójkę to i owo, ale niektóre zachowania mądrze nazywane „relacjami interpersonalnymi” są niezmienne. Pogodzenie tych dwojga nastąpi zapewne dopiero na sądzie ostatecznym. A i wtedy nie wiadomo, czy nie będą siali popłochu w Dolinie Jozafata.

– Master, zrobisz te fotki do piątku? – zignorowała Gogla, mając w zasięgu nową ofiarę.

– Jasne. Mam tak podwyższony testosteron, że upoluję nawet Łosia Superktosia – uśmiechnąłem się, nie zastanawiając się nawet, ile dni zostało do piątku.

– I za to cię lubię – cmoknęła mnie w policzek i odwróciła się na pięcie. – W radoszowskich lasach nie ma łosi. Brakuje nam dzika i dzięcioła – rzuciła przez ramię.

Krzyś patrzył, jak odchodzi, powiewając lnianą sukienką, i nad czymś dumał.

Ania twierdziła między innymi, że włókna sztuczne są, jak sama nazwa wskazuje, sztuczne, więc nienaturalne. Trudno było odmówić jej rozumowaniu logiki, a w swoich lnianych i bawełnianych kreacjach wyglądała naturalnie i całkiem no… ładnie po prostu. Taka sobie sukienka na takiej sobie dziewczynie, a poczułem, że kumpel gapi się kilka sekund za długo. Nie ma się co okłamywać, Sójka miała w sobie coś… Nawet nie wiem dokładnie co, ale na mnie to działało.

– Wpadłeś, chłopie – westchnął teatralnie. – Po co jej łoś, skoro ma dwóch jeleni do roboty.

– Wolę mieć na karku jedną ekomaniaczkę niż pięciu dresów – nie pozostałem mu dłużny.

Dotknął palcami powieki opuchniętego oka.

– Na jedno wychodzi. Ona też składa propozycje „nie do odrzucenia” – wyszczerzył łopatowate zęby.

Dzwonek przerwał ciekawie zapowiadającą się dyskusję. Jedną z wad naszej historycy była punktualność. Czego by nie mówić, Krzyś potrafił dawać sobie radę. Niby to w wielkiej tajemnicy wcisnął Packerowi jakiś lipny skrót na ogólnie dostępną stronę kuratoryjną, zaklinając się, że całą noc łamał zabezpieczenie. A buractwo kupiło ten kit, zadowolone, że grzeczny haker jest coraz bliżej bazy testów gimnazjalnych. Zastanawiałem się, czy Gogel potrafiłby zdobyć te testy. Wątpliwe, a pytanie, ile potrafi namieszać w necie, byłoby nietaktem. I tak musiałby skłamać, że nie ma pojęcia o łamaniu zabezpieczeń. Był w tym za dobry, by się chwalić. Ale jego figle nie były złośliwe. Kiedyś zwierzył mi się, że gdyby potrafił zrobić naprawdę wielki numer, to dostałby do piętnastu lat w zawieszeniu, ale niewykluczone, że przyjęliby go bez egzaminu na politechnikę i daliby mu stypendium. Marzenia ściętej głowy? Możliwe, ale miał chłopak cel w życiu.

Na razie zadowalał się sprzedawaniem ludziom marzeń. Chcecie mieć swój portret z gwiazdą rocka i imiennym autografem? Wiadomo, do kogo uderzyć… A że geniusz potrafił dużo więcej niż obrobić kilka zdjęć, wiedziałem tylko ja. No, może nie tylko, ale Krzyś był za mądry na to, żeby handlować fałszywymi świadectwami. Robił takie sztuczki tylko dla własnej satysfakcji. Nad moim łóżkiem wisiał „oryginalny” dyplom ukończenia studiów na wydziale filologii japońskiej z pieczęciami i podpisami rektora i dziekanów uniwersytetu w Tokio. Spodziewałem się, że na urodziny sprezentuje mi podpisane przez Tolkiena runiczne obywatelstwo Śródziemia. Czemu nie? Handel marzeniami niejedno ma imię, o czym przekonało się kilka osób (w tym Packer), które znalazły z pomocą internauty nawet nietypowych patronów do bierzmowania. Jak się to kiedyś wyda, to Gogel ma przerąbane na całej linii, ale póki co nawet katechetka się nie zorientowała i jakoś się to kręci. Było nie było – prowadząc sesje gier fabularnych, gdzie dzielni wojownicy walczą ze złem i zazwyczaj zwyciężają, też sprzedaję marzenia.

