W kolejce po życieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Katarzyna Archimowicz

W kolejce po życie


Wołowiec 2015

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Magdalena Palej

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce © by BSG / Shutterstock

© by Ivan Aleshin / Shutterstock

Copyright © by Katarzyna Archimowicz, 2015

Redakcja Joanna Mika-Orządała / d2d.pl

Korekta Anna Woś / d2d.pl, Jadwiga Makowiec / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-116-8

Black Publishing jest marką wydawniczą

Wydawnictwa Czarne sp. z o.o.

Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Przypisy

Kolofon

Ani Jędrzejewskiej za przyjaźń,

Eli Ćwir za życzliwość

i pomoc w tłumaczeniu z rosyjskiego

Grudzień 2011

W dużym, jasno oświetlonym salonie, wśród zapachu igliwia i wigilijnych potraw, krzątało się z dwadzieścia osób. Jedne brały czynny udział w przygotowaniach do uroczystej kolacji, inne gawędziły wesoło zbite w małe grupki. Kilkupokoleniowa rodzina Czarskich szykowała się do wspólnej wieczerzy.

Pogoda w sam raz dostosowała się w tym roku do świątecznego czasu – na dworze było rześko, śnieżnie, choć mimo to niezbyt zimno. Termometr pokazywał temperaturę nieco powyżej zera, a niebo zaciągnęło się ciężkimi chmurami, z których od kilku­nastu godzin nieustannie padał mokry śnieg. Cała okolica wprost tonęła w puchu, uginały się pod nim bezlistne gałęzie drzew. Dachy wszystkich budynków pokrywała śniegowa czapa, na polach, jak okiem sięgnąć, rozpościerała się dziewicza biel.

Zmierzchać zaczęło ledwie po piętnastej, a gruba warstwa chmur sprawiła, że nie sposób było dojrzeć pierwszej gwiazdki, choć zapewne musiała się już pojawić, bo dochodziła osiem­nasta. Wobec takich okoliczności kolację należało rozpocząć na sygnał gospodarza.

– Zapraszam, kochani, do stołu – odezwał się Leszek, któremu udało się wymigać od kuchennych prac i mógł zabawiać gości rozmową. – Tato, czyń honory. – Podał ojcu talerzyk z ­opłatkami.

Senior rodu sięgnął po jeden z nich i odczekawszy chwilę, aż wszyscy zbiorą się wokół niego, drżącym ze wzruszenia głosem przemówił:

– Życzę wam, abyśmy z bożym błogosławieństwem spotkali się tu wszyscy znów za rok. – Wyciągnął trzęsącą się dłoń przed siebie i obrócił się lekko w stronę swojej żony, po czym przełamał się z nią tym leciuchnym kawałkiem opłatka.

Pośród cichych dźwięków kolędy płynącej z odtwarzacza Czarscy przemieszczali się po całym salonie, wymieniając świąteczne życzenia, uściski i pocałunki. Obrzęd ten trwał długo, każdemu wszak należało szepnąć dobre słowo wedle jego potrzeb, wieku czy profesji. I tak: starszym winszowano przede wszystkim zdrowia, dzieciom – sukcesów w szkole, młodzieży – miłości, a tym w wieku średnim – pieniędzy. Niektórzy życzyli sobie nawzajem spełnienia marzeń, chyba nie będąc świadomymi, że gdyby te naprawdę się ziściły, niejednemu odmieniłyby życie tak bardzo, że kto wie, gdzie by był za rok o tej samej porze…

– Wszystkiego najlepszego – szepnął Leszek, gdy podszedł wreszcie do żony. – Spełnienia najskrytszych marzeń. – Przełamali się opłatkiem i uścisnęli serdecznie.

– Nawzajem – odpowiedziała po prostu Ewa.

Gdy już każdy z każdym zamienił choć słówko, zgromadzeni zaczęli zajmować miejsca przy stole. Barszcz z uszkami jedli w milczeniu, pobrzękując niekiedy łyżkami o talerze, ale w miarę upływu czasu, gdy ich żołądki coraz bardziej napełniały się po całodniowym poście, głośniej zaczynały pobrzmiewać rozmowy i ich gwar wciąż narastał.

Wigilia piąty raz z rzędu gromadziła u Czarskich całą rodzinę. Przed pięcioma laty Ewa z Leszkiem sprowadzili się do tego domu z Zamościa i tradycją już stały się kolacje wigilijne skupiające sporą część ich bliskich wokół równie sporego stołu.

