SkrzydłakTekst

Z serii: Plus minus 16
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Katarzyna Ryrych

Skrzydłak

© by Katarzyna Ryrych

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Anna Łazowska

Radakcja i korekta:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-7672-618-2

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Skrzydłak. Tak mnie nazywają. Są takie imiona, które natychmiast budzą respekt, nawet jak się jest najmłodszym i najmniejszym.

Choćby taki Hariel [1]. Co prawda wyższy ode mnie i starszy, ale blady od przesiadywania nad książkami. Takie chuchro, z paluchami wiecznie upapranymi farbą drukarską.

Albo Chema [2]. Na sam jego widok nogi się uginają i nikomu nie przyszłoby na myśl zawołać za nim „Skrzydłak!”. Oj, dałby on wam „Skrzydłaka”!

A Meszaber [3]...

Szkoda gadać.

Mnie nazywają Skrzydłak. Nawet nie potrafię powiedzieć, kiedy i jak tu trafiłem. W dodatku zawsze dostawałem najgorsze prace, a jeśli coś poszło nie tak, zbierałem burę za burą i nikt nie chciał nigdy słuchać mojego tłumaczenia.

Tamtego dnia wkurzyłem się tak, że wykrzyczałem, że nie trzeba było brać takiego knypka do pilnowania Mostu. Ale Chema, jak zawsze, wiedział wszystko najlepiej. Palnął mi kazanie na temat uczenia się od najmłodszych lat. Hariel oczywiście udał, że nie słyszy. Pogwizdywał na łodydze dmuchawca i patrzył w bok. Wszystko dlatego, że przegapiłem jednego nieszczęsnego czarnego kota – no, ale jak można takiego zauważyć w środku nocy? Naprawdę wydawało mi się, że te dwa żółte punkciki to gwiazdy, a spryciarz już zdążył smyrgnąć w głąb ogrodu i tyle go widzieli.

Wszystko wydało się, gdy Ariel spotkał go na jednej ze ścieżek. Byłby nawet nie zwrócił na niego uwagi, gdyby nie to, że kot był smutny. Szedł sobie powoli i nie pozwolił Arielowi podrapać się po brzuchu, tylko mocno go ugryzł i uciekł. Ariel oczywiście musiał od razu polecieć do Chemy. No i się narobiło. Chema nawrzeszczał na mnie, że na pewno nie dałem kotu miski z Wodą Zapomnienia ani Szmaragdowych Chrupek Szczęścia, bo gdy inne zwierzaki się bawią – ten siedzi ze zwieszoną głową albo włazi na jabłoń i patrzy gdzieś w dal. No i że gdyby wpadł tu któryś z przełożonych, to wszyscy mielibyśmy się z pyszna. On, Chema, za to, że nie dopilnował Hariela, a Hariel za to, że nie dopilnował mnie, a ja za to, że przepuściłem jednego czarnego kota. W dodatku w nocy.

Kiedy Chema przestał się wydzierać, Hariel oficjalnie udzielił mi nagany. Obydwaj orzekli, że teraz powinienem zrobić wszystko, żeby nikt z przełożonych nie zorientował się, co zaszło. Bo powyrywają mi wszystkie pióra.

Najpierw postanowiłem odszukać tego kota, ale zaszył się ze swoim smutkiem w najbardziej niedostępnym zakamarku ogrodu. W ogóle był mistrzem kamuflażu. Trwało bardzo długo, zanim go nakryłem. Siedział na brzegu strumienia i gapił się na rybki.

– Tu cię mam! – zawołałem i złapałem za skórę na karku.

Syknął wściekle, próbując się oswobodzić, ale zawinąłem go kilka razy w wierzchnią szatę i poczekałem, aż się uspokoi.

– Natychmiast mnie wypuść! – zażądał kategorycznie kot i wbił mi ostre pazury w nogę.

Wrzasnąłem z bólu, ale nie wypuściłem więźnia.

– Musimy ustalić pewne zasady – powiedziałem nieco łagodniej, podświadomie wpadając w ton Chemy, który zawsze robił na mnie wrażenie. – A potem możesz robić, co chcesz.

– Powiadasz, „co chcę”? – parsknął. – Będę mógł wrócić na mój fotel, polować w piwnicy na myszy i chodzić nocą na kotki? Tak? Bo właśnie tego chcę.