Dumałem nad tym wszystkim, czekając na Anię. Pasek torby z aparatem fotograficznym i obiektywami wpijał mi się w ramię. Tak… Krzyś potrafił sobie radzić, więc miał wolne popołudnie, a potencjalny absolwent roku stał jak palant na przystanku, spoglądając w stronę bloków. Sójka mieszkała prawie naprzeciwko mnie i Gogla, ale nie w domku, tylko na osiedlu Awaryjnym, które swą nazwę wzięło stąd, że pierwotnie było przeznaczone dla najlepszych fachowców zatrudnionych w kopalni i wzywanych do interwencji w wypadku awarii. No i, rzecz jasna, dla wyższych rangą pracowników dozoru. Dwupiętrowe bloki kiedyś kojarzyły się z luksusem posiadania telefonu i dobrym zarobkiem. Skorzystaliśmy na tym tyle, że w jednym z budynków urządzono przedszkole, w którym nie było uprzedzeń klasowych, regionalnych ani politycznych. Potem górnicy przeróżnych „awaryjnych” specjalności przeszli na emerytury, a w blokowisku obok normalnych lokatorów zagnieździło się pokolenie ekologów i innych dewiantów. Przedszkole zlikwidowano. Szkoda. Spędziliśmy tam z Krzysiem wiele pięknych chwil. Do dziś nie wiem, dlaczego pani przedszkolanka blednie i przełyka ślinę, kiedy mówimy jej na ulicy „dzień dobry”.

 

– Nic nie mów – Sójka podeszła od tyłu i musnęła brązowawymi włosami moje ucho.

Nic nie powiedziałem. Cholerne babskie sztuczki.

– Musiałam znaleźć opiekunów dla trójki małych, bezbronnych kotków.

Delikatnie mówiąc, mało mnie obchodziły bezbronne kotki, ale dla niej byłbym gotów zająć się przez kilka dni jednym… albo i dwoma.

– Czy to nie piękne, że między dzielnicami miasta rośnie las? – przeskoczyła na inny temat.

– Zaiste, mało który powiat grodzki może się poszczycić takim osiągnięciem – przytaknąłem ironicznie.

– Nawet Toruń mógłby nam zazdrościć! – wypięła dumnie pierś przyodzianą w trykotkę ze świerkiem i logo toruńskiego MPO.

– Ja im nie zazdroszczę pierników. Chodźmy na skróty – powlokłem ją za sobą, zanim rozpoczęła tyradę o światłych toruńskich ekologach.

Słyszałem już tyle razy o zlocie miłośników natury, że zaczynałem dostawać wysypki na dźwięk słów: „A w Toruniu powiedzieli…”. Teraz przyszła wiosna i pamiątkowa koszulka weszła w użycie. Nie żebym wstydził się chodzić z dziewczyną reklamującą utylizację odpadów, ale nie każdy to zrozumie i czasem lepiej nie rzucać się w oczy. Cierpiałem więc w milczeniu.

Ruda Śląska jest miastem od niecałych pięćdziesięciu lat. Poszczególne dzielnice mają nawet siedemsetletnią tradycję, co powoduje, że każda ma własne centrum, a pomiędzy kopalniami, blokowiskami i marketami można nadal spotkać sarnę lub zająca. Zielone płuca czarnego Śląska. Rodzice Sójki chyba przeczuwali, kogo wydadzą na świat, bo przeprowadzili się zawczasu w naturalne środowisko obrońców przyrody.

