Trzepot skrzydeł

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Trzepot skrzydeł

Redaktor serii: ANITA KASPEREK

Redakcja: PAWEŁ CIEMNIEWSKI

Korekta: TERESA PODOSKA, MAŁGORZATA WÓJCIK, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK

Projekt okładki i stron tytułowych: ANDRZEJ PĄGOWSKI

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

© Copyright by Katarzyna Grochola

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie trzecie

ISBN 978-83-08-07203-5

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Patrycji – z podziękowaniem

za piękne towarzyszenie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Nie martw się. Dotąd nie załatwiłam tych wszystkich spraw, które odkładałam z dnia na dzień, aż zrobiły się bardzo, ale to bardzo zaległe. Jak zwykle. Nie pisałam Ci o tym wcześniej, bo nie chciałam, żebyś się denerwował i powtarzał jak zawsze: „a nie mówiłem?”. Ale dzisiaj postanowiłam załatwić wszystko po kolei, od samego początku.

Możesz być ze mnie dumny.

No więc po tym… Ty wiesz, po czym, wydarzyło się dużo rzeczy. Bałam się wcześniej do Ciebie pisać. Ale teraz już się nie boję.

Bałam się od początku. Wszystkiego.

Wiem, że się dziwisz.

Wszyscy zawsze mówili, że taka dzielna ze mnie dziewczynka.

Potem dziewczyna.

Potem kobieta.

Że odważnie zabieram głos, że podejmuję wyzwania. Że wszędzie mnie pełno.

A nawet sama schodzę do piwnicy w wielkim zaszczurzonym bloku.

Wierz mi, to jest najlepszy sposób, żeby ukryć strach. Być taką, hej, do przodu.

Żeby nikt się nie domyślił.

Więc taka byłam. Ale bałam się.

Najbardziej się bałam, że zostanę sama.

Że któregoś dnia okaże się, że w domu nikogo nie ma.

Ale też bałam się, że nie będę sama. Że ktoś wróci do domu i zobaczy, że zamiast się uczyć, czytam po raz któryś Anię z Zielonego Wzgórza, a jak można to czytać po raz setny, kiedy się jest zagrożoną z fizyki?

Potem bałam się, że zawsze już będą mnie wyśmiewać, jak wtedy, gdy założyłam się z Elką z piątej klasy, że dzieci powstają „przez miłość”. Ona mówiła, że „przez ruchanie”.

Nie wiedziałam, która z nas wygrała, ale śmiali się ze mnie.

Potem strach zrobił się inny. Potem bałam się, że coś się stanie z rodzicami.

Po śmierci babci dotarło do mnie, że jednak śmierć istnieje.

Ale natychmiast poczułam, że to zawsze dotyczy kogoś innego, dlatego doświadczenie nie ma tu żadnego zastosowania.

Strach przychodził nagle. Znikąd. Na przykład w autobusie wypuszczał ciemne i groźne coś się stało, więc biegłam coraz szybciej i szybciej od przystanku do domu, bo coś się stało, ale dom stał na swoim miejscu, nie było pożaru ani karetek, ani policji, nie było wybuchu ani leja po… ale coś się stało czyhało na mnie i nie czekałam na windę, wbiegałam na siódme piętro, nie mogłam złapać tchu, bo za drzwiami czaiło się coś się stało i…

…i wszystko w mieszkaniu wyglądało jak zwykle, nie było czuć gazu, pokoje na swoim miejscu, łazienka niezalana i nawet balkon nie pękał pod moimi nogami, nie odrywał się i nie leciał w dół, a z kuchni wychylała się mama:

– Boże, dziewczyno, jak ty wyglądasz, po co ty tak gnasz, będziesz chora…

I powoli coś się stało chowało czujki i wciągało odnóża, zamieniało się w szary kłębek w kącie pokoju, kłębek, na który można było nie zwracać uwagi, choć nie znikał. Coś się stało zrzucało skórę i przygotowywało się do przemiany w coś się stanie…

Nie tylko w autobusie, nie.

Gwiazdy takie piękne nad Doliną Kościeliską, do domu gazdów sześć kilometrów, w nocy w górach wszechświat wyciąga do ciebie dłonie, wiesz, że nie jesteś sama na świecie, gdy gwiazdy wiszą nisko i powoli przechodzą z miejsca na miejsce, czasem krótki błysk na niebie…

– Widziałaś?

– Zdążyłaś? Pomyślałaś życzenie?

Joasia, moja przyjaciółka, z zadartą głową zostawała w tyle.

