PowrótTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Powrót
Powrót
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,90  55,12 
Powrót
Powrót
Audiobook
Czyta Artur Ziajkiewicz
4,99  3,94 
Szczegóły
Powrót
Audiobook
Czyta Bartosz Głogowski
37,90  27,67 
Szczegóły
Audio
Powrót
Audiobook
Czyta Ewa Abart
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Steve’a i Sharon

Prolog

Wszyscy popełniamy błędy. Robimy rzeczy, których nie da się cofnąć, niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy wrócić po własnych śladach, zatrzymać się na moment i rozważyć konsekwencje naszych działań.

Ale to nie był błąd. Jeszcze nigdy żaden akt nie przyniósł mi takiej satysfakcji.

I niczego nie żałuję.

Tobie też udało się popełnić kilka błędów, prawda? Chociaż do ostatniej chwili nawet nie przyszło ci do głowy, że akurat TO był błąd. I to pewnie też ci zaszkodziło, bo gdyby w twoich oczach pojawiła się chociaż odrobina skruchy, może zatrzymałaby mój cios.

Ale trzeba cię było powstrzymać.

Za wszelką cenę.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Już czas.

Wiem o tym, gdy tylko się budzę i przeciągam, i czuję łokieć Jamiego zdecydowanie za blisko mnie. To podwójne łóżko, a jednak gdy on u mnie nocuje, zawsze mam wrażenie, jakbyśmy tłoczyli się w przestrzeni równie klaustrofobicznej jak trumna. Z westchnieniem szturcham go, żeby się odsunął. Nie jest to przejaw okrucieństwa; po prostu czasami nie mogę znieść gorąca i lepkości czyjegokolwiek ciała dociśniętego do mojego.

Jamie mamrocze coś przez sen i znowu się do mnie przysuwa, więc siadam szybko i zrzucam kołdrę z nóg mokrych od potu. Nie ma jeszcze szóstej rano, jednak blask słońca już wlewa się przez okno, sprawiając, że w mieszkaniu jest gorąco, jakby zdążyło się nagrzać do trzydziestu stopni. Mamy dopiero maj, ale wedle doniesień takiej fali upałów nie widziano od lat siedemdziesiątych. Cały kraj się cieszy, tymczasem ja po cichu odliczam dni do chwili, gdy zmierzch zacznie zapadać wcześnie, a ja znowu poczuję na skórze lodowaty chłód.

– Dokąd się wybierasz? – mruczy Jamie, wciąż nie otwierając oczu.

Powinnam była wiedzieć, że się obudzi, gdy tylko spróbuję ukraść kilka chwil dla siebie. Kładzie dłoń na moich plecach, a ja czuję jej nieznośny żar przez przyduży T-shirt, w którym spałam. Należał kiedyś do Aidena i zastanawiam się, jak w ogóle znalazł się wśród moich rzeczy i dlaczego go jeszcze nie wyrzuciłam.

– Mam mnóstwo roboty – wyjaśniam, przeciągając się na siedząco.

To nie jest naturalny gest; po prostu próbuję skupić na czymś uwagę, bo czuję, jak ściany zamykają się wokół mnie. „Bo już czas”.

Sypię wymówkami jak z rękawa: mam zaległości w sprawdzaniu prac, muszę zaplanować korepetycje i przygotować się do spotkań z uczniami. Nie mogę ich zawieść.

– Farrah… – mówi Jamie ochrypłym szeptem. – Kilka dodatkowych minut spędzonych w łóżku niczego nie zmieni, prawda? Daj się przekonać…

Próbuje ująć moją dłoń, ale się odsuwam.

– Przykro mi, ale naprawdę nie mogę.

Jamie nie ma pojęcia, jak ważny jest dla mnie ten dzień; nie zdaje sobie sprawy z mdłości kłębiących się w moim żołądku.

Poddaje się za szybko.

– No dobrze. Nie umiesz się bawić. To może wpadnę wieczorem po pracy? Możemy zamówić coś do jedzenia. Wypić butelkę wina.

Czyli zapomnieć o wszystkim, właśnie to chce powiedzieć. Zawsze tak robimy, gdy jesteśmy razem. Ja wiem doskonale, co przed nim ukrywam, ale przed czym on ucieka? Znamy się od czterech miesięcy, jednak wszystko, czego zdążyłam się o nim dowiedzieć, mogłoby się zmieścić na karteczce samoprzylepnej: trzydzieści trzy lata – dwa lata młodszy ode mnie – projektant stron internetowych pracujący na własny rachunek, młodsze siostry bliźniaczki, z którymi się nie dogaduje, no i mieszka niedaleko mnie, w Enfield. To wszystko. Cały zakres mojej wiedzy. Ale to nie jest tak, że on nie dzieli się ze mną żadnymi informacjami na swój temat, raczej to ja nie pozwalam, by do mnie docierały. Nie mogę dopuścić do tego, by poznać go lepiej. Zażyłość mnie przeraża. Zresztą gdybym zadała mu jakieś osobiste pytanie, on zrobiłby to samo i prędzej czy później coś by mi się wymsknęło.