Wziąłem ją za rękę i weszliśmy w zagajnik dzielący Halembę od Kochłowic. Wystarczyło przejść za osiedlem przez tory wiodące do kopalni. Wiadukt był kilkaset metrów dalej i jakoś nie odczuwaliśmy potrzeby kroczenia legalną drogą. Ścieżka przez torowisko była uznawana za „pożyteczne zło konieczne”, więc mieszkańcy używali tego skrótu, a Służba Ochrony Kolei gwizdała z rzadka albo wcale, a mandatów nie wlepiała już od dawna. Jacyś przedsiębiorczy ludzie sczepili nawet kilka podkładów kolejowych, tworząc kładkę nad rowem przy torach. Grzechem byłoby nie uszanować ich trudu i drałować dookoła.

Ani przez piętnaście lat życia nie przyszło do głowy, że przeorano brzeg lasu, by mógł powstać kanion kolejowy do transportu węgla. I chwała Bogu! Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Kilkudziesięcioletnie drzewa przeplatały się z młodymi brzózkami, wytrwale porastającymi stare hałdy. Mniej odporne sosny usychały od dołu, wyciągając rachityczne gałęzie ku słońcu. Dęby, cisy i buki wycofały się w głąb lasu, jakby uznały, że bezpośrednie sąsiedztwo przemysłu jest dla nich afrontem. Jarzębina nie zdecydowała jeszcze, gdzie się osiedlić, i koczowała tak na obrzeżach, jak i w środku śródmiejskiej puszczy.

Inna sprawa, że przez ten nieszczęsny las, którego kolejną część wycięto niedawno, podczas wytyczania trasy autostrady, Sójka była, jaka była. Wyburzenie kilkudziesięciu domów przyjęła ze stoickim spokojem, ale gdy brygady budowy dróg pojawiły się na obrzeżach zagajników, odbiło jej do końca na punkcie ekologii.

Krzyś twierdził, że jak się zazieleni, to jej minie. Chodziło mu chyba o to, że wały przy autostradzie porosną trawą, bo Ania to już bardziej „greenpeace’owata” być nie mogła. Chyba… Tłumaczenie jej, że autostrada się przyda, że lasów to nadal mamy pod dostatkiem, a przesiedleńcy dostali nowe parcele i odszkodowania, było rzucaniem grochem o ścianę. Pomstowała tylko na morderców drzew i ledwie udało mi się z pomocą Gogla wybić jej z głowy pomysł przykucia się do spychacza na znak protestu…

Na taki pomysł nie wpadł nawet właściciel parceli, któremu geodeci wytyczyli trasę budowy w poprzek zabudowań. Gość miał teraz podwórko, kilka grządek, garaż, dwie ściany i schody do nieba, bo resztę domu diabli wzięli, a raczej budowlańcy, co zresztą czasem na jedno wychodzi. Za to miał wjazd do lasu i na autostradę prosto z miejsca parkowania… Zdaniem budowniczych i urzędników nie ma powodów do narzekań.

Na innych polach Sójka była całkiem miłą i rozumną istotą. Gdy już wybiliśmy jej z głowy rzucanie się pod walec drogowy, scalanie się łańcuchami z buldożerem i inne pomysły sabotowania robót drogowych, zaczęła myśleć, jakie korzyści może jej dać autostrada. No i tak omotała ekologiczną oracją jednego z inżynierów, że (z poczucia winy albo dla świętego spokoju) osobiście przywiózł przed bramę gimnazjum ciężarówkę piaskowców do budowy skalniaka.

Dyrektorka była nieco zaskoczona tym gestem, ale że i tak mieliśmy w planie założenie szkolnego ogródka, nie protestowała. No, skoro tak mu zależało, że sam przytargał ponad tonę kamieni, to już nie wypadało odmówić przyjęcia darowizny, choć głazy były niewiele mniejsze od pradawnych celtyckich menhirów.

