Bajdy BajbaryTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Katarzyna Ryrych

Bajdy Bajbary

© by Katarzyna Ryrych

© by Wydawnictwo Literatura

Ilustracje: Małgorzata Wysocka

Okładka: Katarzyna Kołodziej

Korekta i skład: Aneta Kunowska, Joanna Pijewska

Wydanie I

ISBN 978-83-7672-570-3

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Kłamstwo ma najdłuższe nogi w całej szkole


Mam na imię Barbara. Według mojej pani od polskiego jeżeli nie skończę w więzieniu, to zostanę pisarką.

Biorąc pod uwagę Łobuza, mam większe szanse na więzienie niż karierę literacką.

Łobuz to mój tata, którego nigdy w życiu nie widziałam. Z tego powodu mama jest niestabilna emocjonalnie i rekompensuje sobie brak taty zakupami. Średnio raz na trzy miesiące.

Mamine zakupy poniewierają się potem po całym domu. Buty, torebki, kosmetyki. Bielizna, biżuteria, okulary przeciwsłoneczne.

Raz jemy na kolację łososia, a raz ledwie wystarcza nam na chleb.

Dlatego mam kuratorkę, chociaż tak naprawdę to powinna ją mieć moja mama. Uczę się dobrze, nie chodzę na wagary, a jedyną moją wadą jest to, że kłamię.

Czasami po prostu nie da się powiedzieć prawdy.

Zaczęło się od tego, że wszyscy pytali, gdzie jest mój tata.

Oczywiście, mogłam powiedzieć jak mama: „Poszedł do diabła”, ale nie mogło mi to przejść przez gardło.

Dlatego kiedy byłam w zerówce, zrobiłam z mojego taty cyrkowca. Pracował w największym cyrku w Europie i połykał ogień. A potem zionął nim jak Smok Wawelski.

Widziałam kiedyś takiego człowieka, jak żonglował płonącymi pochodniami i nie mogłam od niego oderwać oczu. Kilka dni z rzędu wyciągałam mamę wieczorem na spacer, żeby popatrzeć na jego występ, aż ją to znudziło i powiedziała, że jeżeli chcę, to mogę iść sama. To był żart, ale ja potraktowałam go całkiem serio. A potem zgubiłam się w mieście.

Nie dość, że nie obejrzałam ulubionego sztukmistrza, to jeszcze trafiłam do Policyjnej Izby Dziecka, a mama szukała mnie całą noc.

Żeby ją chronić, wymyśliłam, że poszłam na spotkanie z moim tatą, a on zostawił mnie w parku i poszedł kupić lody, i zagubił się gdzieś po drodze.

Łgałam koncertowo, a mama patrzyła na mnie i tylko potakiwała.

Na koniec jakoś dogadała się z policjantami i zabrała mnie do domu.

– Jesteś cool – powiedziała, kiedy wyszłyśmy na ulicę. Cool, zupełnie jakby była moją starszą siostrą.

Kiedy tak szłyśmy obok siebie, wcale nie wyglądałyśmy na matkę i córkę.

– Ale na drugi raz nie wycinaj takich numerów – ostrzegła mnie i skręciłyśmy do cukierni.

Zamówiłyśmy po gałce z każdego rodzaju lodów i ani ja, ani ona nie byłyśmy w stanie ich zjeść.

Tak było w zerówce.

Kiedyś zagalopowałam się i wysłałam tatę do Afganistanu.

– Zaraz, zaraz – zauważył Koszmarian – przecież twój tata pracuje w cyrku. Tak mówiłaś. W cyrku!

– Oczywiście, że pracuje w cyrku – odpowiedziałam. – I ten cyrk pojechał z występami do Afganistanu, żeby umilać życie żołnierzom.

I Koszmarian odczepił się.

Ale w czasie przerwy pani poprosiła mnie na bok i powiedziała, że ona wie, że nie mam taty i że jest jej z tego powodu bardzo przykro, jednak nie powinnam kłamać. Bo kłamstwo ma krótkie nogi.

– Nikt nie będzie chciał przyjaźnić się z kłamczuchą – podsumowała.

Niestety miała rację.

Tak czy siak mój tata ze swoim cyrkiem bywał w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach i miał niezwykłe przygody.

Wymyślanie tych przygód było tak przyjemne, że sama zaczęłam w nie wierzyć. Dostawałam kartki z różnych stron świata – co wcale nie było takie łatwe do zorganizowania, biorąc pod uwagę, że miałam zaledwie siedem lat...

