Co, jeśli…Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Kate Hope Day

Co, jeśli…


Tytuł oryginału

If, Then ISBN 978-83-8202-088-5 Copyright © 2019 by Kate Hope Day Copyright © for the Polish translation by Wiesław Marcysiak, 2020 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020 All rights reserved Redakcja Ilona Turowska Korekta Jadwiga Jęcz, Julia Młodzińska Projekt graficzny okładki Mariusz Banachowicz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla moich rodziców

Wierzę, i ty też, że rzeczy mogą być odmienne na niezliczone sposoby.

David Lewis, Counterfactuals

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Część pierwsza – Człowiek z lasu
Rozdział pierwszy

Ziemia drży. Ginny czuje w ustach metaliczny posmak. Historia zaczyna się w bezksiężycową niedzielę w Clearing w stanie Oregon, w cieniu uśpionego wulkanu, nazywanego przez miejscowych Broken Mountain.

Właśnie minęła dziesiąta wieczorem, Ginny stoi przy umywalce ze szczoteczką do zębów w jednej ręce i książką w drugiej. Zawsze czyta w ten sposób, podczas tych kilku minut zaoszczędzonych ze szczelnie wypełnionych dni — w łazience, kiedy już wszyscy poszli spać, albo w samochodzie, gdy dotrze do szpitala przed czasem. W przewodzie wentylacyjnym płynie ciepłe powietrze. Ginny zastanawia się, czy jeszcze nie zostać i nie przeczytać kolejnego rozdziału. Jej mąż, Mark, już śpi w pokoju obok.

Jej pager buczy na stoliku nocnym. Sięga po niego. Seria znajomych cyfr przesuwa się po małym podświetlanym ekranie. Oddział ratunkowy.

— Cholera!

Wybiera numer SOR-u.

— SOR — odzywa się pielęgniarka.

— Tu doktor McDonnell. Wzywano mnie?

— Zawołam doktora Pierce’a.

Muzyka klasyczna gra żwawo do jej ucha. Ginny siada na brzegu łóżka. Nagle czuje się zmęczona.

Jeden z kotów zeskakuje z kołdry i wychodzi na korytarz w stronę sypialni Noego. Lecz Mark się nie porusza. Nauczył się spać pomimo jej nocnych wezwań. Bez okularów jego twarz wydaje się naga, a kręcone włosy odcinają się czernią od białej pościeli.

Ginny, ściszywszy sygnał w telefonie, włącza lampę. Mark przewraca się na bok, ale się nie budzi. Odległa muzyka brzęczy w jej uchu. Podłoga drży; Ginny czuje w ustach metaliczny posmak. Nagle widzi inny obraz…

Tam, gdzie spał Mark, pojawia się kobieta. Jej twarz jest tak znajoma… To Edith. Przyjaciółka ze szpitala, włosy ma zawsze zaczesane w kok. Teraz leżą na poduszce rozpostarte niczym wachlarz drobnych loków. Jej ramiona i wierzchołki piersi zdobią piegi.

Ginny czuje zapach ciepłej skóry i wilgotnej pościeli; słyszy swój przyspieszony oddech. W jej brzuchu budzi się pożądanie, niepokojąco silne. Kobieta wyciąga rękę, jakby chciała pogłaskać Ginny po włosach.

Nagle, w jednej chwili, kobieta znika. Mark wraca do łóżka.

Ginny przeciera oczy, mruga zawzięcie powiekami.

— Doktor McDonnell… — Z telefonu dobiega ostry głos Briana Pierce’a. — Mamy mężczyznę, lat siedemdziesiąt pięć, twardy brzuch, krwinki białe: dwadzieścia cztery tysiące, gorączka: trzydzieści osiem i pół, objawy otrzewnowe z wolnym powietrzem w powłokach brzusznych. Trafił na SOR około godzinę temu. Nazywa się Robert Kells. Możesz przyjechać i spojrzeć?

Ginny milczy przez chwilę, nadal uporczywie myśli o ślicznej twarzy Edith.

— Główny problem zdrowotny? — W końcu zbiera siły, aby zapytać.

— W historii choroba wątroby… — Słychać szelest kartek. — Hospitalizowany dwa razy na zapalenie trzustki. To wszystko.