Rozluźniłem szatę i kot wysunął duży, czarny łeb.

– No... tego akurat ci nie mogę zagwarantować – bąknąłem całkiem zbity z tropu.

Kot prychnął krótko. Zabrzmiało to jak ironiczny, urywany śmiech.

– To znaczy, że nie mamy o czym gadać.

Sierściuch pobił mnie logiką. Rozwiązałem szatę, a kot z godnością otrzepał zmierzwione futro i nastroszył wąsy.

– Chodzi o to... – zacząłem – że nie dopatrzyłem pewnych formalności.

Wyjąłem z plecaka miskę i butelkę z Wodą Zapomnienia. Napełniłem miskę do połowy i grzecznie poprosiłem, aby się napił.

– A po co? – zapytało podejrzliwie kocisko, nawet nie obwąchawszy miski.

Chwyciłem go ponownie za kark i zanurzyłem mu pysk w misce.

– Aj, grasz nie fair! – wrzasnął kot. Zaczął pluć i parskać. – Nic na siłę, konusie!

Przemknęło mi przez myśl, że musiałbym wyglądać co najmniej jak Chema, żeby zmusić go do posłuchu. Kot wskoczył na drzewo i spojrzał na mnie z pogardą.

– Zapytałem, w jakim celu, a ty nawet nie raczyłeś mi wyjaśnić.

Zrobiło mi się głupio. Usiadłem na trawie pod drzewem i demonstracyjnie złożyłem szatę w kostkę.

– Wiesz, że tu jest Tęczowy Most – tłumaczyłem. – Że tu wszystko ma być w porządku. Żadnego bólu, złych wspomnień. Zero traumy. Rozumiesz?

Kot skinął głową, ale na jego pyszczku pojawił się nieprzyjemny uśmieszek.

– Tak cacy-cacy?

– Uhm. Dlatego każdy, kto tu wchodzi, musi napić się Wody Zapomnienia i zjeść dwie Chrupki Szczęścia.

– A jeśli nie chce? – indagowało kocisko.

– Nie ma takiej opcji.

– Aha! – mruknął zgryźliwie. – Przymus wiecznego szczęścia.

– Nazywaj to sobie, jak chcesz – burknąłem. Sytuacja zaczynała mnie irytować.

Wtedy, niespodziewanie, kot zeskoczył z drzewa i usiadł naprzeciwko mnie, ale w bezpiecznej odległości.

– Będziesz miał ze mną problem, bo ja nie mam co zapominać. Po prostu chcę pamiętać. Jasne?

Coś takiego nigdy nie przyszło mi do głowy. Zwierzęta wchodzące na Most chętnie piły Wodę i zjadały Chrupki. Żadne z nich nigdy tego nie kwestionowało. Dopiero ten kot. Był mądry, a w dodatku cwany.

– Do tej pory nie było takich problemów – powiedziałem. – Bo widzisz, jeśli ktoś głodował, był źle traktowany... Cierpiał... Robimy to, żeby nie pamiętał tego, co było złe. Że było mu wreszcie dobrze.

Kot pokiwał głową ze zrozumieniem.

– No, a ty?

– Co „ja”? – odparłem pytaniem na pytanie.

– Byłeś głodzony? Nieszczęśliwy?

Zamilkłem. Nie wiedziałem kiedy, jak i dlaczego się tu znalazłem. Chyba byłem tu od zawsze.

Tak właśnie odpowiedziałem kotu.

– Ale przecież coś musiało się zdarzyć? – dopytywał się kot. – Coś, czego nie pamiętasz, bo pewnie napiłeś się jakiejś wody.

Pomyślałem, że na pewno nie znalazłem się tutaj ot tak sobie, przypadkowo.

– Mogłeś zachorować – ciągnął kot. – Albo wpaść pod samochód, albo sto innych rzeczy. Ja po prostu dożyłem sędziwego wieku i przyszła na mnie pora.

Zrobiło mi się nijako, bo – w przeciwieństwie do kota – nic nie mogłem o sobie powiedzieć.

– Jeśli obiecasz, że nie będziesz robić żadnych głupot, coś ci pokażę – miauknął po dłuższym zastanowieniu i zaczął sobie myć futro.

W tym momencie mogłem go capnąć po raz drugi – skutecznie, ale coś mnie powstrzymało. Kot spojrzał na mnie uważnie i powoli wstał, prostując grzbiet.