Rzecz jasna miałam swoją metodę. Otóż syn przyjaciółki mojej mamy był przewodnikiem turystycznym. Jeździł po mieście na segwayu i oprowadzał turystów z całego świata. Przekazywał mój adres tym ludziom i prosił, żeby przysyłali mi widokówki do kolekcji. A jako że nikomu nie chciało się pisać, zwykle były to kartki z gotowym tekstem.

Na przykład „Greetings from Cairo”. Albo „Bonsoir a Paris”.

Resztę dopisywałam sama. Pokazywałam te kartki w szkole, a potem chowałam na dno szuflady, żeby nie znalazła ich mama. Diabli wiedzą, co by wtedy zrobiła.

– Przecież wiesz, że to nieprawda – powiedziała moja kurator, która nie wiadomo z jakiego powodu przeszukała moje biurko.

W odpowiedzi wzruszyłam ramionami.

Zrobiła mi długie kazanie na temat spirali kłamstwa, z którego zrozumiałam tylko tyle, że jeżeli zawsze będę mówić prawdę, będę mogła zostać na przykład kuratorem. To akurat wcale mi się nie spodobało. Grzebanie po cudzych szufladach naprawdę mnie nie interesuje.

W trzeciej klasie mój tata wstąpił do Legii Cudzoziemskiej, bo akurat potrzebowali kogoś, kto wie wszystko na temat ognia i, rzecz jasna, nie mógł już wysyłać mi kartek.

A w czwartej klasie Koszmarian zajrzał do dziennika i oznajmił, że przy moim nazwisku podane są jedynie dane mojej mamy. Tak jak u Wampireny, tylko z tą różnicą, że przy jej nazwisku podane są wyłącznie informacje o jej tacie.

Bo Wampirenę wychowuje samotny ojciec.

W piątej klasie pani od polskiego kazała nam napisać opowiadanie, którego akcja miała toczyć się w średniowieczu.

Jedynie Wampirena i ja napisałyśmy coś sensownego. Wampirena oczywiście musiała wsadzić do opowieści swoje ukochane wampiry, a ja napisałam o linoskoczku, który spadł z liny pod nogi swojej córki i się zabił.

Oczywiście ta córka nie miała pojęcia, że linoskoczek był jej ojcem, i dowiedziała się tego dopiero na pogrzebie.

Pani kazała mi odczytać moje wypracowanie na głos. Wampirena się popłakała, a Koszmarian, jak to Koszmarian, zapytał, czy ten linoskoczek ział ogniem.

Miałam ochotę mu przywalić na przerwie, ale jako że Koszmarian utrzymywał, że jest Ormianinem, bo jego imię kończy się na „-ian”, byłaby to nie tylko przemoc szkolna, ale i ksenofobia.

Pani od polskiego wyglądała trochę tak, jakby chciała się roześmiać, a może mi się tylko wydawało.

Na koniec powiedziała, że jestem niezłą bajkopisarką, a na przerwie Koszmarian przekręcił moje imię na Bajbara.

I tak już zostało.

Tylko że wszyscy kojarzyli Bajbarę z opowiadaniem bajek, a nie z ich pisaniem.

Na szczęście tego dnia stało się coś jeszcze: nagle okazało się, że mam... najdłuższe nogi w całej szkole!

– No widzisz! – pocieszyła mnie Koszmaria.

Koszmarii dostało się takie przezwisko przez brata, ale tak naprawdę była uosobieniem taktu i potrafiła załagodzić wszystkie spory.

Na dodatek to dzięki niej dowiedziałam się o nieoficjalnym plebiscycie, jaki zorganizował Buła z Masłem.

I chociaż do tej pory nie zwracałam uwagi na swoje nogi, to kiedy wróciłam ze szkoły, uważnie przyjrzałam się im w lustrze i...

Nie dało się ukryć: były naprawdę niezłe.

Wyjęłam z szafy krótką spódniczkę i założyłam ją zamiast nieśmiertelnych spodni.

Efekt był piorunujący.

Nawet Koszmarian nie miał nic do gadania, a Buła z Masłem stwierdził, że w klasie są już dwie dziewczyny.

Miał na myśli Wampirenę, która ubiera się na czarno i nosi martensy o dwa numery za duże, i mnie.

Wampirena na znak solidarności usiadła ze mną, a reszta dziewczyn aż zieleniała z zazdrości, kiedy wychodziłam na środek, żeby zetrzeć tablicę. Bo tego dnia byłam dyżurną.