— Musimy przygotować się na laparotomię zwiadowczą. — Jej mózg powrócił do rzeczywistości, przeszedł w odpowiedni tryb działania.

— Powiem pielęgniarce. Jedź już. Ten facet długo nie pociągnie.

Ginny działa rutynowo: zakłada uniform medyczny, zaczesuje włosy w krótki kucyk i wciera balsam w usta. Wsiada do SUV-a acury i wycofuje wóz w ślepy zaułek. W domach sąsiadów są zgaszone światła. Za jej domem majaczy ciemny las. Krople deszczu pokrywają przednią szybę.

Zjeżdża ze wzgórza i jedzie przez miasto. Góra znika we wstecznym lusterku. Ginny zwykle lubi jeździć nocą do szpitala — puste ulice, odizolowane, spokojne wnętrze jej samochodu, ciche tyk, tyk, tyk kierunkowskazu, gdy zatrzymuje się na światłach. Ale dziś to jej nie uspokaja.

Jest zaniepokojona tym, co zobaczyła. Musiała zasnąć na sekundę. Albo ma guza mózgu. Przypomina sobie listę objawów ze stażu na neurochirurgii:

bóle głowy

problemy z równowagą

niewyraźne lub podwójne widzenie

widzenie rzeczy, których nie ma…

Skręca na parking dla personelu. Kitel, kucyk, jazda samochodem… nie pomogły. W piersi czuje irytujące trzepotanie.

Światła fluorescencyjne oddziału uderzają ją w twarz na powitanie. Jej chodaki piszczą na wypolerowanej podłodze. Pacjent czeka, leży na wznak za zieloną zasłoną w lodowatej sali przedoperacyjnej. Gdy tylko Ginny zaciąga cienki materiał, czuje się lepiej.

— Panie Kells, nazywam się doktor McDonnell, jestem chirurgiem, zajmę się panem. — Wypowiada każde słowo tak, aby było je słychać w jazgocie głosów i spogląda uważnie w szeroką, popielatą twarz mężczyzny. Ten nic nie mówi, ale wytrzymuje jej spojrzenie.

Ginny sięga po jego kartę.

— Przepraszam. Profesorze Kells.

— Proszę mówić mi Robby — mówi ochrypłym szeptem. Ma gęste brwi i siwe włosy, a Ginny z łatwością wyobraża go sobie wykładającego w auli.

— Teraz cię zbadam, dobrze?

Mężczyzna kiwa głową.

Ginny pociera dłonie, aby je rozgrzać, odsuwa szpitalną koszulę i dotyka jego bladego brzucha.

— Nacisnę brzuch. Proszę powiedzieć, czy boli mniej lub bardziej, gdy zwolnię nacisk.

Naciska, puszcza i patrzy, jak twarz pacjenta wykrzywia grymas. Profesor nie wydaje żadnego dźwięku. Ginny jest pod wrażeniem jego stoicyzmu. Widząc jego cierpienie, przypomina sobie ojca, kiedy zachorował. Profesor Kells jest mniej więcej w tym samym wieku, w którym byłby jej ojciec, gdyby żył.

Wkłada stetoskop do uszu i osłuchuje uważnie cztery kwadranty brzucha.

— Uczysz na uniwersytecie? — pyta.

Profesor kiwa głową.

— Jaki przedmiot?

— Filozofia.

— Imponujące. — Ponownie sięga po jego kartę. — Chcę się tylko upewnić. Nigdy nie leczyłeś się z powodu chorób serca lub arytmii? W ogóle jakichkolwiek dolegliwości sercowych?

Kręci głową.

— Dobrze. Chcemy, abyś wrócił do książek i studentów. Jednak wpierw muszę dowiedzieć się, co wywołuje ten dyskomfort w twoim brzuchu. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że doszło do perforacji jelita. Jeśli tak, a nie naprawimy tego szybko, możesz umrzeć. Jesteśmy teraz gotowi zabrać cię na salę operacyjną. Czy wyrażasz zgodę?

— Tak.

— Zrobimy wszystko, co w naszej mocy.

Mężczyzna chwyta ją za rękę z zaskakującą siłą.

— A może zrobicie więcej niż „wszystko”? — pyta z cieniem uśmiechu.

— W porządku. — Ginny śmieje się. — Masz to jak w banku.