– Muszę wziąć prysznic – mówię. – Wybaczysz, że nie odprowadzę cię do drzwi?

Mój mały stół w jadalni jest jak zawsze przygotowany do korepetycji. Podręczniki, których będę potrzebowała, leżą ułożone w równą stertę, piórnik równolegle do nich, a pośrodku blatu umieściłam stos kartek, żeby można było z łatwością po nie sięgać. Obok postawiłam talerz ciasteczek, chociaż pominęłam te z waniliowym nadzieniem. Dziś mam zajęcia z Mayą i ani razu nie widziałam, żeby któreś tknęła, chociaż czekoladowe zawsze znikają.

Dzisiaj bardziej niż zwykle cieszę się z czekającej mnie lekcji, na której będę mogła skupić całą uwagę. Wiem, że Maya zjawi się punktualnie o dziesiątej, o ile nie kilka minut wcześniej, uginając się pod ciężarem plecaka pełnego podręczników. „Nienawidzę się spóźniać, proszę pani – poinformowała mnie podczas naszego pierwszego spotkania. – Przez to robię się nerwowa i potem nie mogę się skoncentrować na lekcji”. Podziwiam punktualność u tak młodej osoby i wspomniałam jej o tym, chociaż nie powiedziałam, że mam taki sam problem.

Dzwonek rozlega się dokładnie o 09:59, a ja szybko wpuszczam ją do środka.

– Och, proszę pani, ale mi gorąco – sapie, ściągając cienki sweter. – Jak to możliwe, że w maju jest taki upał? Przecież to Londyn, a nie Ibiza!

Staram się nie wzdragać na określenie „proszę pani”; które przypomina mi o kimś, kim już nie jestem, ale dawno temu zrezygnowałam z przekonywania Mai, by mówiła mi po imieniu. „To byłoby dziwne, proszę pani – stwierdziła, gdy zaproponowałam to po raz pierwszy. – Jakbym okazywała pani brak szacunku”. Nie wytknęłam jej, że ma osiemnaście lat i spokojnie mogłaby nazywać mnie Farrah.

– Długie spodnie pewnie tylko pogarszają sprawę – mówię teraz i wskazuję na jej obcisłe dżinsy z dziurami na kolanach. – Szorty lepiej by się dziś sprawdziły.

– Chyba raczej bikini – żartuje, wachlując się kartą Oyster, i obie chichoczemy.

Dopiero gdy siada, zdaję sobie sprawę, że wygląda dziś jakoś inaczej, i wcale nie chodzi o to, że jej skóra lśni od potu, a grube czarne włosy ma ściągnięte w kucyk. Nie chodzi też o jej strój. Włożyła jeden ze swoich licznych obcisłych topów, przez które zawsze czuję się staro. Chociaż mam zaledwie trzydzieści pięć lat, dawno przestałam nadążać za modą. Noszę teraz tylko to, co pozwala mi się wtopić w tłum; ciemne kolory i stroje, dzięki którym wyglądam przeciętnie i nijako – ani olśniewająco, ani bezgustownie.

Nie. Chodzi o coś innego. Mam wrażenie, że Maya nie jest dziś sobą.

– Do egzaminów zostały jeszcze tylko dwa tygodnie – mówię, wyciągając z teczki dwie kopie próbnego testu, i podsuwam jej jedną. – Pomyślałam, że możemy wspólnie porobić zadania. Co ty na to?

Nieznacznie kiwa głową i wbija wzrok w arkusz, ale nie otwiera plecaka ani nic z niego nie wyjmuje. To zupełnie do niej niepodobne. Coś zdecydowanie jest nie tak. Od razu zakładam najgorsze: dowiedziała się o mnie. Przeszłość dopadła mnie, jeszcze zanim spróbowałam wszystko naprawić. Znowu ogarniają mnie mdłości.

– Wszystko w porządku? – pytam z wysiłkiem.

Wcale nie chcę usłyszeć, że wie, co zrobiłam, ale muszę się upewnić, że nic jej nie jest. No i ostatecznie jednak tu przyszła, więc może chce dać mi szansę, żebym wszystko wyjaśniła.

– Tak – mówi, przyglądając się własnym dłoniom leżącym na blacie.

Z zaskoczeniem zauważam, że lakier poodpryskiwał jej z paznokci, a zazwyczaj bardzo dba o swój wygląd.

– Wiem, że tylko udzielam ci korepetycji, ale jeśli coś leży ci na sercu, jestem dobrą słuchaczką. – „Proszę, żeby tylko nie chodziło o mnie”.

Otwiera usta, ale nie patrzy na mnie i dalej milczy.

– Mayu?