A ja już wiem:

zachód słońca był krwawy, bo coś się stało, coś znaczył, coś dla mnie złego, a i ten spadający meteor, który miał być marzeniem, był coś się musiało stać, był znakiem dla mnie –

więc rano, skoro świt, a noc nieprzespana, z lękiem leżącym tuż obok, oddychającym cicho, ale nie tak cicho, żebym nie słyszała, więc rano pod drzwi gaździny (wstała już? jeszcze nie? wstała, bo coś słychać), czy mogę zadzwonić do domu, proszę, przypomniałam sobie, że…

– ależ dzwoń, dzwoń, dziecko, ale rano jest…

Czekałam, a trzepotanie rosło, coś się stało rozwijało skrzydła…

odbierz, niech ktoś odbierze…

pięć sygnałów…

sześć sygnałów…

nareszcie!

– To ja! – krzyczę w słuchawkę.

I w słuchawce przerażony głos mamy:

– Jezus Maria, czy coś się stało?

Oddycham z ulgą.

– Tak rano? Spieszymy się do pracy, powiedz prawdę, nic ci nie jest?

A mnie przecież nic nie było.

Może mnie nie było…

Powiem Ci, co usłyszałam, jak obwieściłam wszem wobec, że wychodzę za mąż.

– Wiesz, co robisz?

– Zdajesz sobie sprawę, że małżeństwo to odpowiedzialność?

– Czy nie za wcześnie?

– Przecież go prawie nie znasz…

– Co ty wiesz o życiu, dziecko…

– Zastanów się…

Jakby nie pamiętali, że jestem dorosła, że przecież już kiedyś czekałam, że już przecież kiedyś kochałam, on nie był moją pierwszą miłością, pierwszy był Marek i już kiedyś uważałam, już było za wcześnie, już kiedyś prawie go nie znałam, przez dwa lata nie zdążyłam go poznać, już to wszystko było za mną, że nie wiem nic o życiu, teraz był czas, żeby się nie zastanawiać. Teraz to było naprawdę. Chciałam wyjść za mąż. Chciałam być jego żoną. Chciałam, żeby został moim mężem. Nie potrzebowałam niczyjego pozwolenia ani rad. Byłam dorosła.

A ktoś, nie powiem Ci kto, powiedział, ale tak jakoś inaczej powiedział, nie tak, że się ucieszyłam:

– No, ty zawsze miałaś szczęście!

Nikt nie powiedział:

– Cudownie!

– Jak pięknie jest kochać!

– To fantastycznie!

I nikt nie powiedział o moim przyszłym mężu:

– Ten to ma szczęście!

Nikt.

– Jeśli już raz był żonaty, to…

– Nieprawda! – krzyczałam, nie słuchałam, ale krzyczałam. – Nieprawda!

Bo ja, tylko ja, wiedziałam, jakie to było dla niego bolesne, jakie straszne, tylko mnie i nikomu innemu opowiedział o cierpieniu i rozczarowaniu i nikt nie miał prawa osądzać go tylko dlatego, że miał już kiedyś w życiu jakąś żonę…

– Och, ona? Krysia się zupełnie nie liczyła – mówiła matka mojego przyszłego męża i gładziła mnie po ramieniu – nie warto o czymś takim wspominać – jej usta wydymały się, jakby mówiła o śluzowatych stworzeniach, przezroczystych jadowitych meduzach – bardzo go skrzywdziła, bardzo, on na to sobie nie zasłużył, prawdę powiedziawszy, ona była niezrównoważona emocjonalnie, ale kto to mógł wiedzieć? Takich rzeczy się nie wie wcześniej – jej spojrzenie obejmowało mnie czujnie i ściskało, ale potem uśmiech szeroki łagodził ten uścisk – no, dosyć o niej, a teraz napijemy się kawki i opowiesz mi o sobie, prawda? Będziemy przyjaciółkami – ręka ześlizgiwała się z mojego ramienia – jeśli mnie posłuchasz – a ja cała zamieniałam się w słuch – będzie dobrze. Herbata? Może być z torebki? Z cytryną?

A ja kiwałam głową, że tak, oczywiście, jej wypielęgnowane ręce sięgały po puszkę, równo ułożone torebeczki herbaty stały w rządkach, choć miała przecież być kawka.

– Pamiętaj – nachylała się konfidencjonalnie do mojego ucha, ciepłe powietrze łaskotało mnie w szyję, pachniała dobrymi perfumami – mężczyzna jest głową, ale kobieta jest szyją, która tą głową kręci…

Decyzję podjęłam sama i o zgodę nie pytałam nikogo. Ktoś kiedyś mi powiedział, że jeśli pytasz, czy wyjść za mąż, to nie wychodź, bo to znaczy, że człowiek jeszcze nie dojrzał, a skoro nie dojrzał do samodzielnej decyzji, to nie dojrzał tym bardziej do wspólnego życia, do wzięcia odpowiedzialności również za drugiego człowieka. Więc chyba oboje nie pytaliśmy nikogo o zgodę, ustaliliśmy termin i powiadomiliśmy rodziców.

