Na skraju świataTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Polecamy także inne książki Katarzyny Archimowicz:

Miłość w Burzanach

W kolejce po życie

Nadwiślańskie serca

Dwie twarze Ioany


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Magdalena Palej

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce © by Vincent van Zalinge / Unsplash, Vidar Nordli-Mathisen / Unsplash, Lindsay McGrath / Unsplash

Copyright © by Katarzyna Archimowicz, 2021

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Małgorzata Uzarowicz

Korekta Magdalena Kędzierska-Zaporowska

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-187-0

Książkę tę dedykuję wszystkim,

którzy na jej kartach odnajdą choć cień siebie

Część pierwsza

Rozdział 1

– Dokładnie sprawdziłeś wszystkie szuflady? Przecież musi gdzieś być! Jacek, posłuchaj, nie mogę z tobą dłużej rozmawiać. Po prostu jeszcze raz jej poszukaj. Przecież nie odfrunęła! Cholera jasna!

Po wielkim, okrągłym patio przestał się nieść stukot szpilek i niemal natychmiast zastąpił go huk. Olga Daronin niedostatecznie skoordynowała swoje ruchy i torba z laptopem i dokumentami wysunęła się jej z rąk. Próbowała je chwycić w locie, ale upuściła przy tym także telefon, przytrzymywany ramieniem przy uchu. Jeszcze raz zaklęła i westchnąwszy ze złością, z niemałym trudem kucnęła, by pozbierać cały bałagan. Doskonale przylegająca do ud spódnica prezentowała się na niej świetnie, ale wraz z wysokimi obcasami prawie uniemożliwiała ruchy inne niż chodzenie i siedzenie. Olga wreszcie zebrała swoje rzeczy i pobieżnie obejrzała telefon. Z ulgą stwierdziła, że jest cały i wciąż działa, bo usłyszała dobiegające z niego niecierpliwe pytania:

– Halo, Olga, jesteś tam? Co się stało?!

– Wszystko w porządku – odpowiedziała w końcu, gdy już wstała i wygładziła spódnicę. – To co z tą muchą, znalazłeś?

– Nie. I mówię ci, tutaj po prostu jej nie ma.

– To kup sobie drugą – poradziła. – Ja twojej muchy ze sobą do pracy nie zabrałam, więc ci nie pomogę. Skarbie, nie mam już czasu, kończę, pa. – Rozłączyła się.

Kiedy chwilę później wyszła z przeszklonej windy, znów opierała telefon na ramieniu, czekając na połączenie.

– Jacek, zapomniałam torebki na wieczór – rozpoczęła natychmiast po usłyszeniu trzasku w słuchawce. – Leży na toaletce, weź ją ze sobą, dobrze? Dzięki, pa! – Włożyła telefon do kieszeni futra i już kierowała się do swojego gabinetu.

Szła szybko i pewnie, kołysząc zmysłowo biodrami, wcale nie dlatego że tak chciała, tylko wymuszała to na niej wąska spódnica. W krótkich słowach i uśmiechem witała się z mijanymi ludźmi, aż wreszcie dotarła przed drzwi gabinetu i nie zatrzymując się ani na chwilę, zagadnęła asystentkę o umówione na dziś wizyty.

– Wszystko masz na biurku – odparła Aneta.

– Jesteś aniołem! – pochwaliła ją Olga gdzieś z wnętrza szafy, do której właśnie odwieszała okrycie. – Poproszę…

Nie zdążyła wyrazić swej prośby, bo odwróciwszy się ku drzwiom gabinetu, ujrzała w nich asystentkę z filiżanką aromatycznej kawy. Właśnie o nią zamierzała prosić, ale przyjaciółka ją ubiegła. Jak zwykle zresztą. Aneta była bodaj jedyną osobą w całym biurze, która dorównywała Oldze energią i świetnie znała jej przyzwyczajenia.

– Dziękuję, kochana. – Olga już upijała pierwszy łyk, jednocześnie przerzucając skoroszyty piętrzące się na biurku.

– Aha, zapomniałabym… – zawołała Aneta po chwili. – Przy telefonie masz zapisany numer do Wiktora Lubeckiego. Prosił o kontakt.

Olga przeniosła na chwilę wzrok na małą żółtą karteczkę przyklejoną na skraju biurka. Doskonale pamiętała nazwiska wszystkich ludzi, z którymi robiła interesy, ale z całą pewnością nie było wśród nich żadnego Lubeckiego.

– A kto to taki? – podniosła lekko głos, by Aneta dobrze ją usłyszała w swoim gabinecie.

– Nie wiem – odparła. – Myślałam, że ty będziesz to wiedzieć.

– A mówił coś konkretnego?

– Nie. – Zastanowiła się przez chwilę. – Tylko tyle, że to sprawa prywatna.

