Pył z landrynekTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pals. Kamień na kamieniu

Trzeba być szalonym, żeby przyjechać tu w środku dnia, w świętej porze sjesty. Albo być cudzoziemcem. Cudzoziemcy są szaleni z natury, mają wiecznie rozregulowane zegarki, boży głupcy, nigdy nie wiedzą, kiedy jeść, kiedy spać, kiedy podróżować. Więc oto miasteczko w porze sjesty i jesteśmy w nim sami. Drzwi głucho zamknięte. Brak nawet poczucia, że ktoś patrzy ukradkiem. Nic. Tylko kamień na kamieniu i my.

Pals, Peratallada, Besalú, Palau-sator… Katalońskie kamienne torty, które wyrastają nagle na równinie – jednokolorowe, wypiętrzone we wzgórki, zwarte, spętane murami. Zwieńczone jak świeczką wieżą kościoła lub zamku, czasem obu. Wewnątrz jest labirynt. Ciasna uliczka wije się, ściśnięta przez ściany, meandruje pod łukami jak z gotyckich katedr i ginie w zaułkach. Idziemy w cieniu. Dom przy domu – wszystkie z jednakiego kamienia, kamienia stąd: porowatego, bladożółtego, przerośniętego porostami i suchym mchem. Nie sposób poznać, gdzie mieszka biedak, a gdzie pan. Zresztą, czy ktoś tu naprawdę mieszka? Nikt. Okna są ślepe, drzwi zatrzaśnięte na głucho, w szczelinach gnieżdżą się gołębie i jaskółki. Czasem trafi się sklepik z ceramiką, czasem tabliczka: „Dom do wynajęcia na wakacje”, ale, powiedzmy sobie szczerze, kto chciałby tu mieszkać dłużej niż dzień? Co by tu robił sam na sam z kamieniem?

Oczywiście nie zawsze tak było. Ktoś tu kiedyś żył. Kamienne labirynty Katalonii mają historię sięgającą lat bez jedynki z przodu. W skale pod wieżą w Pals śpią Wizygoci, za mostem w Besalú, na rozstajnych drogach, swoją stolicę urządził hrabia Miró, syn Wilfreda Włochatego, ojca założyciela Katalonii. Ale to było dawno. Teraz nie ma nikogo. Pusto. Turyści są sto kilometrów stąd, na plażach. Domy pozamykane. W Pals leje. W Peratalladzie skwar (to nie ten sam dzień, choć w takich miejscach dzień nie ma znaczenia) – jest święta pora sjesty i nawet jedyna cafetería ma rozsądnie opuszczone rolety. Chcemy dojść do zamku – nad domami góruje jego zębata wieża – ale kapryśne uliczki zwodzą nas na manowce. Schody, zakręty, łuki, zaułki – to zbliżamy się, to oddalamy, krążymy w kółko i zawsze trafiamy na zwartą ścianę domów. Przejścia nie ma, nie przedrzesz się, głupcze! Te miejsca broniły się przed lepszymi od ciebie, czego chcesz od nich. Spójrz na zegarek, jest święta pora sjesty, wszyscy śpią, przypatrz się dobrze wskazówkom, jesteś o jakieś tysiąc sto lat spóźniony, znów pomyliłeś daty i miejsca, niczego tu nie znajdziesz, zabłądziłeś wśród bladożółtych kamieni.

Wsiadamy więc do samochodu i odjeżdżamy, uwożąc porcelanowy kubek i garstkę zrobionych zdjęć. Kiedy oglądamy je później, na żadnym nie ma otwartych drzwi.

maj 2010

Aiguablava. Kupujcie kokosy, goli barbarzyńcy!

Już jest! Już jest! Skwar. Znów chodzi się zacienioną stroną ulicy, wylewa gorącą kawę na kostki lodu.

El coco! El coco! – krzyczy stary człowiek w kraciastej koszuli na plaży w Aiguablavie; on jeden ubrany wśród golasów w kostiumach.