Nie widzę jej oczu, więc dopiero, gdy łzy zaczynają kapać na stół, zauważam, że płacze. Ignoruję własne skrępowanie, zrywam się i kucam przy niej, niepewnie obejmując ją ramieniem. Ewidentnie potrzebuje pocieszenia.

– Mayu, proszę, porozmawiaj ze mną. Może będę mogła ci pomóc. Zrobię, co w mojej mocy, nawet jeśli to nie ma związku ze szkołą.

Podnosi wzrok, a jej duże brązowe oczy są mokre od łez.

– Nie chodzi o szkołę – mówi. – Nic z tych rzeczy.

A zatem problemy rodzinne. Coś się stało w domu. Przez głowę przelatują mi najokropniejsze scenariusze i próbuję sobie przypomnieć, co wiem o jej życiu prywatnym. Z tego, co mi wiadomo, dobrze się dogaduje z rodzicami i jest blisko związana ze starszą siostrą, która studiuje na uniwersytecie. Nic z tego, co mi opowiadała o rodzinie, nigdy mnie nie zaniepokoiło. Przygotowuję się psychicznie na to, by ją ostrzec, że jeśli jej życiu zagraża niebezpieczeństwo, będę musiała to zgłosić odpowiednim władzom.

– Zatem o co chodzi? Co się stało?

– Jestem w ciąży – wyrzuca z siebie w końcu.

Ma dopiero osiemnaście lat, ale jej słowa nie powinny sprawić, że czuję, jakby coś miażdżyło mnie od środka.

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to to, że nie powinna była mi o tym mówić.

2

Wcześniej

Idę przez parking zdecydowanie za szybko, ryzykując, że poślizgnę się i przewrócę na lodzie. Dociskam dłoń do brzucha, ale nie zwalniam kroku.

Zazwyczaj lubię jazdę powrotną do domu, cieszy mnie ta mała przerwa między pracą a życiem prywatnym, jednak w tej chwili żałuję, że chciałam zamieszkać w innej części Londynu, żeby nie natykać się w weekendy na uczniów ze szkoły, w której uczę. Dotrę do domu najwcześniej za czterdzieści pięć minut, a z każdą mijającą sekundą krwawię coraz bardziej.

 

Mimo wszystko wciąż tli się we mnie nadzieja i modlę się, by krwotok ustał, by okazało się, że tym razem to tylko jedno z tych niewyjaśnionych plamień, które czasem się zdarzają. Że tym razem moje dziecko wciąż żyje.

– Pani Conway?

Nie odwracam się, chociaż natychmiast rozpoznaję ten głos. Ojciec Justina Foleya. Irytujący rodzic, który odczuwa potrzebę spotykania się z nauczycielami niemal co tydzień, chociaż jego syn radzi sobie w szkole nadzwyczaj dobrze i nigdy nie pakuje się w kłopoty. Właściwie jest niemal pewne, że Justin uzyska najwyższe noty na wszystkich egzaminach.

Jeśli się nie zatrzymam, może tym razem jego ojciec odpuści. Ostatecznie nie byliśmy umówieni, więc pewnie przyjechał po syna i tylko przypadkiem zauważył mnie na parkingu dla personelu.

– Pani Conway? – woła, tym razem głośniej.

Jest bliżej. Mam ochotę na niego nawrzeszczeć. Władze szkoły powinny mieć sposób na rodziców, którzy stanowią takie utrapienie. Krzyk narasta mi w gardle, czeka na eksplozję. Powinnam uwolnić cały swój ból, dać temu człowiekowi do zrozumienia, że właśnie tracę kolejne dziecko i musi mnie zostawić w spokoju. Przez ułamek sekundy rozważam tę możliwość, słowa czekają w gotowości na końcu języka, ale szybko zmieniam zdanie. Nie zamierzam się dzielić osobistymi sprawami z tym irytującym mężczyzną.

Dalej go ignoruję i tylko przyspieszam kroku. Jestem już niemal przy samochodzie i grzebię w torebce w poszukiwaniu kluczyków, marząc o tym, by wrócić do domu, do Aidena, i wylać z siebie cały ten żal, który się we mnie skumulował.

Ale wtedy ojciec Justina w końcu mnie dogania i nie mogę już udawać, że go nie widzę.

– Przepraszam – mówi. – Wołałem, ale strasznie tu głośno, prawda? – Wskazuje w górę.

Jeszcze nigdy nie byłam tak wdzięczna za ryk samochodów dobiegający z pobliskiej drogi.

– Panie Foley, w czym mogę panu pomóc? – Przybieram najbardziej profesjonalny ton, na jaki mnie stać.

Cały dzień musiałam chodzić z uśmiechem przyklejonym do twarzy i dalej pracować, chociaż ciało znowu mnie zawiodło, a mój świat legł w gruzach.

– Zastanawiałem się, czy miała już pani okazję porozmawiać z nauczycielem matematyki Justina? O jego udziale w tych dodatkowych wieczornych zajęciach?

