Angielka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Okładka


Strona redakcyjna

Tytuł oryginału

The English Girl

First published in Great Britain in 2016 by Orion Books

an imprint of the Orion Publishing Group Ltd

Carmelite House, 50 Victoria Embankment, London ec4y 0dz

An Hachette UK Company

www.orionbooks.co.uk

Copyright © Katherine Webb 2016

All rights reserved.

Przekład

Olga Siara

Redakcja i korekta

Maria Brzozowska, Dominika Pycińska, Julia Diduch

Skład i przygotowanie do druku

Tomasz Brzozowski

Projekt okładki

www.emmagraves.co.uk

Zdjęcia na okładce

Richard Jenkins & Shutterstock

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-65743-39-8

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków telefon / fax +48 (12) 636 01 90 biuro@insignis.pl, www.insignis.pl facebook.com/Wydawnictwo.Insignis twitter.com/insignis_media (@insignis_media) instagram.com/insignis_media (@insignis_media) Snapchat: insignis_media

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Bedford, Anglia, październik 1939

Po wizycie stryja Godfreya tata Joan na sześć dni stał się gałgankowy. Joan sama wymyśliła to określenie, bo w takich momentach przypominał jej szmacianą lalkę z wyszytymi nitką krzyżykami zamiast oczu i bez części waty. Daniel też zaczął używać tego słowa, chociaż miał dopiero pięć lat i nie wszystko jeszcze rozumiał. Dwa lata starsza Joan też nie wszystko jeszcze rozumiała. Zwykle zamiast taty widzieli tylko rozmazany kształt. Był w niemal ciągłym ruchu i robił przy tym mnóstwo hałasu; śpiewał, rozwodził się nad czymś z przejęciem, żonglował jabłkami albo stepował, stukając obcasami o wyszczerbione brązowe kafelki w kuchni. Za to w gałgankowym stanie zachowywał się cicho. Prawie się nie odzywał, a ruszał się tak, jakby w połowie drogi zapominał, dokąd idzie. Miał zwieszone ramiona i zwiotczałe mięśnie twarzy; przestawał się golić i kąpać – i przez cały tydzień nosił ten sam pulower. Nie zdarzało się to bardzo często, ale Joan nienawidziła tych momentów z całego serca. Czuła się wtedy tak, jakby nadchodził koniec świata.

David, tata Joan, był niskim i drobnym mężczyzną z włosami mysiego koloru, które zaczesywał do tyłu przy pomocy brylantyny. W pociągłej twarzy lśniły jasnoniebieskie oczy, skryte za okularami w drucianych oprawkach, a jego policzki przecinały głębokie zmarszczki od uśmiechu. Pachniał tytoniem, pianką do golenia i mentolem, którym nacierał klatkę piersiową. Z kolei jego starszy brat Godfrey był wysoki i elegancki. Przyjechał największym samochodem, jaki Joan widziała w życiu, przypominającym jej mokre pingwiny w zoo – szare i śliskie. Miał na sobie ciemny garnitur i kapelusz, którego nie zdjął po wejściu do domu. Obrzucił ich ciasny przedpokój krótkim, oburzonym spojrzeniem i posłał dzieciom tak lodowaty uśmiech, że bały się odezwać.

– To twoja wina, że nie chcą się z tobą zobaczyć. Zdajesz sobie z tego sprawę. – Joan rozpoznała głos stryja, który zwracał się do jej ojca. Wiedziała, że nie powinna podsłuchiwać, ale w ich małym domu o cienkich ścianach trudno było tego nie robić. – Chryste, gdyby się wydało, że cię odwiedzam… Sam jesteś sobie winien, że cię wydziedziczyli, Davidzie.

– Godfreyu, po co ty tu w ogóle przyjeżdżasz? – zapytał tata, a jego głos już zaczynał brzmieć gałgankowo.

Kiedyś Joan podsłuchała też, jak jej matka mówi pani Banks spod dwunastki, że rodzina Davida jest bogatsza niż sam Krezus. Nie miała pojęcia, co to właściwie znaczy.

Rodzice Joan nie byli bogaci – bogaci ludzie mieszkali w zamkach i jeździli takimi samochodami jak stryj Godfrey, zamiast tłuc się autobusami. Joan niespecjalnie ciekawiło, jakie to uczucie. Jej tata był kierownikiem Rex Theatre, miejscowego kina, budynku z zasłonami pachnącymi stęchlizną i sznurami z czerwonego aksamitu. Regularnie zabierał tam dzieci. Oglądali filmy na jego kolanach w kabinie projekcyjnej, a później opowiadał im cudowne historie o miejscach, które właśnie zobaczyli: o najróżniejszych krajach, miastach i narodach świata. Zdaniem Joan żaden samochód ani zamek nie mogły się równać z Rex Theatre. Wszyscy koledzy z klasy jej zazdrościli.