Byłam szczęśliwa.

Wiesz, myślę, że od zawsze szukałam kogoś, kto się mną zaopiekuje, przy kim będę się czuła bezpiecznie, niełatwo się do tego przyznać, bo to brzmi jak wyznania pensjonarki. Ale nie chcę Cię oszukiwać, nikogo… A może siebie? Nie tym razem.

Więc przy nim czułam się ważna, jedyna i chroniona.

I kiedy tuż przed północą podniósł słuchawkę w moim domu, a był dopiero trzeci raz u mnie i nie prosiłam, żeby odbierał telefony, byłam tylko zdziwiona, że ktoś tak późno dzwoni. Nikt się nie odezwał, a on, mój przyszły mąż, wiedział już o Marku i śmiał się z niego, już wcześniej mówił: całe szczęście, powinienem mu wysłać kwiaty, że mi ciebie zostawił, a ja kwitłam od tych słów… więc odebrał telefon i powiedział:

– Halo, halo.

I nikt się nie odezwał po tamtej stronie.

 

I wtedy powiedział:

– Nigdy więcej tutaj nie dzwoń, skurwysynu.

Patrzyłam, jak odkłada słuchawkę, jak uśmiecha się do mnie, wyciąga rękę i głos jego mięknie, przytula mnie do swojej koszuli, obejmuje ciasno i szepcze:

– Nikt cię już nie będzie niepokoił.

Nareszcie! Mężczyzna, który wie, jak postawić granice, jak dać odpór przeszłości, nawet ten skurwysyn zbytnio mnie nie zabolał.

Nie. To był objaw głębokiej czułości. On chciał mnie chronić.

Poczuł się jak u siebie – cieszyłam się w duchu. – U mnie jak u siebie, to dobry znak.

Marek, z którym byłam dwa lata, nigdy nie odbierał u mnie telefonu. Więc jakoś mi to zaimponowało.

Oto zakazał im wszystkim nękać mnie głuchymi telefonami, opiekuje się mną, troszczy się o mnie.

Cieszyłam się. Idiotka.

Obejmował mnie mocno, wracaliśmy skądś wieczorem, jego kurtka drapała mi policzek, szliśmy wtuleni w siebie, lekko mżyło, ulice były wilgotne, a światła odbijały się we wszystkim, tysiące małych światełek – pod nogami, na mokrych gałęziach, samochodach, płytach chodnika, szliśmy w tym rozigranym mokrym świetle, w powietrzu czuć było nadchodzącą wiosnę, ten deszcz był pożegnaniem zimy, a on mówił:

– Zobaczysz, będziemy tacy szczęśliwi, zobaczysz, teraz będzie inaczej.

W inaczej było jego marzenie o normalnym życiu, o życiu ze mną.

Ja też chciałam, żeby było inaczej. Inaczej niż dotąd.

Gdy zapalał lampkę, chowałam się wstydliwie pod koc, ciepło wpływało na policzki, niech mnie takiej nie widzi, ale on zsuwał koc, przytrzymywał moje oporne ręce, szeptał:

– Nie bój się mnie, jesteś moja…

Całował mnie po brzuchu, wtulał głowę w mój pępek, to takie dziwne uczucie, jakby ktoś od środka cię dotykał, niepokojące uczucie, potem kładł tam dłoń, podnosił twarz, patrzył mi prosto w oczy:

– Urodzisz mi dziecko, prawda?

A ja zatapiałam palce w jego ciemnych włosach i nieprzytomniałam ze szczęścia…

– Zobaczysz, będziemy mieli piękny dom, a nasze dzieci…

I widziałam ten dom i nas szczęśliwych, i to inaczej, czyli lepiej, pewniej, na zawsze, i dzieci nasze, które tulą się do nas i mówią: mamusiu, tata, tata…

– Wiem, że z tobą będzie inaczej – powtarzał, a serce mi rosło i całe ciało stawało się rozgrzanym sercem, coraz większym, coraz bardziej pojemnym, pęczniejącym, nabrzmiałym, zdolnym do miłości.

– Kocham cię, Boże, jak ja cię kocham, jak nikogo…

Wychodziłam z łóżka, ściągając prześcieradło, przecież naga nie mogłam defilować przy tym świetle i przy jego wzroku, leżał na wznak i śmiał się z moich wysiłków, otulałam się prześcieradłem jak Greczynka, żeby iść do kuchni i nam spragnionym przynieść coś do picia, a on łapał mnie nagle przy drzwiach, podnosił do góry, prześcieradło spadało na podłogę, byłam naga w jego ramionach i zawstydzona…

– Złapałem cię, teraz cię już nie puszczę!

A ja nie chciałam być nigdzie puszczana. I czułam, że to prawda. I to była prawda.

Niestety.

Pamiętam, zawsze mówiłeś, żebym uważała.

