Rusz swoje DNA

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Oczywiście ekspresję (czyli fizyczny wyraz) genów mogą zmieniać dieta, stres i czynniki środowiskowe, ale jako biomechanik uważam, że ruch jest tym, czego większości ludzi brakuje bardziej niż innych elementów, a ogromna część ­społeczności naukowej tego nie zauważa. Z całym szacunkiem dla chorób, wewnętrzne środowisko mechaniczne człowieka jest najsłabiej omawianym ze wszystkich środowisk. To zdumiewające niedopatrzenie, zważywszy, że każda komórka ciała jest wyposażona w wyspecjalizowaną aparaturę przeznaczoną wyłącznie do odbierania bodźców z tego środowiska. Przedstawiciele kinezjologii – dziedziny nauki, która z definicji powinna badać ruch człowieka – zastąpili ruch sprawnością oraz sportem (więcej na ten temat w rozdziale 3). W sferze anatomii wytworzyliśmy hierarchię, która sugeruje, że układ nerwowy i sercowo-naczyniowy są nie tylko odrębne od mięśniowo-szkieletowego, lecz także w większym stopniu wpływają na nasze zdrowie.

Każdy element naszego organizmu wymaga, żeby ruch – inicjowany przez układ mięśniowo-szkieletowy – odbywał się z łatwością. Trawienie, nabywanie odporności, prokreacja – każda z tych funkcji wymaga ruchu. Możemy stosować idealną dietę, spać osiem godzin każdej nocy i używać do sprzątania tylko sody oczyszczonej i octu, ale bez obciążeń powstających w wyniku naturalnego ruchu wszystkie te godne pochwały starania na poziomie komórkowym są bez znaczenia i nie gwarantują nam zdrowia.

Jak wyjaśnię później, naturalny ruch to nie tylko sprawa mięśni i ćwiczeń (a żeby jeszcze bardziej zagmatwać sprawę – w naturalnym ruchu czasami nie chodzi nawet o to, żeby się poruszać). Wiele istotnych obciążeń pasywnych wynika ze współdziałania z siłami Ziemi. Pozwólcie jednak, że wykorzystam inny gatunek do wyjaśnienia niezbędnych (a przy tym pasywnych) obciążeń, ponieważ na skutek naszych kulturowych doświadczeń zazwyczaj nie potrafimy spojrzeć na to zagadnienie w szerszym kontekście.


Choroby niewoli

Czy byliście kiedykolwiek w oceanarium albo morskim parku rozrywki prezentującym orki? A może oglądaliście film Uwolnić orkę? Tak czy owak, mogliście zauważyć załamaną płetwę grzbietową osobnika tego gatunku trzymanego w niewoli.

Biolodzy morscy oraz weterynarze zajmujący się morskimi ssakami zbadali sprawę dokładniej i odkryli, dlaczego dochodzi do zespołu zwiotczałej płetwy – ZZP (choć Wende Alexandra Evans, biolożka morska, dowodzi, że płetwa jest de facto sztywna, więc należałoby raczej mówić o „zespole złożonej płetwy”). Naukowcy zadawali sobie pytanie, co zwiększa prawdopodobieństwo występowania tego zjawiska w niewoli. Sporządzili listę zachowań typowych dla orek trzymanych w zamknięciu:

1. Orki w niewoli pływają tylko w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara.

2. W płytkich zbiornikach orkom brakuje wyższego ciśnienia statycznego, które zapewniają im głębiny oceanu.

3. Dieta orek trzymanych w niewoli jest inna niż na wolności – ich pożywienie zawiera mniej wody.

4. W niewoli orki spędzają więcej czasu na powierzchni.

Naukowcy stwierdzili, że deformacje płetw występują również w naturalnych warunkach, tyle że znacznie rzadziej i w mniejszym stopniu. Można zauważyć lekkie zawinięcie płetwy, ale nie tak znaczne i nie w tym kierunku, co u większości samców trzymanych w niewoli. Wygląda na to, że żyjące w oceanie orki, które je miały, przeżyły jakiś uraz związany z płetwą grzbietową (o czym świadczyły widoczne rany). Gdy obserwowano je później, stan niektórych z nich wykazywał poprawę. U orek trzymanych w niewoli nie miało to miejsca.

Były też inne dane warte przemyślenia:

1. Do naturalnego zmiękczenia (zwiększonej chwiejności) płetwy dochodzi u orek w okresie dojrzewania.

2. Samce mają dłuższe płetwy grzbietowe niż samice.

3. Płetwa grzbietowa orki jest zbudowana z tkanki podobnej do naszych wiązadeł. W większości są to włókna kolagenowe. Płetwa grzbietowa nie ma kości ani mięśni, co sprawia, że jest bardziej elastyczna.