– I tak nie możesz się zaciągnąć… – powiedziała mama do taty po wyjeździe Godfreya, nie podnosząc wzroku znad obieranych właśnie ziemniaków. Mówiła urywanymi słowami, a po nich nastąpiła chwila napiętego milczenia. – Nie z twoją klatką piersiową. I twoim wzrokiem – dodała.

David siedział za nią przy stole kuchennym i bez słowa przecierał okulary chustką do nosa.

Sposobem mamy na gałgankowość taty była dobra kuchnia – ich posiłki stawały się wtedy tak obfite i wykwintne, jak tylko pozwalał na to asortyment sklepu spożywczego. Na podwieczorek dostawali wystawne, skomplikowane desery – na przykład dziwaczne, zapadające się ciasto obłożone cząstkami mandarynek z gigantycznej puszki, które przypominało filet z ogromnej złotej rybki. Ale jedyny efekt był taki, że tata dorobił się brzuszka. Kiedy któregoś wieczora Joan i Daniel poprosili go o bajkę na dobranoc, uśmiechnął się blado i pokręcił głową.

– Poproście mamę, skarby. Tata jest dziś wykończony.

Ale w jego wykonaniu bajki były zwykle dużo ciekawsze, niż gdy opowiadała je mama. Sprawiał, że postaci nabierały życia – miał w zanadrzu setki głosów, min i gestów; potrafił wcielić się w starą wiedźmę, niegodziwego złodziejaszka czy maleńką wróżkę.

Joan przyszło do głowy, że może chodzić o wojnę. Tuż przed wizytą stryja Anglia wypowiedziała wojnę Niemcom. Joan teoretycznie wiedziała, czym jest wojna, ale nie potrafiła sobie wyobrazić, jak ona wygląda ani co oznacza. Już od kilku dni trochę się martwiła, bo jej nauczycielka, panna Keighley, któregoś ranka rozpłakała się przy sprawdzaniu listy; ale wkrótce wszystko wróciło do normy i można było odnieść wrażenie, że wojna nie będzie się różnić niczym szczególnym od pokoju.

– Wszystko będzie dobrze, tatusiu – pocieszyła go, mając na myśli wojnę, ale nic nie odpowiedział, a jego uśmiech zgasł, co jeszcze bardziej ją zdezorientowało.

Szóstego dnia wiedziała już, co musi zrobić: sięgnąć po Baśnie tysiąca i jednej nocy. To był talizman i tajna broń Joan, bo tata uwielbiał tę książkę tak samo jak ona. Poszła z nią do niego poprosić, żeby im poczytał, zdecydowana nie poddawać się, dopóki nie ustąpi. Wdrapała mu się na kolana, żeby nie mógł jej zignorować, ale kiedy na nią spojrzał, miała wrażenie, że jest gdzieś daleko, więc wcisnęła mu książkę do rąk, tężejąc z napięcia. Jej brat Daniel stał tuż za nią z kocem pod pachą i kciukiem w ustach.

– Przeczytasz nam jedną baśń? Prosimy! – Wpatrywała się w twarz ojca, zauważając zarost na jego policzkach i cienie pod oczami. – Prosimy – powtórzyła.

David wziął głęboki oddech, a potem chwycił Daniela i posadził go sobie na kolanach obok Joan.

– No dobrze, urwisy – powiedział cicho.

Joan poczuła taką ulgę, że zakręciło jej się w głowie.

Daniel już zasypiał, więc wtulił się Davidowi pod ramię i słuchał raczej głosu ojca niż samej historii, za to Joan siedziała skupiona, żeby nie umknęło jej ani jedno słowo. Nie miało dla niej znaczenia, którą baśń wybierze tata, ale zdecydował się na Ali Babę. Kiedy zaczął czytać, przerwała mu pytaniem, gdzie leżą opisywane miejsca i jak wyglądają. Znała odpowiedź, ale i tak je zadała, bo z każdym opisem tata coraz bardziej wracał do siebie.

– Och, Joanie, nie wiesz o tym, że Arabię przepełnia magia? Jak inaczej ktokolwiek mógłby mieszkać na takiej pustyni? Arabia to ocean piasku, i to największy na świecie. Ciągnie się setki mil w każdym kierunku; potrafisz to sobie w ogóle wyobrazić? Falujące wzgórza i doliny: i to wszystko ze złotego piasku, suchego jak pieprz.

– I nie ma tam zupełnie nic oprócz piasku? – zapytała.

– A jak myślisz, dlaczego mieszkańcy nazywają ją Pustym Kwartałem?

– Ale w takim razie jak można tam mieszkać? Co jedzą ci ludzie?