Staruszek jest taki, że chciałoby się go fotografować jak zabytek, jak relikt sprzed najazdu turystów. W ręce trzyma wielki zużyty nóż, taszczy odrapane wiadra: w jednym na lodzie leżą kokosy, z drugiego sterczy zielona nać ananasów. Skąd w ogóle tu się wziął, nie mam pojęcia. Najbliższe miasteczko jest o pięć kilometrów stąd, dojazd krętą, stromą drogą wśród skał, sosen i rezydencji z basenami. Przyszedł? Przywiózł go kelner z drogiej restauracji? Przypłynął łódką? Przecież nie – w zatoczce jak z pocztówki cumują tylko jachty motorowe. Staruszek jest niczym archetyp działkowca, mógłby może mieć starą motorówkę albo motorower-dryndę, ale niczego takiego w pobliżu nie widać, zresztą nie pasowałoby do lazurowego morza, silikonowych piersi i olejku do opalania. Hiszpania oddała swoje plaże i nadmorskie miasteczka na łup reszcie Europy. Co roku, w lecie, podwaja swoją populację, bez skargi przyjmując bladoróżowe mięso z Północy. Nie ma już miejsca dla staruszków w kraciastych koszulach. Ten, który chodzi po Aiguablavie, to tylko miraż z odległej epoki, choć jak na fatamorganę – donośny.

El coco! – drze się z gardłowym kupieckim zaśpiewem, takim samym, jaki słychać na bazarze w Stambule i krakowskim Kleparzu, dokładnie, dokładnie takim samym. A potem dodaje coś jeszcze, czego nie rozumiem, a co musi być ananasem po katalońsku, choć chciałoby się, żeby było żarliwą klątwą: – Kupujcie kokosy i udławcie się nimi, wy nadzy, podli barbarzyńcy!

I kilka kilometrów dalej, w Tamariu, wydaje się, że klątwa się sprawdza. Nad plażę nadciąga niska sina chmura. Najpierw widzimy ją z góry, z drogi: szary jęzor pełznie po wodzie pod oślepiająco błękitnym niebem, rozbija się o skały i wślizguje do zatoczki. Z takiej chmury tylko zło: w takich oparach gubią się samoloty w Trójkącie Bermudzkim, z takiej mgły ku bezbronnym osadom nadciągają wikingowie i tureccy piraci. Tak przecież już tu bywało, dawno temu; kamienie z zamku w Begur, warownych domów i wież obserwacyjnych wciąż śnią o Rudobrodym, rzeka Ter pamięta obce imiona wikingów Hastinga i Björna Järnsidy…

Ale tłum współczesnych najeźdźców plaż nic sobie z tego nie robi. Właśnie nadszedł czas obiadu. Chcemy tylko kawy i kelnerzy wyrzucają nas z kolejnych knajp: teraz tylko na posiłek, dałbym ci tę kawę, ale zajmiesz stolik i rozzłościsz szefa. Tam, gdzie wreszcie siadamy, na ścianie wisi tabliczka: „To jest lokal dla ludzi na wakacjach. Pracują tylko dwie osoby. Nie śpiesz się sam i nie poganiaj innych”. Najeźdźco – chciałoby się dodać.

maj 2010

Peralada. Fałszywe przesłanki

Miasteczka w Katalonii przypominają kamienne labirynty, ale są to labirynty dziwne. Nie można w nich zabłądzić. One tylko wyrzucają. Ulice biegną po łuku, wiją się wokół centrum i odpychają obcego z niewidzialną siłą odśrodkową, jakby broniły czegoś, co jest w środku.