Ania dostała ustną naganę i pisemną pochwałę, więc wyszła na swoje, a skalniak okazał się całkiem zgrabny, bo miała rękę do roślin. Nas i innych jeleni zatrudniła do prac niewolniczych przy usypywaniu kopców ziemi.

Z taką to istotą los mnie związał. I wcale nie miałem do niego pretensji, idąc przez las w jej towarzystwie.

– Dzięcioły są głębiej – rzuciłem mimochodem.

– Nie musisz zasłaniać się dzięciołami, żeby mnie objąć – przytuliła się. – Sama ci powiem, kiedy dotrzemy do terenu bezkrwawych łowów.

– Wiem, ale obowiązek przede wszystkim – stwierdziłem nieszczerze i czym prędzej połączyłem przyjemne z pożytecznym.

Albo dzięcioły nie chciały nam psuć spaceru, albo Ania nie szukała zbyt uważnie, bo leśną ścieżką, szumnie nazywaną ulicą Orzeszkowej, doszliśmy po niespełna godzinie na obrzeże Kochłowic.

A może zapomniała o ptakach, gdy zobaczyła tablicę: „Cenne stanowisko rozrodu płazów”. Tym leśnym bajorkiem opiekowało się inne gimnazjum, a żaby nie wiedziały nawet, że są zarzewiem konfliktu międzyszkolnego i rozmnażały się bez bezpośredniej pomocy ekologów. Szczęście, że się żadna nie zamieniła w królewicza, bo do całowania żab nawet ekolog się nie przyzna, a obecność księcia z bajki w leśnym stawie zakłóciłaby dodatkowo równowagę ekosystemu.

Nieco dalej las przecinała łącząca dzielnice asfaltowa droga, za którą rozpościerały się główne tereny łowieckie zarówno myśliwych, jak i fotografów. Osławione lasy radoszowskie lub, jak kto woli, kochłowickie. Dla Sójki było to drugorzędne. Głównym celem wyprawy było spotkanie z przedstawicielem rodziny Dendrocopos.

Wdrapała się z kocią zwinnością na porośnięty trawą bunkier po drugiej stronie dwupasmówki i spojrzała w słońce.

– Do zachodu jeszcze godzina. Na dziki za wcześnie, ale na dzięcioła mamy szansę.

Siadłem na wieżyczce schronu, pamiątce po przedwojennej granicy państwa, i wyjąłem aparat. Założyłem długi obiektyw i zacząłem przepatrywać okolicę.

Elfka i Wojownik odpoczywali na kurhanie. Trakt wiodący ku grodzisku był pusty… – z przyzwyczajenia zacząłem wplatać w świat realny elementy gry. W końcu moje przezwisko wzięło się właśnie od prowadzenia sesji gier fabularnych i zaczytywania się fantastyką.

Ryk silnika rozległ się tak nagle, że odwróciłem głowę, nie odrywając aparatu od oka. Zresztą przez obiektyw było lepiej widać. Motocyklista wyskoczył z bocznej uliczki za wiaduktem. Przejechał kilka metrów na tylnym kole, dwukrotnie dobijając przednim o asfalt, nim opanował hondę, i z piskiem opon przemknął obok nas. Spłoszone ptaki poderwały się z gałęzi, a szarak, który stracił głowę w przenośni i prawie dosłownie, wyskoczył z przydrożnych krzaków wprost pod koła motoru.

– No to dzięcioły i dziki możemy sobie podarować – warknęła Ania. – Debil przepłoszył wszystko w promieniu pięciu kilometrów. – Bandyta! Łapać mordercę! – wrzasnęła ni w pięć, ni w dziewięć, do końca dezorientując zajączka, który zastygł na środku drogi, nim dotarło do niego, że tym razem los nie okroił mu marchewki życia, i nim czmychnął w las.