– To jest właśnie ta magia, o której ci wspominałem. Są tam też dżinny, które pomagają ludziom. Dżinn potrafi zamienić piasek w złoto, wodę, jedzenie i co tylko sobie wymarzysz, więc lepiej zrobić wszystko, żeby go sobie zjednać. Ale to straszni krętacze, zawsze próbują dobić z tobą targu…

– Jakiego targu, tato?

– Wiesz, kiedy tam byłem, spotkałem dżinna imieniem Derwisz, który…

Im dłużej David czytał i odpowiadał na jej pytania, tym mniej był gałgankowy. Joan zalała fala radości. Wiedziała, że rano tata nie będzie już pachniał nieupranym swetrem ani za długo parzoną herbatą, tylko pianką do golenia i mentolem jak zwykle. Znów stanie się sobą – niewyraźną plamą w ciągłym ruchu, zamiast być zagubionym milczkiem. Joan wierzyła niezachwianie, że jej tata jest magikiem, że Baśnie tysiąca i jednej nocy to magiczna księga, a Arabia – magiczne miejsce. I wiedziała, że pewnego dnia tata ją tam zabierze.

Maskat, listopad 1958

– Gotowa? – Rory wyciągnął rękę i niepotrzebnie poprawił kapelusz Joan. – Wyglądasz bardzo ładnie. Bardzo elegancko – pochwalił ją.

 

Zaprzątnięta myślami Joan zapomniała mu podziękować. Wzięła głęboki oddech i skinęła głową. Gorące i suche powietrze miało osobliwie morski posmak, lecz nie niosło orzeźwienia. Było jej niewygodnie w koszuli z długimi rękawami i spodniach, które musiała włożyć pod spódnicę. Z nerwów nie mogła ustać w jednym miejscu.

– Wydaje mi się, że bardziej gotowa już nie będę. Idź już, dobrze? Kazała mi przyjść samej i nie chcę, żeby zobaczyła, że mnie odprowadziłeś.

– Przecież musiałem cię odprowadzić, nie jesteśmy już w Bedford. A przy okazji, nie ma za co.

– Przepraszam, Rory. Dziękuję. Po prostu jestem… – Położyła mu na barku lekko drżącą dłoń i wzruszyła ramieniem.

– Wiem. Rozumiem, ile to dla ciebie znaczy. Obyś tylko nie była… Zresztą, nieważne. Mam nadzieję, że to spotkanie spełni wszystkie twoje oczekiwania. I że ona też je spełni.

Rozmawiali niemal szeptem, bo niewielka uliczka była pusta, a cienie między budynkami zdawały się stać na straży ciszy niczym surowi bibliotekarze.

Słońce oświetlało Rory’ego od tyłu, ukazując jego sylwetkę w zarysie, przez co stał się ciemną, niewyraźną wersją samego siebie. Okrągła twarz narzeczonego zawsze przypominała Joan pyszczek pluszowego misia – Rory miał miękkie policzki, brązowe oczy, lekko wydęte wargi i ciemne kręcone włosy, takie same jak ona. Upał i kilka bezsennych nocy sprawiły jednak, że pod oczami pojawiły mu się sińce, a jego skóra nabrała woskowego koloru. Wyglądał inaczej niż zwykle. Joan z niepokojem zmrużyła powieki, patrząc na bryłę starożytnej wieży strażniczej na skałach ponad nimi, odcinającą się na tle olśniewającego błękitu nieba. Stali przed skromnym domem z suszonej cegły w Harat al-Henna, dzielnicy za murami Maskatu, niedaleko bramy. O zachodzie słońca rozlegał się huk wystrzału z zabytkowego działa w jednym z nadmorskich portów, a potem bramę zamykano na noc, odcinając dzielnicę od reszty miasta. Od tej chwili nikt bez oficjalnego zezwolenia nie mógł wrócić do Maskatu.

– Oczywiście, że spełni moje oczekiwania – odpowiedziała z uśmiechem.

– Wiesz, czasem spotkanie z mistrzem może się skończyć… rozczarowaniem. To znaczy, kiedy się okaże, że jednak jest tylko człowiekiem.

– Bzdura, to zbyt wyjątkowa postać. A poza tym przeczytałam wszystko, co kiedykolwiek napisała, więc mam wrażenie, jakbym już ją znała.

– No dobrze. Masz zapałkę, żeby w drodze powrotnej zapalić lampę?

– Mam wszystko, czego mi trzeba, naprawdę, Rory.

Nagle nie mogła się doczekać, aż sobie pójdzie. Ten moment powinien należeć tylko do niej. Potrzebowała czasu i przestrzeni, żeby się tym rozkoszować, i wolała, żeby nikt widział jej zdenerwowania, bo wtedy zawsze robiła się jeszcze bardziej niespokojna.