Nie po raz pierwszy zastanawiam się, dlaczego w ogóle podjęłam się roli opiekuna roku. To, co kocham, to nauczanie – doświadczanie tych chwil, gdy do ucznia wreszcie dociera treść materiału – a nie użeranie się z rodzicami. Zwłaszcza teraz.

Ten człowiek był u mnie w gabinecie zaledwie wczoraj, prosząc, żebym zgłosiła jego syna do grupy uczniów wymagających dodatkowych zajęć. Wczoraj. Gdy wciąż nosiłam w sobie moje dziecko.

– Przykro mi, panie Foley…

– Proszę mi mówić Alex.

– Hmm, przykro mi, ale jak już wspominałam, te zajęcia zostały zorganizowane dla uczniów, którzy mają zaległości i potrzebują dodatkowej pomocy. Justin ewidentnie nie…

– No tak, w porządku. Rozumiem. Ale naprawdę chciałbym mu zapewnić dodatkowe wsparcie. To decydujący moment w jego edukacji, czyż nie? Nie możemy ryzykować jego przyszłości.

Powstrzymuję się od stwierdzenia, że dramatyzuje.

– W takim razie ma pan prawo zorganizować korepetycje dla syna poza szkołą, panie Foley, ale to nie jest coś, co możemy zapewnić uczniom, którzy nie są…

– Łapię! – Unosi ręce w przepraszającym geście i się uśmiecha. – Ale czy naprawdę nie dałoby się urządzić dodatkowych zajęć dla tych uczniów, którzy są… bardziej uzdolnieni?

Po raz pierwszy usłyszałam, jak przyznaje, że jego syn jest bardzo bystry. Mam ochotę zetrzeć mu z twarzy ten zadowolony z siebie uśmieszek, ale mówię:

– Zbadam tę możliwość, jednak nie mogę niczego obiecać. Wszystko zależy od dostępnych funduszy.

„Proszę, zostaw mnie w spokoju. Muszę wracać do domu”.

– Wysłałem do pani e-mail – ciągnie dalej, nieświadomy mojego bólu, nie zważając na to, że już się odwracam.

– Czyżby? – Zauważyłam go po południu i nie otworzyłam.

Z góry wiedziałam, że to nie będzie nic ważnego.

– Tak. Właściwie to chciałem się dowiedzieć, na czym stoimy, jeśli chodzi o angielski. Ciągle rozmawiam z panią o innych przedmiotach Justina, a zapominam, że przecież jest pani jego nauczycielką angielskiego, nie tylko opiekunką roku. – Zerka na mój brzuch, który znowu nie miał okazji się zaokrąglić.

Mam wrażenie, jakbym miała prawdę wypisaną na twarzy i obwieszczała całemu światu to, co się stało. Ciaśniej owijam się płaszczem.

„Pozbądź się go. Powiedz cokolwiek, żeby ten głupi człowiek zostawił cię w spokoju”.

– Idzie mu wyjątkowo dobrze, podobnie jak w przypadku innych przedmiotów. Musi pan być z niego bardzo dumny, panie Foley.

Uśmiecha się. Zadziałało. Może to jeden z tych rodziców, którzy chcą być nieustannie zapewniani, jak wspaniałe jest ich dziecko.

– Dziękuję. To świetnie. Cóż, nie będę pani dłużej zatrzymywał. – Zbiera się do odejścia, ale nagle się waha i znowu na mnie spogląda. – Eee, dobrze się pani czuje? Proszę mi wybaczyć, ale wygląda pani trochę blado.

Troska w jego głosie sprawia, że z trudem powstrzymuję łzy. Czają się tuż pod powiekami, a nie mogę sobie pozwolić na to, by rozpłakać się w obecności rodzica. Czy kogokolwiek ze szkoły poza Sophie.

– Nic mi nie jest. To był po prostu bardzo długi dzień.

– W porządku. Proszę mnie na bieżąco informować, dobrze?

– Informować? – Już nie pamiętam, na co się zgodziłam.

– W sprawie tych dodatkowych zajęć z matematyki dla Justina. Jego mama i ja trochę się martwimy, że nie jest tak skupiony na nauce, jak powinien. Jestem pewien, że pani to rozumie.

Co jest nie tak z tym człowiekiem? Jego syn jest jednym z najbardziej sumiennych uczniów, z jakimi mam w tym roku styczność. Czy oni w ogóle się z nim nie komunikują?

– A swoją drogą, czy to pani będzie prowadziła korepetycje z angielskiego? – ciągnie, chociaż nie odpowiedziałam na poprzednie pytanie.

„Nie ma żadnych korepetycji. I pewnie nie będzie. Po prostu zostaw mnie w spokoju”.

– Wiem, że Justin uważa panią za wspaniałą nauczycielkę i jesteście w dobrych relacjach. Obawiam się, że nauka pod kierunkiem innego nauczyciela mogłaby zahamować jego postępy.