– Jeździec na czarno-szarym rumaku przegalopował obok wędrowców, zasiewając w ich sercach ziarno niepokoju… – próbowałem ratować sytuację.

– Marku, a może rzucisz na chwilę to swoje Śródziemie i złapiesz jakąś okazję…

Zlazłem z bunkra i stanąłem na skraju ulicy. Nie było sensu wdawać się w sprzeczki.

– Jeśli się nie brzydzisz podróżowania pojazdem zanieczyszczającym środowisko, to trzysta metrów stąd jest przystanek autobusowy. Większa szansa niż łapanie okazji na brzegu lasu. – Tym razem wykazała więcej rozsądku niż zazwyczaj i tak to Elfka i Wojownik, ostawiwszy kurhan, podreptali ku cywilizacji.

– Widziałeś? – szarpnęła mnie za ramię.

– Nie, a co? Dzik? – wróciłem myślami na ziemię.

– Stary Kapica, ten kłusownik, mignął mi między drzewami.

– No to nie nam jednym gość na motorku spieprzył polowanie. Powinnaś się cieszyć. Choć wątpię, żeby ktoś tu kłusował zawodowo. Aż takie wielkie to te lasy nie są – uśmiechnąłem się.

– Co ty tam wiesz – westchnęła.

Przygotowałem się na dłuższy wykład z historii okolicznych lasów z uwzględnieniem parku przyrody w Murckach, ale autobus przybył mi z odsieczą. Wracając łukiem przez Kłodnicę w stronę Halemby, minęliśmy karetkę pogotowia i radiowóz. Jakoś nie dało mi to do myślenia. Wyłączyłem w mózgu fonię i skoncentrowałem się na oglądaniu migdałowych oczu Ani, miotających wojownicze błyski.

Nawet bandytyzm dziadzieje

W szkole wrzało jak w ulu. Gogel nic nie wiedział, bo najnowszych informacji nie było jeszcze w internecie, ale wspólnymi siłami poskładaliśmy historię do kupy. Okazało się, że pogotowie i radiowóz jechały do miejsca, gdzie napadnięty został listonosz – swoją drogą ojciec jednej z pierwszoklasistek. Przeżył, ale renty i emerytury, które rozwoził rowerem po obrzeżach Kochłowic i Kłodnicy, wyparowały. Podobno oberwał czymś twardym w głowę. Sójka miała koleżankę, tak jak ona zwichrowaną ekologicznie, której ojciec był policjantem.

Siedzieliśmy na swoim ulubionym parapecie i komentowaliśmy wydarzenia w oczekiwaniu na rewelacje, jakie Ania przyniesie. Plotka z dobrego źródła to też informacja. Trzeba tylko odsiać ziarno od plew, bo ktoś już wpadł na pomysł, że doręczyciel sam upozorował wypadek, by ukraść pieniądze. Nikt w to właściwie nie wierzył, ale taka plotka … wiadomo.

– Listonosz to nie jakiś ginący gatunek, ale ją ruszyło – filozofował Gogel.

– Nie śmiej się z ludzkiego nieszczęścia. Co taki listonosz może? Pusta uliczka prawie w lesie, kilkanaście domów na kolonii. Łatwy łup…

– Nie śmieję się, tylko dochodzę do wniosku, że nawet bandytyzm dziadzieje – Krzyś miał wyraźnie refleksyjny nastrój. – Przed wojną to polscy kieszonkowcy byli najlepszymi specami w Europie, a teraz to nam rośnie pokolenie takich Packerów, co dzieciakom zabierają lizaki, grożąc pałą do bejsbolu.

– Przesada, ale trafna – zgodziłem się. – Tak mi się coś kołacze po głowie… Inkasent, czy ktoś taki…

– Inkasent z gazowni. W Orzegowie. Kuzynki tydzień miały szlaban na wychodzenie po zmroku – Krzyś miał jakąś ciotkę w prawie każdej dzielnicy miasta.