Prywatnie Olga także nie znała żadnego Lubeckiego. Ani Wiktora zresztą. Szybko przestała zawracać nim sobie głowę, uznając, że jeśli to nie jest sprawa służbowa, nie musi oddzwaniać. Złożyła kilka zamaszystych podpisów na dokumentach, dopiła kawę i energicznie wstając od biurka, strąciła słabo przyklejoną kartkę z namiarami na rzeczonego Wiktora Lubeckiego. Nawet tego nie zauważyła. Mała fiszka przez chwilę lekko wirowała w powietrzu, po czym opadła wprost do kosza z pomiętymi papierami.

– Na szesnastą umówiłam ci fryzjera.

– A na później się nie dało? – Olga nawet nie podniosła wzroku znad danych i analiz, które właśnie przeglądała. – Nie zdążę z robotą.

– Zdążysz – uspokoiła ją Aneta. – W ogóle za dużo pracujesz. I za szybko – dodała.

– Kochana, jeśli będę mniej efektywna, to zastąpią mnie kimś innym.

– Za dobra jesteś, byliby głupcami, gdyby się ciebie pozbyli. Ale dziś to naprawdę mogłabyś sobie trochę odpuścić.

– Dziś tym bardziej nie mogę. – Olga wreszcie spojrzała na przyjaciółkę. – Muszę zaraz zrobić to, co powinnam jutro do południa.

Tego dnia zaplanowana była duża impreza branżowa, niezwykle ważna dla koncernu BelleJournée. Dlatego Olga Daronin, jako dyrektor do spraw badań i rozwoju rynku środkowoeuropejskiego, wiedziała, że najbliższy wieczór i część nocy spędzi na bankiecie, od którego wiele może zależeć. Będą na nim przedstawiciele innych firm, klienci, dziennikarze i kto wie, jak korzystne interesy zostaną ubite przy rozmowach i rautach.

– Samą pracą nie da się żyć – Aneta wciąż próbowała przekonywać szefową.

– Ale ja ją lubię – uśmiechnęła się Olga – więc po co mam cokolwiek zmieniać?

– Może choćby po to, by mieć więcej czasu dla Jacka?

– Na razie nie narzeka, jest dobrze. Zresztą, też sporo pracuje.

– Straszne czasy. – Aneta westchnęła. – Człowiek żyje, by pracować.

Olga może by i coś na to odpowiedziała, ale na dobre zagłębiła się w lekturze dokumentów, pozostawiona więc sobie asystentka wzruszyła tylko ramionami i nie odezwała się więcej.

– Spóźniłeś się – zauważyła chłodno Olga, gdy Jacek stanął w drzwiach jej gabinetu.

– Ale tylko chwilkę – odparł na swoje usprawiedliwienie i cmoknął ją w policzek.

– Dopnij mi sukienkę. – Udała, że się dąsa, odchyliła włosy znad karku i czekała na jego ruch. – Masz torebkę?

– Mam – mruknął, pocałowawszy ją w szyję.

– Świetnie. Ruszajmy, nie chcę wejść ostatnia.

Na sali było już sporo gości, ale do rozpoczęcia imprezy pozostało jeszcze trochę czasu. Olga z Jackiem odnaleźli na jednym ze stołów swoje winietki i zajęli miejsce tuż obok jej szefa.

– Mówi się na mieście, że to będzie bellejournée – szepnął i puścił do niej oko.

– Chyba raczej bellesoirée – odparła.

– Ważne, żeby był nasz – skwitował.

I rzeczywiście, to był wieczór należący do BelleJournée. Olga wraz z szefem Wiesławem Borowiczem trzykrotnie wchodziła na scenę, by odebrać nagrodę. BelleJournée doceniono w kategorii najlepszy zapach roku, innowacja roku oraz największa nadzieja. Wszystkie nagrody były ważne, ale ostatnia zobowiązywała markę do zintensyfikowania działań tak, by w kolejnych edycjach tego konkursu potwierdzić, że wygrała w pełni zasłużenie. I Olga wiedziała, jakie to będą działania, o czym zresztą zaraz po zejściu ze sceny szef jej przypomniał.

– Cholera, teraz to już nie mamy wyjścia i musi nam się udać z tymi naturalnymi kosmetykami.

– Uda się, zobaczysz. Umiemy przecież robić rzeczy dobre.

– Najlepsze, kochana. Najlepsze. – Poklepał ją po dłoni.