Peralada nie była inna. Główna uliczka wiła się miękko i z łagodnym uporem wypychała nas na zewnątrz. Wracaliśmy zdeterminowani. Skręcaliśmy w jakieś nieprawdopodobne zaułki i znów wylatywaliśmy. Wszystkie domy przy głównym placu były mniej więcej tej samej wielkości, więc szukaliśmy czegokolwiek: napisu, tabliczki, pomnika, ale niczego nie było i chude koty patrzyły z litością na naszą walkę. Jeden z nich, biały z rudo pręgowanym ogonem, miał spotworniałe oko: rozpychało mu oczodół niczym szklana kulka w kolorze chorego, mętnego błękitu. Trafialiśmy na niego za każdym nawrotem – mały Minotaur, Królik przewodnik w zbyt łatwym labiryncie. Nie ma przypadków, są tylko fałszywe przesłanki. Plac, którego pilnował kot, nosił imię poszukiwanego przez nas człowieka.

Nazywał się Ramón Muntaner. Był szlachcicem, żołnierzem, najemnikiem, być może także szpiegiem, przede wszystkim zaś kronikarzem. Żył na przełomie XIII i XIV wieku, a to, co napisał, miało stać się jednym z najważniejszych zabytków języka katalońskiego. Zanim jednak na starość zamienił miecz na pióro, przeżył trzydzieści dwie bitwy na lądzie i morzu, bywał w więzieniach i na polach chwały, rządził wyspą, widział oblężenia, plądrowanie miast, zdrady, zwycięstwa i klęski. Obronił Gallipoli przed Bizantyńczykami, by potem je podpalić i patrzeć, jak płonie. Dowodził almogavarami, wojskiem strasznym i pięknym, krzeszącym włóczniami iskry z kamieni z okrzykiem: „Desperta ferro! Zbudź się, żelazo!”. Walczył u boku Rogera de Flor, pół Niemca, pół Włocha, templariusza-renegata, przywódcy Kompanii Katalońskiej – najbardziej zuchwałej zgrai najemników w historii, która narobiła takiego zamieszania w basenie Morza Śródziemnego, że albańskie matki do dziś straszą dzieci potworem katalan, a greccy mnisi wciąż nie chcą wpuszczać do Meteorów turystów z Katalonii. Ramón Muntaner – szlachcic, żołnierz, najemnik, ponoć szpieg. I kronikarz. Urodził się w kamiennej Peraladzie, w największym domu u szczytu plaza mayor.

Ale w Peraladzie, przy głównym placu, wszystkie domy były mniej więcej tej samej wielkości i nigdzie nie widzieliśmy żadnej tabliczki. Miasto sprawiało wrażenie wymarłego: puste chodniki, zatrzaśnięte okiennice, bezużyteczne samochody, porzucone w upale i kurzu. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy uciekli lub się ukryli – jakby od strony pól golfowych, przez niestrzeżone bramy nadejść mieli almogavarzy, ta zbieranina wyrzutków, uciekinierów, bandytów spod znaków krzyża i półksiężyca, którą Korona Aragonii wzięła na żołd, te dzikie dzieci wyludnionych hiszpańskich pustkowi, co nigdy nie goliły się i nie ścinały włosów, przezwane od arabskich słów muhavir – „towarzysz” i mghabbar – „zakurzony”, a może po prostu od mughaver – „najazd”.

Nic jednak się nie działo i jedynymi najeźdźcami byliśmy my, którzy błądziliśmy pod parszywym okiem białego kota. Kot siedział zaszyty w gąszczu roślin doniczkowych, które przesłaniały wejście do kamienicy w zaułku. Nie ma przypadków; po prostu niektóre rzeczy zdarzają się, bo świat jest już bardzo stary i wyczerpały się scenariusze. Dzieje się więc tak: koty czmychają, pomiędzy donicami otwierają się drzwi i wychodzi z nich starsza kobieta z wiadrem w ręce – dokładnie taka jak inne starsze kobiety dokarmiające bezdomne koty i bez umiaru rozsadzające rośliny doniczkowe. Fabuła, w której lądujemy, jest dość prosta i kiepska; mamy swoje kwestie do wypowiedzenia – my i kobieta z wiadrem. Nie pozostawiono nam żadnego wyboru, więc pytam kobieciny z małego, odrapanego miasteczka o kronikarza, najemnika, szpiega sprzed siedmiuset lat, a ona odpowiada bez zdziwienia, jakby mówiła o wnuku sąsiadów:

 

– Tak, tak, urodził się tu.