Ginny popycha ciężkie wahadłowe drzwi oznaczone napisem „Sala operacyjna nr 3 — WEJŚCIE TYLKO W STROJU CHIRURGICZNYM, TYLKO DLA PERSONELU MEDYCZNEGO”. Naciąga na buty papierowe ochraniacze, chowa kucyk pod czepek chirurgiczny i zakłada maskę na usta. Ma nadzieję, że utrzyma profesora Kellsa przy życiu. Nie zna go, ale po tym spotkaniu zapałała do niego sympatią. Kiedy powiedziała mu, że jest jego chirurgiem, nawet nie drgnął. Wielu mężczyzn w jego wieku tak robi, gdy dowiaduje się, że osoba, która ma ich ciąć, to kobieta o wzroście zaledwie metr pięćdziesiąt siedem.

Przy zlewie ruchem obrotowym zdejmuje obrączkę z palca i nadziewa ją na sznurek w spodniach. Wiąże go raz, dwa, trzy razy i przez chwilę myśli o swoim mężu, który śpi teraz w domu. Kiedyś mówił jej, że niepokoi go, jak budzi się, a jej nie ma, ale po piętnastu latach małżeństwa już o tym nie wspomina. Ginny bierze gąbkę, jasnopomarańczową od antyseptycznej betadine, i zaczyna szorowanie od paznokci.

Tricia, dyżurująca pielęgniarka, dołącza do niej przy zlewie. Jej okulary huśtają się na metalowym łańcuszku, gdy pochyla się, aby puścić wodę.

— Kto jest dziś instrumentariuszką? — pyta Ginny.

— Edith. Czemu?

Ginny czuje, że oblewa się rumieńcem.

— Bez powodu. — Znowu powraca niepokojący trzepot w piersi.

— Jak tam twój mały sportowiec?

— Noe jest świetny. Śpi teraz.

— Na jakim etapie jest teraz?

— Piłka nożna. I pływanie. — Nawet w normalną noc Ginny nie lubi rozmawiać tuż przed operacją. Tricia o tym wie, ale i tak zawsze próbuje nakłonić ją do rozmowy. Dziś, szczególnie tej nocy, Ginny chce zająć się pacjentem i wykonać swoją pracę.

 

— Zajęty dzieciak. — Tricia uśmiecha się szeroko. — Jesteśmy gotowi, czekamy na ciebie.

W sali operacyjnej profesor Kells jest już zaintubowany, a anestezjolog zajął pozycję u szczytu stołu operacyjnego, aby obserwować parametry życiowe pacjenta. Maska zasłania jego twarz, ale Ginny wie, że to Jeff Lee; poznaje go po ciemnych brwiach. Edith stoi po jego prawej stronie, pochylona nad tacą błyszczących narzędzi chirurgicznych.

— Hej! — mówi z delikatnym południowym akcentem. — Znowu cię wezwali?

— Tak. — Ginny przyciska maseczkę do płonącej twarzy. — Znowu — dodaje, zbyt głośno.

Edith wpycha rudy lok pod czepek.

— Wszystko w porządku?

Ginny przysuwa lampę do brzucha profesora Kellsa; ostry zapach roztworu antyseptycznego wypełnia jej nozdrza.

— Tak. Tylko jestem zmęczona.

Edith odwraca się do schludnego stosu gąbek, gazy i nici na innej tacy, kolejny raz przelicza je dla pewności. Zagląda Tricia z ostatnimi wynikami, wołając:

— Czas nacięcia 23:57. — Po czym ponownie znika za wahadłowymi drzwiami.

— Ostrze dziesięć — mówi Ginny. Wykonuje pierwsze cięcie, od wyrostka mieczykowatego do kości łonowej. Potem jeszcze dwa nacięcia, otwiera cały brzuch. Wyciąga rękę, i Edith podaje jej hak Bookwaltera. Wnętrze pacjenta to lepki bałagan. Gdzieś doszło do perforacji, to na pewno, i jest duże zagrożenie, że wpadnie we wstrząs septyczny, zanim uda jej się odnaleźć źródło krwawienia. Jeff też o tym wie. Koncentruje się na ciśnieniu krwi pacjenta.

— Co za gówno! — mówi Ginny.

— Dosłownie. — Jeff próbuje ponuro zażartować.

Ginny prycha bez entuzjazmu.