– Może to ten sam? – zacząłem układać luźne puzzle.

– Za daleko. Chyba że jest ich kilku. Taka amatorska banda, co to dorabia sobie rozbojami do zasiłku. Bezrobocie – Gogel był jak zwykle rozsądny i mógł mieć rację.

– Musieliby być jakoś zorganizowani. Inaczej wpadliby po paru dniach – zauważyłem.

– Master, myśl sobie, co chcesz, ale jakoś nie widzę zorganizowanego gangu, co to ciuła grosze od napadu do napadu. Za duże ryzyko, za mały zysk.

– Może i racja, ale skoro wszystko dziadzieje… – postanowiłem bić wroga jego własną bronią.

– A ja ci powiem dlaczego. Bo ludzie nie mają kont internetowych! Mój ojciec zarabia w miarę nieźle, jak się do tego doliczy rentę powypadkową, ale nie o tym mowa. Na kopalni dostaje tylko pasek z wydrukiem. Cała forsa idzie przelewem na konto. Ma to ten minus, że matka zawsze dokładnie wie, ile tatko może mieć zaskórniaków, ale ma ten plus, że nikt go nie napadnie, jak wraca z wypłatą.

 

– Żaden argument. Moi też mają konto z wglądem przez internet, ale chyba nie myślisz, że w każdym domu jest net, a babcie sprawdzają w sieci, czy ich renta dobija do średniej krajowej? One się cieszą, jak emerytura przekroczy minimum socjalne. Niby racja, ale gdyby założyły konto w banku i używały zwykłej karty płatniczej… – Krzyś uparł się przy pomyśle wepchnięcia w XXI wiek ludzi, którzy znali z autopsji jesień średniowiecza.

Tym razem ja byłem większym realistą i jakoś pomysłu Krzysia nie widziałem. Trzeba by zapytać bezpośrednio zainteresowanych. Wolny wybór. Na net w każdej chałupince i tak przyjdzie nam poczekać.

– Gogel, tak sobie myślę, że jak taka babcia zakłada konto, to ją informują, że tam jest hasło i kod dostępu i że na świecie są hakerzy… No i babcia już nie chce.

Uszy mu poczerwieniały pod kolor parapetu, którego brzeg złapał dłońmi. Niebezpiecznie przechylony, czego pewnie nawet nie zauważył, zajrzał mi w oczy.

– Master, mylisz pojęcia. Co to za haker, który wyłudza hasło od staruszki, żeby wyczyścić jej skromne oszczędności? To świnia i partacz. Prawdziwy fachowiec obrabia cały bank i znika w sieci. Ale takich to można policzyć na palcach jednej ręki trędowatego, bo finansiści też zatrudniają profesjonalistów.

– Ale nawet bandytyzm dziadzieje… – z lubością drążyłem temat.

– Ty nie porównuj speca, co potrafi klientowi wyjąć portfel, stojąc plecami do niego i jeszcze zdjąć mu krawat, z jakimś burakiem, co w sztucznym tłoku tnie żyletką torebki! – ruszyło go, choć pewnie nie tyle bronił przedwojennych kieszonkowców, co różnych szeroko pojętych użytkowników internetu.

– A których jest więcej? – nie dawałem za wygraną. – Sam mówiłeś, że wszystko dziadzieje…

– Dobra, wygrałeś. Czasy są niepewne, ale zagrożeniem nie są hakerzy, tylko takie gnojki, co napadają na listonoszy albo wyrywają stalową liną bankomat ze ściany i wloką go za ciężarówką po asfalcie, uciekając z miejsca przestępstwa.

Pokiwałem głową i zakopaliśmy topór wojenny. Coś w tym jest. Ania zaczęłaby od piętnowania kłusownictwa, wycinania choinek na święta, porzucania zwierząt przed wyjazdem na wakacje i wylewaniem chemikaliów do rzek. Tak czy owak wyglądało na to, że ludzie idą na łatwiznę i w bylejakość. Skoro tak, to niby dlaczego bandytyzm miałby być porządny?