– Chodź! – nakazał. – Chodź za mną i nikomu ani słowa.

Poprowadził mnie w najdalszy zakamarek ogrodu, pełen dziwacznych roślin, kolczastych krzewów i ostrej trawy. W środku gęstwiny rósł nieduży krzak. Wśród gałązek, między kolcami czerwieniły się maleńkie kulki.

– Bardzo proszę, częstuj się! – zaprosił uprzejmie kot. – Zjedz jedną. Tylko uprzedzam, są naprawdę paskudne.

Ogarnął mnie strach.

– Posłuchaj... – odezwałem się słabym głosem. – A może ty jesteś ten... No, wiesz...

Kot roześmiał się głośno.

– Dlatego że jestem kotem i jestem czarny? Nie, to byłoby za proste. Jestem zwyczajnym kotem i mam na imię Mruczek. A ty, jak masz na imię?

Zaczerwieniłem się po same uszy.

– Skrzydłak – mruknąłem najciszej, jak się dało.

Kot przekrzywił głowę.

– Fajne imię – ocenił. – Pasuje do ciebie. Skrzydłak.

Zapadła niewygodna cisza.

– No, to jak? – zapytał kot i wskazał głową krzak. – Wymiękasz?

Zerwałem jedną Jagodę i włożyłem do ust.

– Rozgryź! – zakomenderował kot.

Jagoda miała przeraźliwie gorzki smak. Aż mi pociemniało w oczach. A potem zamiast ciemności pojawił się obraz. Najpierw czerwony rower, następnie ulica. Nagły błysk i czyjś ostry krzyk. Ból. Coraz większy. Potem znów ciemność. Gęsta i nieodwołalna. Taka, za którą nie ma już nic.

Spojrzałem w zielone oczy kota.

– Tak naprawdę mam na imię Janek – stwierdziłem.

Kot uśmiechnął się i otarł się o moje nogi.

– Teraz mogę zjeść twoje Chrupki. Ale żadnej Wody.

Podałem mu standardową porcję, zjadł i zniknął w trawie. A ja wróciłem na skraj Mostu. Chema i Hariel grali w kości, obok wylegiwał się jakiś kudłaty owczarek, który na mój widok zamachał ogonem.

– No i co? – zapytał Hariel.

– Nic – wzruszyłem ramionami i wyciągnąłem się na trawie obok psa.

Kot wrócił o zmierzchu. Przysiadł na skraju Mostu i spojrzał w dół. Jedno po drugim zapalały się światła.

– Spójrz tam! – powiedział cicho kot. – To jedno światło, jaśniejsze od innych...

 

Rzeczywiście, jedno ze świateł pulsowało mocniejszym blaskiem. Kot przysunął się do mnie.

– To jest twój dom? – zapytałem, ale kot pokręcił głową.

– To twój dom – odpowiedział. – Każdy tak właśnie widzi swój dom.

Staliśmy, patrząc w dół. Kot tylko niemal niedosłyszalnie mruczał i bezwiednie udeptywał łapami trawę, a do mnie, jak z oddali, wracał obraz pokoju z moim biurkiem. Wciąż leżały na nim moje książki i kredki. Widziałem moją siostrę w zabawnej piżamce w misie. Jejku, jak wyrosła! Zobaczyłem moją mamę stojącą w oknie. Miała we włosach srebrne nitki i drobne zmarszczki w kącikach oczu.

– Szkoda, że nie mogę dać im znaku...

Kot drgnął jak obudzony ze snu.

– Ależ możesz! – wrzasnął i trącił łapą niedużą gwiazdę. Poleciała w dół łagodnym łukiem, gasnąc tuż nad moim domem.

Widziałem, jak mama śledzi lot tej gwiazdy, i pomachałem do niej ręką. Usiadłem obok kota i delikatnie pogłaskałem go po grzbiecie. Odpowiedział cichym mruczeniem i otarł się o mnie pyskiem.

– Dziękuję! – szepnąłem, ale kot puścił to mimo uszu.

Z głębi ogrodu nadpłynęły chmury i przesłoniły światła.

– Teraz rozumiesz, dlaczego nie chciałem tej Wody? – zapytał.

Skinąłem głową.