Po drugiej stronie stołu Edith zmienia położenie haka. Cienki naszyjnik błyszczy na jej piegowatej szyi.

— Sól? — pyta.

— Musimy działać szybko — mówi Ginny, zupełnie niepotrzebnie, bo Edith już wprowadza sól fizjologiczną do jamy brzusznej pacjenta.

Ginny wkłada palce między pętle jelita i przesuwa je wzdłuż krezki, usuwając kosmyki tkanki bliznowatej. Prosi o odsysanie, a następnie powoli przesuwa dłonie wzdłuż przewodu pokarmowego, zaczynając od żołądka i kierując się w dół jelita cienkiego — szuka pęknięcia. Pamięta swoją ostatnią operację, którą przeprowadzała razem z Edith. Trwała długo, pięć, sześć godzin. Kiedy skończyły wczesnym rankiem, poszły na śniadanie, mimo że obu trudno było utrzymać otwarte oczy. Z biegiem lat Edith stała się jej przyjaciółką. Ginny zawsze czeka, aby spotkać się z nią w pracy. Ale nigdy nie rozważała…

— Nie podoba mi się jego ciśnienie krwi. — Głos Jeffa przykuwa uwagę Ginny.

Koncentruje się na linkach różowego jelita, ostrożnie je przesuwając, aż do momentu, gdy dostrzega niewielką perforację w fałdzie okrężnicy.

— Dwie klemy jelitowe — mówi — i przygotuj szew Vicryl 3/0. — Zaciska obie strony pęknięcia, wycina fragment przedziurawionego jelita i zaczyna je zszywać, warstwa po warstwie. Skupiając się na szwach, nie odrywa oczu od stołu operacyjnego; ciśnienie krwi profesora Kellsa się ustabilizowało.

Rozdział drugi

Mark wyjeżdża z podjazdu swoim czternastoletnim jeepem. Za jego plecami górę spowija mgła. Mężczyzna skręca gwałtownie, aby ominąć swoją nową sąsiadkę Cass i jej dużego, czarnego psa. W samochodzie panuje cisza, poza odgłosem niespokojnego stukania kciukiem o kierownicę. Jego syn Noe siedzi z tyłu i wygląda przez okno. Mark sprawdza, która jest godzina. Dziś rano ma wygłosić przemówienie przed swoimi kolegami z Wydziału Rybołówstwa i Środowiska — zaprezentuje swoje badania nad Rana pretiosa, oregońską żabą plamistą, co, jak ma nadzieję, zmieni bieg jego kariery.

Mark, zostawiwszy zacienioną drzewami dzielnicę, mija zarośnięty słonecznikami i szałwią ogród publiczny i robi miejsce dla rowerów na głównej drodze. Drży mu lewe kolano. W lusterku wstecznym widzi, jak Noe wyjmuje z plecaka piłkę żółtą jak brzuszek sikorki i podrzuca ją w rękach. Jego plecak wygląda podejrzanie lekko. Czy spakował wszystkie potrzebne książki? Mark nie chce marudzić. Nie jest to łatwe, kiedy pragnie jedynie wrócić do czasów, gdy Noe miał trzy lub cztery lata i wszystko, co działo się w jego małej główce, było transparentne. Musiał tylko zapytać, a Noe mu powiedział.

To już ostatni rok w szkole podstawowej. Na przyszłą jesień Noe pójdzie do Gimnazjum im. Linusa Paulinga, o czym Mark nie przestawał myśleć. Jego syn wkrótce stanie się nastolatkiem. Już niedługo. A Mark na to nie jest gotowy. Na dorastanie Noego, na jego wyprowadzkę z domu. Wtedy zostaną tylko oni, Mark i Ginny. Nie chce myśleć o tym, jaki pusty będzie dom, gdy Noe się wyprowadzi.

Mark skręca w Cedar Lane. Na frontowych gankach przysadziste dynie i tykwy wypychają ceramiczne donice z astrami i chryzantemami oraz czarnookie rudbekie. W ogródkach przed domami na jasnych, mokrych trawnikach sterczą tabliczki z napisami:

TAK DLA WŁADZY LOKALNEJ, NIE DLA FLUORU!