Zestawiając te wszystkie dane, naukowcy wysnuli hipotezę, że najbardziej prawdopodobną przyczyną ZZP jest środowisko mechaniczne, w jakim orki przebywają w niewoli, a konkretnie brak obciążeń płetwy powstających ­podczas pływania na wprost, na dużych głębokościach (obciążeń wypychających bierne tkanki płetwy do pozycji wyprostowanej), a także nienaturalnie wysokie obciążenia powstające w trakcie pływania w kółko, w jednym kierunku, oraz zwiększone wystawianie płetwy na działanie grawitacji (na skutek jej pozostawania nad powierzchnią wody). A zatem najbardziej podatne na ZZP byłyby walenie z najwyższymi płetwami, dorastające w niewoli oraz mające genetyczne predyspozycje do zwiększonej rozciągliwości tkanek.

Teraz moja teza.

Wygląda na to, że płetwa grzbietowa, niezbędna do stabilnego pływania, powinna mieć jakiś mechanizm stabilizujący (taki jak ten, który zapewniają mięśnie) zapobiegający jej wiotczeniu. Jeśli jednak spojrzymy na problem z perspektywy ewolucyjnej, zachodzi pytanie, dlaczego orki przystosowane przez miliony lat do pływania w określony sposób w środowisku oceanicznym miałyby potrzebować takiego mechanizmu, skoro samo pływanie wytwarza siły niezbędne do wypełniania tej funkcji? Mechanizm stabilizujący byłby dla nich zbędnym wyposażeniem, niepotrzebnie pochłaniającym energię. Dla waleni, doskonale przystosowanych do pływania, problemem jest tylko środowisko, z jakim stykają się w niewoli. Nawet te z genetycznie słabszymi płetwami mają z tym kłopot tylko w warunkach niewoli.

Ludzkie choroby są bezustannie rozpatrywane z perspektywy chemicznej lub genetycznej, tymczasem całkowicie ignorujemy profil obciążeń, od którego zależy funkcjonowanie naszych ciał. Choć może się to wydawać naciągane, jesteśmy – podobnie jak orki – zwierzętami żyjącymi w niewoli. Nasze tkanki nie są przystosowane do obciążeń wynikających ze sposobu, w jaki poruszamy się w naszych współczesnych siedliskach.

Geny i choroby behawioralne

Załóżmy, że w przyszłości wszystkie walenie będą żyć w niewoli i tylko takie osobniki będziemy mogli obserwować, badać i zbierać dane na ich temat. Z czasem wysoka częstotliwość występowania zwiotczałych płetw wyda się nam normą. Nie mogąc porównywać ich z innymi, dzikimi waleniami, skupimy się zapewne na określonych strukturach chemicznych lub genetycznych, które zwiększają prawdopodobieństwo wystąpienia ZZP. Założymy, że samce waleni o dłuższych płetwach grzbietowych oraz te, które mają gen kodujący kolagen typu X, są zagrożone ZZP z uwagi na te czynniki.

Gdyby wszystkie walenie pływały w basenach, to sposób, w jaki to robią, nie byłby oczywistym czynnikiem rozwoju ZZP. Walenie po prostu tak pływają, prawda? Wszystkie badane przez nas zwierzęta pływają tak samo. To nie znaczy, że nie mają wystarczająco dużo ruchu. Przecież pływając, używają tych samych mięśni. Przecież pilnujemy, żeby każdego dnia pływały od jednej – do trzech godzin. Skoro tę sprawę mamy załatwioną, to musi być jakiś inny powód.

Ale oczywiście pływanie pływaniu nierówne. Nawet jeśli wykorzystywane są te same grupy mięśni, to siły działające na ciało walenia przez całe jego życie mogą bardzo się różnić, w zależności od prędkości, typowego ułożenia ciała względem siły ciążenia itd. Fizyczny rezultat doznań walenia zależy od obciążeń, którym jest poddawany. Jeśli spojrzymy na ruch jak na serię obciążeń, łatwiej nam będzie zrozumieć, dlaczego powolne pływanie w kółko przy powierzchni wody przez kilka godzin dziennie, nie jest tym samym, co pływanie na wprost, na dużych głębokościach, z nagłymi zrywami – czyli w naturalny sposób występujący wśród dzikich populacji podczas żerowania i zachowań prokreacyjnych.