Kiedy moja mama zauważyła, że zrezygnowałam ze spodni, w ramach dowartościowywania siebie, pojechała do galerii, kupiła kilkanaście spódniczek i potem musiała się z tego spowiadać swojej pani psycholog.

Do końca miesiąca na śniadanie miałyśmy tylko kakao Puchatek, które smakuje jak kreda z czekoladą, i bułki z serem, na obiad chińskie zupki, a na kolację były jajka (dopóki nie zjadłyśmy wszystkich).

– Pani Klaudio – ostrzegła moja kurator. – Wie pani, że jeżeli tak dalej pójdzie...

– Wiem i naprawdę już nie będę – powiedziała mama. – Ale córka właśnie zaczyna być kobietą.

Pani kurator westchnęła i dała mi do wypełnienia test, w którym musiałam zaznaczyć, czy, kiedy jest mi smutno, to:

a) idę sobie popłakać,

b) kupuję czekoladę,

c) zwierzam się przyjaciółce.

Płakać nie lubię, bo robią mi się pod oczyma paskudne worki, przyjaciółki nigdy nie miałam, więc zakreśliłam odpowiedź z czekoladą.

Pani kurator bardzo się zmartwiła, chociaż od początku podejrzewałam, że liczy na taką właśnie odpowiedź.

Miałam na końcu języka: „u mnie jak w Erze”, ale darowałam sobie.

To był czas, kiedy grałyśmy z matką w jednej drużynie. Życie było po prostu zabawne.

 

W szóstej klasie mój świat wywrócił się do góry nogami.

Zaczęło się w zimie, kiedy lokator narożnego mieszkania zatruł się czadem i niestety nie udało się go uratować. Był nauczycielem muzyki. Przez cały czas słyszeliśmy, jak ktoś u niego brzdąka na pianinie.

– Daje lekcje muzyki – wyjaśniła moja mama.

No i gdyby nie to, że pewnego dnia w jego mieszkaniu od rana panowała dziwna cisza, mógłby sobie tak leżeć i leżeć w nieskończoność, aż zostałaby z niego kupka kostek.

– Ja myślę, że najpierw zacząłby śmierdzieć – Koszmarian jak zwykle był obrzydliwy.

Koszmaria zrobiła się zielonkawa na twarzy i wypluła w śnieg gumę do żucia.

– Jak myślicie – odezwała się Wampirena – będzie straszył czy nie?

– Możesz straszyć za niego – zarechotał Koszmarian, bo Wampirena ubierała się trochę dziwnie. Przeważnie wyglądała jakby uciekła z planu Rodziny Addamsów.

– Zobaczymy – powiedziała Koszmaria. – Czas pokaże.


Ale nic szczególnego się nie wydarzyło. Mieszkanie stało puste aż do wiosny, a my wymyślaliśmy różne dziwne historie, jakie się tam działy. A to, że o północy słychać dźwięki pianina, a to, że w oknie pojawia się biała postać, a to – sąsiedzi narzekają, że w nocy ktoś przestawia ciężkie meble.

Na wiosnę, tuż po świętach Wielkiejnocy, przed dom zajechał meblowóz i tragarze zaczęli wynosić z niego meble.

– Ale graty – szepnął Koszmarian. – Muzeum.

Bo meble, jakie wnoszono do mieszkania po nauczycielu muzyki, w niczym nie przypominały praktycznych meblościanek ani kompletów z IKE-i.

Skojarzenie z muzeum było bardzo trafne.

– O, zobacz, jaki maminsynek -

mruknął Koszmarian, trącając mnie w bok.

– Śliczny – rozmarzyła się Koszmaria.

– Taki tam wypłosz – Koszmarian wykrzywił się obrzydliwie.

Wypłosz na pierwszy rzut oka był w naszym wieku. Miał ciemne loki do ramion i prowadził na smyczy psa. Pies wyglądał jak mieszanka wszystkich możliwych psich ras.

Kiedy przechodził obok ławki, na której siedzieliśmy, obserwując mieszkanie, zatrzymał się i powiedział „siema!”. I nie było to złudzenie, bowiem pomachał ogonem i zauważył, że mamy „idealny dzień na spacer”.


Koszmaria dostała ataku czkawki, Koszmarian połknął gumę do żucia, a ja omal nie spadłam z ławki. Jedynie Wampirena zachowała zimną krew.

Podeszła do Wypłosza i rzuciła mu swoje słynne ponure spojrzenie.

– Co to za sztuczki? – zapytała. – Jak to robisz?

W odpowiedzi pies podniósł łeb i zaśpiewał Love me tender, aż echo poszło. Wypłosz stał z rękoma w kieszeniach i milczał.