UTRZYMAJ GRANCIE MIASTA: GŁOSUJ NA TAK NA 133

MIŁOŚĆ TO RODZINA

Podjeżdżają do domu Petera, kolegi Noego, dwupoziomowego, z dachem pokrytym porostami. Na ganku stoi dziewczyna w jasnych, różowych dżinsach. Trzyma czarny futerał na instrument, wielkości brązowego niedźwiadka albo przerośniętego borsuka. Dziewczyna jest w klasie Noego — Lydi czy Livi? Mark spotkał ją i jej matkę raz lub dwa razy. Mieszka niedaleko.

Czekają minutę, ale nikt nie wychodzi z domu. Dziewczyna gapi się na nich.

— Możesz pójść po Petera? — pyta Mark.

Noe, otworzywszy drzwi samochodu, wyskakuje jednym płynnym ruchem, trzymając piłkę pod pachą. Macha do dziewczyny, biegnąc trawnikiem. Potem wyrzuca piłkę wysoko w powietrze i wyskakuje, aby ją złapać, a jego ciało wygina się lekko w łuk, jakby się kłaniał.

Cały wydział Marka będzie rano na jego prezentacji, także dziekan… może. Miejmy nadzieję. Jego projekt badawczy potrzebuje zaledwie niewielkiego procentu z pięćdziesięciu milionów dolarów przekazanych niedawno uniwersytetowi na finansowanie badań nad klęskami żywiołowymi. Wszyscy dostali część: geofizycy, ludzie z instytutu badań fal i oczywiście sejsmolodzy. Jednak wszyscy skupiali się na strefie subdukcji Kaskadii u wybrzeży Oregonu, kiedy bardziej bezpośrednie zagrożenie — Broken Mountain — czyhało tuż pod ich stopami. Badania Marka dotyczące związku między aktywnością geotermalną a zachowaniem zwierząt ujawniły dowody na to, że góra może wybuchnąć szybciej, niż ktokolwiek sądził. Być może w ciągu najbliższych dwudziestu lat. Lecz jego projekt otrzymał dokładnie zero dolarów.

Noe kopie piłkę, aż rozlega się głośne łup, a ta szybuje wprost w krzewy azalii. Gracja, z jaką porusza się jego syn, zawsze go zadziwia. Skąd się wziął ten dzieciak? Potem sobie przypomina… ma to po Ginny. Noe wydobywa piłkę z krzaków i rozmawia z Livi, która chodzi po ozdobnych kamieniach okalających trawnik. Zostawiła futerał z instrumentem na zadaszonym ganku. Noe przerzuca piłkę z jednej ręki do drugiej, przyjmując zrelaksowaną, pewną postawę. Livi mówi coś do niego, ma twarz blisko jego twarzy. Wykonuje dramatyczny gest, wyciągając ręce, a on się śmieje. Potem dziewczyna obejmuje go w pasie.

Mark wzdryga się, ma szczerą chęć schować się pod deską rozdzielczą. Czuje, że nie powinien im się przyglądać, a jednak nie może odwrócić od nich wzroku.

Wreszcie zjawia się Peter, w zielonych spodniach od dresu i z zaspaną twarzą. Prawy but ma włożony tylko do połowy, więc tupie nim o ziemię, chcąc wcisnąć stopę. Podnosi obie ręce. Noe wyplątuje się z objęcia Livi, aby rzucić Peterowi piłkę.

Livi staje na palcach i szepcze coś do ucha Noemu. Bez piłki w rękach Noe jest mniej pewny siebie, mniej zwinny. Wygląda bardziej jak Mark. Nie z twarzy, ale z postawy. Widząc to, Mark czuje mieszaninę przyjemności i bólu.

W kuchni rodziców Samara otwiera szafkę pełną zbyt jaskrawej, wielobarwnej ceramiki i wyciąga kubek w kolorze wody basenowej. Włączywszy czajnik elektryczny, patrzy przez okno na mokry chodnik i kołyszące się sosny. Nowa sąsiadka jej rodziców, Cass, spaceruje z czarnym futrzastym psem, a połami jej zbyt dużego prochowca szarpie wiatr.

Czajnik wyłącza się. Na zewnątrz Mark wycofuje brudnego jeepa w ślepą uliczkę, jego syn Noe siedzi z tyłu. Samara zaciąga rolety. Nie może patrzeć, jak rodzina doktor McDonnell spędza swój dzień jakby nigdy nic. Przecież jej matka, Ashmina, nie żyje. Miesiąc temu poszła do szpitala i nigdy stamtąd nie wróciła.