– W porządku. Powodzenia. Nie zostań na noc za bramą, dobrze? – Pochylił się, żeby pocałować Joan w policzek, ale ona uchyliła się przed jego ustami, cmokając z niezadowoleniem.

– Rory, nie przy Arabach, pamiętasz? – skarciła go.

Zaczekała, aż echo jego kroków całkiem ucichnie, a potem nabrała powietrza do płuc i odwróciła się w stronę niczym niewyróżniających się drzwi, przy których stała. Były wykonane ze starego drewna akacjowego jak wszystkie inne, choć pod wpływem bezlitosnego arabskiego słońca stały się gładkie i twarde jak kamień. Ściany z suszonej cegły kiedyś pomalowano na biało, ale teraz spękania farby przypominały żyłki liścia, przez które przeświecała kruszejąca zaprawa. Dom, wysoki na zaledwie dwa piętra, miał płaski, kwadratowy dach i zamknięte okiennice wychodzące na wschód. Stał wpasowany w podnóże gór, więc nie mógł mieć tylnego wyjścia. Rdzawobrązowe wzgórza piętrzyły się wszędzie wokół niczym strzępiaste ręce, tulące miasto z niezrozumiałą troską.

Otaczały ją głazy, skały, ostre słońce i ostre cienie – nigdzie nie widziała ani śladu miękkości. Upłynęła minuta, a Joan zbeształa się za tchórzostwo – stała i rozglądała się po okolicy, odwlekając chwilę, na którą tak czekała. Z sercem w gardle zapukała do drzwi.

Niemal natychmiast uchylił je wysoki czarny służący ubrany w omańskim stylu w szary diszdasz – długą i luźną tunikę, przepasaną pasem, z którego zwisał na środku zakrzywiony sztylet zwany chandżarem. Mężczyzna miał zapadnięte policzki, białka oczu koloru kawy z mlekiem i czarne jak noc źrenice. Jego broda i kilka kępek włosów wystających spod turbanu były siwe. Joan nie umiała odgadnąć, ile może mieć lat; z twarzy wydawał się sędziwy, ale plecy miał proste, a ramiona wyprężone. Patrzył na Joan z pełnym powagi milczeniem godnym golema, czym całkiem zbił ją z tropu. Jego dłonie zwisały swobodnie wzdłuż boków ciała, a Joan zwróciła uwagę na ich rozmiar – miał długie palce przypominające odnóża pająka. Po chwili ciszy odezwał się:

– Nazywa się pani Joan Seabrook. – Głos miał piskliwy.

– Tak – potwierdziła Joan. Zarumieniła się zawstydzona. – Nazywam się Joan Seabrook – powtórzyła niepotrzebnie. – Czy to dom Maude Vickery? Chyba się mnie spodziewa.

– Spodziewa się pani, inaczej nie otworzyłbym pani drzwi – odparł starzec. Uśmiechnął się lekko, wykrzywiając pomarszczone wargi. Mówił po angielsku niemal bez akcentu, z rozmysłem formując na języku słowa gładkie jak otoczaki. – Proszę wejść na górę. Pani czeka. – Cofnął się, żeby ją wpuścić, a Joan przeszła obok niego.

W domu cuchnęło jak w stajni. Nim Joan zdołała się opanować, odruchowo zasłoniła nos dłonią. Duszący koński odór nie był gorszy niż w angielskich stajniach, ale tu się go nie spodziewała. Za jej plecami zamknęły się drzwi i nagle zapanowała ciemność, w której z trudem mogła cokolwiek dojrzeć. Miała wrażenie, że słyszy dobiegający z tyłu chrapliwy chichot starca. Zerknęła na niego, ale twarz służącego skrywał cień; nie poruszył się ani nie odezwał, ale zauważyła w półmroku błysk jego czujnych oczu. Speszona i niezdarna jak dziecko podeszła do kamiennych schodów i ruszyła na górę.

W połowie drogi stopnie skręcały w bok, a w świetle wpadającym przez otwarte okno ukazały się kępki siana i warstwa bobków, przypominających odchody owcy albo kozy. Joan zmarszczyła brwi, nie wiedząc, co o tym myśleć. U szczytu schodów znajdowały się tylko dwa pomieszczenia, po jednym z każdej strony niewielkiego podestu. Przystanęła niepewnie, a chwilę później z pokoju po prawej rozległ się czyjś głos.

– Proszę tam nie tkwić. Z kimkolwiek mam do czynienia, zapraszam do pokoju. Przepraszam, że nie wstaję, ale nie mogę tego zrobić z oczywistych względów. – Był to ostry głos z płaczliwą nutą i akcentem wprost z hrabstw podlondyńskich, na którego dźwięk Joan znów skoczyło tętno.