Podstaw sobie w miejsce zwiotczałych płetw bolące kolana, płaskostopie, zwyrodnienia bioder, naciągnięte ścięgna podkolanowe, nietrzymanie moczu, zwichnięte stawy skokowe – co tylko chcesz – i pomyśl o swoim profilu obciążeń. Chodząc przez godzinę dziennie po ruchomej bieżni, tworzysz całkiem inny profil obciążeń, niż chodząc przez tyle samo czasu po ziemi. Chodzenie w butach daje inny profil niż chodzenie boso. Jeśli przed tym spacerem i po nim będziesz przez osiem godzin siedzieć, wynik będzie inny niż w sytuacji, gdy rozłożysz tę godzinę chodzenia na cały dzień.

Obciążenia, których doświadczamy we współczesnym świecie, bardzo się różnią od tych, których ludzie doznawali sto, tysiąc i dziesięć tysięcy lat temu. A mimo to beztrosko uznajemy, że nasze problemy zdrowotne – z którymi boryka się tak wielu z nas – mają charakter genetyczny. Genetyczny to znaczy, jak przywykliśmy uważać, pozostający poza naszą kontrolą. Czy to z wygodnictwa, czy z ignorancji, przestaliśmy zajmować się otoczeniem, w którym żyją nasze geny, i wpływem, jaki sposób poruszania się wywiera na nasze zdrowie.

Ruch, obciążenia i twoje DNA


Natura nie jest modelowa, do cholery, więc jeśli chcesz dokonać symulacji natury, lepiej użyj mechaniki kwantowej. To jest, kurczę, niezwykły problem, bo nie wygląda na łatwy do rozwiązania.

– Richard Feynman

Większość mojej akademickiej kariery – to już prawie 20 lat – poświęciłam na badanie biomechaniki człowieka. Zwierzęce komórki, ludzkie ciało i ruch fascynują mnie bezgranicznie. Ale czasem, kiedy spędzę dziesięć godzin na rozmyślaniach o biomechanice ciała, potrzebuję przerwy. W takie dni zaparzam sobie ogromny kubek herbaty, biorę ciepłą kąpiel i zasiadam do relaksującej lektury na temat… mechaniki roślin.

Pozwólcie, że podzielę się z wami moim ulubionym faktoidem z tej dziedziny: drzewa są kształtowane przez wiatr. Poważnie. Tak naprawdę to geny drzewa decydują o jego podstawowym kształcie, kolorze i strukturze. Te genetyczne cechy pozwalają biologowi klasyfikować dane drzewo jako sekwoję, mącznicę itd., ale to jego ruch, a konkretnie całodzienna codzienna stymulacja przez wiatr decyduje o obwodzie pnia i gałęzi, a także o tym, jak gęsto i pod jakim kątem te gałęzie wyrastają. Prawda, że to fascynujące? Szczerze mówiąc, dla mnie najciekawsze jest to, w jaki sposób drzewo przechowuje dane mechaniczne. Przecież rośnie tak wysoko i tak długo, że musi gromadzić te informacje w sposób umożliwiający mu skreślić i ich wykorzystywanie. Gdzie się mieści mózg drzewa? Jeśli to wiesz, drogi czytelniku, nie wahaj się i prześlij mi tę informację e-mailem. Będę ci dozgonnie wdzięczna.

 

Geny i gogle View-Master

Po tej odświeżającej przerwie poświęconej mechanice i genom roślin porozmawiajmy o ludziach i ich genach. W ciągu ostatnich stu lat zapewne wszystkim, którzy uczęszczali do szkoły średniej, zaprezentowano model komórki, który zasadniczo stwierdza, że jądro komórki zawiera wszystkie informacje potrzebne do jej powielania, a informacja genetyczna (DNA) decyduje o zachowaniu danej komórki. Zatem stan każdej tkanki (złożonej z komórek) i każdego narządu (złożonego z tkanek) oraz każdego układu (złożonego z narządów) jest narzucany przez nasze geny.

Ale, jak właśnie pokazały nam drzewa, to nie jest takie proste. Naukowcy zaobserwowali, że samo występowanie konkretnego genu u danej osoby nie daje automatycznie określonego wyniku. To na przykład oznacza, że zarówno ty, jak i twoja sąsiadka możecie mieć gen raka piersi, ale na raka zachoruje tylko jedna z was (albo żadna). Odkrycie, że identyczne geny mogą zachowywać się w różny sposób, doprowadziło do rozwoju dziedziny zwanej epigenetyką, gałęzi biologii badającej, w jaki sposób środowisko komórki może wpływać na jej zachowanie.

