Nowe przygody grzecznego psaTekst

Z serii: Grzeczny pies #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wrrr… znowu ten paskudny bernardyn? Przechodził sobie jak gdyby nigdy nic obok MOJEGO płotu, poszczekując na mnie tym swoim basem. Doskoczyłem do ogrodzenia i natychmiast zapadła cisza. Obwąchałem przeciwnika przez siatkę, trąciliśmy się nosami i bernardyn podreptał posłusznie za swoim panem. Właściwie to nic do niego nie mam, ale trochę mnie denerwuje, że jest taki duży. Ja też nie jestem mały, ale ten cały bernardyn stanowczo przesadził. A poza tym nie lubię, jak ktoś patrzy na mnie z góry.

Pamiętacie mnie jeszcze? Nazywam się Winter i podobno jestem już prawie dorosły. Prawdę mówiąc, dokładnie nie wiem, co to znaczy – ale wydaje mi się, że nic ciekawego. Ludzie ciągle przypominają mi, żebym się dobrze zachowywał, bo przestałem już być szczeniakiem. Nie trzeba mi tego powtarzać – zawsze byłem grzecznym psem i nie zamierzam się zmieniać.

W naszym domu oprócz mnie mieszka jeszcze Henryk z Hanką, Alek i Julia. No i Rudy, który niedawno dołączył do naszego stada. Henryk i Hanka mówią o nim, że jest „wielorasowy” – chyba wydaje im się, że „kundel” brzmi obraźliwie. Dziwni ci ludzie, słowo daję, co to za różnica? Ja jestem na przykład rasowym alaskanem malamutem. Mam nawet specjalny rodowód (dokładnie nie wiem, o co chodzi, ale to jest podobno coś ważnego) – i wcale nie zadzieram z tego powodu nosa. Po prostu taki się urodziłem. Pewnie jesteście ciekawi, jak wyglądam? Jestem szary, mam biały ogon z szarą kitką, biały pyszczek, a wokół oczu takie śmieszne szare okularki. Jak byłem mały, to miałem przy nosie różową łatkę, ale mi zarosła.

Rudy jest… rudy (chociaż Hanka mówi, że jest brązowy), ma białe łapki w rude kropki i takie śmieszne, lekko oklapnięte uszka, które mu podskakują, kiedy biegnie. Jest chyba ze cztery razy mniejszy ode mnie, ale nadrabia sprytem i bezczelnością. Rudy zawsze wszędzie się wkręci – wlezie tam, gdzie go nie chcą, a potem udaje, że jest zaproszony. Robi przy tym minę niewiniątka, a jest niezłym rozrabiaką i nieraz mam przez niego kłopoty. Na przykład ostatnio, jak ganialiśmy się po domu – stłukł się porcelanowy, podobno jakiś cenny dzbanek. Gdy Henryk wrócił z pracy i zobaczył skorupy, to bardzo się zdenerwował, a potem podszedł do mnie z groźną miną i zapytał:

– Co to było, Winter?!

Nie rozumiem, dlaczego mnie o to pyta – przecież dobrze wie, że to był porcelanowy dzbanek i że ktoś go stłukł. Poza tym byłem przekonany, że to sprawka Rudego, ale Rudy… no właśnie. Zrobił tę swoją minkę, uszy mu całkiem oklapły i zaczął się trząść jak galareta.

– Nie krzycz tak, nie widzisz, jak to działa na Rudego? – zirytowała się Hanka.

Henryk westchnął ciężko i podrapał Rudego za uchem, mrucząc „dobry piesek”, a do mnie warknął:


– Żeby mi to było ostatni raz, Winter!

To ma być sprawiedliwość? Sami widzicie, że można się zdenerwować. Poza tym w czasie spacerów Rudy biega sobie luzem, a ja chodzę na lince albo na smyczy. Nie wiem, dlaczego wszystkim się wydaje, że jak nie będę przypięty, to zaraz ucieknę. Gdy na horyzoncie pojawia się większy od ratlerka pies – Rudy momentalnie się jeży jak jakiś dinozaur i chowa pod moim brzuchem. Co jakiś czas wychyla łeb i obszczekuje wroga. A kto jest wrogiem Rudego? Każdy, kto na jego widok nie umiera ze strachu. W rezultacie muszę wyjaśniać różne nieporozumienia i bronić honoru stada, co wcale nie jest łatwe…

Ostatnio na przykład dość długo przemawiałem do rozumu pewnemu rottweilerowi – nie dość, że się strasznie napracowałem, to jeszcze Henryk miał do mnie pretensje, zupełnie nie wiem o co. A Rudy, jak to Rudy… siedział cały czas w krzakach, a na końcu obszczekał rottweilera.