Sójka jak zwykle wiedziała lepiej. Ekologiczna poczta pantoflowa działała bez zarzutu. Wepchnęła się między nas i zaczęła opowiadać z przejęciem o tragedii listonosza.

– To był drugi taki wypadek. Wcześniej napadnięto pocztowca na nowym osiedlu. Gdzieś na Borówce – była na tyle zainteresowana sprawą, że minął nas wykład o Borowskim Lesie.

– A jeśli to ktoś miejscowy, kto zna comiesięczne terminy dostarczania pieniędzy i trasy pocztylionów? W końcu nie co dzień jest wypłata – trzymałem się wersji zorganizowanej bandy.

Gogel ziewnął i mruknął tylko pod nosem coś o „dziadowaniu”.

– Sprawę zatuszowano, bo poczta nie potrzebuje takiej reklamy. Aga mówiła, że policja nie złapała sprawców. A ten pierwszy listonosz już wyszedł ze szpitala. Miał ranę tłuczoną głowy i nie pamięta nic poza tym, że oberwał. Teraz było podobnie. Z ojca Agi ciężko jest coś wyciągnąć, ale słyszała, jak dzwonił do laboratorium i pytał o odlew bieżnika. – Jeszcze nie miała wypieków na twarzy, ale widać uznała, że jeśli ktoś napada na doręczycieli i zajączki, to gra jest warta świeczki.

– No i taki jest pożytek z lasów w obrębie miasta – wtrącił swoje trzy grosze Krzyś. – A ślad opony na Borówce to żaden trop. Niedaleko jest zatoczka do nauki jazdy.

Ania nieznacznie poczerwieniała.

Zapraszamy widzów o mocnych nerwach na śmiertelny pojedynek górskich trolli – pomyślałem sobie, widząc, że rzucona rękawica padła pod nogi właściwego przeciwnika. Martwiło mnie tylko, że będę tu jednocześnie heroldem, arbitrem i uczestnikiem sporu. Czyli na mnie się w efekcie wszystko skupi. Nie skupiło się, bo anielski głos dzwonka zaprosił nas na lekcję. Choć na WOS można było się spóźnić parę minut, bo nauczycielka punktualnością nie grzeszyła, wolałem zrobić trochę sztucznej paniki, niż dać przyjaciołom czas na wydrapanie sobie oczu.

Zaraz po lekcji – której część, biorąc przykład z Sójki i Agi, przegadałem po cichu z Goglem – przypadła nam w udziale następna dawka zbędnych, ale popierających tezę Krzysia, informacji.

– Mówiłam wam, że od ojca Agi trudno wydębić jakieś konkrety. On nigdy nie mówi, że w takim to a takim miejscu, wtedy a wtedy zdarzyło mi się to a to. Pewnie jakaś tajemnica zawodowa albo po prostu policjanci trzymają się w kupie i nie podają wszystkiego, co robią na pierwsze strony gazet. Ale nie o to chodzi. Ojciec Agi opowiadał kiedyś, że „jeden z jego kolegów słyszał o takim przypadku”.

– Do rzeczy… – ziewnął Krzyś, nie pamiętając, że topór wojenny zakopany jest najwyżej pół centymetra pod powierzchnią gruntu.

Wbiłem mu łokieć pod żebro, obracając się ku Sójce z pełnym zainteresowaniem.

– Pewnego razu na komisariacie zjawiła się babcia i poprosiła o rozmowę z komendantem. Dyżurny był zdziwiony, ale staruszka wyglądała na bardzo zmartwioną i dało się jakoś ich umówić.

Okazało się, że rencistka przyszła prosić o pomoc, bo ujrzała diabła. Diabeł dał jej do wyboru: albo odda mu duszę, albo emeryturę. Babcia oddała, rzecz jasna, emeryturę, ale przyszła się poskarżyć policji na szatana-szantażystę.