Gen to szczególna sekwencja DNA w pojedynczym chromosomie, która koduje określoną cechę. Wiele osób kojarzy geny z koncepcją predeterminacji i używa tych terminów wymiennie, mówiąc na przykład: „Doktor powiedział, że moje bolące kolana są genetyczne”, albo „Badania dowodzą, że choroby układu krążenia są genetyczne”. Jednak używanie terminu „genetyczny” w ten sposób jest w najlepszym razie przestarzałe, a w najgorszym paraliżujące dla osoby, której dotyczy dany problem.

Powinniśmy raczej myśleć o genach jako o „wyznacznikach zasięgu” w kontekście jakiegoś wyniku. Twoja konstytucja genetyczna nie jest obrazem tego, jak wyglądasz teraz i jak będziesz wyglądać w przyszłości. To raczej jeden z tych krążków wkładanych do gogli View-Master – całe mnóstwo potencjalnych wyników, które wybierasz, naciskając dźwignię.

Mechanom

Zapewne znasz termin genom (twoje geny, geny modyfikatory i „śmieci” pomiędzy nimi), bo jest używany regularnie w odniesieniu do zdrowia i ludzkich doświadczeń. Natomiast całkiem możliwe, że nie zdarzyło ci się słyszeć określenia „mechanom”.


W przykładzie z goglami View-Master mechanom obejmowałby wszystkie siły i elementy mechaniczne potrzebne do naciśnięcia dźwigni i obrócenia krążka. Mechanizmy, proces powstawania stymulacji, obciążenia odbierane przez mechanoreceptory komórki oraz reakcja wywołana przez jej odkształcenia – to wszystko razem nosi nazwę mechanomu. Mechanom to wzajemna zależność między siłami i biologią.

Twoje geny zawierają na przykład informację na temat wzajemnych stosunków typów włókien mięśniowych, jakimi dysponujesz, co wpływa na potencjał twoich mięśni, na ich zdolność do rozwoju w reakcji na ćwiczenia – i na to, czy zdołasz zostać światowej klasy sprinterem. Ale geny nie prowadzą programów przekształcających cię w sportowca. Twoje ciało rozwija się wtedy, gdy swoimi działaniami zapewniasz mu stymulację. Jeżeli (wraz ze swymi genami) będziesz leżeć przez 15 lat od chwili narodzin, nie będziesz wyglądać tak samo (w rzeczywistości lub na papierze), jak po 15 latach poruszania się (wraz ze swoimi genami). To skrajny przykład, ale wszelki ruch i brak ruchu sprawiają, że poszczególne osoby i ich geny nieznacznie się różnią.

PODEJŚCIE DO perspektywy genetycznej

Edukacja może potrzebować wiele czasu, zanim dogoni naukę. Nawet dziś, kilkadziesiąt lat po tym, jak naukowcy lepiej zrozumieli rolę środowiska w ekspresji genów, studentom anatomii i fizjologii nadal prezentuje się model, w którym „jądro kontroluje komórkę”. Bardziej zaawansowany model komórki jest prezentowany tylko na podyplomowych wykładach z biologii, w ramach mechanobiologii.

Rezultat tego niedopatrzenia jest taki, że lekarze, którzy nas leczą, zazwyczaj nie są wyszkoleni w zakresie mechanotransdukcji. I tak naprawdę trudno jest myśleć o dodaniu mechanotransdukcji do programu nauczania medycznego. Lekarze już teraz muszą się uczyć całą wieczność, żeby móc rozpoznawać nagłe przypadki oraz rzadkie patologie u swych pacjentów. Oczekiwanie, że oprócz poznawania biologii, chemii, anatomii, fizjologii i radzenia sobie z ludzkim bólem społeczność medyczna zajmie się jeszcze nauką matematyki i fizyki, jest absurdalne. Pora dać jej odpocząć i wziąć sprawy we własne ręce. No i proszę, powiedziałam to.


MechanobiologiaStosunkowo nowa dziedzina nauki badająca w jaki sposób siły fizyczne i zmiany w mechanice komórek lub tkanek wpływają na rozwój, fizjologię oraz ewentualne choroby.