Otwiera lodówkę, wciąż wypełnioną podarowanymi zapiekankami i półmiskami z potrawami, w tym nieruszonym plackiem z jeżynami od Marka i Ginny, i zamyka ją. W głowie słyszy głos swojej matki, zachęcający ją, by się ruszyła. Za kilka minut ma spotkanie zaplanowane przez jej matkę sześć tygodni temu, z nadzieją, że sama będzie mogła pójść. Chce je odwołać, ale głos matki mówi „nie”. Mówi: „Dalej, Sammy, lepiej czymś się zająć”.

Samara otwiera szafkę i na blat spada góra pudełek i puszek z herbatą. Zielona herbata z jaśminem, zielona herbata z cytryną, liść maliny, mięta ogrodowa, mięta marokańska, cejlońska, trzy puszki assama, dwie gunpowdera i rumianek z kozłkiem lekarskim. Wybiera cejlońską, zalewa gorącą wodą i odkłada pojemniki jeden po drugim.

Bierze kubek do sypialni i szturcha Shawna, który wciąż śpi pod jej starą kołdrą w dalie.

— Musisz się stąd wynieść, zanim tata wstanie.

Shawn podnosi głowę z poduszki i mruży oczy.

— Naprawdę? — Ma zaspany głos. — Przecież wie, że tu jestem.

To prawda. Ona i Shawn spotykali się od czasu do czasu, odkąd dziesięć miesięcy temu przeprowadziła się z powrotem do domu, kiedy zachorowała jej mama.

— Wiem. Ale jednak… — Otwiera szafę i próbuje wyciągnąć spódnicę i koszulę z plątaniny ubrań matki, nadmiar z szafy w głównej sypialni: sukienki, spodnie i spódnice we wszystkich kolorach tęczy, szaliki zawiązane w skomplikowane węzły żeglarskie lub w zadziorne papugi z błyskającymi czarnymi oczami oraz sari w kolorze koralu, oberżyny i żółci kadmowej, obrębione migoczącymi szklanymi trójkątami.

— Więc odpowiesz mi?

— Na co? — Samara wypowiada pytanie w fałdy sukienki w różowe orchidee, pachnącej drzewem sandałowym i skórką pomarańczową. W swojej głowie słyszy głos matki; „zawsze lubiłam tę sukienkę”.

Shawn opiera łokcie na kolanach. Na gołej piersi ma tylko jedną kępkę jasnych włosów, na samym środku.

— No to kiedy wracasz do Seattle?

Samara, odwróciwszy się, przykłada prostą różową koszulę i szarą spódnicę do ciała. Nie mówi mu, że nie ma do czego wracać, że kiedy jej mama zachorowała, zrezygnowała ze swojej pracy… posady, której i tak nie lubiła; że jej mieszkanie w Seattle było wynajmowane. Zamiast tego przygląda się jego szerokiemu czołu, krótko przyciętym włosom i małym, jasnoniebieskim oczom. Nie wygląda jak wtedy, kiedy dorastali. Wtedy był wysoki i chudy i zawsze nosił takie same workowate sportowe spodenki. Jego rodzina miała w piwnicy stół do ping-ponga, a on próbował z nią rozmawiać, gdy grała z jego siostrą. Gdyby on miał kolegę, graliby w debla. W myślach słyszy stukot małej białej piłeczki o blat stołu; czuje zapach wilgotnej wykładziny, frytek i gumy truskawkowej.

— Jeszcze nic nie postanowiłam — mówi w końcu.

— Myślę, że powinnaś zostać.

— W Clearing? Tam dorastaliśmy.

— Ja tu mieszkam.

— To co innego.

— W jakim sensie?

Zza okna dochodzi do Samary uporczywe stukanie dzięcioła. „Rusz się”, słyszy głos matki. „Spóźnisz się”.

— Nie wiem. Po prostu tak jest.

Słychać łoskot rozkładanej drabiny.

— Sio, ptaszysko! — krzyczy ojciec.

— Tata nie śpi. — Samara wzdycha.

— Co on robi?