Ten koleś jest niewiarygodny. Wcale nie mam z Justinem lepszych relacji niż z którymkolwiek z uczniów.

– Cóż, to miło z pana strony, ale…

– W każdym razie chyba się pani śpieszy. Może zwyczajnie umówię się na spotkanie? Na przyszły tydzień? Oczywiście to musiałoby być po szkole, bo nie mogę za wcześnie wyjść z pracy.

„Nie!”

Mam ochotę krzyknąć, ale nie chcę mu dać powodu do złożenia na mnie skargi. To dokładnie taki rodzic, który zrobiłby coś takiego, nie zdając sobie sprawy, że jest tak irytujący, iż sam się o to prosił.

– Tak, oczywiście. Przepraszam, muszę już iść.

Czuję na sobie jego wzrok, gdy odchodzę, i notuję w myślach, żeby pochwalić Justina bardziej niż zwykle na następnej lekcji, chociażby za to, że wytrzymuje z takim ojcem.

***

Gdy docieram do domu, zastaję Aidena w kuchni. Przegląda lodówkę, wyciąga warzywa jedno po drugim, wącha je i wrzuca z powrotem do środka.

Jak mam mu to powiedzieć? Już po raz czwarty muszę przekazać mu wieści, że jednak nie będziemy mieli dziecka. Chociaż to moje ciało przechodzi przez to wszystko, za każdym razem, gdy tracimy ciążę, on też jest zdruzgotany.

– Wcześnie wróciłeś – zauważam, ściągając płaszcz i przerzucając go przez oparcie krzesła.

Nie mam siły, by powiesić go w szafie pod schodami. Nie obchodzi mnie, gdzie będzie leżał.

– Chciałem przygotować dla ciebie kolację, tak dla odmiany. Musisz wypoczywać i się oszczędzać. – Uśmiecha się i wraca do szperania w lodówce. – Chociaż nie wiem, co mógłbym upichcić z tego, co mamy. Możliwe, że czeka mnie wyprawa na zakupy do Sainsbury’s.

– Nie muszę wypoczywać i się oszczędzać – mówię. – Już nie. – Potoki łez zalewają mi policzki i ściekają po nadgarstkach, gdy próbuję je otrzeć nasadami dłoni.

Mam wrażenie, że nigdy nie przestaną płynąć.

– O nie! – Aiden podbiega i obejmuje mnie najmocniej, jak może. – Tak mi przykro, tak bardzo przykro. Kiedy to się stało? Dlaczego nie zadzwoniłaś?

Odsuwam się od niego odrobinę i jakoś znajduję siłę, żeby odpowiedzieć na pytania.

– Dziś po południu, w trakcie lekcji. Poczułam to, ale nie mogłam sprawdzić aż do przerwy. Wciąż miałam nadzieję… Myliłam się.

– I zostałaś w pracy? Powinnaś była wrócić do domu.

– Nie mogłam zawieść uczniów z jedenastej klasy. Przygotowywaliśmy się do egzaminów.

– O Boże, Farrah. – Znowu mnie przytula.

Moim ciałem wstrząsa szloch, a przy każdym oddechu z gardła wydobywają się nieludzkie wręcz dźwięki.

Aiden tuli mnie w milczeniu i gładzi po włosach, aż w końcu mój oddech się uspokaja.

– A ty dobrze się czujesz? – pytam, bo to dotyka nie tylko mnie.

– Jestem załamany. – Kręci głową. – Naprawdę myślałem, że będzie dobrze. Tym razem udało ci się utrzymać ciążę dłużej niż wcześniej. Byłem taki pewien.

Ostrzegałam go, żeby tak nie myślał, żeby nie był niczego pewien, dopóki to dziecko nie znajdzie się w naszych ramionach.

– Muszę wziąć prysznic – mówię, odwracając się od niego, bo widok jego bólu jest gorszy od mojego.

– Zróbmy więcej testów, Farrah. To się zdarzyło już zbyt wiele razy. Musi być jakiś powód, tylko jeszcze go nie znaleźli. Musimy się dowiedzieć, prawda?

– Okej – zgadzam się, chociaż z góry wiem, że przeszłam już wszystkie możliwe badania.

Niektórych rzeczy po prostu nie da się wyjaśnić, brakuje odpowiedzi. Ale będę podtrzymywać tę iskrę nadziei ze względu na dobro nas obojga.

3

Jest piękna. Włosy sięgają jej ramion, są gęste i lśniące, nie ciemne jak moje, lecz w odcieniu brudny blond, niemal identyczne jak włosy jej ojca. Nie mam wątpliwości, że to Kayla.