Nie mogła powstrzymać uśmiechu; przez moment miała ochotę zachichotać, ale weszła posłusznie do kwadratowego pokoju o białych ścianach. Niskie łukowe okna naprzeciwko wejścia zasłonięto drewnianymi okiennicami. Otwarte było tylko jedno, z widokiem na strome wzgórza na południu, a wpadające przez nie promienie słońca oświetlały wnętrze łagodnym blaskiem. Joan zauważyła staroświecki czarny rower, oparty o skraj wąskiego, schludnie posłanego łóżka ze spłowiałymi kocami zatkniętymi ściśle pod materac. Po obu stronach miało ogromne palmy w donicach, a obok niego stała misternie zdobiona metalowa latarenka. W pokoju znajdowało się również uporządkowane biurko i długa biblioteczka z pustymi górnymi półkami – książki wypełniały regał do wysokości półtora metra, a reszta tomów, na które zabrakło tam miejsca, leżała na ziemi. Środek podłogi zakrywał przetarty dywan. Stały tam dwa drewniane krzesła oraz umieszczona naprzeciwko czerwona kanapa z pikowanej skóry. Podłoga obok niej zarzucona była arabskimi i angielskimi czasopismami, które zsunęły się z wysokiej sterty.

W głębi pokoju spały na posłaniu z koców dwa złote charty perskie, zwinięte tak, że nie wiadomo było, które łapy, uszy i ogon, należą do którego zwierzęcia. Przez chwilę w pokoju słychać było tylko ich ciche pochrapywanie; później jeden otworzył bursztynowe oko i wlepił je w Joan. Psi zapach wzmagał jeszcze panujący w pokoju zaduch. Za stolik kawowy służyła inkrustowana drewniana skrzynia, przy której w staroświeckim, rattanowym fotelu inwalidzkim siedziała Maude Villette Vickery. Joan próbowała się na nią nie gapić. Ogarnęło ją to niepokojące, surrealistyczne uczucie, które pojawia się, gdy człowiek staje twarzą w twarz z kimś, kogo wyobrażał sobie tak często, że już prawie nie wierzy w jego istnienie w prawdziwym świecie.

Pierwszym, co zauważyła Joan, była filigranowość Maude. Wyglądała niemal jak dziecko. Szczupłe kolana i łokcie odznaczały się wyraźnie przez staroświecką spódnicę z wysokim stanem i bluzkę ze szczypankami i sztywnym kołnierzykiem, a kostki i stopy, oparte na podnóżku, wydawały się delikatne jak u lalki. Mimo upału siedziała w grubych pończochach. Proste stalowoszare włosy ściągnięte miała w ciasny kok z tyłu głowy, a pod skórą jej pomarszczonej twarzy z zapadniętymi policzkami widać było silnie zarysowane kości. Po kilku sekundach jej rysy ułożyły się w wizerunek, który Joan znała ze zdjęć Maude z młodości: zobaczyła niebieskoszare oczy o przenikliwym spojrzeniu i haczykowaty nos. Stanęła dość daleko od staruszki, nie chcąc górować nad nią wzrostem.

– Niechże pani podejdzie bliżej, nie gryzę – rzuciła Maude. Joan posłusznie zrobiła kilka kroków naprzód. Jej stopy wzbijały obłoczki kurzu z dywanu. Maude zadarła głowę i przyjrzała się jej, mrużąc oczy. – No, no, ależ pani wysoka! A może wcale nie. Mnie wszyscy wydają się wysocy. Abdullah! – krzyknęła nagle w stronę drzwi, a Joan wzdrygnęła się z zaskoczenia. – Abdullah, herbata! – dodała, chociaż służący nie odpowiedział.

Odwróciła się z powrotem do Joan, wzruszając lekko ramionami.

– Wiem, że mnie słyszy. Ten starzec ma słuch niczym nietoperz – rzuciła.

Nastąpiła chwila milczenia.

– Cudownie panią poznać, panno Vickery – zaczęła Joan. – To dla mnie naprawdę ogromna przyjemność. Śledzę pani karierę od… – W tym momencie głos uwiązł jej w gardle, bo z korytarza niespiesznym krokiem weszła do pokoju gazela.

Joan wpatrywała się w nią w milczeniu. Gazela przystanęła, żeby przyjrzeć się jej błyszczącymi oczami, otoczonymi grubymi czarnymi i białymi paskami, które przywoływały na myśl przesadny makijaż, a potem z cichym sapnięciem podeszła do Maude i zaczęła obwąchiwać jej palce. Staruszka rozciągnęła usta w uśmiechu.

– Co za chciwe zwierzę. Dostaniesz daktyle razem z nami, kiedy przyniesie je Abdullah, nie wcześniej – oznajmiła.