— Walczy z dzięciołem. — Samara naciąga świeże majtki. — Gdzie jesteś dzisiaj?

— Przebudowa na Woodland Avenue. A ty?

— Mam spotkanie z klientem.

— Powinnaś przyjść później.

— Nie mam tylko dla siebie tego wielkiego domu…

— Nie chodzi tylko o mnie. Mam też psy.

— Może. — Samara zapina koszulę i wkłada buty. — Jak będziesz wychodził, to tylnymi drzwiami, dobrze?

Musi się spieszyć, aby dotrzeć na Arden Street na czas, ale kiedy już tam jest, nikt nie otwiera drzwi. Pamięta ten dom; tam mieszkała jej nauczycielka fortepianu, pani Kells. Dokładna odwrotność parterowego domku jej rodziców z 1959 roku. Drzwi frontowe po prawej stronie garażu zamiast po lewej. Góra, wznosząca się kilka ulic dalej, tworzy zieloną ścianę, która przecina jasnoszare niebo na pół.

 

Samara zerka przez frontowe okna, ale nic nie widzi przez ciężkie zasłony. Kiedy brała lekcje gry na fortepianie, widziała tylko salon z niebieskimi tapetami, w którym stał błyszczący instrument. Przypomina sobie dźwięk wysokich tonów i twardy pedał pod jej małą stopą. Pani Kells zmarła, gdy Samara była jeszcze w liceum. Zastanawia się, czy pianino wciąż jest w środku.

W końcu jej telefon dzwoni w kieszeni kurtki. To Ben Kells; mówi, że nie dotrze na spotkanie. Musiał zabrać ojca do szpitala w środku nocy. Pyta, czy może sama wejść i ocenić nieruchomość? Klucz jest ukryty z boku domu.

— Oczywiście, nie ma problemu — mówi zdecydowanym, ostrym tonem matki. — Mam nadzieję, że ojciec wróci do zdrowia.

Obchodzi dom omszałym betonowym chodnikiem, znajduje ceramiczną doniczkę, o której mówił Ben, i przechyla ją na tyle, by wysunąć klucz spod wilgotnego spodu. Przez chwilę chwieje się, ale odzyskuje równowagę i wraca przed dom. Próbuje umieścić klucz w zamku, raz tak, raz tak. Wreszcie zasuwa się poddaje. W korytarzu jest parno. Samara próbuje określić zapach: to nie pleśń czy zgnilizna, ale wilgotna tkanina, jak tapicerowana kanapa pozostawiona zbyt długo w piwnicy.

Jest zaskoczona, widząc, że dom jest pusty — jej matka mówiła, że są tam regały z książkami od ściany do ściany. Przechodzi przez salon, mijając wyraźne wgłębienie w dywanie, gdzie stał fortepian; spodziewa się, że coś może ją zaskoczyć. — Sammy — powiedziała jej kiedyś matka — uważaj na kostki. Nigdy nie wiadomo, co kryje się w pustym domu. — Jakieś pięć miesięcy temu oglądali nieruchomość wystawioną na sprzedaż po drugiej stronie miasta. — Raz szop przebiegł mi po nogach. — Ashmina roześmiała się, aż zadźwięczały koraliki na końcach szala owiniętego wokół jej łysej głowy. — Weszłam do kuchni, a on tam był. Pamiętam jego dziki, włochaty pysk. I jego oczy… — Dłońmi zrobiła kółka wokół swoich oczu jak w pantomimie. — Nie chcesz, żeby taka morda wyskoczyła na ciebie w ciemności.

Po kątach domu Kellsów na szczęście nic nie chowa się, w każdym razie jeszcze nie. Samara otwiera szeroko drzwi na tylną werandę i wpuszcza chłodny powiew, a wraz z nim zapach żywicy sosnowej, kory, mokrej trawy z ogrodu.