Wieczór upływał w atmosferze radości podsycanej szampanem. Kryształowe i srebrzone trofea połyskiwały na stole, a wokół nich toczyły się branżowe rozmowy, przerywane chwilami tańca. Olga promieniała ze szczęścia, jej koledzy z firmy zresztą też. Było wszak z czego się cieszyć. Zdobyte nagrody już w najbliższej przyszłości przełożą się na wyniki sprzedaży, a co za tym idzie, można będzie spodziewać się premii albo i całkiem znaczącej podwyżki. Ubiegły rok należał w branży kosmetycznej do BelleJournée. Zanosiło się, że i w kolejnym firma popłynie na fali wznoszącej, windując wysoko swe produkty i ludzi pracujących na jej sukces.

– Idę pod prysznic. – Olga, kierując się w stronę łazienki, zrzucała z przemarzniętych stóp szpilki i zdejmowała kolczyki. – Dołączysz do mnie?

– Może za chwilę. – Jacek rozpiął muchę, którą wcześniej zdołał jednak znaleźć w swojej szafie. – Napiję się jeszcze. Chcesz drinka na rozgrzanie?

 

– Nie, mnie już wystarczy – odpowiedziała, przekrzykując szum lejącej się wody. – I tobie także. A może ty byś mnie rozgrzał? – dopowiedziała, ale nie doczekawszy się reakcji, zrezygnowała z flirtu.

Kwadrans później wyszła z łazienki, okryta jedynie ręcznikiem, który pochłaniał strużki wody spływające z włosów. Jacek siedział na kanapie ze szklaneczką whisky w dłoni. Sączył powoli złoty trunek, a przełknąwszy go, kładł głowę na zagłówek i wyglądał na zadumanego albo mocno zmęczonego.

– Moja piękna. – Spojrzał na Olgę, uśmiechnął się i wyciągnął do niej dłoń. Przysiadła tuż obok niego, podciągnąwszy nogę na kanapę. – Jestem z ciebie dumny.

Pocałował ją w policzek, potem za uchem, pogłaskał mokry od włosów kark, aż wreszcie położył dłoń na brzegu ręcznika i wsunął ją pod miękką tkaninę. Olga wtuliła twarz w jego gęstą, pieczołowicie przystrzyżoną brodę i poczuła delikatny zapach wody kolońskiej zmieszany z alkoholem.

Zanim usnęli znużeni emocjonującym wieczorem, Jacek zaproponował krótkie egzotyczne wakacje.

– Nie dam rady – odmówiła. – Nie teraz. Jestem zawalona robotą. Naprawdę nie mogę się wyrwać.

– To może chociaż weekend u twoich rodziców? – nie odpuszczał. – Rzym w styczniu jest o wiele ciekawszy niż Warszawa.

– Innym razem, kochanie. Poczekajmy chociaż do kwietnia, może wtedy będę wolniejsza. Słyszałeś przecież, że Wiesiek już zapowiedział dalszą orkę. Te nagrody zmuszają nas do jeszcze większej pracy, nie możemy spocząć na laurach.

– Wiesiek, Wiesiek – przedrzeźniał lekko zirytowany Jacek. – To go chociaż zagadnij o jakąś podwyżkę, chyba ci się należy.

– Kochanie, przecież wiesz, że stary jest w porządku. Mam nadzieję, że sam podejmie taką decyzję i nie będę musiała go o nic prosić. Pracowałam solidnie i dziś przyszły piękne efekty, więc on powinien równie pięknie podziękować mi za tę pracę. Liczę na sporą premię.

Od samego rana w biurze panowała atmosfera radości i fetowania. Nie wszyscy pracownicy byli poprzedniego wieczoru na gali, więc świętowanie przeniosło się do gabinetów.

– Opowiadaj, jak było! – z niecierpliwością zawołała Aneta, ledwo Olga przestąpiła próg. – Kawa czy jakieś elektrolity?

– Kawa.

– Phi, to jak ty świętowałaś, że cię dzisiaj głowa nie boli? – rozczarowała się Aneta.

– Z umiarem, kochana – roześmiała się szefowa. – Świętowałam ja, a głowa boli Jacka. Troszkę przeholował po gali.

Olga tego dnia pozwoliła sobie na odrobinę luzu i odpuściła nieco z obowiązkami. Najpilniejsze sprawy szybko przepchnęła, a te, które mogły trochę zaczekać, odłożyła na bok. Nie sposób było się skupić na pracy, gdy ciągle ktoś przychodził z gratulacjami lub po opowieści z wczorajszej gali. Telefony też częściej niż z pilnymi kwestiami dzwoniły, by winszować firmie sukcesu.

Sam szef również zajrzał do Olgi, rozsiadł się wygodnie w fotelu i nawet podarował jej jedną z kryształowych statuetek.

– Pani dyrektor – zaczął niezwykle poważnie – zasłużyła pani na tę nagrodę, będzie się tu dobrze prezentować. – Postawił niemal przezroczystą bryłę na biurku i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. – A tutaj jeszcze mała gratyfikacja. Zasłużyłaś, dziewczyno. – Puścił do niej oko.