Kiedy pies skończył, Wypłosz ukłonił się i wyszczerzył w uśmiechu równe białe zęby.

– To nasz nowy numer – powiedział. – Robi wrażenie, prawda?

Po chwili rozmawialiśmy jak starzy znajomi. Okazało się, że ojciec Wypłosza pracuje w cyrku, a Wypłosz wykonuje numer z psem.

– Jestem brzuchomówcą – wyjaśnił.

Na twarzy Koszmariana odmalował się nietajony zachwyt.

– Jak to się robi? – zapytała praktycznie Koszmaria.

– Nie mam pojęcia – odpowiedział. – Chyba trzeba się z tym urodzić.

– Myślałam, że umrę ze strachu – przyznałam, a Wypłosz zaczął się śmiać.

Koszmarian także ryknął śmiechem, ale za chwilę spoważniał, zupełnie jakby sobie coś przypomniał.

– Czekaj, czekaj – powiedział – jak twój ojciec pracuje w cyrku, to powinien znać, no wiesz, takiego faceta, co połyka ogień...

Poczułam nagły zawrót głowy.

– Niejednego – odpowiedział Wypłosz. – W każdym cyrku jest taki gość.

– Jej ojciec pracuje w cyrku – wyjaśnił Koszmarian, wskazując mnie paluchem.

– O, super! – ucieszył się Wypłosz. – A w którym?

– Medrano – palnęłam, bo kiedyś zauważyłam na słupie plakat „CYRK MEDRANO, JEDYNE PRZEDSTAWIENIE, DZIECI ZA PÓŁ CENY”.

– To supercyrk – Wypłosz spojrzał na mnie z aprobatą. – Czyli twój ojciec musi być naprawdę dobry.

Poczułam się nagle jak okręt wypływający na pełne morze. Dzień, w którym pani kazała mi napisać sto razy w zeszycie „NIE BĘDĘ KŁAMAĆ”, dziwnie zbladł i odpłynął w niepamięć.

Mój ojciec, światowej sławy połykacz ognia, urósł do rangi superbohatera i mało brakowało, żebym zaczęła opowiadać, jak to występował w Koloseum.

– To naprawdę jest kimś – stwierdził Wypłosz. – My mamy tylko ten numer z psem – dodał i nagle zrobiło mi się go żal. Numer z psem był naprawdę fantastyczny. A mój ojciec to była jedna wielka ściema.

Ale oczywiście za nic w świecie nie przyznałabym się do tego.

Siedzieliśmy na ławce aż do zmroku. Wypłosz okazał się naprawdę fajny i daleko było mu do maminsynka!

No i za jego sprawą widmo mojego ojca przybrało bardziej realnych kształtów.

– Co to za cyrk z tym cyrkiem? – zapytała następnego dnia mama.

– Cyrk? – spojrzałam na nią z miną kota ze Shreka.

– Cyrk – powtórzyła. – Podobno twój ojciec pracuje w cyrku. A może się przesłyszałam?

Wzruszyłam ramionami

– No – ciągnęła – i w tym cyrku połyka ogień.

– Chcę zobaczyć się z moim ojcem – wykorzystując zaskoczenie matki, szybko przeszłam do ataku.

– Ja też – odpowiedziała i wyszła z pokoju.

Ciekawe, co tym razem kupi – pomyślałam.

To były T-shirty. Dwadzieścia T-shirtów. Z cekinami i bez, we wzorki i gładkie.

A na kolację zjadłyśmy dietetyczne sucharki.

– Od czasu do czasu dobrze jest zrobić sobie dietę – oświadczyła matka, zaglądając do lodówki.

Nie wiem, czy to dzięki tym przymusowym głodówkom matka miała figurę nastolatki, czy może miały na to wpływ geny.

Ja też jestem szczupła. No i te nogi, na które wcześniej nie zwróciłam uwagi...

Kiedy skończyłyśmy dietetyczną kolację, zadzwonił telefon. Mama na początku trochę się zdenerwowała i wyszła porozmawiać do drugiego pokoju. Ale i tak słyszałam, jak się tłumaczy.

– Gdzie tam. Pełna po brzegi.

Ale kiedy wróciła, miała nietęgą minę.

Wpakowała T-shirty do reklamówki i wepchnęła wszystko do kosza na brudną bieliznę.

A potem ponownie otworzyła lodówkę.

– Posłuchaj – powiedziała. – Pójdziesz do Moniki. Zaraz. Zabierzesz od niej... Ona już wie co. Tylko szybko.