Bez względu na przyczyny środowisko mechaniczne jest być może najważniejszym, a mimo to z pewnością najbardziej ignorowanym elementem otoczenia komórki. Mechanotransdukcja, jak już wiesz, jest procesem, w ramach którego komórki wyczuwają sygnały mechaniczne i na nie reagują. Wiesz również, że te sygnały w wyniku obciążeń powstają przez cały czas zarówno dzięki ruchom, które wykonujemy, jak i naszej pozycji, kiedy się nie poruszamy. Ruch (nie tylko ćwiczenia, lecz każdy gest, duży lub mały, wykonywany przez ludzkie ciało) obciąża tkanki i komórki. Każda komórka zawiera sztywną sieć, zwaną cytoszkieletem, funkcjonującą podobnie do kości. Najnowsze odkrycia w dziedzinie biomechaniki komórkowej dowodzą, że deformacja komórki i obciążenia wywierane na cytoszkielet wpływają na jej zachowanie, w tym na regenerację.

Rygorystyczne badania mechanizmu mechanotransdukcji są czymś nowym – większość z nich prowadzono w ciągu ostatnich 20 lat – ale tak naprawdę była to wiedza powszechnie znana w środowisku naukowym ponad sto lat temu, po części dzięki niemieckiemu anatomowi Juliusowi Wolffowi (temu od słynnego prawa Wolffa).

Dziś mamy mnóstwo badań naukowych dotyczących wpływu fizycznych obciążeń na powstawanie różnego rodzaju dolegliwości i urazów. Mimo to większość zasobów wiedzy (i nagłówków w czasopismach) skupia się na genetycznym predeterminizmie i biochemicznych markerach (takich jak wysoki cholesterol przy chorobach serca). Mimo naukowego potwierdzenia, że praktycznie wszystkie komórki przystosowują się do swego środowiska mechanicznego i że sygnały biochemiczne mogą nawet nie być konieczne do ekspresji genów (wygląda na to, że cytoszkielet może bezpośrednio przekazywać sygnały mechaniczne do DNA za pośrednictwem odkrytych ostatnio „cytowłókien” – patrz Daniele M. Jorgens, w źródłach), nasze fizyczne doświadczenie jest raz po raz przedstawiane jako coś, co ma niewiele wspólnego z wyborami, jakich dokonujemy – na przykład sposobem, w jaki wykorzystujemy nasze ciała od chwili urodzenia.

Ogólny brak świadomości istnienia mechanomu nie powinien przeszkadzać w zrozumieniu, że wiele procesów zachodzących w organizmie, łącznie z ekspresją genów, może być regulowanych mechanicznie. Kiedy to zrozumiesz, szybko zobaczysz, że poszukiwanie rozwiązań zdrowotnych bez uwzględniania „środowiska ruchowego” nieodmiennie prowadzi do wyników ograniczonych pod względem zakresu i korzyści.


Prawo WolffaPrawo Wolffa pierwotnie było zestawem równań matematycznych wykorzystywanych przez anatoma Juliusa Wolffa do przewidywania określonego toru formacji kości. Choć jego szczegóły okazały się niedokładne, podstawowa zasada – uznająca (na przykład jego matematyczny model uznawał kość za tkankę nieelastyczną), że kość przystosowuje się do mechanicznych obciążeń, którym podlega – jest nadal głównym założeniem osteologii.To prawo jest uogólnieniem idei, która głosi, że zmiany w formacji kostnej, jej resorpcji, równowadze i reorganizacji przestrzennej są zależne od sposobu wykorzystywania ciała – zarówno we wczesnym dzieciństwie, jak i (co nie jest powszechnie rozumiane) w wieku dorosłym. Dla antropologów prawo Wolffa stanowi dziś ukryte założenie, że za pomocą różnic w morfologii kości można badać środowiska mechaniczne z przeszłości.

Ostatnio, dzięki postępowi nanotechnologii, naukowcy mogą łatwiej dostrzec, w jaki sposób komórki przenoszą między sobą siły i jak obciążenia prowadzą w poszczególnych komórkach do adaptacji objawiających się na poziomie tkanek. Zrozumienie tego procesu powinno w końcu pomóc klinicystom w uznaniu wielu częstych problemów zdrowotnych (łącznie z takimi stanami jak zapalenie kostno-stawowe, osteo­poroza, nowotwory i kolagenopatie) za zaburzenia procesu mechanotrans­dukcji – oraz, co ważniejsze, pomóc naukowcom w opracowaniu bardziej precyzyjnych terapii z wykorzystaniem obciążenia. Zanim to nastąpi, możemy się zastanowić, jak obciążamy nasze ciała w każdej minucie każdego dnia, i od razu dokonać koniecznych zmian.