Olga właśnie na to liczyła. Sięgnęła po kopertę, w której znalazła czek na piętnaście tysięcy.

– O, tak – mruknęła przeciągle – szef to wie, jak zadowolić kobietę. – Uśmiechnęła się.

– Jestem lepszy od Jacka? – zażartował.

– Dziś z całą pewnością. A tak serio, bardzo ci dziękuję.

– Należy ci się. – Zabawił u niej jeszcze chwilę, po czym wyszedł na papierosa.

Premia, której się spodziewała, spełniła jej oczekiwania. Zastrzyk pieniędzy zawsze się przyda, choćby na małe zakupy, może jakieś zgrabne szpilki albo sukienkę. A może wakacje. Jacek miał niezły pomysł z tym wyjazdem. Co prawda czas był trochę nieodpowiedni, ale Olga chętnie pogrzałaby się na jakiejś rajskiej plaży. Rozważała wszelkie za i przeciw, gdy gdzieś w głębi szafy rozdzwoniła się jej komórka.

– Cześć, skarbie. Powiedz, czy mamy jakieś plany na dzisiejszy wieczór?

– Hej – odpowiedziała. – Ja nie mam żadnych, chyba że ty… – chciała dodać coś dwuznacznego i kuszącego, ale Jacek przerwał jej w pół słowa.

– To świetnie, bo umówiłem się z chłopakami na partyjkę kart. Tylko powiedz, może być u nas, czy raczej mam zarezerwować coś na mieście?

– Może być u nas – zgodziła się trochę rozczarowana. – To ja w takim razie wyskoczę z Anetą na ploteczki.

– Super! – zawołał zadowolony, nie zorientowawszy się, że Olga nie jest zachwycona jego planami.

– A na jakie ploteczki idziemy? – Aneta odezwała się natychmiast po tym, jak Olga odłożyła komórkę.

– Na żadne – odparła. – Tak tylko mu powiedziałam. Zostanę trochę po godzinach, mam sporo do zrobienia.

– O nie, kochana! Skoro obiecałaś, to dotrzymaj słowa.

– Daj spokój – Olga nie sądziła, że przyjaciółka zechce w ogóle podchwycić jej kłamstwo.

– Co daj spokój? Jaki spokój?! Idziemy wieczorem na drinka i to już przesądzone! Ty stawiasz – zaznaczyła dobitnie, celując w nią palcem wskazującym. – Trzeba uczcić ten wczorajszy sukces.

Olga tylko westchnęła, co oznaczało, że skapitulowała i poddała się woli Anety.

Z biura do restauracji szły pieszo, na co Olga nie była zupełnie przygotowana, bo przywykłszy do poruszania się wszędzie samochodem, miała nieodpowiedni strój. Piękne sztuczne futro świetnie na niej leżało, ale stanowiło raczej ozdobę niż okrycie przed chłodem. Rękawy były niepełnej długości, a poły leżały jedna obok drugiej, nawet się nie stykając. Delikatny szal i szpilki na bardzo cienkiej podeszwie także nie chroniły przed styczniową aurą. Śniegu i mrozu co prawda jeszcze w tym sezonie w stolicy nie było, ale Olga i tak wyróżniała się pośród przechodniów i wyglądała co najmniej osobliwie, choć elegancko. Nie to co Aneta. Ona była przyzwyczajona do pieszych wędrówek i komunikacji miejskiej i rzadko się zdarzało, by pogoda ją zaskoczyła.

Zasiadły przy oknie w przytulnej restauracji U Fabiana. Było to miejsce na tyle drogie, że nie przychodziła tu stołeczna hałaśliwa młodzież, ale też nie miało w sobie luksusu i ekstrawagancji, które przyciągałyby zmanierowanych i zblazowanych bogaczy. Można tu było przyjść na biznesowy lunch, romantyczną kolację albo z paczką przyjaciół. Olga bywała tu niekiedy z Anetą, częściej z Jackiem, a najczęściej przesiadywał tu Jacek ze swoimi branżowymi partnerami, ubijając interesy przy dobrym obiedzie. Lokal chętnie odwiedzano nie tylko ze względu na dobrą atmosferę i kuchnię. Można było w nim znaleźć rozrywkę w postaci klimatycznych koncertów na pianino i trąbkę albo rozegrać z przyjaciółmi partię darta w odosobnionej sali.

Dziewczyny rozpoczęły wieczór od podpłomyków z kurczakiem i grzanego piwa. Potem Aneta kilkakrotnie jeszcze zamawiała drinki, a Olga poprzestała na drugim piwie i ledwo je sączyła.