Usnąłem, leżąc w trawie. Hariel bardzo się zdziwił, kiedy już od samego świtu zobaczył mnie przy Moście. Zdążyłem przyjąć dwa psy, które odmówiły wypicia Wody, i jednego konia, na którego wystarczyło tylko spojrzeć, żeby podać mu pół wiaderka. Cały czas czułem na sobie spojrzenie kocich oczu gdzieś spomiędzy gałęzi drzewa.

– Tylko tak dalej! – Chema poklepał mnie protekcjonalnie po ramieniu i położył się w cieniu. – Jeszcze wyjdziesz na ludzi.

Usłyszałem cichy chichot kota. Chema spojrzał w górę, ale niczego nie zauważył.

– A z tym kotem załatwiłeś?

Pokiwałem głową. Chema odetchnął z ulgą. Całe szczęście, że ze swojego życia nie pamiętał nic o Bułgarach.

– No, to na drugi raz się pilnuj, bo widzisz, jak można namotać. Zrób sobie przerwę – dodał i wstał, żeby zająć moje miejsce.

Pobiegłem ścieżką między drzewami, którą wczoraj szedłem z kotem. Czekał na skraju zarośli. Nie był sam. Obok siedziały dwa psy.

– Sam widzisz... – powiedział kot. – Nic na siłę.

Jagody były za małe dla psich pysków, więc musiałem je rozgnieść w palcach, żeby mogły zlizać miąższ z mojej dłoni. Potem powiewając ogonami jak pióropuszami, pobiegły w głąb ogrodu, ujadając radośnie.

Tego wieczoru na skraju Mostu było nas czworo.

– Czy dzisiaj też mogę dać znak? – zapytałem kota, ale on pokręcił głową.

– Gdyby każdy tak chciał, zabrakłoby gwiazd – uśmiechnął się pod wąsami. – Może za jakiś czas...

Psy siedziały wpatrzone w morze świateł, a ja znowu zajrzałem w moje okno. Tym razem mama z siostrą siedziały przy stole i oglądały zdjęcia. Pomyślałem, że aż tak bardzo się nie zmieniłem.

– A co się dzieje u ciebie? – delikatnie trąciłem kota w bok.

Uśmiechnął się.

– W porządku. Szkoda, że nie wzięła sobie następnego kota. Wiedziała już, jak to jest być samą. Kimś, kogo nie chcą inni ludzie. Jak to jest, kiedy ktoś już nie jest nikomu do niczego potrzebny. Z tym dawno się pogodziła. Szkoda, że teraz jest w dodatku samotna.

Długo wpatrywaliśmy się w migotanie świateł. Noc była ciepła i bezchmurna. Psy głośno dyszały z wywieszonymi językami, a z głębi ogrodu dochodziły dalekie echa pieśni. To Hariel zwołał koleżków. Wyraźnie słychać było jego harfę. Trzeba przyznać, że był niezły. Jeden z psów zawył cieniutko, ale kot uciszył go.

– Nie mogą się dowiedzieć! – syknął ze złością. – Bo Skrzydłak wyleci z roboty, jasne?

Pies spojrzał na mnie roziskrzonymi oczami. Pogłaskałem kudłaty łeb, a drugi psiak ułożył się obok mnie. Tak siedzieliśmy, dopóki w dole nie pogasły światła.

– Usnęli – cicho zamruczał kot. – I mają dobre sny.

– My jesteśmy w tych snach – dodał pies i polizał moją dłoń.

Gdyby kot nie był ostrożny, niedługo zaczęłoby brakować miejsca na skraju Mostu. Dokonywał selekcji rozważnie i bez pośpiechu. Z tych, których sam wpuściłem za Most, nie chciał jagód tylko stróżujący owczarek, który próbując przeskoczyć przez ogrodzenie, zawiesił się na łańcuchu. Wcale mu się nie dziwiłem, sam wolałbym nie wracać do takich wspomnień. Większość zdecydowanie chciała odzyskać pamięć.

Za Tęczowym Mostem, na jego skraju, zrobiło się jakoś inaczej. Wieczorami siadywały tu małe grupki. Coś sobie po cichu opowiadano. Czasami spadała jakaś gwiazda, ale nigdy bez wiedzy i pozwolenia kota.

Trzymaliśmy się razem – ja i kot. Nie rozmawialiśmy wiele, ale byliśmy blisko. Kiedy wspomnienia robiły się tak wyraźne, aż bolały, wyciągałem rękę i trafiałem nią na miękkie futro. Kot czasami wskakiwał mi na kolana. Hariel ani Chema nie domyślali się, co dzieje się za ich plecami.