Tak się czujesz, jak się ruszasz

Nie znam cię osobiście, ale całkiem możliwe, że mamy podobne doświadczenia rozwojowe, co oznacza, że nasze komórki żyją w zbliżonych środowiskach mechanicznych. Zapewne jesteś osobą urodzoną w szpitalu i przywiezioną do domu w nosidełku, na tylnym siedzeniu samochodu. Przez pierwsze sześć miesięcy głównie leżałeś. Kiedy zabierano cię na zewnątrz, zazwyczaj leżałeś na plecach w jakimś wózku.

Najbardziej pielęgnowano zdolności motoryczne twoich rączek, dając ci do trzymania grzechotki i inne przedmioty. Żeby rozwijać siłę nóżek, ktoś musiałby regularnie trzymać cię w pozycji wyprostowanej, pozwalając im przejmować część ciężaru twego ciała – ale taka praktyka była uważana za niebezpieczną, na skutek nieuzasadnionego naukowo, lecz powszechnego przekonania, że wykrzywia to nóżki niemowlęcia. A kiedy powiedziano twoim rodzicom, że nie powinni ułatwiać ci stania, nic nie mogło ich powstrzymać od bezustannego opatulania cię w powijaki i wkładania do rozmaitych chodzików, jeździków i innych urządzeń o radośnie brzmiących nazwach. Urządzenia te, jak dowiedziono naukowo, szkodzą (prowadząc do takich stanów jak zaburzenia rozwoju ruchowego lub rozwojowa dysplazja stawu biodrowego). Twoje naturalne odruchy przewracania się z pleców na brzuch, siadania, raczkowania, a potem chodzenia nastąpiły zapewne, odpowiednio, około szóstego, siódmego, ósmego i dwunastego miesiąca życia.

Gdy zacząłeś dreptać, a może wcześniej, zakładano ci buciki, które miały „podtrzymywać” twoje stópki. Poznawałeś świat do czasu, gdy przyszła pora, żeby posadzić cię w foteliku do karmienia, na trójkołowym rowerku albo na twoim własnym dziecięcym krzesełku.

Twoje chodzenie zamieniło się w bieganie – najpierw niezgrabne, sztywne, a w końcu przypominające prawdziwy”bieg. Trudno powiedzieć, na ile prawdziwy, bo pokaźnej wielkości pieluchy rozpychały ci nóżki na boki. Ponieważ ciężko było cię nosić i trudno upilnować, całkiem sporo czasu spędzałeś w wózku spacerowym, nawet wtedy, gdy nie spałeś.


Ojoj!Według raportu na temat fizycznej aktywności dzieci, przedstawionego w 2013 roku przez kana­dyjski oddział stowarzyszenia Active Healthy Kids, Kanadyjczycy mający od 15 do 17 lat chodzą średnio przez 11 minut dziennie.

Kiedy znalazłeś się w przedszkolu, około piątego roku życia, zacząłeś wiercić się na krześle. W końcu robiłeś to całymi godzinami. Nieruchome siedzenie nie leżało w twojej naturze, ale po kilku latach stało się twoją najlepiej wyćwiczoną umiejętnością, przewyższającą inne, którym poświęcałeś czas w szkole, jak czytanie, pisanie, gry i wychowanie fizyczne. Wytrwale ćwiczyłeś nieruchome pozostawanie na krześle w stopniu większym niż wszelkie inne czynności. Trenowałeś je godzinami. Żadna inna umiejętność nie mogła się z nim równać pod względem czasu poświęcanego na jej opanowanie.

Nie wiem jak ty, ale ja sporo bawiłam się po szkole. Jeździłam na rowerze, wspinałam się na stare traktory i pozostawałam na dworze do zachodu słońca. Nie miałam regularnych zadań domowych, a już z pewnością nie codziennie, jak dzisiejsze dzieci. Kiedy podrosłam, stopniowo coraz mniej czasu poświęcałam na zabawę, a coraz więcej na spotkania z przyjaciółmi. Zapewniały one mnóstwo frajdy, ale nigdy nie wiązały się z dużą ilością ruchu.

 

Może siedziałeś i grałeś na jakimś instrumencie, w wolnym czasie uprawiałeś sport, pilnie uczęszczałeś na lekcje tańca albo pisałeś artykuły do szkolnej gazetki. Całkiem możliwe, że twój ruch po szkole skurczył się do godziny lub dwóch albo stał się nadmiernie zorganizowany – zaczął polegać na ciągłym powtarzaniu tych samych ćwiczeń, zamieniając się w rodzaj programu o dużej częstotliwości i małej różnorodności.