Monika była antyprzyjaciółką mamy. Nazywałam ją tak dlatego, że bez przerwy się kłóciły, a potem godziły. Zupełnie jak ja i mama w podstawówce.

Tylko że kłótnie mojej mamy i Moniki były naprawdę straszne. Monika, podobnie jak mama, chodziła na grupę, czyli spotkania z panią psycholog, i była uzależniona od solarium. To może brzmieć śmiesznie, ale taka była prawda. Monika wyglądała, jakby posmarowała się brązową farbą, co przy jej prawie białych włosach wyglądało naprawdę strasznie.

I ciągle jej było mało, chociaż dobrze wiedziała o raku skóry i innych nieprzyjemnych konsekwencjach.

Uzależnienie od zakupów było – czegokolwiek by nie powiedzieć – o wiele mniej szkodliwe. Przynajmniej dla zdrowia.

No więc pobiegłam do Moniki. Kiedy otworzyła drzwi, trochę się wystraszyłam, bo w przedpokoju było ciemno i Monika też była prawie czarna. Tylko oczy jej świeciły jak u Murzyna.

Podała mi reklamówkę i pobiegłam z powrotem.

Kiedy przyszła kurator, wszystko elegancko leżało w lodówce. Serki, masło, wędlina, jogurt i cztery kremówki.

Przypomniałam sobie dietetyczną kolację i aż mnie skręciło w środku.

– To były nieduże zakupy? – uśmiechnęła się fałszywie pani kurator.

– Może kremówkę? – mama udała, że nie słyszy.

– Chętnie. – Pani kurator rozejrzała się po pokoju.

Na szczęście nie zauważyła rożka reklamówki z Mohito, który wystawał spod wersalki. Diabli wiedzą, co w tej torbie było. Wstałam od stołu i z kremówką na talerzyku przesiadłam się na wersalkę.

Przydeptałam rożek fatalnej torby i zabrałam się za ciastko. Gdybym nie była tak koszmarnie głodna, z pewnością by mi smakowało, ale w pewnej chwili mnie zemdliło i poczułam, jak kremówka rośnie mi w ustach.

Zmusiłam się, aby wszystko przełknąć, bo gdybym wstała, kuratorka mogłaby zauważyć reklamówkę.

Zresztą nie tylko o to następnego dnia była straszna awantura. Zresztą nie tylko o kremówki, bo na śniadanie wzięłam sobie trochę szynki i sera.


Na szczęście mama z Moniką pokłóciły się na grupie, nie na ulicy, bo to było naprawdę straszne: Monika wyzwała mamę od złodziejek, a mnie od głodomorów.

– Paskudna solara – stwierdziła mama, rzucając na fotel kilka par kolorowych skarpetek.

I dokładnie w tym momencie przestało mnie to wszystko bawić.

– Co będzie na obiad? – zapytałam.

Mama przez chwilę wyglądała na zaskoczoną, ale szybko odzyskała równowagę.

– Zapomniałaś, że dzisiaj jesteśmy zaproszone do Pierników?

Myślałam i myślałam, ale nijak nie mogłam sobie przypomnieć takiego zaproszenia.

Pierniki, a raczej Stary Piernik i jego młoda żona, prowadziły galerię sztuki, w której Stary Piernik sprzedawał świece własnej produkcji, a Piernikowa malowane przez siebie drewniane i porcelanowe korale.

Oczywiście Piernik nie wiedział, że jest Piernikiem, ale wszyscy właśnie tak go nazywali.

„Taki stary piernik i taka kobieta”, mawiano.

Albo: „Umiał się, stary piernik, ustawić...”.

Pierniki miały to do siebie, że w każdej chwili można było je odwiedzić i zaraz wystawiały na stół wszystko, czym dało się poczęstować gościa.

No to poszłyśmy na proszony obiad do Pierników. Akurat mieli pyszny krupnik na wędzonce i młode ziemniaczki z kefirem.

Niebo w gębie.

Piernik przyjrzał mi się z uśmiechem i stwierdził, że wyrastam na ładną dziewczynę. A kiedy wychodziłyśmy najedzone tak, że ledwie mogłyśmy się ruszać, Piernikowa dała mi dwa ceramiczne korale. W kwiatki.

I w sumie niczego nie brakowałoby mi do szczęścia, gdyby nie przyklejony na słupie afisz.

– Hej, Bajbara! – powitał mnie Wypłosz.

Siedział na parapecie, majtając nogami i szczerzył w promiennym uśmiechu swoje przepiękne, białe zęby.