Układ i powierzchnia domu są prawie takie same jak domu jej rodziców, ale zdumiewające jest to, jak dużo miejsca można zyskać, kiedy usunie się wszystkie meble, lampy i poduszki oraz rośliny doniczkowe, oprawione grafiki towarzystwa przyrodniczego, stosy thrillerów w twardych okładkach i torby z przędzą dziewiarską. Obchodzi oba piętra, zatrzymując się na kilka minut w każdym pokoju. Całe wyposażenie jest oryginalne, wapienne kominki, stalowe szafki kuchenne, linoleum w złote cętki. Jej matce by się to nie podobało. „Ciężko to będzie sprzedać, Sammy”, narzekałaby. Żadnych modernizacji. Ale Samara to lubi. Różowe płytki w łazience na piętrze są jak zimne pastylki, gdy przesuwa po nich palcami. Siatkowy ekran przed paleniskiem kominka wydaje dźwięk wshhh, wshhh, gdy pociąga za przewód. Szuflady wbudowanych siedzisk pachną cynamonem i goździkami.

Samara schyla się do listwy przypodłogowej w salonie i szturcha róg dywanu. Pociąga go na próbę, i wykładzina poddaje się, wydając odgłos przypominający zrywanie szwów sukienki. Samara kicha i przesuwa dłoń po nieskalanych drewnianych podłogach.

Słyszy głos matki; mówi jej, żeby przestała marnować czas, żeby wzięła się do roboty. Ashmina miała swoje metody pracy, które rozwijała w tej branży przez ponad trzydzieści lat. Zawsze chodziła po domu, rozmawiając na niepowiązane ze sobą tematy — co Samara zamierza zrobić ze swoim życiem, jak przyciągnąć więcej kolibrów do ogrodu, co planuje ugotować na obiad. Przez cały czas zastanawiała się, które elementy domu dodają wartości, które odejmują. Jej wewnętrzny kalkulator pracował z prędkością, z jaką mogły się poruszać jej oczy.

W przeszłości Samara próbowała ją naśladować. Ale gdy przechodzi przez dom Kellsów, nie dodaje i nie odejmuje w pamięci. Nie zapisuje fraz w opisie do bazy nieruchomości — dobrze utrzymane wyposażenie, patio stwarzające idealne możliwości do wypoczynku, wszędzie blisko. Zamiast tego wchodzi do każdego pokoju i wychodzi, a kiedy skończy, zaczyna od nowa.

Wyobraża sobie ludzi, którzy tu mieszkali. Nigdy nie poznała męża pani Kells, choć wie, że uczy filozofii na uniwersytecie i niegdyś pojawiał się w telewizji publicznej w programie Wielkie umysły historii. Dobrze pamięta jedynie głos nauczycielki, wyraźny i stanowczy, gdy Samara grała gamy. Jednak tu i tam odnajduje małe wskazówki. Spinki do włosów w szufladzie w głównej łazience. Znaczony kurzem zarys linii książek na wbudowanych regałach. Wycinek z gazety w spiżarni:

PIECZ INDYKA WEDŁUG WAGI:


WagaCzas pieczenia (bez nadzienia)Czas pieczenia (z nadzieniem)
2–3 kg2–2½ godz.2¼–2¾ godz.
3–4 kg2½–3 godz.2¾–3¾ godz.
4–8 kg3–3½ godz.3¾–4½ godz.
8–10 kg3½–4 godz.4½–5 godz.
10–11 kg4–4½ godz.5–5½ godz.

Wyobraża sobie mężczyznę w średnim wieku, stojącego ze szczypcami w ręku przy grillu z węglem drzewnym na kwadratowym kamiennym patio. W powietrzu czuć woń opiekanych steków. Nastoletni chłopcy o długich kończynach kręcą się pod zniszczoną tablicą z obręczą do koszykówki na podjeździe. Ich okrzyki i uderzenia piłki o tablicę. Wyobraża sobie świeżo poślubioną panią Kells, ubraną do łóżka w długą różową koszulę nocną i leżącą w poprzek na szerokiej kanapie w salonie, ze stopami wtulonymi w kolana męża. Oboje trzymają książki, a ciszę pokoju przerywa tylko okazjonalne obracanie kartek. Potem obraz zmienia się, i to ona jest w różowej koszuli nocnej, a Shawn trzyma jej stopy. Kręci głową. Dlaczego o tym pomyślała?

Głos jej matki każe jej przestać śnić na jawie. Nie ma jej tutaj, aby ocenić dom, wyobrazić sobie tutaj siebie. Samara wyłącza światła, zamyka przesuwne drzwi i sięga po klucze na kuchennym blacie. Spędziła tu prawie godzinę i właściwie nic nie osiągnęła. Naciąga kaptur i biegnie do samochodu.