Mój dołek pod wiśnią

Lato tego roku było wyjątkowo słoneczne i upalne – dzień w dzień z rozgrzanego nieba lał się żar. Te tropiki to nie dla mnie – jestem w końcu psem z Alaski, a moja ulubiona pora roku to oczywiście zima. W domu było za gorąco, więc noce spędzałem w ogrodzie albo na tarasie. W ogóle muszę wam powiedzieć, że ogród jest (szczególnie dla psa) niesamowicie fajną sprawą – do niedawna mieszkałem w bloku, na trzecim piętrze, i mnóstwo czasu spędzałem na balkonie. Teraz mam własny teren i co rano robię obchód, obsikując to i owo. Raz obsikałem jakieś specjalne róże i wybuchła awantura. Nie wiem, o co tyle hałasu, bo tylko się pokłułem w okolicach ogona. Więcej już się tam nie zbliżę.

Pewnego dnia, gdy było niemożliwie wprost gorąco – Henryk wpadł na beznadziejny pomysł, żeby ochłodzić atmosferę i zaczął mnie polewać lodowatą wodą prosto z gumowego węża. Znienacka uderzył we mnie zimny strumień. To było okropne. Miałem wodę w oczach, uszach, wszędzie. Podczas ucieczki stratowałem parę krzaków, trzy drzewka i jakieś klomby, kilka razy okrążyłem ogród, a w końcu schroniłem się w zakamarku pod schodami. Hanka zbeształa Henryka:

– Co ty robisz? Dlaczego męczysz psa? Czy w ogóle zdajesz sobie sprawę, jakie to musiało być dla niego nieprzyjemne?

Zrobiłem bardzo nieszczęśliwą minę. Hanka spojrzała na mnie ze współczuciem.

– Zobacz, jaką ma minę! Biedaczek, przeżył tragedię.

Nie wiem dokładnie, co to jest „tragedia”, ale racja… chyba to przeżyłem.

– O co tyle hałasu? Ja chciałem tylko… – tłumaczył się Henryk.

– Henryku, trzeba myśleć! Sam się polej zimną wodą ze szlaucha, a zobaczysz, jaka to przyjemność – prychnęła Hanka, po czym podeszła i delikatnie podrapała mnie za uchem.

Siedziałem w ciemnym zakamarku pod schodami i cały się trząsłem. No, może trochę przesadzam. Tylko trochę dygotałem… ze złości. To polewanie zimną wodą rzeczywiście było okropne. Lubię się taplać w kałuży czy w strumieniu, ale to zupełnie co innego. Po chwili przyszedł do mnie Henryk. On też podrapał mnie za uchem i pogładził po pyszczku.

– Przepraszam, Winter. Chciałem dobrze, ale… wyszło tak sobie – mruknął lekko zawstydzony.


Polizałem go po ręce. Naprawdę lubię Henryka – co prawda czasem zdarza mu się (jak wszystkim ludziom) popełniać błędy i robić drobne głupotki, ale nie jestem drobiazgowy ani pamiętliwy. Potem poszedłem do ogrodu i wpadłem na dużo lepszy pomysł – dla ochłody wykopałem sobie ocieniony dołek pod wiśnią, w samym rogu działki. Włożyłem w to trochę pracy, bo przecież nie jestem kretem. Dołek był naprawdę super, dokopałem się do mokrej ziemi – co wcale nie było takie łatwe, bo musiałem się uporać z jakimiś wstrętnymi, oślizgłymi korzeniami. Leżałem w nim całe popołudnie. Niestety, dziurę zauważyła Hanka.

– Henryku, zakop, proszę, ten dołek pod wiśnią, w rogu ogrodu. Winterkowi widocznie było gorąco. Męczy się w tym upale.