Przez pierwsze kilkanaście lat małżeństwa zajmowali trzypokojowe mieszkanie w wieżowcu na Osiedlu Zamoyskiego. Życie w mieście było całkiem praktyczne, dopóki dzieci były małe. Osiedlowe przedszkole i szkoła w niedalekim sąsiedztwie zapewniały dzieciakom względne bezpieczeństwo i luksus wstawania z łóżka zaledwie na pół godziny przed rozpoczęciem zajęć.

Leszek był jedynym żywicielem rodziny. Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy polski kapitalizm znajdował się jeszcze w powijakach, na rynku pracy rozpoczynał się nowy ruch, na falach którego śmiało mogli wypłynąć na szerokie wody zdolni i kreatywni, ale też łatwo mogli pójść na dno zbyt ostrożni i mało pomysłowi. Dwudziestodwuletni wówczas Leszek miał już wtedy na utrzymaniu żonę i dwóch małych synów. Jak każdy ambitny pan domu obrał sobie za cel utrzymać go na odpowiednio wysokim poziomie i zadbać o kompleksową edukację chłopców, co w tamtym czasie nie było takie znów proste, bo prywatyzująca się właśnie Polska najpierw musiała zburzyć dotychczasowy system pracy i płacy. Skutkiem tego ludzie imali się przeróżnych zajęć, często za psie pieniądze. Leszek był absolwentem technikum samochodowego i w trakcie nauki pojawił mu się w głowie pomysł, by rozpocząć studia na politechnice, ale czas skutecznie zweryfikował te plany, stawiając mu na życiowej drodze Ewę.

Dziewczyna była jego rówieśnicą, poznali się na prywatce u wspólnych znajomych, jeszcze przed maturą. Ona – ładna szatynka o dużych brązowych oczach, on – wysoki blondyn z niesforną grzywką. W krótkim czasie zostali parą i wiedli życie typowych nastolatków: trochę czułości i ognia, trochę kłótni nie wiadomo o co, trochę szalonych imprez i wreszcie trochę nauki. Po maturze Ewa złożyła papiery na filologię polską do Lublina, a Leszek na Wydział Mechaniczny Politechniki Lubelskiej. Wszystko szło po ich myśli, ale wtedy niespodziewanie nastąpił poważny kryzys w ich związku. Leszek na jakimś ognisku w gronie przyjaciół zbyt wiele czasu i uwagi, zdaniem Ewy, poświęcał ich wspólnej koleżance. Leszek nie czuł się winny i uważał, że nie zrobił niczego niestosownego, ale Ewie to wystarczyło, by rozpocząć dyskusję, która dość szybko przerodziła się w kłótnię, a ta z kolei zakończyła się, zdawało się, ostatecznym zerwaniem. Ewa w gronie bliskich koleżanek pojechała wówczas pod namiot do Łeby, a Leszek znalazł sezonową robotę w sadzie, gdzieś pod Toruniem.

Spotkali się znów pod koniec września w Zamościu. Emocje towarzyszące rozstaniu dawno już opadły, wszelkie żale przeminęły i postanowili do siebie wrócić. Oboje dostali się na studia i znaleźli wspólne mieszkanie w Lublinie, a pół roku później Ewa zorientowała się, że jest w ciąży. Klasyczna wpadka, która przysporzyła jej wielu łez i zmieniła życie obojga już na zawsze. Leszek rzucił dopiero co rozpoczęte studia i to samo sugerował Ewie, ale ona nie chciała nawet o tym słyszeć. Wrócili do Zamościa, wzięli szybki ślub, Ewa przeniosła się na studia zaoczne, a Leszek załapał się jako zmiennik kierowcy tira wożącego cytrusy z Hiszpanii.

Chyba tylko jakimś nadludzkim wysiłkiem udawało im się wiązać koniec z końcem. Rodzicielstwo dla dwojga nieprzygotowanych do dorosłego życia ludzi było ogromnym trudem okupionym wieloma wyrzeczeniami, nieprzespanymi nocami i codzienną, niemal nieustanną harówką. Leszek całe tygodnie spędzał w trasie, a Ewa pielęgnowała syna i tylko z rzadka udawało jej się przysiąść do skryptów i notatek, by przygotować się do sesji. Mały Piotruś wynagradzał jednak wszelkie trudy i niedogodności jednym swym dziecięcym uśmiechem, gaworzeniem i kwileniem.

Pierwszy rok ich małżeńskiego życia był dla obojga szokiem i może nawet trochę rozczarowaniem, minęły bowiem bezpo­wrotnie romantyczne chwile i młodzieńcze marzenia, a ich miejsce zajęła rutyna dorosłego życia. Gdy Piotrek miał dwa lata, na świat przyszedł Marek. Ewa utonęła w podwójnej ilości pieluch i kaszek, ale za to doszła we wszystkich czynnościach domowych do takiej wprawy, że właściwie nie miało większego znaczenia, czy ma dwoje dzieci, czy jedno. Grunt to dobra organizacja pracy, a przy jednym zawsze wychowa się i drugie. Dzieci rosły zdrowo, Ewa zaliczała egzaminy na uczelni, a jej mąż wciąż był w trasie.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych Leszek zaczął coś przebąkiwać o budowie domu. Chłopcy chodzili już do szkoły, nie byli aż tak absorbujący jak wcześniej, a choć Ewa nadal nie pracowała zawodowo, to finansowo radzili sobie już nieźle. Zarobki Leszka były odwrotnie proporcjonalne do jego obecności w domu: pieniądze całkiem spore, frekwencja w domu mała.

 

Ewa przez te wszystkie lata tak bardzo przywykła do samotności, że w tych rzadkich chwilach, kiedy Leszek przyjeżdżał na kilka dni lub tydzień do Zamościa, zaczynał ją wręcz irytować. W pierwszych dniach zalegał na kanapie przed telewizorem, regenerując siły i przysypiając co chwila, w kolejnych snuł się po mieszkaniu, bardziej przeszkadzając, niż coś robiąc, a na koniec zaczynał się rzeczywiście nudzić i już z powrotem ciąg­nęło go w trasę. Jakieś dziesięć lat wcześniej kupili spory kawałek ziemi w granicach administracyjnych Krasnobrodu, ale na zupełnym odludziu, i powoli zaczęli się szykować do budowy własnego domu. Wszystko to trochę trwało, bo Leszek zajmował się robotami tylko w tych krótkich chwilach, gdy akurat był w Polsce. Kupno projektu domu, wybór ekipy budowlanej, zakup niezbędnych materiałów, uzyskanie wszystkich potrzebnych zezwoleń – trwało to bez mała dwa lata, a sama budowa kolejne trzy. A że czteroosobowa rodzina utrzymywała się z jednej pensji, to i tak dobrze, że nowy dom w ogóle powstał.

Wreszcie, po prawie dwóch dekadach znoju, Czarscy zaczynali prowadzić całkiem przyjemne życie, choć nadal spotykali się niezwykle rzadko. Leszek wciąż jeździł tirami i nic nie wskazywało na to, by coś się miało zmienić. Przez te wszystkie lata spędzone w samochodzie zaczął przypominać nieco zasuszony owoc. Twarz miał przedwcześnie postarzałą, wychudłą, skórę stale opaloną słońcem grzejącym przez szyby, a kręgosłup, na skutek ciąg­łego siedzenia za kierownicą, mocno dawał mu się we znaki.

Ewa trzymała się znacznie lepiej. Tak naprawdę to dopiero po przeprowadzce na wieś zaczęła bardziej o siebie dbać i rzeczywiście wyładniała. Wcześniej czas poświęcała w zasadzie wyłącznie chłopcom, a teraz regularnie chodziła do fryzjera, fundowała sobie zabiegi mikrodermabrazji, stosowała maseczki ujędrniające i chodziła na manicure. Odświeżyła także dawne znajomości i spotykała się z koleżankami na ploteczkach przy kawie czy grillu. Przeważnie spotkania odbywały się u niej w domu, bo wiejskie powietrze było czymś wielce pożądanym przez jej przyjaciółki. Niekiedy wsiadała do swojej yariski i gnała do Zamościa, by tam z dziewczynami posiedzieć pod parasolem na rynku.

Odkąd chłopcy poszli na studia, w domu zrobiło się zupełnie pusto. Nie przyjeżdżali już do matki na weekendy, tylko z rzadka i na krótko wpadali na święta. Piotrek studiował prawo w Krakowie, a Marek – nawigację w Szczecinie. Obecnie Ewa miała w rozjazdach już trzech mężczyzn i teraz była jeszcze bardziej samotna. Dlatego spotkania takie jak to dzisiejsze celebrowała z pietyzmem.

Wigilijna kolacja zgromadziła w jej domu męża, synów, rodziców, teściów i kuzynów z dziećmi. Potężna świerkowa choinka z ledwością mieściła pod sobą całe stosy prezentów, a ogromny stół z trudem dźwigał pełne misy jedzenia i licznie wsparte o niego łokcie.

Przed północą większość biesiadników wybrała się na pasterkę, wszyscy jednakowo przesiąknięci zapachem smażonych ryb. Wszystko wokół pokrywała puszysta biel. Drzwi wejściowe z trudem przesuwały się po zaśnieżonym schodku. Leszek szedł pierwszy i wyznaczał szlak przez podwórze. Brnąc w śniegu sięgającym wyżej kostek, wolno posuwali się naprzód nieprzejezdną szosą. Prawie dwukilometrowy odcinek drogi do kościoła pokonali wśród gwaru i śmiechów, ale ze sporym trudem fizycznym. W taką pogodę jedynie saniami można było szybko dotrzeć do celu.

– Może byśmy się wybrali w styczniu gdzieś nad ciepłe morze? – Leszek podtrzymywał grzęznącą w śniegu Ewę.

– Serio? – spytała zadyszana i zdziwiona.

– Przydałby nam się jakiś urlop.

To prawda. Czarscy nigdy nie byli na żadnym rekreacyjnym wyjeździe. Najpierw nie było na to pieniędzy i, jak im się wydawało, dzieci były za małe, a potem rozpoczęła się budowa domu i wtedy też nie było ani czasu, ani funduszy na wojaże. A jeśli już znalazłoby się jedno i drugie, wtedy jedynym, o czym marzył Leszek, było beztroskie polegiwanie na własnej kanapie. Nie zamierzał nigdzie wyruszać z domu, nie ciągnęło go w żadne ciepłe kraje, bo większość z nich dobrze poznał przez te wszystkie lata swojej pracy. Ewa z kolei wiele dałaby za choćby tydzień na ciepłych plażach Tunezji czy Grecji. Jedno z nich otrzymało od życia aż nadto tego, o czym marzyło to drugie: Leszek miał po dziurki w nosie podróży, a Ewa po kokardki siedzenia w domu.

– Mówisz poważnie? – nie dowierzała. – A gdzie byś mnie ­zabrał?

– Czy ja wiem? – zamyślił się. – Egipt może być?

Czy może być? Wszystko może być, byle tylko nie Roztocze! Wyobraźnia już podsuwała Ewie widoki piramid i wielbłądów. Czy to może być, że wreszcie wystawi nos poza obręb własnej wsi? Piękny dostanie prezent od męża!

Umówili się, że wyjadą w styczniu, najpóźniej w lutym. Cała organizacja spadała na Ewę, bo Leszek jeszcze przed Nowym Rokiem miał wyjechać do Anglii. Obiecał, że potem nie będzie brał żadnych zleceń przez co najmniej trzy tygodnie. Ewa tak bardzo rozmarzyła się o egzotycznych wakacjach, że przez całą pasterkę nie myślała o niczym innym.

Następnego dnia do świątecznego śniadania u Czarskich zasiadło już mniej osób niż w Wigilię. Kuzynostwo wróciło do domów po pasterce, rodzice Ewy pojechali do Zamościa jeszcze przed nocnym nabożeństwem, a rodzice Leszka – z samego rana przed śniadaniem, pierwszego dnia świąt. Chłopcy zasiedli co prawda z rodzicami do posiłku, ale ich bagaże stały już spakowane przy drzwiach. Obaj szykowali się na sylwestrowe szaleństwa. Marek wracał do akademika w Szczecinie, skąd za kilka dni wybierał się wraz z grupą znajomych w Sudety na narty, a Piotrek umówił się w Krakowie z dziewczyną i swoją paczką, bo już od jutra mieli zarezerwowane kwatery w Zakopanem.

Od kilku miesięcy Piotrek był zakochany po uszy w o pół roku starszej studentce medycyny. Iza pochodziła z Ciechocinka, spotkali się gdzieś na krakowskim Rynku i od tamtego czasu byli niemal nierozłączni. Raz przyjechał z nią do domu, by przedstawić ją matce. Ewa od razu zauważyła pod jak dużym urokiem dziewczyny jest jej syn. I z lekkim ukłuciem w sercu musiała przyznać przed samą sobą, że jest zwyczajnie zazdrosna o jego względy. Ale cóż było robić? Taka kolej rzeczy i matce wypada się jedynie z tym pogodzić. Najważniejsze, że Piotrek wybrał sobie dziewczynę, która ma poukładane w głowie. W każdym razie Iza na taką właśnie wyglądała. Leszka wtedy w domu nie było, tak więc nie poznał jeszcze przyszłej synowej. Mógł jedynie podziwiać jej zdjęcia na monitorze, bo Ewa bez ogródek poprosiła, by Iza zgrała jej na dysk trochę swoich fotek. „Niech przyszły teść wie, jak ładną będzie miał synową, i niech żałuje, że jej jeszcze osobiście nie poznał” – argumentowała swą prośbę ze śmiechem. Te fotografie przedstawiały piękną, uśmiechniętą dziewczynę, przeważnie w objęciach Piotra. Na kilku Iza była w towarzystwie filigranowej staruszki, której oczy zdawały się iskrzyć bardziej niż u młodej dziewczyny, a usta rozchylały się w uśmiechu wskazującym na ogromną radość. Na jeszcze innych zdjęciach Iza stała na tle pięknej starej willi. Ewa uważnie przyjrzała się wszystkim fotografiom, a gdy mąż wrócił z trasy, oglądali je razem jeszcze wielokrotnie. Szczęście bijące z twarzy Piotra i Izy bardzo ich oboje cieszyło, ale Leszek zwrócił uwagę na coś jeszcze. Stary dom za plecami dziewczyny mocno go frapował i nie dawał mu spokoju. Nie wiedział dlaczego, ale miał nieodparte wrażenie, że jednak gdzieś go już widział. Po pewnym czasie doszedł do wniosku, że musiał go pomylić z jakąś mijaną gdzieś kiedyś w podróży willą, i w końcu dał sobie spokój z tym déjà vu.

W świąteczne popołudnie w domu zapanowała absolutna cisza. Ewa z Leszkiem zostali sami, posprzątali już wszelkie ślady bytności gości i teraz rozsiedli się wygodnie w fotelach nieopodal rozpalonego kominka, z filiżankami kawy w dłoniach. Prowadzili niezobowiązującą rozmowę, ciesząc się nawzajem swoją obecnością. Tak naprawdę nie byli przyzwyczajeni do bycia ze sobą. Przez ponad dwadzieścia lat małżeństwa siłą rzeczy nagromadziło się wiele łączących ich spraw, ale były to raczej sprawy przyziemne. Najważniejszą z nich byli chłopcy i całkiem jeszcze nowy dom. Poza tym nie bardzo potrafili spędzać wspólnie czas i nie dzielili ze sobą żadnych pasji. Leszek w rzadko trafiających się wolnych chwilach przeważnie leniuchował, a Ewa chętnie zajmowała się kwiatami w ogródku.

Nieco ubolewała nad tym, że po raz kolejny spędzi sylwestra sama w domu, tym bardziej że teraz nie będzie z nią nawet chłopców. Leszek miał wyjechać już trzydziestego – najpierw załadować tira w Bydgoszczy, potem udać się prosto na prom w Gdyni, następnie na rozładunek w Szwecji i stamtąd ruszyć dalej, do Anglii. W połowie stycznia planował wrócić na Roztocze i poświęcić trochę czasu żonie. Wobec grożącej jej sylwestrowej samotności, Ewa wykonała parę telefonów i skrzyknęła kilka najbliższych koleżanek na babską nasiadówkę.

Cztery kolejne dni mijały leniwie, a pod koniec zaczęły się nawet niemiłosiernie wlec. Bo ileż można siedzieć przy stole, jeść i prawie nic poza tym nie robić? Jedną z niewielu czynności, jakie w tym czasie Czarscy razem wykonali, było porównywanie mnóstwa stron internetowych w poszukiwaniu atrakcyjnych ofert wycieczek do Egiptu. Leszek szybko się jednak tym znudził i odmówił pomocy żonie. Z góry zgodził się na wszystko, co ona zarządzi, zostawił ją przed komputerem, a sam uciekł na kanapę, w pobliże telewizora. Ewa niestrudzenie szukała, wybierała, coś zestawiała, aż wreszcie uznała, że najpewniej będzie kupić wycieczkę w biurze podróży w Zamościu, ale to już zostawiła sobie na pierwsze dni roku. Jakoś nie dowierzała internetowi.

Byle jak odśnieżonymi drogami mała yariska Ewy z trudem przedarła się do Krasnobrodu po podwójne zakupy, ale poza tym Czarscy nie wystawiali nosa poza dom. Połowa kupionych produktów przeznaczona była dla Leszka na podróż, a pozostałe miały służyć paniom podczas sylwestrowej nocy. Trzydziestego z rana Leszek był gotowy do odjazdu. Wszystkie niezbędne bagaże wrzucił już do kabiny i na koniec podszedł jeszcze do Ewy, by uściskać ją na pożegnanie.

– Szczęśliwego Nowego Roku, mała – powiedział z uśmiechem. – Widzimy się za dwa tygodnie?

– No pewnie – odpowiedziała łamiącym się głosem. – Do siego roku.

– Nie zapomnij się zająć wycieczką – przypomniał jej zupełnie niepotrzebnie, bo ona myślała o tym nieustannie.

– Bez obaw – zażartowała. – W najbliższym czasie na pewno będziesz grzał tyłek na ciepłym piasku.

– Obyś tylko była obok – przytulił ją i zaraz potem wskoczył do wielkiego auta, dla którego specjalnie wybudował spory garaż za domem.

– Jedź ostrożnie – przestrzegła go jeszcze na odjezdne. – Warunki są nadal fatalne.

– Nie martw się.

Chwilę później tył jego ciężarówki znikał już za pagórkiem, jednym z wielu na Roztoczu. Ewa, lekko zaniepokojona, jak zawsze, gdy wyjeżdżał z domu, wróciła przed cieplutki kominek. Przygotowania do jutrzejszego sylwestra skutecznie odciągnęły jej myśli od wszelkich zagrożeń i niebezpieczeństw czających się na drogach.

W sylwestrowy poranek zjadła szybkie śniadanie i właśnie szykowała się do krojenia warzyw na sałatkę, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Poszła je otworzyć i na sam widok gościa żołądek podszedł jej do gardła. Na zewnątrz stał policjant o bardzo napiętych mięś­niach twarzy. Przez chwilę wpatrywali się w siebie nawzajem, aż w końcu funkcjonariusz zebrał się w sobie i przemówił:

– Pani Czarska?

– Tak, o co chodzi? – Ewa przytrzymała się framugi.

– Czy pan Leszek Czarski to pani mąż?

Wszystko to trwało zaledwie chwilę, ale Ewie wydawało się wiecznością. Przez myśl przebiegły jej już dziesiątki czarnych myśli, a serce tłukło się w piersi tak bardzo, jakby miało pęknąć.

– Żyje? – Aż się wzdrygnęła, słysząc własne słowa.

– Tak – policjant jakby odetchnął z ulgą, że wreszcie ma to za sobą. – Pani mąż miał w nocy wypadek i został przewieziony do szpitala.

– Gdzie? – spytała niecierpliwie, a widząc, że policjant ociąga się z odpowiedzią, krzyknęła: – Gdzie on jest?!

– W Ciechocinku. Proszę, tutaj jest numer do szpitala – drżącą z zimna dłonią, a może z emocji, podał jej małą zapisaną karteczkę. – Czy potrzebuje pani jakiejś pomocy?

To pytanie sprawiło, że wreszcie poczuła tragizm i beznadzieję całej sytuacji. Jakiej niby pomocy mógłby teraz jej udzielić? Co on miał na myśli? Czy oferuje jej podwózkę do Ciechocinka? Bo cudów to pewnie dokonywać nie umie…?

– Jak to się stało? – spytała całkiem rzeczowo.

– Na autostradzie za Włocławkiem zderzyło się kilka samochodów. Było ślisko, ktoś nie zachował ostrożności i wpadł w poślizg.

 

– W jakim stanie jest mój mąż? – Ewie znów załomotało serce, ogarnęła ją trwoga, że za chwilę może usłyszeć coś strasznego.

– Nie wiem – bezradnie odparł policjant. – Proszę zadzwonić do szpitala.

Po tych słowach szybko się pożegnał, rad w gruncie rzeczy, że wizyta dobiegła już końca. Na odchodne nawet nie wiedział, jak ma się do niej odezwać. W normalniejszych okolicznościach pożyczyłby jej szczęśliwego Nowego Roku. A może właśnie powinien był jej tego życzyć? Zawahał się i przystanął jeszcze na moment, ale nic już więcej nie powiedział.

Następne godziny były jednym wielkim chaosem. Ewa dzwoniła do szpitala, naprędce sprawdzała w internecie mapy i trasy dojazdu do Ciechocinka, pospiesznie pakowała walizkę oraz odwołała imprezę sylwestrową. Była bardzo niespokojna, serce przez cały czas okrutnie tłukło jej się w piersi, ale miała w sobie ogromne pokłady nadziei, że wszystko musi być dobrze. Lekarz, który udzielił jej informacji o Leszku, powiedział wprawdzie, że jego stan jest poważny, podkreślił jednak, że pozostaje stabilny. I tego postanowiła się kurczowo trzymać.

Zapakowała walizkę do bagażnika i wyjechała na drogę. Śnieg cały czas zalegał wszędzie: rozścielał się równą grubą warstwą po polach, domach, a nawet szosach. Asfalt był niewidoczny spod lodu i ujeżdżonego białego puchu. Mała toyota z trudem radziła sobie w tych warunkach, ale dzielnie parła do przodu, próbując utrzymać przyczepność. Przed Ewą było ponad pięćset kilometrów. W sprzyjających warunkach można je było pokonać w jakieś siedem godzin, ale przy takiej pogodzie kobieta nie mogła nawet o tym marzyć. Mokry, ciężki śnieg padał bez przerwy od kilkunastu godzin, mocno ograniczając widoczność i utrudniając jazdę, jednak im dłużej Ewa była w drodze, tym bardziej warunki atmosferyczne się poprawiały. Śnieżyca nad Roztoczem zmieniła się w prószące drobne płatki nad Mazowszem, a im dalej na północny zachód, tym pogoda była lepsza.

Ewa kilkakrotnie się zatrzymywała – na tankowanie, toaletę, kawę i mały posiłek. Pomimo strachu, jaki paraliżował ją od kilku godzin, organizm dopominał się o swoje i udowadniał, że może się walić i palić, a on potrzebuje zwykłej dawki kofeiny i kalorii.

Wreszcie, po dwudziestej, wjechała w granice Ciechocinka. Sylwestrowe miasto było bogato oświetlone świątecznymi neonami i prawie zupełnie wyludnione, jedynie z rzadka można było dostrzec małe grupki spóźnialskich spieszących na imprezy. Klucząc nieco po ciechocińskich ulicach, dotarła w końcu pod szpital uzdrowiskowy i zaparkowała na dużym i prawie pustym parkingu. Zarówno po Ewie, jak i po toyocie widać było trud przebytej drogi. Pierwsza miała włosy w nieładzie i podkrążone oczy, druga była niemiłosiernie unurzana w błocie pośniegowym i soli drogowej. Grunt jednak, że obie dotarły do celu.

Wysiadłszy z samochodu, Ewa poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła, a nogi same przyspieszają kroku. Ta niepewność na chwilę przed wejściem do szpitala była po stokroć gorsza od tej, którą odczuwała podczas jazdy. Wtedy mogła próbować przekonywać samą siebie, że wszystko będzie dobrze, a teraz nagle każde pocieszenie, którym się karmiła, w jednej chwili mogło się zmienić w pewność, że wcale nie musi być dobrze…

Wpadła na oddział ratunkowy, na którym było dziś zupełnie pusto. Niemal natychmiast zainteresowano się jej osobą i uprzejma młoda pielęgniarka zaproponowała pomoc. Szpital najwyraźniej dbał o swoją renomę, być może ze względu na dużą liczbę kuracjuszy sanatoryjnych, bo jego personel w niczym nie przypominał opryskliwych pracowników szpitali powiatowych. Cały budynek w ogóle sprawiał wrażenie niezwykle zadbanego i doinwestowanego. Widać było, że jego gospodarz zna się na rzeczy.

Szybko i sprawnie ustalono, że Leszek jest pacjentem neuro­logii, i wskazano Ewie drogę. Poczekała chwilę na windę i zaraz była na siódmym piętrze. Rozejrzała się i nie wiedząc, w którą stronę iść, pobiegła w lewo. Gdy dotarła do zakrętu, nie zdążyła wyhamować i z impetem wpadła na jakiegoś lekarza. Był całkiem postawny, a filigranowa Ewa wręcz pędziła, więc zderzenie okazało się naprawdę bolesne, zwłaszcza dla niej. Mężczyzna odruchowo wyciągnął ręce przed siebie i na kilka sekund chwycił ją za ramiona, po czym zrobił krok do tyłu i niezbyt mądrze doradził:

– Proszę uważać.

– Przepraszam – to było jedyne, co Ewa mogła na to odpowiedzieć.

– Dokąd pani tak pędzi? – głos lekarza był niski i przyjemnie wibrujący.

– Szukam męża.

– Dlaczego tutaj? – wpadł w rubaszny ton. – Dziś jest tyle balów, a pani jak zagubiony Kopciuszek w tym szpitalu.

Ewę mierził dziś ten rodzaj żartów, postanowiła jednak nie tracić czasu i zignorowała słowa lekarza.

– Podobno jest tutaj Leszek Czarski? – powiedziała jedynie.

– Ach tak… – lekarz wyraźnie się zawstydził. – Przepraszam panią bardzo. Czy to pani mąż?

– Tak – odpowiedziała. – Jestem Ewa Czarska. Co z nim?

– Krzysztof Podolski – lekarz wyciągnął dłoń, którą w zniecierpliwieniu uścisnęła. – Pan Czarski jest nieprzytomny, ale parametry życiowe są w normie.

Ewie te lakoniczne wyjaśnienia niewiele mówiły, więc popatrzyła na doktora z nadzieją, że raczy coś dodać. Ostatecznie zrozumiała, że trzeba czekać. Stan Leszka w każdej chwili może ulec poprawie, lekarz był dobrej myśli, ona tym bardziej. Gdy powiedziała, że chciałaby go zobaczyć, Podolski wskazał jej kierunek i ruszył za nią szpitalnym korytarzem. Na jego końcu, w sali o przeszklonych ścianach i drzwiach, leżał podpięty do aparatury Leszek. Ewa już się wyrywała, by otworzyć drzwi i wejść do środka, ale doktor przytrzymał ją za ramię.

– Pacjent potrzebuje spokoju.

Ewa spojrzała na niego zbolałym wzrokiem. Łzy zakręciły się jej pod powiekami.

– Dla pana to zaledwie pacjent, a dla mnie mąż…

Doktor, zrozumiawszy swój nietakt, poruszył się niecierpliwie, popatrzył na nią ciepło i przeprosił za swoje grubiaństwo. Potowarzyszył jej jeszcze przez moment, ale wobec uporczywego milczenia odwrócił się i poszedł do swojego gabinetu, przebąknąwszy coś o tym, że w razie potrzeby będzie w pokoju numer 10. Ewa postała chwilę przy szybie, ale, niczym złodziej, rozejrzała się dookoła, lekko nacisnęła klamkę, po czym wślizgnęła się do środka.

Leszek leżał na wznak, z rękami ułożonymi wzdłuż ciała. W jego dłoni tkwił wenflon, w który wpięta była kroplówka. Monitor zawieszony na ścianie nad jego głową wyświetlał, pikając i sycząc, niezrozumiałe dla Ewy parametry. Podeszła na palcach, jakby nie chcąc zbudzić męża, stanęła tuż przy nim i przyglądając mu się poprzez zamglone łzami oczy, ujęła jego dłoń i zacisnęła na niej swoje palce. Ogarnął ją przy tym spazm tak ogromny, że nie mogła wręcz złapać oddechu. Dopiero teraz poczuła, że opuszczają ją siły, że nie potrafi już dłużej się trzymać i udawać silnej. Rozpłakała się tak bardzo, że w poczuciu bezradności osunęła się na podłogę i – ni to klęcząc, ni siedząc – wciąż trzymała w dłoni dłoń Leszka.

Trwało to na tyle długo, że zaniepokoiło doktora Podolskiego, który wyszedł ze swego gabinetu i bezszelestnie zatrzymał się przy przeszklonych drzwiach. Kobieta siedziała na podłodze w takiej pozycji, że sprawiała wrażenie omdlałej. Obserwował ją przez szybę i nie odważył się wejść do środka, by ją podnieść i spróbować pocieszyć. Jego twarz wykrzywił grymas bólu, jakby cierpiał razem z nią. Ale on w tę sylwestrową noc przeżywał inne smutki… Czując ogarniającą go falę bólu, wycofał się do gabinetu.

Ewa dawno już straciła poczucie czasu. Przesiedziała z Leszkiem dwie lub trzy godziny, po czym wyszła wreszcie na korytarz i próbując odzyskać wewnętrzną równowagę, zaciągnęła się głęboko szpitalnym powietrzem. Spojrzała na męża po raz ostatni i poszła powoli w kierunku gabinetu numer 10. Tam zatrzymała się na moment i wyciągnąwszy przed siebie drżącą rękę, zapukała. Odpowiedziało jej głębokie, ciepłe męskie: „proszę”. Uchyliła drzwi i zobaczyła zmęczoną twarz doktora Podolskiego. Siedział za biurkiem pochylony nad filiżanką. Na jej widok zerwał się z krzesła i poprosił, by usiadła po drugiej stronie biurka, proponując jej kawę. Oboje wyglądali na umęczonych i bezsilnych. Ewa usiadła, ale za kawę podziękowała. Chciała się jak najprędzej dowiedzieć więcej o zdrowiu męża, ale doktor niewiele miał jej do powiedzenia. Na razie pewne było jedynie, że Leszek ma kilka złamań, potłuczone narządy wewnętrzne, wstrząśnienie mózgu i sporego krwiaka, który zapewne sam się wchłonie. I to właśnie ze względu na tego krwiaka umieszczono go na tym oddziale, by w razie nagłej potrzeby neurolog mógł możliwie szybko interweniować. Zaraz po Nowym Roku Leszek miał zostać poddany kompleksowym badaniom, które powinny pozwolić postawić właściwą diagnozę. A na razie trzeba było czekać.