– Ma pani gazelę – wyrwało się Joan.

– Owszem. Znalazłam ją na suku, miała trafić pod nóż rzeźnika. Abdullah chciał z niej coś przyrządzić, ale proszę spojrzeć na tę boską mordkę. Któż mógłby się jej oprzeć? A do tego te absurdalnie ogromne uszy. Wydała mi się taka żałosna. Nie mogłabym się zmusić, żeby ją zjeść. – Maude zerknęła na Joan ze skruchą. – Wiem, że to żaden argument.

– Sądziłam, że kobietom nie wolno chodzić na suk – zdziwiła się Joan.

– To prawda – przyznała Maude, głaszcząc gazelę po sierści między oczami, ale nie wyjaśniła tej sprzeczności. Złota skóra zwierzęcia wyglądała na jedwabiście miękką i gładką.

– Ach, to przynajmniej tłumaczy te… – Joan w ostatniej chwili ugryzła się w język, żeby nie powiedzieć za dużo.

Maude podniosła na nią wzrok.

– Bobki? Tak. Pewnie strasznie tu cuchnie, prawda? Cóż, proszę mi wybaczyć. Jestem do tego tak przyzwyczajona, że przestałam to zauważać. Udaje mi się rządzić w tym pokoju, ale mam bardzo ograniczoną kontrolę nad tym, co się dzieje w pozostałej części domu. Rozmówię się z Abdullahem.

– Proszę wybaczyć, panno Vickery, naprawdę nie chciałam być niegrzeczna – zapewniła ją Joan, ale Maude machnęła tylko swoją drobną dłonią.

– Dużo lepiej się ze sobą dogadamy, jeśli będzie pani mówiła bez ogródek. Ja zawsze tak robię, to wielka oszczędność czasu.

– Nie gonią jej psy? – Joan wskazała głową śpiące charty.

– Skądże. Proszę na nie spojrzeć! Od dawna za niczym nie goniły; najlepsze lata miały za sobą już w chwili, kiedy dostałam je od tego przebiegłego starca, ibn Himjara. Władca Zielonej Góry. To mi dopiero wątpliwy komplement. Wie pani, dawniej miałam też oryksa. Dostałam go w prezencie od samego sułtana Tajmura ibn Fajsala, kiedy pożaliłam mu się, że nigdy żadnego nie ustrzeliłam w czasie moich podróży. Chyba chciał dać mi okazję, ale uznałam, że to niesportowe zachowanie, skoro zwierzę stoi przywiązane do słupa. Ale mój oryks był dziki, więc nie mógł mieszkać w domu. Jakież one mają rogi! Mogą nimi zabić. Szybko mi uciekł. Nigdy więcej nie zobaczyłam mojego oryksa i musiałam skłamać sułtanowi, że go zastrzeliłam i zjadłam, a potem opowiadać, jaki był pyszny. Na dowód sprawiłam sobie nawet to. – Maude wskazała na parę ciemnych karbowanych rogów umocowanych na ścianie. – Strata czasu. Wątpię, czy w ogóle pamiętał, że podarował mi to stworzenie.

 

– Czytałam, że przyjaźniła się pani z sułtanem Tajmurem jako jedyna kobieta z Zachodu.

– I z jego ojcem też. No cóż – rzuciła Maude wymijająco. – Może w tamtych czasach, owszem, byłam czymś niespotykanym, sama pani rozumie. A on zawsze lubił nowe zabawki. Jak każdy mężczyzna.

Zapadła cisza, a wysoki starszy służący, który otworzył Joan drzwi, w milczeniu wniósł do pokoju tacę z cynowym imbrykiem, szklaneczkami, miską daktyli i cukiernicą. Schylił się wolno, położył bezgłośnie tacę na skrzyni i nie czekając na polecenie, nalał herbaty.

– Abdullah, pamiętasz tego oryksa, którego dostałam od sułtana Tajmura? – zapytała go Maude.

– Tak, proszę pani. Pamiętam.

– Jak go nazwałam? Przypominasz sobie?

– Nazwała go pani Śnieżynka. – Abdullah postawił szklankę z herbatą w zasięgu jej dłoni.

– Śnieżynka! Właśnie. Cóż za błyskotliwość. – Maude westchnęła. – Miał najbielsze futro, jakie można sobie wyobrazić. Wiem, że do daktyli powinnyśmy pić kawę, ale obawiam się, że już jej nie trawię. Przypomnij mi, jak masz na imię, młoda kobieto?

– Nazywam się… Joan Seabrook, panno Vickery.