Myślę o Claire, o tych wszystkich godzinach, które spędziłam, siedząc naprzeciwko niej, podczas gdy pozwalała mi mówić i pomagała zrozumieć, że mogę być matką, na jaką zasługuje moja córka. Teraz, gdy tu jestem i widzę Kaylę po raz pierwszy, od kiedy odeszłam, wiem, że cała ta ciężka praca się opłaciła. W końcu jestem gotowa.

Kobieta, z którą jest, trzyma ją za rączkę, gdy przechodzą przez ulicę, a Kayla spogląda na nią z uśmiechem. Ewidentnie swobodnie się czują w swoim towarzystwie.

To oczywiste, że Aiden musiał zatrudnić opiekunkę. Jest architektem i nie było mowy, żeby mógł rzucić pracę i zostać ojcem na cały etat. Jego rodzice, kiedy jeszcze miałam z nimi kontakt, mieszkali w Edynburgu, a od emerytury dzieliło ich wiele lat, więc wątpię, by się tu z powrotem sprowadzili, chociaż jestem pewna, że chcieli pomóc.

Miałam nieco ponad dwa lata, by przygotować się na ten moment, a jednak wciąż zaskakuje mnie fala przytłaczającego żalu. Zaplanowałam, że dziś tylko na nią popatrzę, choćby przez sekundę, i nie spodziewałam się, że poczuję taką samotność. Bezradność. Wyrzuty sumienia.

Kayla ma już niemal dwa i pół roku, a ja nic o niej nie wiem poza tym, jaka była w tych pierwszych tygodniach po urodzeniu. Jaki jest jej ulubiony kolor? Lubiłam sobie wyobrażać, że ciemnoniebieski, tak jak mój, ale gdy teraz na nią patrzę, jest jasne, że uwielbia różowy. Moja nieobecność ją ukształtowała, zmieniła w dziecko, którym by się nie stała, gdybym nie odeszła.

Nie ma szans, by którakolwiek z nich mnie rozpoznała, ale i tak zachowuję dystans, jakby jakaś niewidzialna bariera powstrzymywała mnie przed podejściem za blisko. Zupełnie jakbyśmy znalazły się z Kaylą w dwóch różnych światach i nie były w stanie nawiązać ze sobą kontaktu.

Gdy tak obserwuję ją ukradkiem, czuję się jak przestępczyni, ale nie odchodzę. Nie ma mowy, bym tak szybko zrezygnowała.

Aiden na pewno nie pokazał Kayli żadnych moich zdjęć. Gdy już pogodził się z tym, co zrobiłam – chociaż pewnie nigdy tego nie zaakceptował – pogrzebał wszelkie myśli i wspomnienia związane ze mną i z naszym wspólnym życiem. Właśnie taki jest; zawsze radził sobie z problemami, zamiatając je pod dywan, udając, że nie istnieją, skupiając się na tu i teraz. Może to było słuszne podejście. Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby przyszłość tak mnie nie przerażała i gdybym nauczyła się żyć chwilą.

Kayla i jej opiekunka docierają na drugą stronę ulicy – jestem pewna, że zmierzają do parku – i akurat w chwili, gdy wchodzą na chodnik, Kayla się potyka i traci równowagę. Kobieta z trudem próbuje ją podtrzymać. Instynktownie rzucam się do przodu, ale szybko się powstrzymuję. Nic jej nie jest, a kobieta bierze ją na ręce i przytula mocno, szepcząc do ucha słowa pocieszenia. Czuję ostry ból, który przeszywa mój brzuch i grozi, że powali mnie na kolana. To ja powinnam ją pocieszać. Zwalczam ochotę, żeby podbiec i porwać ją w ramiona.

 

Po kilku chwilach Kayla zaczyna się śmiać. Nie słyszę tego, ale radość na twarzy mojej córki sprawia mi zbyt wielki ból. Odwracam się i ruszam z powrotem do stacji metra East Putney.

To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, co muszę zrobić.

– Ma dziś kiepski dzień – ostrzega mnie Jo, jedna z pielęgniarek.

Zawsze, gdy odwiedzam mamę, przesiaduję z nią godzinami, aż do kolacji. I za każdym razem, gdy przychodzę, mam nadzieję, że pracownicy domu opieki powiedzą mi, że tego dnia była szczęśliwa, że widzieli, jak się śmieje albo chociaż blado uśmiecha. Bo raczej nie ma co liczyć na to, by wzięła udział w licznych wspólnych zajęciach codziennie organizowanych przez personel.

To przyzwoite miejsce. Chciałam umieścić mamę gdzieś blisko mnie w Southgate i znalazłam ten zupełnie nowy ośrodek, który nawet teraz, dwa lata po otwarciu, wciąż wygląda czysto i świeżo. Wprawdzie tutaj też czuć ten charakterystyczny odór choroby i starości, wymieszany z lawendą maskującą wszystkie inne zapachy, ale jestem już do niego tak przyzwyczajona, że w ogóle go nie zauważam. Pracownicy są bardzo sympatyczni i wiem, że dbają o mamę. Nie, nawet więcej – oni naprawdę ją lubią, to widać. Ale mimo wszystko nigdy nie chciałam, by jej życie potoczyło się w takim kierunku.