Henryk, mrucząc coś pod nosem o psach szkodnikach, powlókł się z łopatą w róg ogrodu. Wrócił stamtąd spocony i zasapany, a potem podreptał do domu oglądać telewizję. A mnie było bardzo, bardzo gorąco, więc… po kilku minutach znów leżałem w chłodnym dołku pod wiśnią, obserwując tłustą muchę, która robiła rundy wokół mojego nosa. Tym razem dołek był o wiele głębszy. Henrykowi już tak łatwo nie pójdzie psucie mojej pracy!

Po południu, gdy zaszło słońce – zrobiło się chłodniej, więc wylazłem z jamy i poszedłem do kuchni sprawdzić, jak wygląda moja miska. Była pusta. Co prawda mgliście pamiętałem, że dzisiaj zjadłem już pełną porcję, ale zawsze widok pustej miski jest dla mnie oburzający. Sam nie wiem, czy to uczucie ssania w żołądku nie było nawet gorsze od polewania zimną wodą? Rozejrzałem się po kuchni, ale nic godnego uwagi nie pojawiło się w zasięgu mojego wzroku. Chociaż… co to jest?

Na stole leżało COŚ. Po krótkiej chwili doszedłem do wniosku, że smakołyk przeznaczony jest dla mnie, tylko Hanka zapomniała go włożyć do mojej miski. Już szykowałem się do skoku, gdy w kuchni pojawił się Rudy. Wyraźnie się oblizywał, więc ostrzegłem go warknięciem, żeby trzymał się z daleka od mojej kolacji i czekał na swoją kolej. Łypnął na mnie i zrobił zeza, co znaczyło w jego języku: „Ależ owszem, wręcz przeciwnie”. Niby takie niewiniątko, ale… trzeba na niego uważać.

Co leżało na stole? Tego nie dowiem się już nigdy, bo gdy oparłem się dwoma łapami o stół, do kuchni wpadła Hanka. Zrobiło się lekkie zamieszanie – Rudzielec wydał z siebie przeraźliwy pisk i zaczął głośno płakać, bo Hanka niechcący nadepnęła mu na łapę. Już sięgałem po smakowity kąsek, ale z tego pośpiechu trochę za mocno trąciłem talerz, który spadł na podłogę, rozbijając się tuż przed nosem Rudego. To się nazywa pech. Kątem oka zauważyłem, że moją kolację pożera Rudy, który cudownie ozdrowiał i nagle zapomniał o bolącej łapce. A mnie Hanka przegoniła ścierką.

Na trawniku zderzyłem się z Henrykiem, który galopował do domu, zaniepokojony hałasem. Ale bez paniki, prawie nic się nie stało. Henryk przeleciał w powietrzu najwyżej dwa albo trzy metry, zrobił salto i wylądował na plecach wśród lewkonii, na ulubionym klombie Hanki. Zapanowała niepokojąca cisza. A potem… pewnie się domyślacie. Najgłośniej krzyczał Henryk, choć Hankę też trochę było słychać.

– Ten potwór mnie załatwił! – zawodził Henryk. – Moja ręka, moje plecy!

 

– Uważaj na moje kwiaty! Nie miałeś gdzie się przewracać? – rozpaczała Hanka.

– Co? Kwiaty? Nie interesuje cię, czy żyję?

– Przecież słyszę, że żyjesz. Biedny Winterek, chyba nic mu nie jest? – zaniepokoiła się Hanka.

Potem rozmowa przeniosła się do kuchni, gdzie obwiniano mnie za rozbity talerz i jeszcze za coś, ale nie bardzo rozumiałem za co, bo co ja mam wspólnego ze stłuczeniami Henryka? Ciekawe, że nikt nie miał pretensji do Rudego, który zjadł moją kolację. Ten wieczór nie zapowiadał się dobrze – bolał mnie nos, na który wpadł Henryk, i byłem głodny. To niesprawiedliwe. Przecież to Henryk wpadł na mnie, a potem zniszczył klomb. Co ja mam z tym wspólnego?