– Pij szybciej, coś ty taka cienka? – Aneta kiwnęła głową na duży kielich przyjaciółki, a w odpowiedzi zobaczyła jedynie grymas na jej twarzy.

Olga pijała rzadko, raczej symbolicznie i kiedy tylko mogła, wybierała trunki smakowe, by nie czuć mocy i goryczy alkoholu. Bywając na zakrapianych imprezach, zwykle sięgała po jedną szklaneczkę i przy niej upływał jej czas.

W lokalu prawie wszystkie stoliki były zajęte, w krótkich chwilach zamyślenia czy milczenia dziewczyny dyskretnie rozglądały się po sali, obserwując gości. Aneta jednak skupiała swą uwagę głównie na jednym z kelnerów.

– Spójrz na tego chłopaka – szepnęła, przechylając się przez stolik w kierunku Olgi. – Przystojny, prawda?

Olga przyjrzała się uważniej i przyznała jej rację. Rzeczywiście, miał w sobie coś, co mogło przykuwać uwagę. Był wysoki, po męsku zgrabny, fason koszuli i krój spodni dobrze podkreślały jego sylwetkę, a przy tym spoglądał na swoich klientów tak uważnie, jakby powierzali mu bardzo ważne sprawy, a nie składali zwykłe zamówienia.

– Zbieramy się! Kończ pić, ja zamawiam taksówkę i zaraz poproszę rachunek.

Olga uznała, że Aneta wystarczająco dużo wypiła jak na jeden wieczór, i czas już najwyższy wracać do domu.

– Hej! – koleżanka wniosła sprzeciw. – Przecież nic nie robię! Daj chociaż popatrzeć! Jestem wolna, mogę oglądać się za facetami.

– Owszem, ale zawsze lepiej na trzeźwo – spokojnie odparła Olga. – Wychodzimy.

Trochę im jeszcze zeszło, zanim opuściły restaurację. Aneta, jak na złość, powoli dopijała drinka, więc Olga zdążyła jeszcze wziąć kolację na wynos, zanim podjechała taksówka. Wchodząc do mieszkania, miała nadzieję, że koledzy Jacka już się rozeszli, a on posprzątał po ich wizycie. Pomyliła się jednak. Od dużego kuchennego stołu wstawało właśnie sześciu mężczyzn, zbierając karty i pieniądze. Mieszkanie przesiąknięte było dymem przemieszanym z oparami alkoholu. W Oldze się zagotowało, ale przełknęła wściekłość i zdołała uprzejmie przywitać Jackowych gości. Na szczęście wszystko wskazywało na to, że zbierają się do wyjścia.

– Jak się bawiłaś? – zagadnął Jacek, zamykając drzwi za kumplami.

– Jak dotąd świetnie – odparła oschle – ale teraz znacznie gorzej.

– Daj spokój – zbagatelizował jej niezadowolenie. – Zaraz to ogarnę i będzie po sprawie.

Olga dopadła okien w kuchni i salonie i pootwierała je na oścież. Do środka wpadło natychmiast mroźne nocne powietrze.

– Wyziębisz cały dom.

– Bo ty go zasmrodziłeś! – krzyknęła. – I jesteś pijany!

– Daj spokój, czepiasz się. Ty też piłaś. – Pochylił się nad nią, próbując ją pocałować.

– Ale się nie upiłam – warknęła.

– Ja też nie – bronił się. – Jestem tylko na lekkim rauszu.

– Coraz częściej ostatnio. Głodny jesteś? – złagodniała trochę.

– Coś bym zjadł – odparł, zaglądając do papierowej torby z logo U Fabiana.

By nie prowokować kłótni, która zawisła w powietrzu, Olga napuściła wody do wanny i wzięła długą, gorącą kąpiel. Gdy wyszła z łazienki, w mieszkaniu po gościach pozostał już tylko lekki zapach papierosowego dymu. Jacek posprzątał ze stołu, włączył zmywarkę i czekał na rozwój wypadków. Wszystko wskazywało na to, że złość Olgi zelżała, i widział szansę na uniknięcie scysji. Kiedy tylko opuściła łazienkę, sam wśliznął się do środka, by wziąć szybki prysznic. Kwadrans później już układał się po swojej stronie łóżka, zerkając w półmroku, czy jego złośnica śpi.

Olga czuła zmęczenie, ale resztki irytacji i jeszcze jedna sprawa nie pozwalały jej usnąć. Uniosła głowę nad poduszkę i spytała:

– Graliście na pieniądze?

– Ale tylko jedną partyjkę – odparł.

– Ile było w grze?

– Jakieś grosze.

Niezadowolenie Olgi znów wzrosło. Zacisnęła zęby i nie zrobiła mu żadnych wyrzutów, ale powzięła decyzję, by ograniczyć kontakt z kumplami. Bez nich nie będzie go kusił ani alkohol, ani hazard. Zapomniała tylko, że ma do czynienia z dorosłym facetem.