Kot, który miał na wszystko oko, orzekł któregoś dnia, że wydeptaliśmy ścieżkę do krzaka tak, że niedługo zacznie przypominać spacerową alejkę. Oznajmił, że przez kilka najbliższych dni nie będzie jagód dla rezydentów. Kazał mi sporządzić listę oczekujących i dobrze ją schować, żeby nie wpadła w niepowołane ręce.

Chema i Hariel byli tak zadowoleni z mojej pracy przy Moście, że coraz częściej odpuszczali sobie nadzór i zajmowali się tym, co naprawdę najbardziej lubili. Hariel brzdąkaniem na harfie i rysowaniem, a Chema przeglądaniem starych woluminów.

Doszedłem do takiej wprawy w przyjmowaniu przybyszów, że już na pierwszy rzut oka rozpoznawałem, komu podać Wodę, a komu jej nawet nie proponować. Pytania zadawałem tylko, jeśli miałem wątpliwości.

Niektórzy po tym jak odkryli, że za Mostem nie mogą mówić, zatrzymywali się na dłuższą pogawędkę. Nasłuchałem się różnych opowieści – pogodnych, smutnych i takich, po których myśląc o ludziach, zaczynałem czuć nienawiść. Zwierzyłem się z tego kotu. Jak zwykle miał gotową odpowiedź.

– Ty nie musisz im wybaczać, więc nienawidź sobie, ile chcesz.

Raz spotkałem psa z sąsiedztwa. Spojrzał z ukosa i wypomniał mi dwa rzepy, które celnie rzucone spomiędzy krzaków wczepiły mu się w ogon.

– No, przepraszam... – powiedziałem, czerwieniąc się po same uszy.

Pies machnął ogonem i zapewnił, że nie ma sprawy. Pobiegł na łąkę i zaczął się tarzać w trawie jak mały szczeniak.

Przez te wszystkie przemycone wspomnienia zrobiło się naprawdę fajnie. Wieczorami na skraj Mostu przychodziły już całe paczki. Choć czasem rozmowy nagle cichły, w powietrzu czuło się coś dobrego. Pewnego wieczoru nieduży kundel o maślanej sierści podskoczył i zawołał:

– Idzie, idzie do mnie!

Puścił się pędem przed siebie w stronę, z której nadchodził nieco przygarbiony mężczyzna. Kundel skoczył w jego ramiona, a tamten mocno przytulił go do siebie.

– Oni wszyscy kiedyś do nas przyjdą – szepnął kot, przecierając łapą pysk i udając, że coś wpadło mu do oka.

Pomyślałem wtedy o mamie i o siostrze, i o tym, że jestem dla nich tylko dalekim, błyszczącym punktem na niebie.

– A ja zawsze sądziłem, że to wszystko to gwiazdy – zwierzyłem się do kota.

Kot uśmiechnął się.

– Oni teraz tak myślą. A kiedy spada gwiazda, wypowiadają życzenie.

Kiedy patrzyłem w dół, od razu znajdowałem swoje światełko. A jeśli dobrze wytężyłem słuch, dobiegały do mnie dalekie, przyciszone głosy.

Tego wieczoru mama i siostra pochylały się nad czymś niedużym, co siedziało na dywanie.

– Mają psa – powiedziałem cicho, a kot z aprobatą poruszył ogonem.

– A ona... – rzekł po chwili. – Ciągle jest sama.

– Ludzie przywiązują się do nas – szepnął pies. – Czasami po prostu nie widzą nikogo innego na naszym miejscu.

Nagle kot drgnął i odwrócił głowę. Obejrzałem się. Ktoś szedł w naszą stronę przez łąkę pełną świerszczy i świetlików. Całymi chmurami wzbijały się spod jego stóp i gasnąc, opadały w trawę. Postać zbliżyła się do skraju Mostu. Spojrzała najpierw w dół, potem na nas. Po chwili pogrążyła się w mroku.

– Kto to? – zapytał pies, ale ani ja, ani kot nie umieliśmy mu odpowiedzieć.