– Rzeczywiście. To pani przysłała mi te wszystkie listy. Całe stosy listów. Dziękuję, Abdullah. Zastanawiam się, co się stało ze Śnieżynką? Może wróciła z powrotem na pustynię, ale wątpię, czy jej się udało. Na pewno tego chciała, podobnie jak ja. Obu nam lepiej było na pustyni. A czego pani chce, panno Seabrook? – Nagle w głosie Maude pojawiło się wzburzenie, niemal złość. Wygładziła spódnicę, a potem złożyła dłonie. – Mimo wszystkich pani listów wciąż nie mogę tego pojąć.

Joan poczuła, jak Abdullah omiata ją spojrzeniem, wychodząc z pokoju. Mimowolnie obejrzała się za nim. Poruszał się z niezwykłą gracją.

– Cóż, ja… – zaczęła niepewnie.

– Przyciąga uwagę, prawda? – wtrąciła się Maude, wbijając w Joan świdrujący wzrok.

– Rzeczywiście, pani służący jest… niezwykle przystojnym mężczyzną.

– Och, nie jest moim służącym, panno Seabrook. Jest moim niewolnikiem. Mam go na własność. Kupiłam Abdullaha na aukcji w jaskini we wzgórzach niedaleko Nizwy. I co pani na to?

– Słyszałam, że wciąż się to tu praktykuje – odrzekła Joan ostrożnie. Zbiła ją z tropu ta starsza wersja jej mistrzyni, nie umiała nadążyć za jej nastrojami ani odczytać usposobienia.

Maude oparła się na fotelu z rozczarowaną miną.

– No cóż. Widzę, że będę się musiała bardziej postarać, jeśli mam panią zszokować, panno Seabrook.

– Na pewno będę bardzo zszokowana, kiedy to do mnie dotrze, panno Vickery. Na razie nie zdążyłam się jeszcze otrząsnąć z szoku z powodu gazeli.

Nastąpiła chwila ciszy; Maude zmrużyła powieki, a potem posłała Joan szelmowski uśmieszek.

– Ha! – rzuciła, zamiast się roześmiać. – Grzeczna dziewczynka. Nie jesteś przesadnie uprzejma. Podoba mi się to.

Joan usiadła na czerwonej kanapie blisko biurka i obie kobiety zaczęły jeść daktyle, popijając je herbatą słodką od cukru i gorzką od mięty. Z zewnątrz dobiegał stukot oślich kopyt i kroki ludzi w skórzanych sandałach. Światło zaczęło słabnąć, a po pokoju krążyło z cichym brzęczeniem kilka ospałych much. Od pytania Maude o powód przyjścia Joan upłynęło już zbyt dużo czasu, żeby mogła na nie odpowiedzieć, więc błądziła wzrokiem po pokoju, czekając, aż usłyszy je ponownie. Maude przeżuwała wolno daktyla; wzrok miała rozkojarzony, ale znów wydawała się spokojna, a nawet nieobecna. Oczy Joan przyciągnął palisandrowy piórnik na biurku – pusty, nie licząc niewielkiego, ale ciężkiego pierścionka ze skręconą cynową obrączką i nieoszlifowaną bryłką jasnoniebieskiego kamienia.

– Ciekawy pierścionek – powiedziała, pochylając się nad nim. – Jaki to…

– Niech go pani nie dotyka! – warknęła głośno Maude.

– Nie, nie, ja tylko… – Joan pokręciła głową, bo wcale po niego nie sięgała.

– Niech go pani nie dotyka – powtórzyła starsza kobieta, a Joan zdała sobie sprawę, że gniewne spojrzenie staruszki wlepione było w pierścionek, a nie w nią.

Zaplotła dłonie przed sobą i zaczęła się gorączkowo zastanawiać, jak zmienić temat.

Nie śmiała zadać kolejnego pytania o pierścionek.

– Panno Vickery, czy ten dom też był prezentem od sułtana Tajmura? Po tym, jak podarował pani oryksa? – odezwała się.

Maude zamrugała kilka razy, a potem odpowiedziała, jak gdyby nigdy nic.