Rozdział 2

W Osadzie dawno nie było takiego wypadku, do którego pędziłyby dwie karetki na sygnałach. Przy rozbitych pojazdach zebrał się pokaźny tłumek gapiów, bo akurat był czwartek, dzień targowy. Ratownicy najpierw musieli utorować sobie dostęp do poszkodowanych, a dopiero potem mogli przystąpić do udzielania pomocy. Przybyły na miejsce patrol policji rozgonił ciekawskich, zostawiając jedynie kilku, którzy podali się za świadków zajścia. Gdy dwie ofiary wypadku jechały na chełmski SOR, czynności policyjne na miejscu zdarzenia trwały jeszcze w najlepsze. Na poboczu jezdni stał rozbity maluch i mocno pognieciony skuter vespa.

Kilkanaście minut później pacjenta z pierwszej karetki przetransportowano na oddział ratunkowy i umieszczono na najdalszym z łóżek. Był przytomny i po wstępnych oględzinach nie stwierdzono większych obrażeń, jedynie kilka stłuczeń, otarć i zwichnięcie nadgarstka.

Parę chwil po pierwszym pacjencie wwieziono na salę i drugiego z tego samego wypadku i ulokowano go na przeciwległym końcu sali. Wszystko wskazywało na to, że jego obrażenia są poważniejsze, choć złamanie nogi przy upadku ze skutera i tak można byłoby nazwać szczęściem.

Obaj pacjenci leżeli na wznak, ze wzrokiem wbitym w sufit, z dala od siebie. Przy obu krzątali się lekarze i pielęgniarki. Wreszcie ten pierwszy przechylił głowę w lewo i uniósł się lekko na łokciu.

– Ale nam się przytrafiło – odezwał się, ale nikt mu nie odpowiedział. – Dobrze, że żyjem. Jeszcze może jakoś trochę pociągniem. Tylko kołomyi teraz dużo będzie z nami. Mnie to ręka najbardziej boli. No i głowa.

 

– Panie, coś się pan tak rozgadał?! – nie wytrzymał ten drugi i ofuknął sąsiada. – Człowieka łeb i noga napierdala, a temu się na pogaduchy zebrało! Daj już pan spokój! Ja pana nawet nie znam!

– Ale ja pana znam – odpowiedział mężczyzna, niezrażony jego słowami.

– Taak? – przeciągle zapytał ten ze złamaną nogą i wreszcie, oderwawszy spojrzenie od sufitu, przekręcił głowę w prawo. – Ha! – zakrzyknął. – Toż to ty! A skąd żeś się tu wziął?!

– A stąd, co i ty – odparł mężczyzna, uśmiechając się nieznacznie. – Tak mnie się właśnie widziało, że jakbyś to ty we mnie wjechał.

– Co!? Zdurniałeś albo się w łeb stuknąłeś! To ty żeś we mnie wjechał!

– Ale to ty skręcałeś w lewo i mnie nie przepuściłeś.

– A czego ja miał cię przepuszczać?! – obruszył się kierowca skutera.

– Bo takie są zasady – spokojnie tłumaczył ten z malucha.

– A ja mam w dupie twoje zasady! Tyś młodszy, powinieneś ustąpić!

– Bronek, to tak nie działa.

Kłótnia rozwijała się w najlepsze, ale z interwencją wkroczył rozbawiony nią lekarz.

– No, panowie, koniec tych żartów.

– Panie, to nie są żadne żarty – Bronisław wciąż się wściekał. – Ja się tu chyba połamałem, a ten pacan jeszcze winy we mnie szuka!

– To prawda – zgodził się z nim lekarz – udo się panu złamało i kość piszczelowa i właśnie jedziemy na salę operacyjną. Wygląda na to, że poleży pan sobie u nas trochę na wyciągu.

Tymczasem na salę wszedł policjant, by przesłuchać obu poszkodowanych, ale Bronisława właśnie zabierano na zabieg.

– Pańskie nazwisko? – zwrócił się do kierowcy malucha.

– Janczar Ignacy – odparł mężczyzna.

Potem nastąpił cały szereg kolejnych pytań, na które przesłuchiwany odpowiadał logicznie, sensownie i spokojnie. Wszystko wskazywało na to, że jego wersja wydarzeń była tą prawdziwą, potwierdzili to też wcześniej świadkowie w Osadzie. Na zeznania Bronisława trzeba będzie jeszcze poczekać, ale sprawa wydawała się prosta i przejrzysta. Niespotykane w całym tym zdarzeniu było jedynie to, że zderzyli się ze sobą dwaj bracia, a jeden z nich uważał, że pierwszeństwo należało mu się z powodu starszeństwa.