– No cześć – odpowiedziałam z pewną rezerwą, bo wydał mi się podejrzanie wylewny.

– Coś taka skwaszona? – zapytał. – Nie cieszysz się?

Nagle wszystko stało się jasne. Powinnam się cieszyć, bo przyjechał cyrk Medrano. Bo oznaczało to, że przyjechał mój tata.

– Wiesz, że mamy występ z psem? – Wypłosz trajkotał jak nakręcony. – Tylko że to tata występuje, nie ja.

– No to super – powiedziałam.

Wypłosz zniknął i za chwilę pojawił się przed klatką.

– Mam dla nas wszystkich bilety – powiedział.

– No to super – powtórzyłam i powlokłam się w stronę domu.

Od razu poszłam do pokoju i wyciągnęłam spod wersalki reklamówkę. Były w niej majtki. Kolorowe, białe, koronkowe i zwykłe, z bawełny.

– Lepiej popatrz na to – powiedziała mama, wyjmując z kuchennej szafki różowe adidasy.

Założyła je i przeszła się parę razy po kuchni.

– Na mnie są za małe – orzekła. – Załóż.

Były dobre. Śliczne. Ale nie mogłam się nawet uśmiechnąć.

– Źle się czuję – powiedziałam.

Nie zdejmując adidasów, położyłam się na łóżku.

Musiałam zrobić coś z moim tatą, ale nie za bardzo wiedziałam co.

Zresztą, cokolwiek bym wymyśliła i tak się wyda. Leżałam, patrzyłam w sufit i naprawdę chciałam umrzeć.

Z tego wszystkiego zadzwoniłam do Wampireny i umówiłyśmy się na Skrawku.

Skrawkiem wszyscy nazywali kawałek zieleni z trudem ocalony przez komitet osiedlowy. Kiedy miasto chciało wybudować tam garaże, prawie wszyscy mieszkańcy osiedla pomaszerowali pod Urząd Miasta z ogromnym transparentem „Zostawcie nam nasz skrawek zieleni”. Prawdę powiedziawszy, guzik wywalczyli, ale w trakcie pierwszych prac okazało się, że dawno temu był tam... cmentarz! Robotnicy wykopali trochę kości, na drugi dzień przyjechali jacyś eksperci i stwierdzono, że wykopanie tych wszystkich kości byłoby bardziej kosztowne niż wybudowanie garaży i zostawili nasz Skrawek w spokoju.

 

Pod jednym z drzew, które wyglądało na najstarsze, ustawiono kamienną tablicę z napisem, że w tym miejscu spoczywają szczątki nieznanych ludzi, prawdopodobnie pacjentów szpitala psychiatrycznego. Okazało się także, że niektóre z kamieni, którymi otoczono niewielki klomb, to fragmenty płyt nagrobnych. Oczyszczono je i ustawiono w trawie.

I tak zakończyła się walka o zieleń.

A przy okazji wyszło na jaw, że ten cały szpital mieścił się nie gdzie indziej, tylko... w naszej szkole.

Może dlatego wszyscy w niej byli trochę dziwni?

Wampirena siedziała na kamieniu i pasła Edwarda. Kicał sobie wesoło w trawie i wybierał z niej koniczynę.

– Nie chce mi się żyć – powiedziałam, a Wampirena ze zrozumieniem pokiwała głową.

– A nie mówiłam, że też jesteś emo, tylko o tym nie wiesz? – zapytała. – Łzy ukrywasz pod śmiechem. A śmiech i płacz mają te same korzenie.

Siedziałyśmy w milczeniu, patrząc jak Edward wcina łodygi mleczy, a nad naszymi głowami wesoło ćwierkały ptaki.

– Mój tata zaginął – powiedziałam, siląc się na najbardziej grobowy ton.

– Codziennie setki ludzi ginie bez wieści – westchnęła Wampirena. – Czasami się znajdują – dodała po chwili.

A może mój tata rzeczywiście zaginął? – pomyślałam.

– A czasami po prostu nie chcą być znalezieni – ciągnęła.

Nie potrafiłam doszukać się powodu, dla którego mój tata miałby nie chcieć się odnaleźć. Miałby bardzo ładną żonę i niebrzydką córkę.

– Ale można to zgłosić na policję.

– Zaginął za granicą. – Kolejne kłamstwo przyszło mi przez gardło równie gładko jak inne.

– Od tego jest Interpol. – Wampirena podrapała Edwarda za uchem. – Wiesz, ilu zaginionych tutaj leży? – zapytała nagle.

Poczułam, jak robi mi się zimno.