Komendant wysłuchał, co petentka miała do powiedzenia i obiecał, że zajmie się sprawą, choć to właściwie nie jego resort i lepiej byłoby skorzystać z usług egzorcysty.

W komisariacie śmiechu było co niemiara, bo wszyscy doszli do wniosku, że staruszka schowała gdzieś pieniądze i zapomniała o nich, a demona wymyśliła, bo jakoś sobie sklerozę wytłumaczyć trzeba.

Po miesiącu babcia znowu przyszła na policję, żaląc się i na diabła, i na opieszałość władz. Według jej zeznań, diabeł znów do niej przyszedł i zagroził, że zabierze ją do piekła, jeśli babcia nie odda mu całej emerytury.

Komendant obiecał powtórnie, że osobiście zajmie się sprawą. No bo co miał powiedzieć? Zrobił tyle, że nieoficjalnie zlecił dzielnicowemu przeprowadzenie wywiadu środowiskowego. Dzielnicowy nieoficjalnie i po cichu dowiedział się, że babcia nie pije, mieszka sama, nie cierpi na zaburzenia pamięci, a od pewnego czasu pożycza od sąsiadów jedzenie. Zalega też od miesiąca z czynszem i jakaś jest nieswoja, jakby ją coś dręczyło. Rzecz jasna, nic z tego rozpoznania nie trafiło do raportu, bo trzeba by było zacząć od stwierdzenia, że wszystkiemu winien jest diabeł, a to trochę dziwnie wygląda w dokumentach policyjnych…

– Się rozumie. Nieoficjalnie. I co? – Krzyś wyglądał na oficjalnie i szczerze zainteresowanego.

– Nie przerywaj – Pierwsza Dama Sceny poprawiła włosy i – skarciwszy publiczność – snuła demonologiczną opowieść: – Stanęło na tym, że dzielnicowy ustalił, kiedy starowinka otrzymuje pieniądze i rankiem wybrał się do niej razem z zaciekawionym komendantem. Oczywiście nieoficjalnie i w cywilnych ubraniach. Babcia wpuściła ich do pokoju. Siedli i pocieszali się, że tak czy owak sprawa wreszcie się wyjaśni.

Wody święconej nie zabrali, koloratek nie założyli i udawali jeden przed drugim, że cały ten cyrk w ogóle ich nie dotyczy.

Po jakimś czasie przyszedł listonosz, wypłacił emeryturę, pokwitował i wyszedł. Gospodyni od razu schowała pieniądze pod bieliznę w szafie. I to właściwie mógłby być koniec, bo czasami można coś tak dobrze schować, że potem nie sposób znaleźć… Ale nie. Nie minął kwadrans, a rozległo się skrobanie do drzwi. Babcia zapomniała chyba o policjantach, bo jak lunatyczka podeszła do wejścia i otworzyła. Diabeł, warcząc i prychając, grobowym głosem zażądał duszy lub pieniędzy. Był rogaty, oczy pałały mu szkarłatem, a jego ciało spowite było w czarną pelerynę. Jakież było zaskoczenie złego ducha, gdy na liczeniu haraczu zdybało go dwóch krzepkich mężczyzn. Zdarli z niego pelerynę, a pod piekielną maską ukazała się twarz listonosza…

Co tam się potem dalej działo, dokładnie nie wiadomo. Podobno zatrzymany uderzył głową o drzwi i spadł ze schodów w takcie próby ucieczki…

– Założę się, że to były długie schody, nawet jeśli emerytka mieszkała na parterze – wybuchnąłem śmiechem. – Szkoda, że nie bardzo to pasuje do motocyklisty na hondzie, ale wychodzi na to, że w każdym zawodzie znajdzie się czarna owca…

– Takie czasy. A ile było tych „schodów”, to już ojciec Agi na pewno nie słyszał od kolegi – mrugnęła Sójka.