Jedyne, co łączyło Bronisława i Ignacego Janczarów, to ta sama matka z ojcem, poza tym wszystko raczej ich dzieliło. Temperamenty, światopoglądy, poziom kultury osobistej – wszystko to sprawiało, że byli jak ogień i woda. Bronisław był porywczy, kłótliwy, egocentryczny, często wręcz wulgarny w słowach, Ignacy zaś stanowił ostoję spokoju, mądrości i anielskiej cierpliwości, zwłaszcza do brata. Obaj wdowcy. Ignacy bezdzietny, Bronisław – ojciec dwóch córek, które od lat mieszkały w Norwegii i rzadko go odwiedzały.

Bronisławowi pod narkozą nastawiono złamane kości, zespolono śrubami, zamontowano wyciąg i przewieziono go na oddział ortopedii. Ignacy tymczasem szykowany był do wypisu, ale lekarz zdecydował, że jednak pozostawi go przez noc na obserwacji i wypuści dopiero następnego dnia.

– Nie może tak być, panie doktorze – pacjent próbował oponować. – Toż tam na mnie mój przychówek czeka, obrządek trza robić, kury pozaganiać, krowę wydoić. Zwierzyna nie da rady. Tylko kot se poradzi, ten włóczykij. A reszta to bidna beze mnie.

Lekarz rozumiał argumentację, jednak wypisu odmówił. Pacjent więc westchnął tylko i zapytał o swoją komórkę.

– Nie wiem, gdzie jest pański telefon – odparł lekarz.

– A kurtka gdzie?

Z kurtki rozebrano go w karetce i teraz złożona była w depozycie. Szybko ustalono, że w jej kieszeni są też portfel i telefon. Ignacy niewprawnie wybrał jeden z kilkunastu zapisanych kontaktów i przyłożywszy aparat do ucha, czekał na połączenie.

– Dzień dobry, Wiktor – przywitał się charakterystycznym dla siebie zaśpiewem i najkrócej, jak potrafił, wyjaśnił okoliczności swojej niedyspozycji, skromnie i nieśmiało prosząc sąsiada o pomoc.

Wiktor Lubecki nie miał sumienia odmówić. Choć sam ledwo znajdował chwilę dla siebie, Ignacego nigdy nie zostawiłby bez ratunku. Obiecał, że doglądnie jego gospodarstwa, a jutro odbierze go ze szpitala.

Zajrzał do pokoju, a upewniwszy się, że babka drzemie przy włączonym telewizorze, pochwycił roboczą kurtkę z wieszaka i wyszedł z domu. Do obejścia Janczara miał nie więcej niż trzysta pięćdziesiąt metrów, kiedy wyszedł za stodołę, widział je jak na dłoni. By jak najszybciej obrobić się przy jego zwierzętach, wskoczył w samochód i w minutę był u sąsiada. Dobrze się orientował w jego gospodarstwie, bo znał je od dzieciństwa i do dziś często tu bywał.

Najpierw sypnął kurom ziarna w kurniku, na co z hałasem zleciały się pod grzędę i już miał je z głowy, za ostatnią zamknąwszy drewniane wrota. Potem napoił konia i krowę, podrzucił im siana, po czym zabrał się do dojenia. Szło mu powoli i niezgrabnie, bo od dawna już się w tym nie wprawiał. Zanim wyszedł z obory, zerknął jeszcze na prosię i podsypał mu nieco otrąb. Kotu wlał ciepłego mleka do miski, ale wygłodniały pies pierwszy do niej dopadł. Dolał im więc jeszcze, a na koniec gwizdnął na kundla i wpuścił go do swojego auta. Zwierzę dobrze go znało i ufało mu, bo bez oporu dało się wywieźć.

– Chodź! – Wiktor zachęcił psa, by wszedł do domu babki. – Poczekaj, zaraz coś dostaniesz.

Nie było go ponad pół godziny. Wacława Mądrzyk ocknęła się w tym czasie i cierpliwie czekała na wnuka.

– Już nie śpisz, babciu? – zapytał z troską. – Potrzeba ci czegoś?

– Niczego, kochany – odparła kobieta. – A co on tu robi? – Wskazała na psa.

– A, Ignacy w szpitalu, to musiałem dojrzeć jego zwierzyny. Wszystko nakarmiłem, tylko jego karma gdzieś w domu, a ja klucza nie mam. Zaraz mu nasmaruję jakiego chleba ze smalcem, niech je – mówiąc to, już krzątał się po kuchni i szykował psu jedzenie.

Cywil dreptał przy nim niecierpliwie, a kiedy dostał wreszcie pełną miskę, zajadał zachłannie, głośno mlaskając. Potem pokręcił się chwilę po podwórzu, po czym, skierowawszy się ku domowi Ignacego, umknął w mroku.