– Pokłóciła się z Matildą i oskarżyła ją o kradzież – wyjaśnia Jo, chowając ręczniki do szafki.

Unoszę brwi, zastanawiając się, czy to możliwe, że Matilda rzeczywiście coś jej zabrała? Że tym razem mama się nie pomyliła i wie, o czym mówi? Wspominam o tym Jo.

Kręci głową.

– Chciałabym, żeby to była prawda, ale Matilda cały dzień leżała w łóżku z przeziębieniem.

Jo dobrze mnie zna, pracuje tutaj od samego początku, a ja przychodzę w odwiedziny co najmniej trzy razy w tygodniu. Jestem wdzięczna, że czasem z nami siada i dotrzymuje nam obu towarzystwa, dopóki ktoś inny jej nie wezwie.

– Okej, dzięki, że mnie uprzedziłaś. Pójdę i sprawdzę, czy wszystko u niej dobrze.

Spieszę korytarzem do pokoju mamy, ale waham się pod drzwiami, bo nigdy nie wiem, czego się spodziewać. Zazwyczaj cieszy ją mój widok, ale zdarzało się, że krzyczała, żebym zostawiła ją w spokoju, jakbym była zupełnie obcą osobą. Albo błagała, żebym wypuściła ją z tego hotelu i pomogła zdążyć na autobus do domu. „Jest po drugiej stronie ulicy”, upiera się zawsze, chociaż w okolicy Pine View nie ma żadnego przystanku autobusowego.

– Cześć, mamo, to ja – mówię, wślizgując się do środka.

Napływa do mnie zapach jej perfum wymieszany z wonią środków czyszczących. Chanel N°5. Mama często nie poznaje ludzi albo zapomina, do czego służą różne przedmioty, ale co rano niezawodnie skrapia się ulubionymi perfumami.

Gdy tu przychodzę, zostawiam za sobą cały bagaż przeszłości, który mnie przytłacza, i próbuję się skupić tylko na niej. Chociaż trudno mi patrzeć na to, w jakim jest stanie, pod pewnymi względami to dla mnie ucieczka.

Dziś mama siedzi przy oknie, z książką na kolanach, i wygląda na zewnątrz. W pierwszej chwili jestem zaskoczona, bo dawno zrezygnowała z czytania, ale po chwili orientuję się, że to jej album ze zdjęciami.

– Farrah, tak się cieszę, że tu jesteś. Oni… oni znowu mnie zamknęli i nie mogę wyjść. Wciąż im powtarzam, że spóźnię się na autobus, ale w ogóle nie słuchają! Co to za hotel? – Odwraca się z powrotem do okna. – A na dodatek pada. Widziałaś gdzieś moją parasolkę? Tę czerwoną w żółte paski?

Podchodzę do niej i obejmuję ją ramieniem. Opisuje parasolkę, którą miała, gdy byłam małą dziewczynką, i nie pamiętam, żebym później gdzieś ją widziała.

– Nie martw się, mamo, jestem tutaj i wszystko będzie dobrze. – Jest tak wychudzona, jakby skórę oddzielał od kości zaledwie milimetr ciała.

– Pomożesz mi się dostać na przystanek? – Patrzy na mnie błagalnym wzrokiem, a ja z trudem powstrzymuję łzy. Ale muszę być silna. Jestem dla niej jedyną stałą w tym nieznanym świecie. – Na ten po drugiej stronie ulicy, wiesz – kontynuuje. – Naprawdę muszę wrócić do domu. Ale potrzebuję parasolki. Gdzie ja ją posiałam?

– Tak, mamo. Pomogę ci pójść na przystanek i poszukamy twojej parasolki, ale może najpierw napijemy się herbaty? Opowiem ci, co dziś porabiałam.

Mama uwielbia słuchać moich opowieści, chociaż gdy tylko wychodzę, o wszystkim zapomina. Nigdy nie opowiadam jej o niczym ekscytującym, więc może po prostu lubi słuchać mojego głosu.

Ze względów bezpieczeństwa w pokoju nie ma czajnika, więc wychodzę do części wspólnej, by zaparzyć nam herbatę. Skupiam się na tej czynności i próbuję zapanować nad lękiem. Tyle czytałam o uzdrawiających właściwościach medytacji uważności, ale łatwiej o niej mówić, niż rzeczywiście ją praktykować. Zawsze będę się czuła dziwnie, robiąc dla mamy herbatę gdzieś indziej niż w jej domu. Umieściłam ją tutaj nieco ponad rok temu i wciąż dręczą mnie wyrzuty sumienia, że nie dałam rady sama się nią opiekować. Ale gdy po raz trzeci jakiś przechodzień znalazł ją snującą się niebezpiecznie blisko ruchliwej głównej drogi, uświadomiłam sobie, że muszę to zrobić.