Teraz, kiedy jesteś osobą dorosłą, zapewne krzesło i/lub komputer rządzą twoim życiem przed pracą, w jej trakcie i po niej. Większość przyjmowanych przez ciebie kalorii pochodzi ze sklepu spożywczego i ma postać produktów gotowych do spożycia. Jeżeli jesteś „przeciętnym” człowiekiem, prawie wszędzie jeździsz samochodem i zażywasz regularnie co najmniej jedno lekarstwo, a także kilka tabletek przeciwbólowych miesięcznie. No i zdarzyło ci się szukać fachowej pomocy w kwestii co najmniej jednego problemu mięśniowo-szkieletowego – prawdopodobnie związanego z dolną częścią pleców. Przez całe życie, niemal każdego dnia poza godzinami snu, twoje stopy tkwiły w butach.

Jeśli należysz do tych z grubsza 40 procent populacji USA, które regularnie ćwiczą, zapewne robisz to pod dachem, trzy do czterech razy w tygodniu, przez około 45 minut. Korzystasz z jakiegoś urządzenia, maszyny albo wykonujesz powtarzalne ruchy, czemu być może towarzyszy głośna muzyka. Jest bardzo prawdopodobne, że podczas ćwiczeń twoje nogi wykonują mnóstwo ruchów, ale twoje ciało nie porusza się za bardzo względem podłoża. Chodzenie, czyli skoordynowany ruch mięśni, jest w naturalny sposób powiązane z ciągłym strumieniem wrażeń wzrokowych. Idziesz przed siebie, a w tym samym czasie otoczenie przesuwa się za ciebie. Wszystko to razem – ruchy stawów, skurcze mięśni i tempo, w jakim przedmioty znikają z twojego pola widzenia – jest kojarzone przez twoje zmysły. Jeżeli pozostajesz w stałym miejscu, na ruchomej bieżni, twój mózg musi przystosowywać się do intensywnych ruchów, które prowadzą cię donikąd, o czym świadczy to, co odbierają twoje oczy.

Ta ruchowa oś czasu jest uogólnieniem, ale całkiem możliwe, że możesz się z nią utożsamić prawie w całości. A to kluczowa sprawa, bo twoje ciało zostało ukształtowane, dosłownie, przez twoje doznania ruchowe. Mówiąc o ruchu, mam na myśli coś więcej niż tylko ćwiczenia. Chodzi mi o każdy gest, jaki wykonało twoje ciało, i o każdą pozycję, jaką przybrało w ciągu twojego życia.

Wyobraź sobie, że to ciało jest zrobione z gliny, a każdy rodzaj i częstotliwość ruchu formuje je fizycznie. Przeprowadź tę wyobrażoną bryłę gliny przez swoją osobistą ruchową oś czasu, uwzględniając wczesny rozwój, ulubione rodzaje aktywności, wypadki i urazy sportowe, preferowane obuwie, szkolne ławki, ukochanego trenera i pozycję za kierownicą. Stwórz w swoim umyśle „wypadkowy” kształt. A teraz spójrz do lustra. Glina ukształtowana w twojej głowie powinna wyglądać tak jak ty w tej chwili. To, czego udało ci się dokonać do tej pory, zaowocowało twoją „formą”. I pamiętaj, że dzięki zrozumieniu obciążeń i epigenetyki wiemy dziś, że twój dosłowny kształt wpływa nie tylko na funkcje tkanek twojego ciała, lecz także na zdrowie komórkowe. Krótko mówiąc, wpływa na wszystko.


Dawni i współcześni łowcy-zbieraczeTermin „łowca-zbieracz” odnosi się do członka koczowniczej grupy, która utrzymuje się przy życiu na dzikich obszarach, zapewniając sobie pożywienie poprzez polowania i wyszukiwanie rzeczy nadających się do zjedzenia. Jest to szerokie określenie obejmujące zarówno historyczne populacje żyjące tylko w ten sposób, jak i współczesne grupy, które przez część czasu polują i zbierają, a przez resztę uprawiają ziemię lub przechowują żywność.Czasami pisząc o łowcach-zbieraczach, mam na myśli dawne grupy i wiadomości o nich czerpane z artefaktów oraz założeń dotyczących warunków panujących w ich czasach. W innych wypadkach używam tego terminu w odniesieniu do współczesnych ludzi żyjących w ten sposób, poznawanych w bezpośrednich kontaktach. Należy pamiętać, że dzisiejsi łowcy-zbieracze nie są reliktami przeszłości, tylko ludźmi dotkniętymi przez globalizację.