I nagle wiemy, co się za chwilę stanie. Wiemy, lecz nic już nie możemy na to poradzić, możemy tylko nieporadnie brnąć dalej: że chodzi nam o dom, o największy dom przy plaza mayor, bo nie ma tabliczki i chcielibyśmy… A ona przygląda się nam nieuważnie zza grubych brzydkich okularów i potakuje:

– Tak, tak, właśnie tu się urodził.

Jeszcze nie kapitulujemy, została jeszcze jedna linia obrony: główny plac miasta jest za rogiem, za kamiennym przesmykiem, ale kobieta od razu przerywa:

– Przebudowano go. Jak burzyli tamten stary konwent Sióstr od Świętego Bartłomieja – mówi i niedbałym machnięciem wiadra rozbija w drobny mak chronologię, na zawsze miesza czasy, epoki, stulecia. Cokolwiek powie, nie będziemy już wiedzieć, o który wiek jej chodzi.

– Więc to ten dom?

– Ano ten.

– I pani w nim mieszka?

Potakuje. Nie ma przypadków. Przez chwilę stoimy w milczeniu. Patrzymy na kamienicę, na plątaninę kabli, urywający się balkon, porozsadzane kwiaty, wśród których siedzą koty, na białą plastikową rynnę.

– I jak… – pytamy ostrożnie, bardzo ostrożnie, bo sytuacja jest już trochę zbyt nierealna na takie pytania – jak się tu mieszka?

– Ano dobrze – odpowiada kobiecina, a potem dodaje: – Staramy się po prostu niczego nie zmieniać.

I w tym momencie coś złego do reszty dzieje się z czasem. Czas zmienia się w jakiś wir, a może raczej staje, może nigdy tu nie płynął, w tym kamiennym miasteczku, spętanym kablami, w tym wielkim kraju na uboczu teraźniejszości. Nie umiem tego ocenić, tak jak nie wiem, czy wciąż mówimy o tym samym człowieku, o kronikarzu sprzed siedmiuset lat i o jego domu, czy ta kobieta mnie nie zrozumiała, a może nie rozumiem jej ja. Kot ze spotworniałym okiem drwiąco liże swój ogon – to jedyny uroboros, na jakiego stać tę fabułę i to miasteczko. Kobieta chce odejść i jedyne pytanie, które mam jeszcze odwagę zadać, brzmi głupio:

– Czy to pani kot?

październik 2010

Cadaqués. Czekając na tramontanę

Potrzeba nie lada odwagi, by pojechać do Cadaqués. Wciąż wymyślam przeszkody: że daleko, że tłoczno, że droga to „wąska ścieżynka nad przepaścią bez dna”, tak wąska, że Cadaqués zachowało swój własny dialekt, mowę jednej zatoki… Odradzam zatem gościom. Wymiguję się. Ale tak naprawdę czekam na wiatr z północy. Sprawdzam prognozy pogody. Patrzę, kiedy pojawi się zimny, suchy wiatr od lądu. Czekam na tramontanę.

Mówią, że najpierw czujesz ucisk gdzieś w okolicach serca, a może gardła – dziwny rzeczy niepokój, niewytłumaczalną trwogę, smutek bez powodu… Potem słyszysz: „gwizd, z każdą chwilą bardziej kłujący i intensywny, zakończony grzmotem, od którego drży ziemia”. I wtedy zaczyna się wiatr – pisze Gabriel García Márquez. – „Najpierw nadchodzi w pojedynczych porywach, coraz częstszych, aż zlewa się w jeden ciągły podmuch, bez najmniejszej przerwy, bez momentu ulgi, tak silny i surowy, że zdaje się mieć w sobie coś ponadnaturalnego”. To właśnie tramontana, el viento satanico, szatański wiatr, który – co wiedzą miejscowi oraz niektórzy doświadczeni pisarze – zmiata chmury z nieba jak miotłą i przynosi do Cadaqués ziarna szaleństwa. Dozorcy wieszają się wtedy na ulicznych latarniach, a młodzi chłopcy skaczą w przepaść ze strachu, że umrą. Josep Pla, kataloński Wańkowicz, twierdzi, że tramontana zwykle nadchodzi wiosną, kiedy w Maresme jest sezon na bób. A gdy wieje, bruk w niedalekim Figueres drży niczym napięta skóra węża.