– Co to, to nie. Sama za niego zapłaciłam, i to niemało. Ojciec Tajmura, Fajsal, wydał zgodę na to, bym spędziła resztę moich dni w Omanie, więc okazał wystarczającą hojność. Widzi pani, chyba jestem jedyną taką osobą. Jedyną Europejką, która mieszka tu wyłącznie dlatego, że ma na to ochotę, a nie z przyczyn administracyjnych czy handlowych. Obecny sułtan, Sa’id, jest wnukiem Fajsala; za każdym razem, gdy któryś z nich umiera, zastanawiam się, czy jego następca mnie nie wyrzuci, ale jak dotąd mam szczęście. Z Sa’ida konserwatysta jakich mało, ale ma też swoje dziwactwa: na przykład tych amerykańskich misjonarzy. Nie mam pojęcia, dlaczego pozwala im zostać. Uroczy ludzie, ale głupi jak but. Chyba naprawdę im się wydaje, że dzięki nim Arabowie przejdą na chrześcijaństwo. Ale prowadzą jedyny szpital w całym kraju. – Wycelowała palcem w Joan. – Lepiej żeby nie złapała tu pani tyfusu, panno Seabrook. Ani gruźlicy. W mleku aż roi się od bakterii. Proszę się upewnić, czy jest przegotowane, zanim je pani wleje do kawy. Kiedy dostałam zgodę na osiedlenie się w Maskacie, mogłam kupić tylko tę ruderę, nic więcej. Odmówiono mi sprzedaży lepszych domów. Podejrzewam, że gubernator Maskatu postanowił pokazać Brytyjce, gdzie jej miejsce, rozumie pani? Poznała go pani już? Gubernatora Sayida Shahaba? Przerażający jegomość, w dodatku praktycznie wszechwładny, bo sułtan Sa’id jest daleko stąd, w Salali. Shahab dopilnował, żeby okazano mi szacunek… ale nie nadmierny. – Maude uśmiechnęła się lekko.

– Tutejsze władze wydają się bardzo rygorystyczne.

– Owszem. Dlatego muszę zapytać, jakim cudem udało się pani zdobyć pozwolenie na przyjazd do Omanu, panno Seabrook? Ten kraj nie wita z otwartymi ramionami gości z zagranicy ani ciekawskich podróżników. Nigdy go nie interesowali. – Maude podała daktyla gazeli, która delikatnie wyjęła go spomiędzy jej palców.

– Och – westchnęła Joan z zakłopotaniem. – Mój ojciec chodził do szkoły z obecnym wezyrem, ministrem spraw zagranicznych sułtana. On pomógł to wszystko załatwić. Zatrzymaliśmy się u niego w Rezydencji: ja i Rory, mój narzeczony.

– Nadal nazywają ten urząd „wezyrem”? Jakież to urocze. Ale Oman wciąż jest protektoratem brytyjskim, prawda? Nawet jeśli nie używa się już tego określenia, bo wszystkich tak deprymują skojarzenia z kolonializmem.

– A poza tym od sześciu miesięcy stacjonuje tu mój brat Daniel. Widzi pani, jest żołnierzem oddelegowanym do Sułtańskich Sił Zbrojnych. Otrzymałam zgodę na to, żeby go odwiedzić.

– Ale tak naprawdę nie po to tu pani przyjechała.

– Tak. To znaczy, między innymi po to… tylko… – Joan umilkła i na sekundę ogarnęło ją uczucie bliskie rozpaczy. Miała wrażenie, że usiłuje schwytać coś, co ze wszystkich sił stara się jej wymknąć.

W rzeczywistości nie była pewna, jak wyrazić słowami swoją potrzebę zobaczenia Arabii. Nosiła ją głęboko w sercu od tak dawna, że przestała się nad nią zastanawiać, więc kiedy Daniela wysłano do Omanu, Robery Gibson został wezyrem, a ona odziedziczyła po ojcu trochę pieniędzy, wszystko wydawało się sprzyjać temu, żeby wreszcie tam trafiła. Do Omanu, niewielkiego, odległego zakątka świata – ale zakątka Arabii. I choć nie umiała tego wyjaśnić, miała wrażenie, że jej ojciec w pewien sposób wciąż może być tam obecny. Upłynął niemal rok, zanim wstrząs po jego śmierci osłabł i zaczął kiełkować w niej ten pomysł, ale kiedy ziarno zostało zasiane, wiedziała, że nic jej od tego nie odwiedzie.

Joan trudno było powiedzieć matce, na co postanowiła przeznaczyć niewielki spadek po ojcu. Poczekała z tą wiadomością do chwili, gdy Olive Seabrook zabrała się do gotowania, bo wtedy była najszczęśliwsza.

– Nie wystarczy, że jedno z moich dzieci tkwi w tej zapadłej dziurze?! – zawołała matka, nieruchomiejąc z dużym nożem w dłoni; do ostrza przylepiły się kostki bekonu. Drżał jej głos, co stawało się już normą. – Nie poradzisz sobie tam, Joanie. I jak mogłabyś zostawić mnie całkiem samą? – Wyciągnęła z kieszeni fartucha zmiętą chustkę do nosa i przetarła oczy, a Joan zalała fala wyrzutów sumienia, uczucie znane jej coraz lepiej. Zaczęła mieć wątpliwości. Roztrzęsiona Olive wyglądała żałośnie. Tak łatwo było ją teraz zranić. – Przecież twój ojciec nigdy tam nawet nie pojechał, wiesz o tym.

Inne książki tego autora