Naturalne dorastanie

Rozważmy inne ciało z gliny, tym razem kształtowane przez całkowicie naturalne dzieciństwo. Oczywiście nikt nie wie na pewno, co robili nasi przodkowie, łowcy-zbieracze, przez cały dzień, ale możemy wysnuwać hipotezy na podstawie istniejących dowodów. Korzystając z danych fizycznych i antropologicznych, możemy oszacować, jak często dane plemię migrowało w ciągu przeciętnego roku, i wyobrazić sobie, w jaki sposób zdobywało pożywienie. Pomocne może być spojrzenie na życie dzisiejszych populacji łowców-­zbieraczy, zwłaszcza jeśli próbujemy powiązać część danych, które już mamy. Nawet biorąc pod uwagę wszystkie udogodnienia, których dawni łowcy-zbieracze nie mieli – a nie mieli prawie żadnych – łatwiej nam wyobrazić sobie, co musieli robić przez cały dzień.

Można zrozumieć, że fizyczny rozwój koczowników krążących w całkowicie naturalnym otoczeniu był zupełnie inny niż u członków dzisiejszych społeczeństw.

Gdybyś należał do prehistorycznego plemienia łowców-zbieraczy, twój rozwój mógłby przebiegać według następującego scenariusza: po narodzinach bez żadnego udziału medycyny jesteś karmiony piersią, śpisz ze swoimi rodzicami i ćwiczysz wiele razy dziennie. Uczysz się stać i chodzić w okresie, kiedy wiele współczesnych dzieci zaczyna dopiero raczkować. Noszony na rękach, wykonujesz „gimnastykę tułowia” z każdym krokiem swoich rodziców (wyłącznie pod gołym niebem), pozycja twojego ciała zmienia się z minuty na minutę, co pozwala ci poznawać świat i doświadczać nieskończonej liczby obciążeń poprzez ciągłe zmiany ułożenia.


Ruch paleo i niedopasowanie ewolucyjnePisząc o ruchu naturalnym albo paleo, nie mam na myśli akcji społecznej. W ostatnich latach coraz częściej słyszy się o teorii ewolucyjnego niedopasowania, która głosi, że ­warunki, w jakich rozwijały się istoty ludzkie, były niemal niezbędne do ich biologicznego funkcjonowania, że fizjologia człowieka dostosowała się do pewnych bodźców, których brak prowadzi do choroby, i że nasze obecne środowisko (albo styl życia) jest niedopasowane do naszej fizjologii.Słowo „paleo” stało się ogólnym okreś­leniem wyrażającym pogląd, według którego kultywując praktyki przodków, możemy optymalizować nasze zdrowie – nie dlatego, że dawne czasy były takie wspaniałe, tylko z tego względu, że zapewniały ludziom niezbędne bodźce. Naturalny ruch jest jedną z dziedzin ruchu paleo, który obejmuje także dietę, stosunki społeczne, rodzicielstwo itd.Te idee, choć modne, nie są niczym nowym. Cynicy byli starożytną grupą, która odrzucała wartości społeczne i twierdziła, że naturalne działania są dla ludzi koniecznością. Zwolennicy cynizmu spożywali posiłki bez naczyń i „manier”, załatwiali swe potrzeby fizjologiczne w miejscach publicznych (słowo „cynik” pochodzi od określenia „jak pies”) i oddawali się „naturalnemu życiu”. Za twórcę cynizmu jest uznawany ­Antystenes, uczeń Sokratesa, ale ucieleśnieniem tych idei był Diogenes z Synopy, który podobno zmarł po zjedzeniu surowej ośmiornicy, kiedy próbował udowodnić, że gotowanie jest nienaturalne. Wszystko jasne, Diogenesie.

Tuż przed ukończeniem dwóch lat bawisz się w zbieranie, wielokrotnie kucając i wstając, kopiąc i wdrapując się przez wiele godzin dziennie. Kiedy się nie bawisz, chodzisz po bezustannie zmieniającym się terenie. Ten całodzienny ruch (i jego zmienność) rozwija twoje umiejętności i siłę, kształtując cię tak, żebyś w końcu mógł funkcjonować jako dorosły. Twój chód jest znacznie mniej chwiejny niż u dzisiejszego bobasa, bo nie nosisz pieluszek. Twoja miednica i biodra przybierają kształt niezbędny do bezustannego kucania, siadania na ziemi i chodzenia, bo nie wpływają na nie nosidełka, foteliki samochodowe i długi czas spędzany w tej samej pozycji.