Poszedłem do ogrodu i zawyłem do księżyca. Po chwili przyszła Hanka i dała mi na pocieszenie pyszny kawałek kurczaka… i wtedy sobie przypomniałem, że nie umiem się długo gniewać, po prostu taki już jestem. Więc wybaczyłem wszystkim (Rudemu nie całkiem) te awantury i hałasy. A potem poszedłem sobie cichutko do mojego ulubionego, tajnego zakątka pod jabłonką, żeby spokojnie poleżeć i popatrzeć na gwiazdy. Chyba mnie wołali, ale było mi dobrze i wcale nie miałem ochoty wracać do domu. Słyszałem, jak Henryk chodzi po ogrodzie.

– Weź latarkę – zaproponowała Hanka.

– Po co mi latarka? Znam przecież swój ogród. Winter, Wiiinter!!! – nawoływał.

A później… usłyszałem stłumiony krzyk, a potem jęk – to Henryk, nie wiem jakim cudem, wpadł do mojego dołka pod wiśnią. No tak, pełen spokoju i zadumy nastrój prysł. Dlaczego ci ludzie są tacy hałaśliwi?

Henryk krzyczał dość długo coś o bestiach, które rujnują jego życie i tak dalej. Nie wiedziałem, dlaczego on tak strasznie lamentuje, więc na wszelki wypadek nie wychodziłem ze swojego kąta i leżałem sobie spokojnie pod jabłonką. Krzyczałby pewnie jeszcze dłużej, ale jakiś pan z sąsiedniego ogrodu zapytał grzecznie, czy Henryk dostał pomieszania zmysłów i czy przypadkiem nie wie, która jest godzina? Henryk mu odpowiedział, że on nie krzyczy, tylko dyscyplinuje psa, a pod swoim oknem może sobie robić, co mu się żywnie podoba. Myślałem, że na tym sprawa się skończy, ale ten pan nie zgodził się z Henrykiem i zaproponował mu, żeby się wydzierał pod łóżkiem u siebie w sypialni. Na to Henryk zaczął machać rękami i biegać w kółko – na pewno coś by jeszcze dodał, gdyby nie Hanka, która wyszła do ogrodu i porozmawiała trochę z tym drugim panem, a potem powiedziała Henrykowi, żeby przestał się kompromitować i poszedł spać.

Jak już wrzaski ucichły i Henryk, kuśtykając, poszedł do domu – przeniosłem się do swojego dołka pod wiśnią i zasnąłem.

Przed snem pomyślałem sobie jeszcze, że do ludzi trzeba mieć wiele cierpliwości i wyrozumiałości. Myślę, że chociaż będzie trudno, to jakoś dam radę, bo jestem przecież bardzo grzecznym i mądrym psem.

Owieczka

Następnego dnia wieczorem Julia z Alkiem wrócili do domu znad morza. Powitaniom nie było końca. Nie było ich przez dwa tygodnie i muszę przyznać, że trochę się za nimi stęskniłem, a szczególnie za spacerami z Alkiem. Spacery z Henrykiem to zupełnie co innego. Zamiast ze mną biegać jak Alek – Henryk się snuje, twierdzi, że jest zmęczony po pracy i narzeka, że go szarpię. Poza tym zawsze się spieszy do domu, żeby usiąść z gazetą przed telewizorem. Czasami nie rozumiem tego całego Henryka. Nie lubię gazet, próbowałem – ale śmierdzą jakąś farbą i są gorzkie w smaku.

Obwąchałem dokładnie bagaże Julii i Alka – było tam mnóstwo ciekawych, nowych zapachów, nawet udało mi się wpaść na trop starej, suchej kanapki (na szczęście była jadalna). Jak się już porządnie przywitaliśmy, Julia zaczęła grzebać w plecaku.

– Mam dla ciebie specjalny prezent, Winterku.

– Potem mu dasz, teraz idziemy na spacer – zakomenderował Alek i założył mi treningowe szelki, a potem przypiął linę do specjalnego pasa, który wkłada, gdy idziemy biegać.

Podskoczyłem z radości. Wreszcie się trochę rozruszam. Pobiegliśmy lekkim truchtem do lasu, który zaczyna się niedaleko naszego osiedla. Nie wiem, czy wam mówiłem, że uwielbiam biegać? Po dwóch tygodniach leniwych spacerków, energia po prostu mnie rozsadzała. Czułem, jak przyspieszam i zaczynam dosłownie płynąć nad ziemią. Potem włączyłem turbo i już miałem wejść w galop, gdy zdałem sobie sprawę że… no, no… nie wiedziałem, że Alek umie latać. Przyhamowałem ostro i Alek opadł na ziemię. Zerwał się szybko i energicznie otrzepał.