Ostatecznie siedziałyśmy na Skrawku, który był pełen ludzkich kości.

W klasie wszyscy mi współczuli. Kiedy przyszłam do szkoły, nawet Koszmarian powstrzymał się od głupich uwag. Nie kto inny jak Wypłosz potwierdził istnienie cyrku Medrano, więc mój zaginiony tata stał się nagle postacią tak realną, że sama prawie uwierzyłam w swoją historię.

– Może to umieścić na fejsie? – zapytał Buła z Masłem. – Internet to potęga i znaleźć kogoś to... buła z masłem – zakończył swoim ulubionym powiedzonkiem. – Daj mi zdjęcie starszego, to się tym zajmę.

W zasadzie mogłam pozwolić mu na taką akcję, ale oczywiście nie miałam żadnego zdjęcia.

– Poczekajmy, co powie Interpol – zdecydowałam.

Kiedy lekcje się skończyły, byłam nie tylko właścicielką najdłuższych nóg, ale i najpopularniejszą dziewczyną w szkole.

Wampirena i Koszmaria odprowadziły mnie do domu, a Koszmaria zapytała, czy chcę, aby posiedziała ze mną.

To akurat byłoby fajne, ale nie miałam pewności, czy nagle nie pojawi się pani kurator albo czy mama nie wróci z siatką pełną kolejnych zakupów.

– Jakby coś, to zadzwoń – powiedziała.

Ledwie weszłam do domu, zadzwonił Wypłosz, pytając, czy w tej sytuacji chcę wybrać się do cyrku. Bo to może być dla mnie traumatyczne doświadczenie.

– No, atmosfera, występy – mówił. – Wiesz, to wszystko.

– Może pójdę – odparłam grobowym głosem.

Nie mogłam pozwolić, aby coś fajnego mi umknęło. Ubrałam się stosownie do okazji – w czarną dżinsową spódniczkę i czarną koszulkę. Jedynie adidasy były różowe, bo nie miałam nic bardziej odpowiedniego.

Przedstawienie było naprawdę rewelacyjne, tylko musiałam się pilnować, aby nie okazywać zbytniej radości. Nawet kiedy ojciec Wypłosza razem z psem odśpiewali Love me tender. A kiedy na koniec numeru na arenę wybiegła biała pudliczka z różą w pyszczku i położyła ją na ziemi obok stołka, na którym siedział pies, musiałam na siłę myśleć o czymś smutnym, żeby się nie śmiać...

O to akurat nie było trudno – wystarczyło, że sobie przypomniałam pustą lodówkę albo kolejne zakupy mamy i już uśmiech zniknął mi z twarzy.

Po przedstawieniu tata Wypłosza pokazał nam wszystkie zwierzęta i myślałam, że dostanę zawału. W każdej chwili mógł zapytać o mojego tatę, bo Wypłosz nie był przecież idiotą i z pewnością opowiedział o nim swojemu ojcu.

Ale na szczęście nic takiego się nie stało.

– Podobało ci się? – zapytał Wypłosz.

Z grobową miną skinęłam głową.

Bomba wybuchła nazajutrz. Pani wychowawczyni poprosiła mnie do pokoju szkolnej pedagog. Obie patrzyły na mnie z dziwnym wyrazem twarzy i żadna nie wiedziała, jak zacząć.

– Basiu – odezwała się wreszcie pedagog. – Jestem tu po to, aby każdy, kto ma jakiś problem, mógł przyjść i o tym porozmawiać. To moja praca.

– Ale ja nie mam żadnego problemu – odparłam, patrząc jej prosto w oczy.

– Wiem – odpowiedziała. – To my mamy problem.

– Naprawdę? – zdziwiłam się.

– Z tobą – uściśliła moja wychowawczyni.

Miałam na końcu języka, że jestem jedną z najlepszych uczennic w szkole, ale w minach obu pań było coś, co powstrzymało mnie od podobnych uwag.

Postanowiłam przejść do ataku.

– Jeśli chodzi o mojego tatę...

– Chodzi o twoją mamę – przerwała mi pani pedagog i znowu spojrzała na naszą panią.

W ten sposób dowiedziałam się, że mama została zatrzymana przez policję, kiedy próbowała ukraść kilka flakoników perfum. I to nie byle jakich.

I że prawdopodobnie nie była to pierwsza kradzież, jakiej się dopuściła.

W związku z tym obie panie musiały ustalić adres jakiegokolwiek członka mojej rodziny, który mógłby podjąć się opieki nade mną na czas... W przeciwnym bowiem wypadku...

No właśnie. Z tym czasem też był problem. Bo tak naprawdę nikt nic nie wiedział.

Ale nie to było najgorsze.

Otóż tak naprawdę w pobliżu nie było żadnego członka mojej rodziny. Babcia, czyli mama mojej mamy, mieszkała w Ameryce. A Ameryka była zbyt daleko, aby babcia mogła przyjechać ot tak, z dnia na dzień.

Poczułam, że ogarnia mnie panika. Przypomniałam sobie noc spędzoną w Policyjnej Izbie Dziecka i zrobiło mi się niedobrze. Musiałam naprawdę pozielenieć na twarzy, bo kiedy zapytałam, czy mogę pilnie wyjść do ubikacji, obie natychmiast się zgodziły.

Popędziłam do toalety i zamknęłam drzwi na zasuwkę.

Na szczęście miałam ze sobą telefon, choć oczywiście nie wolno nam było nosić do szkoły komórek. Chwała Bogu był doładowany.

Przejrzałam książkę adresową. Koszmarian, Koszmaria, Wampirena... Pani Monika... Ta akurat nie nadawała się na opiekuna, nawet dla królika.

– Basiu!

Pani wychowawczyni musiała polecieć za mną i stała teraz pod drzwiami.

Piernik! Że też nie pomyślałam o Starym Pierniku!

Ale oczywiście nie miałam pojęcia, jak naprawdę się nazywa.

Odkręciłam wodę i wybrałam numer.

– Słucham – odezwał się Stary Piernik.

Żeby jeszcze się przedstawił...

– Mówi Basia Zapolska. Proszę mi pomóc. Mama kradła w sklepie i została zatrzymana. Musi przyjść do szkoły ktoś z rodziny, a ja... – Głos mi się autentycznie załamał. – Ja nie mam nikogo...

– Spokojnie – powiedział Stary Piernik. – Gdzie jest ta twoja szkoła?

– Basiu!

Pod drzwiami znalazła się również pani pedagog.

– Zaraz! – zawołałam. – Już...

– Zaraz przyjadę – obiecał Stary Piernik. – To jest ten dawny szpital psychiatryczny, tak?

– Tak – odpowiedziałam i wyłączyłam telefon, bo wychowawczyni zaczęła dobijać się do drzwi.

Wyszłam z toalety na miękkich nogach i po drodze zwymiotowałam do umywalki. Pani pedagog podała mi paczkę chusteczek higienicznych.

– Teraz musisz podać nam telefon do osoby, z którą rozmawiałaś – powiedziała wychowawczyni.

Wyjęłam z kieszeni komórkę i drżącym głosem podałam numer Starego Piernika.

– Ta osoba... – pani pedagog zawiesiła głos – to jest...?

Nie dość, że nie wiedziałam, jak naprawdę nazywa się Stary Piernik, to jeszcze jak ostatnia idiotka nie zdążyłam się z nim umówić, kim dla mnie jest...

Musiałam zrobić coś ekstremalnego. Zatem osunęłam się na zielone kafelki łazienki, pilnując, żeby nie walnąć głową o jakąś rurę.

Z pomocą woźnego przeniesiono mnie do gabinetu higienistki, co z racji przerwy widziała cała szkoła i pewnie już zaczynało huczeć od plotek.

Stary Piernik pojawił się w chwili, gdy rozważano wezwanie karetki. Wszedł do gabinetu ubrany tak elegancko, że aż mnie zatkało.

– Cezary Staruszkiewicz – przedstawił się i usiadł obok mnie. – Jestem – powiedział i przytulił mnie do siebie.

– To mój tata chrzestny – wyszeptałam, a Stary Piernik w mig podjął grę. Był w te klocki równie dobry jak ja.

– Oczywiście, że zajmę się chrześnicą do czasu, aż przyjedzie... – spojrzał na mnie pytająco – aż przyjedzie Leokadia.

Kim, u diabła, była Leokadia? Ale nie mieliśmy czasu na zastanawianie się nad drobiazgami.

– Proszę, oto moje dokumenty... zawsze są niezbędne... Natychmiast zabieram małą do domu... znaczy się, do siebie. Jaki to mamy dzisiaj dzień...?

Bo Pierniki znane były z tego, że żyły tak, jakby codziennie była niedziela.

– Czwartek – przypomniała mu pani pedagog.

– Basia wróci do szkoły w poniedziałek – powiedział. – Osobiście ją przyprowadzę. Proszę zachować sobie moją wizytówkę... Oto i ona... Żegnam miłe panie, rączki całuję...

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?