Rysy twarzy nieznajomego wydawały mi się znajome, ale wspomnienie było zbyt odległe, a zakaz chodzenia po Jagody wciąż obowiązywał. Pomyślałem tylko, że ta twarz była przeraźliwie smutna, a w jego oczach, które spotkały się na jeden krótki moment z moimi, były wszystkie moje troski i radości, niespełnione marzenia i najskrytsze myśli. A że nie wiedziałem, jak o nim mówić, w myślach ochrzciłem go Smutnym Człowiekiem.

Awantura wybuchła następnego dnia, gdy wiejska pręgowana kotka, przeskakując Most, odmówiła Wody Zapomnienia.

– Zrozum, to jest reguła! – tłumaczył Hariel, ale kotka położyła po sobie uszy i lekceważąco prychnęła.

– Z tobą nie będę dyskutować. Zawołaj tego małego.

Oczywiście Hariel poleciał do Chemy, a potem namierzyli mnie, jak siedziałem z kotem na jabłoni. Siłą ściągnęli z drzewa, aż poleciały pióra. Zaczęli wrzeszczeć jeden przez drugiego, a Chema aż się opluł. Czego to ja nie usłyszałem... „Niewypierzony debil” – to było chyba najłagodniejsze określenie. Kot dzielnie stawał w mojej obronie, sycząc, prychając i wymachując pazurzastymi łapami. Ugryzł Chemę w łydkę, a Harielowi wystrzępił szatę, ale to niewiele pomogło. Tarmosili mnie i popychali. Nie puścili nawet wtedy, kiedy nadszedł Meszaber.

– Ten cholerny smarkacz wprowadza nowe prawa! – wrzeszczał Chema. – Dysponuje sobie jak chce Wodą Zapomnienia i prowadzi rezydentów do Krzewu Wspomnień!

– O, przepraszam... – odezwał się z oziębłą uprzejmością kot. – To ja odkryłem Krzew Wspomnień i to ja namówiłem Skrzydłaka do tych, jak określa je ten wariat... – zawinął ogonem w stronę Chemy – daleko idących reform.

– Siedź cicho, wredna kupo futra! – wrzasnął Chema.

Stałem między nimi ze stulonymi i obolałymi skrzydłami, a oni darli się tak głośno, że było ich słychać aż na łące. Nagle z łąki zaczęły nadbiegać psy z pyskami mokrymi od porannej rosy, z sierścią pachnącą wiatrem, i koty jeszcze ciepłe od porannego snu, niosące ze sobą woń siana. Nadbiegały ciężkim kłusem konie, między trawami skradały się lisy, złote jak promienie słońca.

Otoczyły nas ciasnym kręgiem. Słońce zapalało promienie w ich oczach.

– Rozejść się! – zawołał Meszaber, ale nikt się nie poruszył. Przeciwnie, krąg zacisnął się niepokojąco.

Chema rzucił Meszaberowi pytające spojrzenie. Nagle zwierzęta jak na komendę odwróciły głowy. Środkiem łąki szedł Smutny Człowiek. Trawa rozstępowała się przed nim jak woda. Uniósł rękę, a krąg bez ociągania, posłusznie zrobił mu przejście. Chema puścił moje ramię.

– Chemo... – odezwał się Smutny Człowiek. – To przecież tak miało być. Żadnego bólu ani złych wspomnień. Złych wspomnień – powtórzył i przygładził moje potargane skrzydła.

Spojrzał na kota i lekko pogroził mu palcem, ale kot tylko szeroko się uśmiechnął. Smutny Człowiek odpowiedział mu uśmiechem i odszedł, zabierając ze sobą Chemę, Hariela i Meszabera. Psy w radosnych podskokach rzuciły się ich śladem, koty wróciły na swoje tajemne ścieżki. Lisy jakby zapadły się pod ziemię, a w koronie jabłoni rozkrzyczały się ptaki.

Kot trącił mnie łbem. Schyliłem się i pogłaskałem go po grzbiecie.

– Teraz mamy dużo czasu – powiedział.

Napełniłem wiadro Wodą Zapomnienia i ustawiłem je przy Moście. Usiadłem, patrząc na przepływające nade mną i pode mną chmury. Nagle roześmiałem się – głośno, z całego serca, bo przypomniałem sobie imię Smutnego Człowieka i jego oczy, które spoglądały na mnie z obrazu w sypialni babci.

A kot – jak to kot, w ogóle nie wydawał się zdziwiony. Gotów jestem się założyć, że – jak to kot – wszystko wiedział od samego początku.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?