Ale Cadaqués, jakie znam, jest inne. Nie ma w nim duchów dozorców ani młodych chłopaków. Wyprowadzili się stąd Duchamp, Dali i Márquez, nie przyjeżdżają Picasso ani Disney. W Cadaqués, jakie znam, na rogatkach jest parking, żeby hordy turystów nie zablokowały wąskich uliczek. Jest słońce, piasek, są turystyczne foldery i drogie hotele. Jest tłum, który nic nie wie, a zatem niczego się nie boi. I nie ma tramontany.

Czekam więc. Sprawdzam prognozy. Wypatruję wiatru. Zbieram odwagę. Cóż mogę poradzić? Chcę pustych ulic, grozy błękitnego nieba, morza jak tafla szkła. Chcę pojechać do Cadaqués, usłyszeć gwizd i grzmot: poczuć, jak nadchodzi tramontana.

Czekam, lecz być może czekam już na próżno. Znów się spóźniłam; Márquez wyjechał, w domu Dalego jest muzeum, Pla nie żyje, wymieniono latarnie, przyszło lato i kończy się bób w Maresme. Za późno na tramontanę! Nawet psychiatrzy z Barcelony zdążyli policzyć szaleńców. Częściej, orzekli, wariują jesienią, z nadejściem ciepłego wiatru ze wschodu, i latem, kiedy na wybrzeżu ciemnoskórzy kelnerzy witają cię: bonjour.

czerwiec 2010

Ripoll. Bluźnierstwo u źródeł

Wilfred Włochaty, ojciec założyciel Katalonii, ma w Ripoll grób, w który prawie można uwierzyć. Prosty blok piaskowca, bez ozdób, na masywnych wspornikach. To prawie prehistoria, osiemset plus, lata wciąż jeszcze nie przekroczyły tysiąca. Cesarz Franków nachyla się nad rannym w bitwie, zanurza palce w jego krwi, przeciąga nimi po pustej tarczy. Powstaje Wilfredowy herb, herb Katalonii – cztery krwiste pasy na złotym tle – który lśni teraz, wyjęty z mroku pod sarkofagiem punktowym reflektorem. Pamięć zawsze buduje się na grobach (jeśli ich nie ma – buduje się groby).

I tu właśnie zrobiono coś takiego. Romański klasztor Santa Maria wygląda, jakby odbudowano go z klocków. Mają ładny ciemnoszary kolor i lekko błyszczą – grafitowe lego. Oglądamy wszystko z kawiarnianego ogródka. To pora śniadania i właśnie kończymy tradycyjne pà amb tomàquet, czyli grzanki potarte pomidorem (niedawno autonomiczne władze Katalonii nakazały obowiązkowo serwować je wszystkim czterogwiazdkowym hotelom w regionie, w ramach czegoś, co można nazwać „lokalną polityką kulinarną”). W podcienia fasady klasztoru wstawiono ochronne szkło, żeby nic się nie zniszczyło, i z tej perspektywy całą tę katalońską historię liżemy najpierw przez szybkę: odchodzą Wizygoci, nadchodzą Maurowie o niemożliwych do spamiętania imionach i w 716 roku zdobywają Barcelonę, a już chwilę później, z północy, zza gór, wlewają się Frankowie. Wszystko kotłuje się, miesza. Stare gockie rody, skłóceni arabscy watażkowie, ludzie cesarza, ludzie nowej władzy, kler, pretendenci, uzurpatorzy i prawomocni dziedzice zawierają przymierza, żenią się między sobą, przeciw sobie buntują, walczą, handlują, współżyją, przechodzą na islam, na chrześcijaństwo, czczą dawnych bogów i zmieniają nazwiska. Tak, na początku jak zawsze był chaos i trudno się w tym połapać.