Ale ja nie uważałam.

Cyganka podeszła do mnie na ulicy. Miałam siedemnaście lat i kolorową bluzkę. Ostatni guzik rozpinał mi się, jak na mój biust patrzył mężczyzna. Cyganka nie była mężczyzną, ale była duża. Bluzka się nie rozpięła. Wzięła mnie za rękę i powiedziała:

– Chodź, powiem ci, co cię w życiu spotka.

Aha, widzieliście ją! – pomyślałam.

– Nie mam pieniędzy – powiedziałam zgodnie z prawdą.

Nosiłam wtedy torebkę uszytą przez Joasię, Joasia pięknie szyła, torebka była prawie przezroczysta, i nie było w niej żadnych, ale to żadnych pieniędzy. Nic w niej nie było, ładnie wyglądała na moim biodrze. Cyganka powiedziała:

– Wiem.

I dodała:

– Życie masz krótkie, bo zagrożenie wielkie, męża masz niejednego, cudzoziemcom podobać się będziesz… Długie lata spędzisz w ukryciu.

I przestałam jej słuchać, bo nie kochałam się w cudzoziemcu, tylko w jednym chłopaku z Kielc, co kochał się w zupełnie innej dziewczynie, a w dodatku miał kłopoty z erekcją. O czym dowiedziałam się od tej panny, co się w niej kochał, ale cztery lata później. Może nie powinnam Ci o takich rzeczach pisać?

Nie wiedziałeś, że zawsze mnie zaczepiały Cyganki, prawda? Mówiłeś, żeby uważać, ale nie chciałam uważać.

A Cyganka wyjęła talię kart, normalnych, zniszczonych kart, i zapytała:

– Pewno chcesz wiedzieć?

A ja nie chciałam się przyznać, że nie wiem, o czym mam wiedzieć, że nie słucham jej już, że po co te karty na skwerze, przed kościołem Świętego Jakuba, że jeszcze mnie ktoś z nią zobaczy i pomyśli i… i kiwnęłam głową potakująco.

A ona patrzyła na mnie uważnie i rozłożyła karty, i ja nie odeszłam, tylko jak zahipnotyzowana słuchałam, co mówi:

– Patrz, dziewiątka winna przy asie dzwonkowym to kłopoty, to śmierć może, to samo odwrotnie, as winny przy dziewiątce winnej – niebezpieczeństwo, tobie się przyda wiedzieć, a dom to… – i tu stuknęła swoim ciemnym palcem w asa kierowego – …tu dom twój, odwrócony on jest.

Zawsze byłam ufna, łatwowierna, naiwna. Dzisiaj tak myślę, żeby się usprawiedliwić.

Kiedy pracowałam w centrali handlu… Och, wiesz, lubiłam tamtą pracę i zawsze żałowałam, że odeszłam, i nigdy się oczywiście do tego nie przyznałam. Ale jemu, mojemu mężowi, zależało, żebym nie była przemęczona, żeby to był prawdziwy dom, a zdarzały się wyjazdy, cała radość to były te wyjazdy, w Pradze byłam co dwa miesiące, pewno dzisiaj już bym jeździła po całym świecie… no, ale małżeństwo było ważniejsze, tak zdecydowałam, więc jeszcze w tej centrali poproszono mnie, żebym DHL-em nadała pilnie przesyłkę. W godzinach pracy. Nie było gońca, chętnie się zgodziłam, była piękna pogoda, lipiec, każdy powód był dobry, żeby wyjść z biura i nie siedzieć w dusznym i nagrzanym pokoju, tylko znaleźć się na ulicy gorącej i słonecznej. Miałam służbowe czterysta złotych i dwieście trzydzieści swoich w drugiej przegródce portfela, żeby się nie przemieszały, żeby mi się nie pomyliło.

I na tyłach hotelu Forum zaczepiła mnie Cyganka, powiedziała:

– Powróżę ślicznej pani, powróżę…

Nie byłam śliczna, uśmiechnęłam się, lubię Cyganów, i powiedziałam:

– Dziękuję, nie.

A ona stanęła przede mną, spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała:

– Myślisz, że ci coś ukradnę, coś zabiorę, nie masz zaufania?

I wstyd mnie ogarnął, bo rzeczywiście tak pomyślałam, że zabierze, że naciągnie, że ukradnie.

– Daj portfel – powiedziała ona.

Dałam jej ze słowami:

– Tu mam służbowe pieniądze, a tu moje, ale wierzę ci.

Bo chciałam jej udowodnić, że ja, ja nigdy, że ja mam zaufanie, że ja wierzę ludziom, że ja jestem inna niż wszyscy, którzy ich posądzają, oceniają, podejrzewają, omijają z daleka.

I wzięła ode mnie ten portfel, i trzymała cały czas na dłoni, widziałam, że nic z nim nie robi, potem oddała. Wstydziłam się sprawdzić, czy coś nie zginęło, ale go nie otwierała, przecież patrzyłam.

– Widzisz?– powiedziała.

Poszłam nadać tę przesyłkę, siedziba DHL-u była po drugiej stronie Marszałkowskiej, i kiedy wyjmowałam pieniądze służbowe, uśmiechnęłam się, było czterysta złotych, dowód, że ludziom można ufać, choć może zachowałam się głupio, dając jej ten mój czerwony portfel na znak, że nie uważam jej za złodziejkę, ja nie. Więc jednak nie zrobiłam głupio, bo ona teraz wie, że nie wszyscy…

A potem zajrzałam w przegródkę, w której miałam swoje dwieście trzydzieści złotych. Już ich nie miałam.

Ale mogła wziąć wszystko, prawda?

Była właściwie uczciwa.

A ja byłam właściwie szczęśliwa. Właściwie, to dobre słowo. Taka przykrywka do wszystkiego, czego nie chcemy powiedzieć. Właściwie dobrze, to znaczy, nie, nie dobrze, ale prawie źle, ale po co ci o tym mówić. Właściwie zdrowa, to znaczy chora, może była chora, może jeszcze nie doszła do siebie, więc właściwie zdrowa, ale nie twoja sprawa. Właściwie myślałam, żeby do ciebie zadzwonić… to znaczy, nie, nie chciałam dzwonić, ale nie wiem, co powiedzieć, więc słowo właściwie i tak da ci do zrozumienia, że nie dzwoń ty również.

Właściwie mam czas – i głos tylko się zawiesza na tym słowie właściwie. Jakby to słowo miało swój specjalny akcent, niepolski, lekko przeciągły, śpiewny, następujący po sylabie wła… oddzielony pauzą od reszty.

Właściwie – znaczy prawie kłamstwo.

Właściwie nic mi nie jest.

To znaczy jest mi wszystko.

Ale zanim byłam właściwie szczęśliwa, to byłam szczęśliwa, a przynajmniej tak mi się wydawało. Choć nie, jeszcze wtedy nie wydawało mi się. Jeszcze wtedy śmiałam się i oczy miałam błyszczące, wiedziałam, że jestem kochana, bo przecież jeśli ktoś tak bardzo chce z tobą być, kochać się, mówić o przyszłości, mieć dzieci, to chyba znaczy, że cię kocha, prawda?

Ślub był właściwie udany, bardzo chciałam, żeby również na samochodzie były blade róże, och tak, wiem, że to sztampa i kicz, ale tak sobie kiedyś wymyśliłam, a w tym dniu marzenia się spełniają, ale on nie kupił tych róż, bladych, które miały leżeć na masce przed moimi oczami, przed oczami innych, tych róż, które miały przyjmować uśmiechy ludzi: „patrz, patrz, do ślubu jadą”, nie kupił, taka drobnostka, takie nic, taka obietnica bez spełnienia, nieważna.

– Ojej, zapomniałem, to co, przecież nie rozmyślisz się z powodu takiego głupstwa? Nie psuj nam tego specjalnego dnia! No, nie wygłupiaj się… No, kochanie…

I kochanie udało, że to nic ważnego, chociaż to było dla kochania ważne.

Ale uśmiechnęłam się i dałam się pocałować na przepraszam, bo uznałam, że nie psuj nam tego dnia – to są przeprosiny.

To z miłości.

A potem matka mojego męża pocałowała mnie właściwie serdecznie i powiedziała, że to był bardzo ładny ślub, chociaż ślub z Krystyną był bardzo piękny, i przyjęcie jest miłe, chociaż przyjęcie na pierwszym ślubie syna było w wynajętej restauracji, ale tu też jest doprawdy bardzo, ale to bardzo miło, i że z całego serca życzy mi szczęścia, bo jej syn jest cudownym chłopcem, choć, oczywiście, Krysia tego nie umiała docenić, ale ja, ja to co innego…

A potem mój teść pocałował mnie serdecznie w oba policzki, klepnął w pośladek i powiedział:

– Zdrowia, zdrowia i szczęścia, bo zdrowie to i ci na Kursku mieli, ha, ha!

I dodał:

– Krysiu.

Choć mam na imię Hanka.

Wyszłam za mąż, mimo że miałam być drugą żoną.

To dobrze, myślałam, to dobrze, bo on już wie, już się sparzył, już zrozumiał, co jest ważne, jakich błędów nie popełniać, a ja wierzę i ufam, i nie boję się, bo przecież nie przekreśla się człowieka tylko dlatego, że był kiedyś żonaty, niedawno i krótko, to była pomyłka, człowiek nie jest doskonały, popełnia błędy, te błędy go nie dyskwalifikują, przecież człowiek może się pomylić, a poza tym to ona odeszła, on nie był winny rozpadu tego związku, tamta żona, Krystyna, odeszła i nawet mu o tym nie powiedziała, nie uprzedziła, nic, po prostu wrócił pewnego dnia do domu, a tam nie ma jej rzeczy, nie ma tapczanu, który był jej i jej książek nie ma ani płyt, i ani słowa; sąsiedzi wiedzieli o wszystkim, pomagali jej się pakować, znosili ten tapczan i te pudła, a on nie wiedział o niczym, jakie to straszne musiało być, jakie upokarzające być musiało, więc to nie jego wina była, to małżeństwo nieudane i krótkie.

I jak się potem nie mógł pozbierać, jak próbował rozmawiać, szukać kontaktu, wyjaśniać, ale niczego się nie dowiedział, bo ona odkładała słuchawkę, kiedy dzwonił, a potem zastrzegła numer, a potem zagroziła, że złoży doniesienie, jeśli ją będzie nękał, nękał! Tylko pozew przyszedł i w sądzie się spotkali. A przecież ludzie powinni się rozstawać w przyjaźni, prawda? Ale ona nawet tej szansy nie dała, tak jakby nie była żoną, jakby przechodniem była w jego życiu.

I on naprawdę cierpiał, właśnie wtedy go poznałam, smutny był i zrozpaczony był, aż bolało patrzeć.

– Już nie zaufam żadnej kobiecie – mówił, a ja wiedziałam, że to nieprawda, bo zobaczy, jaka jestem, zobaczy, że nie wszystkie kobiety są takie.

Chociaż jeszcze wtedy go nie kochałam, tylko serce mi się krajało, że mężczyzna tak może cierpieć.

I nienawidziłam Kryśki, tej jego pierwszej żony, i zazdrościłam jej, że tak ją kochał.

– Ty jesteś moją szansą od losu – mówił i przytulał mnie do siebie, w autobusie linii sto siedemdziesiąt pięć, przy tylnej szybie, i całował mnie w usta, mimo że autobus był pełen ludzi. Pochylałam głowę, a on podnosił mi brodę i mówił:

– Niech wszyscy widzą, że cię kocham.

I wszyscy widzieli, a ja rumieniłam się z rozkoszy.

Za bezwstyd swojego męża się rumieniłam i z radości.

Nie wstydził się mnie.

Ja wstydziłam się siebie. Od zawsze.

Postanowiłam do Ciebie pisać, bo tak mi lżej. Nie znasz mnie, mimo że mnie kochasz, jestem pewna. Czułam Twoją miłość, ale nie byłam uczciwa wobec ciebie.

 

Nie każdemu jest dana taka szansa, żeby choć przez moment pobyć sobą, porzucić to, do czego się przyzwyczailiśmy, każda zmiana budzi niechęć i strach, a sytuacje graniczne, kiedy chcemy być prawdziwi, szybko mijają, codzienna rzeczywistość oblepia nas znowu tym, co znane i dlatego bezpieczne, i jeśli nie wykorzystam tego momentu, przyjdzie jak zwykle, po co, przecież to niepotrzebne, dobrze było, jak było, zapomnę, czas leczy rany…

Nie mogę tej chwili przegapić, teraz chcę być uczciwa wobec Ciebie i siebie, więc siedzę i piszę, żeby kiedyś nie żałować, że zrezygnowałam z jedynego w życiu ważnego spotkania. Chcę sobie i Tobie dać czas, bo jak się mamy kochać, skoro za mało siebie znamy, a może nie znamy się w ogóle?

Zacznę pierwsza, a potem obiecaj, że jakoś odpowiesz. Dasz znak. Może dowiem się o tym, czego nie wiem, czego nie potrafiliśmy sobie wcześniej powiedzieć.

Niemożliwe?

Nie czujemy się kochani, dopóki choć jedna osoba na ziemi nas nie pozna dogłębnie. Takimi, jakimi jesteśmy naprawdę, a nie takimi, jakimi chcielibyśmy być.

Więc ja zacznę, a potem może Ty jakoś… dasz mi się jakoś poznać, dobrze?

Choć nie wiem jak. Ale pomożesz, już wiem.

Boże, nie wiedziałam, że to takie trudne. Więc nie chcę kiedyś żałować, że czegoś nie powiedziałam, choć dzisiaj żałuję, że o tyle rzeczy nie zapytałam, chciałabym Cię poznać, ale najpierw chcę, byś ty mnie poznał. To nie jest łatwe, ale zaczynam.

Zacznę od początku, od samiusieńkiego. Zawsze miałam wrażenie, że urodziłam się z dużą raną. W boku. Wiem, że nikt o tym nie wiedział, ale prawie pamiętam, jak pytałam, a nikt nie słyszał tego mojego pytania, skąd ta rana. I ponieważ nikt nie słyszał pytania, nikt mi nie odpowiadał. To była pierwsza straszna rzecz.

Rana była świeża. Cały czas. Tak jakby ktoś zerwał skórę na dobre. Nie naskórek. Z naskórkiem rzecz się ma zupełnie inaczej niż ze skórą. Naskórek można przekłuwać w tę i we w tę, wkłuwać się w niego i nic się nie dzieje. Kiedyś na lekcji matematyki wkłułam szpilki we wszystkie palce i chodziłam na przerwie z rozczapierzonymi dłońmi, budząc zachwyt u chłopaków, bo fajnie to wyglądało. Zakochał się we mnie Mirek, kiedy zobaczył, co mogę zrobić ze swoją skórą i szpilkami. Kochał się zresztą we mnie uparcie przez całą szkołę podstawową, aż się otruł gazem. Nieobowiązująco się otruł, tak samo jak nieobowiązująco mnie kochał. A otruł się nieobowiązująco, ponieważ zostawił otwarte drzwi na klatkę schodową, otwarte drzwi do mieszkania i otwarte drzwi do kuchni, w której wsadził głowę do piekarnika, odkręciwszy gaz. Sąsiadka, z ciekawości, co się dzieje, bo drzwi otwarte, weszła i zobaczyła go w tej kuchence i natychmiast kazała mu wyjąć głowę z piekarnika i wstać. Dzisiaj Mirek jest dyrektorem składu celnego i ma czwórkę dzieci i żonę, która przynosi mu z ulicy zbłąkane psy.

Więc musiałam budzić od początku jakieś silne uczucia, prawda?

Z literatury wynika, że tak jak ów Mirek zwykle robią kobiety. Nie patrzą na nic, tylko wsadzają głowy do piekarnika. Mężczyźni raczej skaczą z bardzo wysoka albo strzelają sobie w głowę, no, w filmach. Niektórzy skaczą i jednocześnie strzelają. Nagrodę Darwina, przyznawaną dla głupców, którzy sami eliminują się z łańcucha ewolucji, dostał jeden pan, który powiesił się na drzewie rosnącym na urwisku nad morzem, przedtem wziął mnóstwo środków nasennych, śmiertelną dawkę, na wypadek, gdyby to powieszenie nie wyszło. I jeszcze na wszelki wypadek strzelił do siebie w momencie, gdy włożył głowę w pętlę. Ale strzelił niecelnie, kula przerwała sznur, na którym był powieszony, a on spadł do morza i wyrzygał wszystkie tabletki, bo opił się słonej wody.

A jak go uratowali rybacy, to się okazało, że nie można go uratować, bo wpadł w hipotermię i nie przeżył, czyli jednak postawił na swoim, mimo że przecież Anioł Stróż zrobił wszystko, co do niego należało.

Ja też jakiś czas temu wzięłam dużo tabletek relanium, bo tylko te mogłam załatwić. Czterdzieści tabletek. Myślałam, że są 0,5, ale były 0,2.

Kiedy połknęłam wszystkie, a była już noc, serce zaczęło trzepotać i to trzepotanie było przerażające. Trzepotanie było coraz szybsze, pobiegłam do kuchni, wypiłam prawie litr mleka i chciałam wymiotować, ale nie mogłam. Wtedy strach powrócił i pojęłam, że to trzepotanie ze strachu, nie z czego innego, bo przecież nawet czterdzieści tabletek nie zaczyna działać zaraz po połknięciu. Kiedy opierałam się rękami o muszlę klozetową i starałam się zachowywać jak najciszej, żeby on się nie zorientował, usłyszałam pukanie do drzwi.

I:

– co ty tam robisz? – zapytał

a ja powiedziałam

– nic, już wychodzę – i wyszłam

…i położyłam się w naszym wspólnym dużym łóżku, chociaż chciałam powiedzieć:

– zadzwoń po pogotowie, zrobiłam głupstwo, niech mi zrobią płukanie żołądka, uratuj mnie…

Ale wtedy już się bałam.

Następnego dnia nie poszłam do pracy, spałam do popołudnia, spałam jeszcze, gdy on wrócił. Powiedziałam:

– Źle się czuję, przepraszam, przepraszam – bo obiad był niegotowy i dodałam: – Musiałam się położyć, przepraszam.

Ale on nie gniewał się na mnie tego dnia, zrobił mi herbatę i dał aspirynę. Udałam, że połykam, a wyplułam tabletkę do szklanki.

Dlaczego połknęłam to relanium?

Bo myślałam, że jestem słaba i że dłużej nie wytrzymam.

Myliłam się.

Byłam silna i wiele mogłam wytrzymać.

Może zrobiłam to z tęsknoty za samą sobą.