Teraz Wiktor musiał zająć się własnymi obowiązkami. Gospodarstwa wprawdzie żadnego nie miał, ale mocno schorowaną babkę na utrzymaniu, której doglądał najtroskliwiej, jak tylko potrafił. Dopóki zdrowie jej pozwalało na samodzielną egzystencję, wnuk zaglądał do niej często, ale życie wiódł kilkanaście kilometrów od Białogóry, w Sokolinie, gdzie przed kilku laty wybudował piękny dom. Teraz bywał u siebie niczym gość, coraz częściej pomieszkując u babki. Chciał zabrać ją do siebie, wtedy łatwiej byłoby mu pogodzić pracę z opieką, ale nie potrafiła się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Wacława co prawda nigdy nie narzekała, jednak wnuk wyraźnie widział, jak tęskni za swoimi kątami, więc nie zważając na niedogodności, podporządkował jej całe swoje życie.

Chwilę dla siebie wygospodarował dopiero przed północą. Zebrał w garść okruszki z kuchennego stołu, strzepnął je do zlewu, machinalnie nalał wody do czajnika i wstawił na gaz. Równie odruchowo sięgnął po pojemnik z czarną herbatą, wsypał sporo do kubka, uniósł nakrywkę czajnika, by nie gwizdał i nie zbudził Wacławy. Oparłszy się o kredens, czekał. Dopiero teraz poczuł tępy ból w kręgosłupie i pulsowanie w skroniach. Przemknęło mu przez myśl, że jeszcze trochę, a stanie się wrakiem człowieka, zupełnie jak jego osiemdziesięciotrzyletnia babka.

W kaflowym piecu zaczynało dogasać, narzucił więc na ramiona polarowy koc i sprawdził skrzynkę mailową. Jak co dzień było sporo wiadomości. Trochę spamu, ale przeważała korespondencja służbowa. Firma wciąż dobrze prosperowała tylko dzięki Arturowi, wspólnikowi Wiktora, który wziął na siebie w ostatnim czasie większość obowiązków. Jasno jednak mówił, że dłużej tak się nie da, i namawiał Wiktora do znalezienia jakiejś pomocy przy opiece nad babką.

– Stary, zatrudnij opiekunkę na kilka godzin w tygodniu albo odłóż ten swój honor na bok i powiedz Monice, żeby poczuła się trochę do odpowiedzialności.

Wiktor wtedy mruczał coś pod nosem i uchylał się od odpowiedzi. Opiekunkę może i kiedyś weźmie do pomocy, ale Moniki nigdy nie poprosi. Choćby miał się zaharować przy Wacławie, żona nie dowie się, że on sobie nie radzi.

Monika była jego pierwszą miłością. Dziewczyna z sąsiedniej wsi, ładna, radosna i bardzo chętna do poznawania uciech młodego życia. Może wszystko potoczyłoby się inaczej, ale młodzieńczą miłość zdusiła proza dorosłości. Mieli po siedemnaście lat, gdy Monika zaszła w ciążę i wszystko szlag trafił. Skończyły się marzenia o wielkim, bogatym życiu w mieście, za to na wsi zawrzało. Ludzie szeptali po kątach o młodocianych rodzicach i złym wychowaniu, a oni musieli stawić temu wszystkiemu czoła. Obie niezadowolone ze stanu rzeczy rodziny zgodziły się w jednym: młodych trzeba pożenić, by wstydu jeszcze większego nie było. I pewnie jakoś by to się dalej nieźle potoczyło, gdyby nie fakt, że ani Wiktor, ani Monika do małżeństwa po prostu nie dorośli. Przez rok żyli razem, ucząc się wychowywania dziecka, ale w końcu oboje zaczęli oddalać się od siebie i miłość przerodziła się w kłótnie i wzajemne pretensje. Monika zarzucała Wiktorowi, że wrobił ją w dziecko, sam się dalej uczy, a ona nie ma takiej możliwości. Z czasem zaczęła podrzucać syna swoim rodzicom i zaocznie studiować w Lublinie. Wiktor też studiował i pracował, dla chłopca mając niewiele czasu. Po kilku latach on zdecydował, że chce mieszkać na wsi i dojeżdżać do pracy, ona zaś chciała pracować i mieszkać w Lublinie. Mieszkali więc na dwa domy, Wiktor u rodziców, Monika z dzieckiem na stancji. Niby się odwiedzali, wspierali i wychowywali syna, ale wszystko to rozłaziło się w szwach, aż wreszcie po latach oboje uznali swoją porażkę i przestali się starać. Już się nawet chyba nie lubili, a największym przegranym był syn.