– Dawno nie biegaliśmy – uśmiechnął się. – Już zapomniałem, jaka z ciebie rakieta.

Ruszyliśmy dalej – skoczyłem gwałtownie do przodu, między drzewa, ale tym razem Alek był czujny i nie dał się zaskoczyć. Biegliśmy wąską leśną ścieżką i było wspaniale. Czułem, że kocham Alka i cały świat. Potem wybiegliśmy na łąkę i zrobiło się trochę za ciepło, więc zwolniłem i pociągnąłem Alka do małej rzeczki, żeby napić się wody. Długo brodziliśmy w strumieniu i czas mógłby się zatrzymać, ale przypomniało mi się, że nie jadłem jeszcze śniadania. Wróciliśmy do domu galopem.

Na tarasie czekała na nas Julia z dziwnym, futrzanym stworkiem w dłoni. Podbiegłem i trąciłem to coś nosem. Dziwny futrzak wrzasnął nagle: „Meee!”. Odskoczyłem szybko i zjeżyłem się cały, a wszyscy wybuchnęli śmiechem. Zawarczałem dziko. Zrozumiałem, że muszę stoczyć walkę, nikt nie będzie się panoszył po MOIM tarasie. Julia przybliżała się do mnie ze stworkiem. Na wszelki wypadek zamknąłem oczy. Ale zaraz, z czego oni się tak śmieją? Poczułem woń jakiegoś swetra czy koca, a potem coś szorstkiego podrapało mnie po nosie, więc otworzyłem jedno oko i nieufnie powąchałem to coś.

– To dla ciebie, Winterku, nie bój się – powiedziała zachęcająco Julia.

Ja miałbym się bać? Ja?! Po prostu zmylił mnie zapach i te dziwne odgłosy. Pacnąłem lekko futrzaka łapą, a on znów powiedział: „Meee!”. Przyjrzałem się dokładnie temu czemuś i… cokolwiek to było, nie wydawało się groźniejsze od Rudego, co ja mówię – od mrówki. Stworek nazywał się Owieczka.

Wziąłem Owieczkę w zęby i zaniosłem pod schody, a potem to już cały czas jej pilnowałem. Jak tylko pacnąłem ją łapą albo wziąłem do pyska, to mówiła swoje „Meee!”. To było naprawdę zabawne!


Następnego dnia od rana bawiłem się Owieczką. Niestety, po południu zaczęła trochę chrypieć, pewnie od tego ciągłego meczenia.

– Zrób coś, bo oszaleję – wyjęczała Hanka do Henryka.

Pacnąłem Owieczkę łapą… „Meee!”. Wziąłem ją do pyska i parę razy podrzuciłem… „Meee!”. Hanka zatkała sobie uszy, a Henryk po cichutku zaszedł mnie od tyłu i chciał mi zabrać moją zabawkę. Czy już wam wspominałem, że mam świetny refleks? Szybko chwyciłem Owieczkę w zęby i uciekłem do ogrodu. Rozumiem, że Henryk też chce się pobawić, ale ona jest moja i koniec. „Meee!”.

Tylko nie wiem, dlaczego następnego dnia rano Owieczka na dobre straciła głos.

Grill powitalny

W sobotę mieliśmy w domu wielkie zamieszanie, bo Henryk zaprosił gości na powitalnego grilla. Mieszkamy tu od niedawna i Hanka stwierdziła, że musimy wreszcie poznać sąsiadów. Bardzo mi się ten pomysł spodobał. Jak wiecie, jestem bardzo towarzyskim psem! Od rana wszyscy krzątali się wokół domu pracowicie jak pszczółki, tylko Henryk siedział na tarasie i czytał gazetę.

– Rusz się wreszcie! – syknęła do niego Hanka. – Musimy zrobić jak najlepsze wrażenie, wiesz, jak to jest z sąsiadami.

Henryk nie wiedział. Ale w końcu posłusznie wstał z fotela i powlókł się do garażu w poszukiwaniu grilla. Wszyscy byli bardzo zajęci. Hanka usiłowała doprowadzić do porządku pogniecione lewkonie, które zdemolował ostatnio Henryk. Alek kosił trawnik, Julia nosiła naczynia na taras, a ja… zająłem się śniadaniem, a potem pobiegłem do swojej jamki pod wiśnią i na wszelki wypadek lekko ją pogłębiłem. Znacie mnie – lubię porządek i niczego nie robię byle jak.

Z ogrodu dochodziły nawoływania Henryka, który miotał się między garażem, tarasem, a składzikiem na ogrodowe sprzęty.

– Gdzie jest grill? Czy ktoś nie widział grilla? – rozpaczał Henryk.

Jego zrzędzenie działało na mnie usypiająco. Zresztą, zawsze po solidnym śniadaniu robię się senny. Śniła mi się Owieczka biegająca ze mną po lesie oraz mnóstwo pieczonych kurczaków, które fruwały nad naszymi głowami, klekocząc jak bociany.

Obudził mnie cudowny zapach pieczonego mięsa i poczułem się bardzo głodny. Zerwałem się i popędziłem w kierunku, skąd dochodziły smakowite zapachy. Zobaczyłem cudownie odnaleziony grill, a przy nim Henryka. Z grilla buchał gęsty dym.

– Tato, to mięso się chyba pali? – zauważyła Julia i pociągnęła nosem.

– Nie znasz się, to naturalny zapach grilla – powiedział Henryk z miną znawcy. – Wszystko mam pod kontrolą.

Poczułem słodki zapach zwęglonego mięsa i ślinka pociekła mi po pysku. W tym momencie nadbiegła Hanka. Wpadła w chmurę czarnego dymu i zaczęła kaszleć.

– Ale smród! Kto to będzie jadł? – wykrztusiła wreszcie. – Wszystko spalone na węgiel!

– Nic nie jest spalone, po prostu mięso musi być dobrze wypieczone!

Henryk zrobił się czerwony i zaczął nerwowo przerzucać kawałki mięsa na ruszcie. Z grilla buchnął ogień, a potem gęsty dym.

– Co ty wyprawiasz?! – wrzasnęła Hanka.

– Czy ty zawsze musisz wtrącać swoje trzy grosze? – uniósł się Henryk. – Nie masz zielonego pojęcia o grillowaniu!

– Ale mam dobry wzrok! I widzę spalone na węgiel skwarki!

– To jest dobrze wypieczone mięso!

– Możesz to sobie wyrzucić do śmietnika – prychnęła Hanka.

– Ach tak? – zapytał Henryk podejrzanie spokojnym głosem. – Do śmietnika?

Wściekłym ruchem zrzucił spalone kawałki mięsa na talerz i z godnością oddalił się do domu.

– Sami sobie teraz grillujcie – rzucił jeszcze obrażonym tonem. – Idę schłodzić napoje.

Poszedłem za wonią węgla… to jest, chciałem powiedzieć, przypieczonego mięsa. Talerz znalazłem na tarasie. Mięsko rzeczywiście było spalone na węgiel i bardzo gorące. Nieźle się poparzyłem, ale jadałem już w gorszych warunkach. Zresztą sami rozumiecie, nie było czasu na grymaszenie. Poza tym z ogrodu poczułem nowe smakowite zapachy – przy grillu krzątał się Alek.

Prawie dobiegałem do grilla, gdy usłyszałem z oddali skrzypienie furtki. Zrezygnowałem z kontroli grilla i pobiegłem się przywitać. Nie wiem dlaczego, pobiegła za mną Hanka.

–Winter, stój, stóóój! – wrzeszczała histerycznie.

Ale, jak pewnie wiecie, nie reaguję na komendę „stój”, jak również na inne tego typu komendy. Właściwie nie przypominam sobie, żebym reagował na jakąkolwiek komendę i prawdę mówiąc, jestem z tego dumny. Nie myślcie sobie, że jestem nieposłuszny. Nic z tych rzeczy. Po prostu wiem, jak mam się zachować, i nie potrzebuję do tego żadnych komend.


Gdy przygalopowałem do furtki, właśnie wchodziła przez nią jakaś gruba pani z naręczem kwiatów. Już chciałem się z nią grzecznie przywitać i szykowałem się do skoku, żeby polizać ją po twarzy – gdy nagle mnie zobaczyła i… zastygła jak posąg. Stała tak przez chwilę bez ruchu, patrząc na mnie wytrzeszczonymi oczami. Ja też na nią patrzyłem – byłem pełen entuzjazmu i odruchowo oblizałem się od ucha do ucha. To jakoś źle podziałało na grubą panią, bo najpierw bardzo zbladła, a potem… jak nie zdzieli mnie po pysku bukietem kwiatów! Uff, zatkało mnie. Po chwili się otrząsnąłem i zrobiłem malutki kroczek do tyłu. Nie wiadomo, co jej jeszcze strzeli do głowy. Trzeba jednak przyznać, że nabrałem do niej trochę szacunku. Po chwili od strony domu nadbiegła zdyszana Hanka.

– Ach, dzień dobry, witamy. Proszę się nie bać, to tylko Winter… bardzo łagodny i grzeczny pies. Winterku, przywitaj się ładnie.

Stałem i gapiłem się na zmianę to na jedną, to na drugą. Co jest grane? Przecież bym się ładnie przywitał, gdyby mi nie przywaliła tą zieleniną.

Pani z bukietem szybko się zmyła, a przy furtce pojawili się następni goście. Cała rodzinka – mama i tata z bliźniaczkami oraz dziadkiem.

– Witamy, witamy – szczebiotała Hanka. – Proszę śmiało wchodzić, Winter jest łagodny jak baranek.

– Plosę pani, a ja znam Wintela! – zapiszczała jedna z bliźniaczek.

– Tak, a skąd? – ucieszyła się Hanka.

 

– A bo on kiedyś ganiał kota psed sklepem! Stlasnie scekał i psestlasył jednego pana, któly wpadł do lowu z wodą!

Hanka zaczerwieniła się i bąknęła, że to chyba jakaś pomyłka, i że ja nie ganiam kotów. W sumie ma rację, bo nie mam nic do kotów, tylko… strasznie lubię zabawę w ganianego.

– Pani weźmie tego zwierza, żeby mnie nie oślinił – zażyczył sobie dziadek.

– Czy on aby nie gryzie? – spytała mama.

– Tato, cy to jest wilk? – wysepleniła druga z bliźniaczek.

– Chyba nie boisz się wilków? – zaśmiał się sztucznie tata, zezując w moim kierunku.

Bliźniaczka numer dwa schowała się za plecami taty, a bliźniaczka numer jeden koniecznie chciała, żebym podał jej łapę. Z tą łapą to lekko przesadziła.

Potem Hanka zaprowadziła gości do ogrodu, a ja jednym skokiem powitałem z entuzjazmem bardzo wesołego pana, który przyszedł z plastikową torbą, w której coś pobrzękiwało. Wesoły wcale się nie pogniewał – najpierw sprawdził, czy mu się nic nie potłukło, a potem zaczął gramolić się z ziemi. Zaraz nadbiegł czerwony na twarzy Henryk i pomógł mu wstać, przepraszając go co chwilę.

– Co się pan tak stresuje, sąsiedzie? – zdziwił się Wesoły. – Gdzie jest lodówka? – zainteresował się po chwili.

Henryk zaprowadził Wesołego do kuchni, gdzie wypakowali torbę, w której, niestety, były tylko butelki i nic jadalnego. Poczułem się lekko rozczarowany. Trąciłem Henryka nosem, ale on nie zwracał na mnie uwagi, zajęty rozmową z Wesołym. Wesoły otworzył jedną z butelek i nalał do szklanek jakiegoś żółtawego płynu, który bardzo brzydko pachniał. Ewakuowałem się do ogrodu.

Tymczasem w ogrodzie wszyscy goście zajęci byli jedzeniem, piciem, rozmową i nikogo nie obchodziło, że właśnie nadeszła pora mojej kolacji. Podszedłem do grilla i spojrzałem Alkowi głęboko w oczy.

– To dla gości, Winter. Ty już zjadłeś swoją porcję, sam widziałem – spławił mnie Alek.

Byłem po prostu oburzony! Te parę węgielków to miała być moja kolacja? Próbowałem zajść Alka z drugiej strony, ale niestety ma świetny refleks. Zrozumiałem, że nie mam szans na żadną zdobycz. Te wszystkie cudowne zapachy dosłownie skręcały mój żołądek, który głośno domagał się posiłku.