Za sobą oderżniętą. Za tą mną, której nie było.

W nocy obejmowałam się rękami, tak żeby przynajmniej ręka tam była, na tej ranie, na tej pustce, z jakiej mnie wycięto.

Kiedyś przeczytałam, że jak się rodzą bliźniaki i jedno z nich umiera, to to drugie tęskni przez całe życie. Może byłam bliźniakiem?

Moja koleżanka miała bliźniaczkę, która urodziła się martwa. Ale ona tak nie tęskni. Poza tym nie ma rany. Zobaczyłam też na zdjęciu siostry syjamskie. Były zrośnięte klatkami piersiowymi – miały ze dwadzieścia lat. Nie można ich było rozdzielić, boby nie przeżyły tego rozdzielenia. A ja przeżyłam. Podejrzewam, że byłam bliźniaczką, tylko nikt mi nie chciał o tym powiedzieć. Żeby mnie nie martwić.

Nie mówiłam wielu rzeczy, żeby Ciebie nie martwić. Ja także.

Wiele osób nie mówiło mi o czymś ważnym, żeby mnie nie martwić. Moja serdeczna koleżanka, żeby mnie nie martwić, nie powiedziała, że sypia z Markiem. To on mi powiedział, prosząc o wybaczenie, ale już było za późno.

Znajdowałam długie jasne włosy na poduszce, ale przecież to na pewno był zwid. Bo tylko ona miała takie długie włosy i na pewno by nie była tu, kiedy mnie nie ma, a jest on.

Wiesz, byłam tak naiwna, że kiedy znalazłam biały pasek, damski, z ładną sprzączką, srebrzysto-czerwoną, to poszłam do Marka z tym paskiem znalezionym w moim własnym domu i zapytałam:

– Czyj to pasek?

A on powiedział:

– Kiedy cię nie było, spali tu Witek z żoną, jechali do Jugosławii, pewno zostawili.

Jugosławia to taki kraj, który był, a którego nie ma. Ale co nas to obchodziło, nas wszystkich, przecież Jugosławia była aż pięćset kilometrów dalej, nie u nas. Jugosławia była ładnym państwem i miała ładne miasta. Ich też już nie ma, bo są zbombardowane.

Więc oni wtedy jechali jeszcze do kraju, który był, a którego już nie ma, a ja schowałam pasek ze srebrzysto-czerwoną sprzączką.

A parę tygodni później Witek z żoną zaprosili mnie z Markiem do siebie, pojechaliśmy do Torunia. Co zrobiłam przede wszystkim? Wyjęłam biały pasek, zwinęłam ciasno, schowałam do swojej zielonej torby i już w drzwiach wyjmuję ten pasek, dumna z siebie, że pamiętałam, że chcę oddać, że Danka mi podziękuje, i trzymam go przed sobą, zadowolona, a ona pyta:

– Co to?

– Twój pasek – mówię z dumą.

Teraz należy mi się pochwała, och, jak to miło, że pamiętałaś, to cudownie, tak lubię ten pasek, zastanawiałam się, co się z nim stało.

A ona patrzy…

patrzy,

patrzy i nie rozumie,

więc dodaję:

– Zostawiłaś, jak lecieliście do tego państwa, co już go nie ma, zatrzymaliście się na noc, bo samolot był wcześnie – przypominam jej, Danusi (żona Witka na imię Danusia miała dość krótko, bo potem miała na imię Ala, po Ali nastąpiła dłuższa przerwa w imionach żon Witka, bo żył na kocią łapę z jedną dziewczyną, która była córką jego przyjaciela. Jego przyjaciela przedtem. Bo jak już zaczął żyć z jego córką, to przestał mieć przyjaciela. Nie ożenił się z córką przyjaciela tylko dlatego, że ona zaszła w ciążę ze swoim kolegą z kursu języka francuskiego. Wtedy Witek był bardzo nieszczęśliwy, ale niedługo), więc przypominam jej, że zostawiła ten pasek u nas, u mnie, jak nocowali.

– Haniu, to nie mój pasek, i myśmy u was nigdy nie spali – powiedziała.

Aha.

Jeśli nie nocowała, to znaczy, że nie nocowała, jasne.

To wystarcza.

Czy myślisz, że choć przez sekundę pomyślałam: OK, to skąd ten pasek?

Nie! Skoro nie był to pasek Danusi – sprawa wyjaśniona. Wrzuciłam go do kosza wiklinowego z brudną bielizną, na sam dół, i to wszystko.

Tak biegło właśnie moje życie – od paska do paska… Od nieustalania, czyj to pasek, do zadowolenia się wyjaśnieniem, czyim paskiem nie jest.

Piszę Ci o tym, żebyś wiedział, jaka byłam naiwna. Zapomniałam o tym pasku, nikomu nie powiedziałam, bo to było nieistotne.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?