Frankowie nadchodzą w 752 roku. Idą pod sztandarami bratniej pomocy podbitym Wizygotom. Jest w tym nawet cząstka prawdy – w państwie Karola Wielkiego schronienie znajduje wielu uchodźców z Hiszpanii, w zjeździe w Akwizgranie uczestniczą czterdzieści dwa rody wizygockie, zainteresowane rewindykacją swoich ziem. Ale dla innych ten etap jest już przeszłością, a cesarz – kolejnym najeźdźcą. Barcelona, zamiast wyglądać jego nadejścia, jednoczy siły z muzułmanami i przygotowuje się na oblężenie. Zdobędzie ją dopiero Ludwik Pobożny, syn Karola. Wcześniej padną Girona, Cerdanya i Urgell.

Ale na razie nic nie jest jeszcze pewne. To wciąż czasy, kiedy los jest półpłynny – wszystko waży się na ostrzu włóczni. Pierwszym hrabią Barcelony zostaje Bera, syn Guillerma z Tuluzy, kuzyna Karola Wielkiego. Bera ma przyrodniego brata Gaucelma, który oskarża go o zdradę. Cesarz zarządza sąd boży. W pojedynku na włócznie w Akwizgranie ścierają się Bera i Sanil, reprezentant Gaucelma. Pokonany Bera odchodzi na wygnanie. Jego syn Aison sprzymierzy się z muzułmanami i podniesie jeszcze krótki bunt przeciw Frankom. Ale Frankowie też powoli odchodzą w przeszłość. W 814 roku umiera Karol Wielki, a jego dziedzice nie zdołają już utrzymać mocarstwa w ryzach. Nadchodzi czas lokalnych władców. Nadchodzi czas dla Wilfreda.

Kim był? Ostatnim człowiekiem cesarza. Pochodził z rodu hispano-gockiego, był synem Sunifreda z Rosellón za Pirenejami, gdzie dziś wciąż mówi się po katalońsku. W 878 roku został hrabią Barcelony, Besalú i Girony. Była to ostatnia cesarska nominacja na to stanowisko. Swoich następców Wilfred wyznaczył już sam. Zanim zmarł, broniąc Barcelony przed Saracenami, zapoczątkował dynastię niezliczonych Ramonów Berenguerów i zagwarantował im piękny sztandar z krwawymi pasami, który zwisa teraz godnie w głównej nawie kościoła Santa Maria w Ripoll, równie błyszczący i wspaniały jak cały ten gmach z klocków Lego. I nie szkodzi, że trudno dopasować cesarza do śladów palców na Wilfredowej tarczy, bo Karol powinien już nie żyć, a Ludwik miał ponoć okaleczoną dłoń. To nie jest szczególnie istotne. Ważniejsze, że są gmach i sztandar, i historia, i grób, na których można zbudować pamięć.

Jest także język. Kataloński (w którym swoją kronikę napisze Ramón Muntaner) rodzi się z potocznej łaciny – jak sądzi filolog Joan Coromines – zaledwie wiek, dwa przed Wilfredem. Ledwie okrzepnie, spadną na niego prześladowania. W 1482 roku spłonie Biblia Walencka. W 1560 roku català zacznie tępić inkwizycja. Wiele lat później całkowity zakaz posługiwania się katalońskim wprowadzi Franco. W 1939 roku generał ogłosi absolutną jedność narodową z jednym językiem – kastylijskim i jedną tożsamością – hiszpańską. Będzie to czytelny sygnał: odtąd w podbitej Hiszpanii nie wolno uczyć także historii współczesnej i geografii katalońskiej. Instytut Studiów Katalońskich, instytucja odpowiedzialna za tworzenie i upowszechnianie standardów català, zostanie przemianowany na Instytut Hiszpańskości. W fabrykach na tablicach ogłoszeń zawisną kartki: robotnikom wolno przy pracy rozmawiać tylko po kastylijsku. Kino w Sabadell dostanie grzywnę i nakaz zamknięcia – dyrektora usłyszano mówiącego po katalońsku. Dom Pompeu Fabry, twórcy ortografii katalońskiej, zostanie splądrowany, a jego olbrzymia biblioteka spalona. Fabra umrze dziewięć lat później, ale gazety dostaną polecenie, by nie drukować jego nekrologów. Represje pójdą dalej, sięgną wszystkich sfer życia. Od 1945 roku statkom będzie wolno nadawać wyłącznie kastylijskie imiona. Od 1956 więźniowie będą mogli odzywać się tylko po kastylijsku.