Z głodu słaniałem się na nogach. Ostatkiem sił podszedłem do dziadka, który tłumaczył coś zawzięcie tatusiowi. Nawet nie musiałem się specjalnie rozglądać – od razu zobaczyłem, że trzyma w dłoni udko kurczaka. Ślinka napłynęła mi do pyska. Piękne, dorodne, wypieczone, soczyste i pachnące udko! Zauważyłem, że dziadek przestał mówić i otworzył usta – najwyraźniej szykował się do ugryzienia udka. MOJEGO udka, rozumiecie? Nie miałem chwili do stracenia. Skoczyłem szybko i delikatnym kłapnięciem wyrwałem mu udko z ręki.

Nawet nie zdążyłem przełknąć zdobyczy, gdy rozpętało się piekło. Mamusia zemdlała, a tatuś wskoczył na krzesło i zaczął energicznie machać widelcem.

– Zabierzcie ode mnie tego mordercę! – wrzeszczał.

– Jemu od początku źle patrzyło ze ślepiów! – wtórowała mu gruba pani, która cuciła mamusię.

– Zagryzł dziadka! Ratunku! – wydzierał się tatuś.

– Stlasny potwól! – piszczała bliźniaczka numer dwa (zresztą nie byłem pewny która, bo bliźniaczki zaczęły mi się mylić).

Gruba pani w końcu ocuciła mamusię, która odzyskała przytomność razem z głosem i zawyła jak stado szakali, aż mi ciarki poszły po grzbiecie. Bliźniaczka numer dwa piszczała jak alarm samochodowy, a tatuś coś tam wykrzykiwał o wściekliźnie i psach zabójcach.

O co im chodzi? Kto zagryzł dziadka? Muszę się przyznać, że jak zwykle nic z tego wszystkiego nie rozumiałem i miałem szczerze dość tych hałasów. Kątem oka zobaczyłem, że na trawie leży jakiś bezpański talerz (chyba upuściła go mamusia) z resztką pieczeni. Chwyciłem pieczeń w zęby i oddaliłem się w bezpieczne miejsce, zostawiając za sobą to hałaśliwe towarzystwo.

– Gdzie jest właściciel tego potwora? – gorączkował się tatuś.

Zobaczyłem, że buraczkowy na twarzy Henryk wyłazi z krzaków, patrząc w ziemię.

– Niech pan coś zrobi! Trzeba wezwać policję! – tubalnym głosem wykrzykiwał tatuś, miotając się na krześle.

– Mógłby pan się uspokoić? – zapytał w końcu Wesoły, który siedział obok ze szklaneczką w dłoni. – Burzy pan nastrój, który jak dotychczas był dość pogodny.

– JA mam się uspokoić? – Tatuś z oburzenia aż przestał machać widelcem. – Wobec takich okoliczności? Przecież ta bestia zagryzła…

– Jaka znowu bestia? I kogo zagryzła? – Wesoły zaśmiał się serdecznie i poklepał tatusia po plecach. – Człowieku, wyluzuj trochę…

Tatuś rozejrzał się nerwowo. Był bardzo zdziwiony, ale świat wyglądał normalnie. Gruba pani plotkowała o czymś z mamusią. Alek wciąż grillował. Hanka wychodziła właśnie na taras z sernikiem. W głębi ogrodu Julia bawiła się z bliźniaczkami.

A potem… Potem siedziałem sobie koło dziadka i jadłem z jego ręki niesamowicie pyszną pieczeń. Drugą ręką dziadek drapał mnie po karku i coś tam do siebie mruczał.

To był naprawdę fajny wieczór.

Gdy goście wychodzili, dziadek pożegnał się ze mną czule.


– Na urodziny chcę psa – stwierdził kategorycznie.

– Zwariowałeś, tato?! – zaprotestował tatuś. – Po co ci pies?

– Jak ty się odzywasz do ojca? – oburzył się dziadek, po czym podrapał mnie za uchem. – Zresztą jestem dorosły i nie potrzebuję twojego pozwolenia.

Dziadek kilka razy jeszcze się oglądał i machał mi na pożegnanie. Gdy wszyscy już wyszli, Henryk spojrzał na mnie melancholijnie i poczułem jakąś więź z ludźmi. Zresztą, rodziny się nie wybiera.