Gdy wracam i podaję jej kubek z herbatą, dziękuje mi i stawia go na stoliku. Za chwilę o nim zapomni, chyba że będę jej wciąż przypominać, aby piła.

– A więc przeglądałaś album ze zdjęciami.

Kiwa głową.

– Tak, chciałabyś go obejrzeć?

Mówię jej, że owszem, i nie wspominam, że znam na pamięć każde zdjęcie i kolejność, w jakiej są ułożone. Mogłabym też opisać strój każdej osoby ze wszystkich fotografii.

– O, tutaj, patrz! – woła, przerzucając kartki, aż wreszcie znajduje zdjęcie, którego szukała.

Zerkam na fotkę z dzieciństwa, na której mama trzyma mnie na rękach. Mam na sobie coś, co wygląda jak sukienka do chrztu, chociaż ona upiera się, że był to jeden z moich zwykłych strojów.

– Piękna. Popatrz na tę buzię! – zachwyca się, a ja czuję nieuchronny ból w sercu, bo to nie siebie widzę na tej fotografii, lecz Kaylę.

Jako niemowlęta byłyśmy niemal identyczne. Szybko przewracam stronę, bo nie chcę teraz o tym myśleć, nie chcę wyobrażać jej sobie w parku z opiekunką i nie chcę pamiętać o tym, co zrobiłam.

Na szczęście mamie chyba to nie przeszkadza i cieszy się, że przeglądam resztę albumu. Pozostałe zdjęcia są nieszkodliwe. Mój tata. Dziadkowie. Ja, ale już znacznie starsza od Kayli.

Gdy kończymy, trochę jej czytam, a potem zbieram się do wyjścia, bo nadchodzi pora kolacji z pozostałymi rezydentami z tego piętra. Jest ich tylko pięcioro, z czego się cieszę, bo mama nie lubiła, gdy wszyscy mieszkańcy spożywali posiłki razem w dużej jadalni na dole.

Wstaję i sięgam po nasze kubki; dziś oba pozostały niemal nietknięte.

– Gdzie ona jest? – pyta nagle mama, podczas gdy wylewam herbatę do zlewu w łazience.

– Kto, mamo? – Przywykłam do tego rodzaju pytań i zastanawiam się, kogo tym razem ma na myśli.

Dawną przyjaciółkę czy może koleżankę z pracy? Wspomnienia formują się w jej głowie bez ostrzeżenia.

– Twoje dziecko – mówi. – Gdzie jest twoja córka? Co z nią zrobiłaś?

A kubek, który trzymam, wypada mi z dłoni i rozbija się w drobny mak.

Gdy docieram do domu, Jamie czeka na mnie przed wejściem, a mnie ogarnia rozczarowanie. Nie powinnam tak na niego reagować, ale to zrozumiałe, biorąc pod uwagę, jaki miałam dzień. Instynkt podpowiada mi, że to przyzwoity człowiek, jednak jego towarzystwo to ostatnie, na co mam teraz ochotę.

– Może już pora, żebym dostał własny klucz? – pyta z uśmiechem. – Twoi sąsiedzi jeszcze pomyślą, że cię śledzę!

Mieszkam na piętrze odremontowanej wiktoriańskiej kamienicy przy dość ruchliwej drodze, ale przecież w Londynie nikt na nikogo nie zwraca uwagi. Widziałam na latarniach ulotki informujące o działaniu straży sąsiedzkiej, jednak wprowadziłam się tu ponad rok temu i nikt ani razu nie zorganizował żadnego spotkania w tej sprawie.

– Ja ich nawet nie znam – mówię słabo.

Uśmiech znika z twarzy Jamiego.

– Tylko żartowałem, Farrah.

Zastanawiam się, co zrobić, by poprawić mu humor, ale z marnym skutkiem. Nie potrafię przestać myśleć o Kayli, o mojej ciężarnej uczennicy i o tym, jak fatalnie poradziłam sobie z sytuacją, gdy mama zapytała o dziecko. Nie poruszała tematu Kayli od miesięcy i myślałam, że zupełnie o niej zapomniała. Początkowo tłumaczyłam, że Kayla jest z Aidenem i że przyprowadzę ją następnym razem, i wkrótce mama przestała o nią dopytywać.

– Masz na myśli mnie, gdy byłam malutka? – Udałam głupią, gdy już otrząsnęłam się z szoku.

To było podłe z mojej strony. Czy moje kłamstwa nie zraniły już wystarczająco wielu osób?

– Nie. Nie! Dziecko! Moje dziecko. Twoje dziecko. – Zerwała się z krzesła, wzburzona, i złożyła kościste ramiona w kołyskę, jakby trzymała w nich niemowlę. – Gdzie jest twoje dziecko? – zaczęła powtarzać, ignorując moje próby uspokojenia jej.