Dziś kataloński rozumie 10,5 miliona, a używa 4,4 miliona ludzi na świecie. Dzięki polityce lokalnego rządu w ciągu pięciu lat (2003–2008) català nauczyło się prawie 84 tysiące osób. Mimo to kataloński rozpływa się w masie innych języków, zwłaszcza w kastylijskim. Procent osób mówiących català w Katalonii spadł z 50,7 do 47,6. Winę ponoszą imigranci. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza przybyło ich tu ponad pół miliona – w większości z biedniejszych regionów Hiszpanii oraz z Ameryki Południowej, która niemal cała używa kastylijskiego jako języka ojczystego. Najmniej po katalońsku mówi się dziś w stolicy regionu – Barcelonie. Jedynie 27,8 procent mieszkańców tego miasta porozumiewa się w català. Co więcej – do niedawna Barcelona była miastem, gdzie publikowano najwięcej kastylijskich książek na świecie.

Oczywiście lokalny rząd robi wszystko, by zahamować ten proces. Tylko w 2008 roku wydano pięćset dziewięćdziesiąt tysięcy euro na stworzenie „Optimotu” – strony internetowej zawierającej sprzężone ze sobą słowniki katalońsko-wszelakie oraz bazy danych najczęściej pojawiających się zapytań o słownictwo, składnię i ortografię català. Uruchomiono też specjalną infolinię, w której bezpłatnie dyżurują lingwiści i filolodzy. Generalitat chciałby także, aby połowa filmów wyświetlanych w Katalonii miała dubbing kataloński, jednak, choć rząd lokalny jest gotowy dawać na to pieniądze, kiniarze się burzą. Català w kinach – nawet subwencjonowany – jest dla nich nieopłacalny. Udowodnił to film Woody’ego Allena. Vicky Cristina Barcelona dostał z Generalitatu dwa miliony euro. Dzięki temu w czterdziestu siedmiu salach kinowych autonomii film wyświetlano po katalońsku, a jedynie w pięciu po kastylijsku. Sale kastylijskie były jednak pięciokrotnie bardziej oblegane. Zrzeszenie Właścicieli Kin Katalonii w obawie przed stratami oprotestowało pomysły Generalitatu.

Ale Wilfred Włochaty, ojciec założyciel Katalonii, w swoim grobowcu z prostego piaskowca nic o tym nie wie, my zaś nigdy się nie dowiemy, po jakiemu mówił. Wilfred Włochaty. Takie piękne imię. Miał zarost? Brodę? Owłosione ręce? A może cały był porośnięty mięciutkim ciemnym futrem, jak wilkołak, jak człowiek-pies ze starego cyrku? Świetne imię dla ojca założyciela. Remusa i Romulusa też wykarmiła wilczyca. Dobrze mieć w legendzie psa, wilka, niedźwiedzia. Orła. Pióra, kły, pazury. Futro. I tu, w ukrytym między górami Ripoll, które tak wspaniale nadaje się na kolebkę, w tym kościele z grafitowych klocków Lego, lekko błyszczącym, aż chciałoby się rozbić prosty sarkofag Wilfreda i zobaczyć, czy w środku nie uchował się jakiś kłąb sierści, nieduży, zszarzały kołtun… Ale pewnie nie. Pewnie nie.

 

luty 2011

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora