RebeliaTekst

Z serii: Misja 100 #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1. Clarke

Rozdział 2. Wells

Rozdział 3. Glass

Rozdział 4. Bellamy

Rozdział 5. Wells

Rozdział 6. Clarke

Rozdział 7. Bellamy

Rozdział 8. Glass

Rozdział 9. Wells

Rozdział 10. Bellamy

Rozdział 11. Clarke

Rozdział 12. Glass

Rozdział 13. Wells

Rozdział 14. Bellamy

Rozdział 15. Glass

Rozdział 16. Wells

Rozdział 17. Clarke

Rozdział 18. Bellamy

Rozdział 19. Glass

Rozdział 20. Wells

Rozdział 21. Clarke

Rozdział 22. Bellamy

Rozdział 23. Glass

Rozdział 24. Wells

Rozdział 25. Bellamy

Rozdział 26. Clarke

Rozdział 27. Wells

Rozdział 28. Glass

Rozdział 29. Clarke

Rozdział 30. Glass

Rozdział 31. Bellamy

Rozdział 32. Wells

Rozdział 33. Clarke

Podziękowania

Okładka


Tytuł oryginału: The 100: Rebellion

Copyright © 2016 by Alloy Entertainment

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-8074-154-6

ILUSTRACJA NA OKŁADCE: © 2016 Warner Bros. Entertainment, Inc. All rights reserved.

REDAKCJA: Anna Rojkowska

KOREKTA: Urszula Włodarska

REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA:

Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o.

ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław

www.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Drodzy czytelnicy – dzięki za przygarnięcie moich kosmicznych awanturników do serca.

Wasze wsparcie ma ciężar galaktyk

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1
CLARKE

Przez polankę przeleciał chłodny powiew, poruszając tymi z czerwonych i złotych liści, które wciąż tkwiły na gałęziach. Clarke wzdrygnęła się lekko.

Doszedł ją przyciszony głos wołający ją po imieniu.

Odkąd przybyli na Ziemię, wyobrażała sobie ten głos nieskończenie wiele razy. Pobrzmiewał w szemraniu strumyka, w odgłosie trących o siebie gałęzi. A nade wszystko w powiewach wiatru.

Nareszcie nie musiała już sobie tłumaczyć, że to niemożliwe. Ciepło wypełniło jej serce, gdy odwracała się do matki; matki podchodzącej z koszykiem pełnym jabłek z sadu, który należał do Ziemian.

– Próbowałaś ich już? Są przepyszne! – spytała Mary Griffin, stawiając koszyk na jednym z długich drewnianych stołów. Wybrała jabłko i podała je Clarke. – Trzysta lat inżynierii genetycznej, a nam w Kolonii nie udało się osiągnąć niczego choćby zbliżonego smakiem.

Clarke uśmiechnęła się i ugryzła owoc. Otaczali ich koloniści oraz Ziemianie radośnie przygotowujący się do pierwszej wspólnej uczty. Felix i jego chłopak Eric dźwigali wielkie kadzie jarzyn wyhodowanych w ziemskich ogrodach i przyrządzonych w lokalnych kuchniach. Dwaj miejscowi uczyli Antonia splatać wieńce z gałęzi. W oddali krzątali się Wells i Molly, polerujący jeden z nowych stołów piknikowych. Molly niedawno podjęła naukę pod nadzorem tutejszego cieśli.

Patrząc na nich wszystkich, trudno byłoby uwierzyć, jak wiele przeżyli w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Clarke należała do setki nastolatków, których zesłano na Ziemię w celu zbadania, czy ludzie będą w stanie przetrwać na jej radioaktywnej powierzchni. Jednak lądownik rozbił się przy kontakcie z podłożem, co ucięło wszelki kontakt z Kolonią. Podczas gdy setka młodych walczyła na Ziemi o przetrwanie, koloniści zorientowali się, że ich system podtrzymywania życia uległ poważnemu uszkodzeniu i nie posłuży już długo. Panika wzrastała w miarę, jak kurczył się zasób tlenu; ludzie zaczęli walczyć o dostęp do lądowników. Niestety, statki mogły pomieścić małą część z nich.

Clarke i pozostali ze zdumieniem patrzyli, jak siadają kolejne lądowniki. Zachowanie wicekanclerza Rhodesa stanowiło już mniejszą niespodziankę. Polityk zaangażował się w brutalną kampanię mającą na celu przejęcie władzy z rąk najwcześniej przybyłych tu nastolatków, którzy zostali faktycznymi przywódcami kolonistów. Padły ofiary w ludziach – zginęła między innymi Sasha Walgrove, dziewczyna Wellsa oraz córka Maxa, pokojowo nastawionego lidera Ziemian. Jej śmierć znacznie zaostrzyła konflikt między miejscowymi a nowo przybyłymi. W końcu jednak obie strony zjednoczyły wysiłki, by pokonać agresywną ziemską frakcję nastawioną na wymordowanie przybyszy z Kolonii – i w końcu wszyscy oddali swoje talenty współpracy. Rhodes zrezygnował z funkcji wicekanclerza i pomógł uformować nową radę, w której skład wchodzili zarówno koloniści, jak i Ziemianie.

Obecna uroczystość miała być pierwszą, w jakiej udział wezmą obie strony. To dziś właśnie nowa rada miała się zaprezentować tym, którzy ją wybrali. Należał do niej Bellamy, chłopak Clarke; poproszono go nawet, by wygłosił parę słów.

– Wszystko wreszcie zaczyna iść we właściwym kierunku – zauważyła matka Clarke, patrząc, jak młody kolonista pomaga dwóm ziemskim dziewczętom zastawić stół prostymi naczyniami z cyny. – Mogę jakoś pomóc?

– Już pomogłaś. Teraz spróbuj się zrelaksować.

Clarke postąpiła krok w tył, rozkoszując się znajomym ciepłem matczynego uśmiechu. Minął miesiąc, od kiedy skończyła się ich rozłąka; dziewczyna wciąż nie mogła uwierzyć, że rodziców nie wyrzucono w próżnię w ramach kary za zdradę, jak jej to przedstawiano, tylko zesłano na Ziemię. Przeżyli niezliczone niebezpieczeństwa i odnaleźli drogę do córki. Para lekarzy okazała się cennym nabytkiem dla obozu; pomogli go odbudować po napaści agresywnych Ziemian, wraz z doktorem Lahirim leczyli rannych. A przede wszystkim, podobnie jak Clarke i Bellamy, pracowali bez wytchnienia nad zacieśnieniem więzi między pokojowo nastawionymi mieszkańcami Ziemi a przybyszami z Kolonii.

Clarke po raz pierwszy od bardzo dawna czuła spokój – i nadzieję. Po tylu miesiącach strachu i bólu nareszcie przyszedł czas na świętowanie.

Właśnie podchodził do nich ojciec Clarke, przecinając polanę długimi krokami. Zatrzymał się na chwilę, by pomachać Jacobowi, ziemskiemu farmerowi, z którym się zaprzyjaźnił. A potem odwrócił ku córce twarz rozpromienioną szerokim uśmiechem. Pod lewą pachą dźwigał pęk kolb kolorowej kukurydzy.

 

– Jacob powiada, że zdążymy rzucić okiem na Księżyc, zanim spadnie deszcz – oznajmił David Griffin, kładąc warzywa na drewnianym stole. Podrapał się po swojej krzaczastej, świeżo wyrosłej brodzie i w skupieniu wpatrzył w niebo, jakby mógł go tam już dostrzec. – Podobno zrobi się czerwony. Jacob powiada, że to tak zwany Księżyc Łowcy, ale nasi przodkowie nazywali jesienną pełnię Księżyca sierpem żniwnym.

Kiedy Clarke była dzieckiem, zdarzało się, że drażniły ją te niekończące się wywody ojca o życiu na Ziemi. Ale teraz, po roku spędzonym w żałobie po bliskich, o których sądziła, że nie żyją – była mu wdzięczna za tę gadaninę. Serce wezbrało jej ciepłem.

Mimo to, gdy pan Griffin rozprawiał, spojrzenie Clarke mimowolnie odbiegło w bok, pod krawędź lasu. Z cienia drzew wychynęła właśnie długa, smukła sylwetka ludzka z łukiem na ramieniu.

– A wiesz, mnie się podoba sierp łowcy jako nazwa – odparła z roztargnieniem, uśmiechając się mimo woli.

Bellamy zwolnił kroku i otaksował polanę spojrzeniem. Wiedziała, że szuka właśnie jej – i mimo wszystkiego, przez co dotąd przeszli, serce wciąż jej trzepotało na tę myśl. Nieważne, jakie przeciwności ta dzika, niebezpieczna planeta ciskała im pod nogi; radzili sobie z nimi. Przezwyciężali je. Razem.

Gdy podszedł nieco bliżej, dostrzegła barwny ciężar na jego ramieniu. To był ogromny zabity ptak o jaskrawych barwach i długiej, cienkiej szyi. Wyglądało na to, że wykarmią nim połowę zgromadzonych. Clarke o mało nie pękła z dumy.

Obóz liczył już ponad czterysta głów, łącznie ze świetnie wyszkolonymi kolonistami – ale Bellamy nadal był najlepszym myśliwym.

– Czy to indyk? – zainteresował się ojciec Clarke.

– Widzieliśmy je w tutejszych lasach – dodała matka, osłaniając oczy przed ostrym zachodzącym słońcem. Bellamy podchodził powoli do ich trójki.

– Na północnym wschodzie, zeszłej zimy. Z początku wzięliśmy je za pawie – spójrz na te niebieskie pióra! W każdym razie żaden nie dał się nam złapać.

– Bellamy potrafi złapać wszystko – wypaliła Clarke i natychmiast oblała się rumieńcem. Jej matka znacząco uniosła brew.

Dziewczyna trochę się niepokoiła tym, jak rodzice zareagują na jakiegoś innego chłopaka niż świetnie rokujący Wells, pochodzący z „Feniksa”. Ku jej wielkiej uldze przyjęli go bardzo ciepło. Koszmar, przez który sami przeszli, wyzwolił w nich pokłady empatii, a nawet opiekuńczości względem nowego chłopaka. Bellamy sypiał w ich chacie. Budził się co chwila, drżący, zlany potem, przerażony powracającymi snami o plutonach egzekucyjnych, zasłonach na oczy, o wrzaskach Clarke i Octavii, które przeszywały go aż do kości.

Państwo Griffinowie szykowali wtedy uspokajające ziołowe napary, a ona siedziała i trzymała go za rękę. Ani ojciec, ani matka nie zrobili żadnej ostrzegawczej uwagi odnośnie do stanu chłopaka.

Teraz oboje pomachali mu radośnie. A jednak coś było wyraźnie nie tak; Clarke poczuła, jak sztywnieje jej kark. Bellamy szedł jakoś dziwnie, inaczej niż zwykle. Był blady i wciąż oglądał się przez ramię. Oczy miał wielkie i wystraszone.

Z twarzy Davida Griffina znikł uśmiech. Chłopak bezceremonialnie cisnął mu martwego ptaka w wyciągnięte ramiona.

– Clarke – przemówił zdyszanym szeptem. Czyżby biegł? – Musimy porozmawiać.

Chwycił ją mocno za ramię i ruszył szybkim krokiem. Minęli ognisko i szereg świeżo wybudowanych chat. Potknęła się o wystający korzeń i omal nie upadła; nawet tego nie zauważył, po prostu wlókł ją za sobą.

– Bellamy, przestań! – zawołała i wyrwała rękę.

Jego spojrzenie na moment przestało być szklane.

– Przepraszam. Nic ci nie jest? – zapytał swoim zwyczajnym głosem.

Clarke pokiwała głową. – Mnie nic. Ale co z tobą?

Chłopak obrzucił obóz szybkim, badawczym spojrzeniem. W jego oczach znów lśniła panika.

– Gdzie jest Octavia?

– Wraca znad wody z dzieciakami. – Octavia kilka godzin temu zabrała młodsze dzieci nad strumień, gdzie mogły się bawić, nie przeszkadzając dorosłym w przygotowaniach do wieczerzy. Właśnie parami wchodziły na polanę, trzymając się za ręce; czarnowłosa Octavia otwierała pochód. Clarke wskazała ją palcem. – Widzisz?

Na widok siostry Bellamy odrobinę się rozluźnił. Ale gdy spojrzał Clarke w oczy, twarz mu pociemniała.

– Zauważyłem w lesie coś dziwnego.

Dziewczyna przygryzła wargi, tłumiąc westchnienie. Nie po raz pierwszy w tym tygodniu słyszała te słowa. Nawet nie dziesiąty. Ale ścisnęła jego dłoń, kiwnęła głową i zachęciła: – Opowiadaj.

Przestąpił z nogi na nogę. Z jego zmierzwionych ciemnych włosów spłynęła kropla potu.

– Jakiś tydzień temu, nie pamiętam dokładnie… znalazłem na jeleniej ścieżce wielką stertę liści. Tam na drodze do Mount Weather. Wyglądała… podejrzanie.

– Podejrzanie… – powtórzyła Clarke, starając się zachować spokój. – Kupa liści. W lesie. Jesienią. Podejrzana.

– To była wielka sterta. Cztery razy wyższa niż wszystkie inne wokół. Dość wielka, żeby ktoś mógł się w niej schować. – Zaczął iść, mówiąc bardziej do siebie niż do dziewczyny obok: – Nie zatrzymałem się wtedy, żeby się jej przyjrzeć. Powinienem był. Czemu tego nie zrobiłem?

– No dobrze… – rzekła Clarke bardzo powoli. – Chodźmy i przyjrzyjmy się jej teraz.

– Kiedy już jej tam nie ma! – odparł Bellamy, mierzwiąc swoje i tak już rozczochrane włosy. – Zignorowałem ją. A dzisiaj zniknęła. Zupełnie, jakby ten ktoś już jej nie potrzebował.

Był tak widocznie zaniepokojony i przygnieciony poczuciem winy, że aż zabolało ją serce. Wiedziała, dlaczego Bellamy tak się przejmuje.

Tuż po tym, jak wylądowały statki kolonistów, wicekanclerz Rhodes usiłował skazać chłopaka na śmierć za przestępstwa rzekomo popełnione jeszcze na pokładzie. Zaledwie dwa miesiące temu zmuszono Bellamy’ego, by pożegnał wszystkich, których kochał, a potem przewiązano mu oczy i ustawiono przed plutonem egzekucyjnym. Czuł oddech śmierci na karku, przekonany, że na zawsze opuszcza Octavię i rujnuje życie Clarke. Wykonanie wyroku odroczyła bitwa – nagły, brutalny atak Ziemian. Rhodes w końcu ułaskawił skazańca, ale wydarzenia te odcisnęły piętno na chłopaku. Przypływy paranoi, którym podlegał, były czymś zrozumiałym. Niepokoić mogło tylko to, że z czasem wcale mu się nie poprawiało. Wręcz przeciwnie.

– To wszystko składa się w całość – zaczął podniesionym, drżącym głosem. – Koleiny nad rzeką. Ludzkie głosy, które słyszałem w koronach drzew…

– Rozmawialiśmy już o tym – przerwała mu, gdy objął ją w talii. – Koleiny mogły zostawić wozy z osady. Ludzie Maxa mają wozy, jak wiesz. A co do głosów…

– Naprawdę je słyszałem. – Próbował uwolnić się z uścisku, ale Clarke go przytrzymała.

– Wiem, że tak było – odparła, obejmując go mocniej.

Rozluźnił się nieco i oparł podbródek na jej ramieniu.

– Nie chciałbym… wprowadzać zamieszania… – Bellamy przełknął ślinę. Słowo „znowu” zawisło nad nimi, niewypowiedziane. – Ale tobie powiem. Coś się święci. Czułem to wcześniej i czuję to teraz. Musimy wszystkich ostrzec.

Clarke zerknęła przez ramię na otaczających ich ludzi. Właśnie obok przechodzili Lila z Grahamem, dźwigając wiadra z wodą i docinając młodszemu chłopcu, który uginał się pod ciężarem. Z osady Ziemian nadbiegła grupa chichoczących dzieciaków; każdy niósł coś dobrego na wspólny stół. Strażnicy patrolujący obrzeża polany gawędzili swobodnie.

– Musimy ich ostrzec, zanim zacznie się ta… ta impreza. – Machnął ręką lekceważąco. – O cokolwiek w niej chodzi.

– To święto zbiorów – odparła Clarke. Urzekała ją myśl o tysiącletniej tradycji, starszej niż katastrofa, jak nazywali wojnę nuklearną, która spustoszyła planetę i zmusiła pierwszych kolonistów, by szukali ocalenia w przestrzeni kosmicznej. – Max powiada, że tu, na Ziemi, obchodzi się je od pokoleń. I byłoby miło, gdybyśmy…

– Ten zbuntowany odłam Ziemian właśnie na to czeka – przerwał jej, podnosząc głos. – Jeśli mają zaatakować, zrobią to dzisiaj. Kiedy jesteśmy tu wszyscy razem. Bezbronni jak kaczki na talerzu.

Z chaty nieopodal wyjrzał jakiś maluch, spostrzegł Bellamy’ego, zbladł i schował się z powrotem.

Clarke ujęła dłonie chłopaka w swoje, przytrzymała je chwilę, drżące, i spojrzała mu prosto w oczy.

– Wierzę ci. Wierzę, że widziałeś to, co mówisz, że widziałeś.

Przytaknął w skupieniu. Nadal ciężko oddychał.

– Ale – ciągnęła – ty musisz też zaufać mnie. Posłuchaj: jesteś tu bezpieczny. Wszyscy jesteśmy bezpieczni. W zeszłym miesiącu podpisaliśmy pakt o nieagresji, który wciąż obowiązuje w pełni. Max mówił, że po przegranej bitwie ci ziemscy renegaci wynieśli się na południe i nikt ich tu już nie widział.

– Wiem. Ale tu chodzi o coś więcej niż ta sterta liści. Mam takie okropne uczucie, które wszędzie za mną chodzi…

– No to będziemy musieli zastąpić je innym. – Clarke wspięła się na palce i pocałowała go w szyję tuż pod szczęką, a potem niżej, w kark.

– To nie takie proste – odparł chłopak, choć czuła, że wreszcie zaczyna się rozluźniać.

Wyprostowała się i posłała mu uśmiech.

– Hej, Bel. Dziś jest twój szczęśliwy dzień. Po raz pierwszy zaprezentujesz się ludziom jako członek rady, prawda? Pomyśl o tym, co masz powiedzieć. A potem skup się na tych wszystkich pysznościach, które pomogłeś zgromadzić.

– Rada – odparł, zaciskając powieki i gwałtownie wypuszczając powietrze. – No tak. Racja, zapomniałem o tej przeklętej mowie.

– Pójdzie ci jak z płatka. – Clarke musnęła jego szorstki policzek palcami. – Stoisz mocno na nogach.

– No fakt. – Objął ją w pasie i wyszczerzył zęby w uśmiechu. – W pozycjach innych niż stojąca też nieźle sobie radzę.

Zaśmiała się i uderzyła go lekko.

– O tak, wyśmienicie. A teraz pomóż mi przygotować to przyjęcie, nim pójdziesz na spotkanie rady. Możemy poświętować we dwoje, gdy będzie już po wszystkim.

Nie wypuścił jej ze splecionych rąk, zrobili razem parę niezręcznych kroków. Czuła jego oddech na ramieniu. – Dziękuję – wyszeptał w jej szyję.

– Za co? – spytała niewinnym tonem, starając się dobrze ukryć zmartwienie, które kłuło ją w serce.

Uspokoiła go. Kolejny raz. Tak jak wczoraj i przedwczoraj.

Ale nie mogła dłużej unikać refleksji, że z Bellamym jest coraz gorzej.

ROZDZIAŁ 2
WELLS

Paliły go mięśnie, gdy wnosił na taczkę ostatnią baryłkę cydru. Od wielu dni pomagał w przygotowaniach do święta zbiorów. Jego dłonie były popękane, zdarte do żywego, stopy miał opuchnięte i zbolałe. Cierpiał całym organizmem.

A jednak wciąż domagał się więcej. Szukał bólu. Szukał wysiłku. Czegokolwiek, co rozproszyłoby czarną chmurę, która zatruwała jego myśli niczym pleśń. Czegokolwiek, co pozwoliłoby zapomnieć.

Obok przeszła ziemska kobieta z niemowlakiem w nosidełku. Uśmiechnęła się do niego. Wells grzecznie skinął jej głową; musiał zapanować nad mimiką, bo wspomnienie uderzyło go niczym pędzący meteor. Sasha w zabawie machająca temu maluchowi przed nosem kłosem zboża, podczas gdy jego matka rozwieszała za chatą pranie. Czarne włosy powiewające na wietrze. Błysk w zielonych oczach dziewczyny, gdy dokuczała Wellsowi, mówiąc, że małych dzieci boi się bardziej niż spotkania w bitwie samego Rhodesa.

Wells zacisnął zęby, złapał rączki taczki i wyprostował się; bolesny ciężar oddalił wspomnienie. Popychając ją przed sobą, ruszył główną ścieżką osady prowadzącą nad skraj lasu, gdzie pozostali biedzili się z własnym ładunkiem.

Rudowłosy Paul był już po służbie, lecz wciąż miał na sobie mundur strażnika. Stał na wielkim głazie, obserwując ziemskich osadników oraz kolonistów, którzy oferowali się, że przetransportują na polanę zapasy potrzebne do uczty.

– Słuchajcie, ludzie, dokładnie spatrolowałem las dookoła i nikogo w nim nie ma. Ale pośpieszcie się z tym wszystkim. Tak na wszelki wypadek. – Zaklaskał i wskazał wydeptaną leśną ścieżkę. – Skupcie się i zachowajcie czujność.

Wells dostrzegł, że kilku osadników posłało Paulowi krzywe spojrzenia. Strażnik był względnie nowy w tych okolicach; należał do załogi lądownika, który mocno zboczył z kursu. Jego oddział przedostał się do obozu po zakończeniu krwawej bitwy ze zbuntowaną frakcją Ziemian. Już po rozejmie.

 

Wells nie znał Paula najlepiej. Obdarzony żywym, sympatycznym usposobieniem strażnik zawsze wydawał mu się lepszym żołnierzem niż dowódcą – lecz to najwyraźniej uległo zmianie. Cokolwiek wydarzyło się między Paulem a jego oddziałem po wylądowaniu, uczyniło go ich nieformalnym przełożonym. Facet emanował aurą odpowiedzialności.

– Uwaga, nie bierzcie za dużo, bo się przeforsujecie. Kontuzjowani bądź ranni będziecie o wiele łatwiejszym łupem dla wroga.

Wells przewrócił oczami. Po napastliwej frakcji Ziemian ślad zaginął. Paul był po prostu zły, że ominęła go przygoda, i rekompensował to sobie popisami. Irytowało to chłopaka; nie miał dla takich wystąpień cierpliwości. Nie po tym, jak doświadczył prawdziwego rozlewu krwi.

Paul zmarszczył brwi. – Graham, co tam wyczyniasz z tym nożem? Nie będziesz dzisiaj polował.

– Kto tak twierdzi? – odparował zapytany, dobywając długiego ostrza z pochwy i wymierzając je w pytającego. Przez krótką chwilę Wells czuł palącą chęć, by interweniować. Graham bardzo się uspokoił w ciągu ostatnich kilku miesięcy, lecz Wells wciąż pamiętał okrutny błysk w jego oczach, gdy namawiał setkę zesłańców, by zabili Octavię. Jej przewinieniem było podkradanie leków.

Zanim jednak zdążył zareagować, Graham parsknął, schował nóż i odszedł, kiwając brodą na Erica, który właśnie zbliżał się z przeciwnej strony.

Eric podszedł do Wellsa.

– Pomóc ci z tym? Nie chcesz przecież się przeforsować i zostać łatwym łupem dla napastnika – rzekł cierpko.

Wells wydał z siebie wysilony, sztuczny śmieszek.

– Jasne, pewnie, dzięki. Zgarnę tylko trochę drewna na opał i zaraz do ciebie wrócę.

Odwrócił się i odszedł w kierunku wielkiej sterty gałęzi zgromadzonych za najodleglejszym rzędem chat. Uśmiech znikł z jego twarzy, szczęka ciążyła mu od nienaturalności tego grymasu. Każdy krok był ciężki od smutku. Ale mimo to szedł przed siebie. Podniósł siekierę i porąbał kloce na mniejsze, łatwe w transporcie kawałki, które ułożył w zgrabny stosik, ignorując drzazgi wbijające się we wnętrza dłoni, okręcił powrozem i zarzucił wiązkę na plecy.

Tymczasem osada się wyludniła. Mieszkańcy podążyli na polanę, by jeść i świętować udane zbiory, nowy początek, powiększenie się społeczności, świeżo osiągnięty pokój.

Wells wypuścił powietrze; ramiona mu opadły. Czuł, jak powróz wrzyna mu się w ciało osłonięte cienką koszulą. Potoczył spojrzeniem po opustoszałej dolinie. Dobrze się składało. Dotrze na polanę nieco spóźniony, za to z pokaźnym zapasem drewna na opał, tak potrzebnego do pieców i do ogniska. Będzie pilnował, by ogień nie przygasł. To zajęcie zapewni mu idealną wymówkę, by uniknąć świętowania, mów, setek znajomych twarzy. Uniknąć ludzi, z których każdy musiał dziś wspominać utraconych bliskich. Tych, którzy zginęli w Kolonii. A wszystko to przez niego.

To Wells uszkodził śluzę powietrzną, skazując tych, dla których zabrakło miejsca w lądownikach, na powolną śmierć przez uduszenie. Był wśród nich jego własny ojciec, kanclerz Kolonii.

Zrobił to, by ocalić życie Clarke. A jednak nie był teraz w stanie spojrzeć sobie w oczy w lustrze. Wszystko, co przedsięwziął, kończyło się zniszczeniem i śmiercią. Gdyby inni wiedzieli, co uczynił, odepchnęliby go, odpędzili od pełnych stołów, skazali na wygnanie z osady. I mieliby rację.

Zrobił głęboki wydech. Zachwiał się na nogach, ogarnięty nagłym przypływem słabości. Odwrócił się, by poprawić ciężar na plecach, i dostrzegł, że drzwi jednej z chat zostawiono otworem.

Chata należała do Maxa. Ojca Sashy.

Wells znał ją tylko przez kilka tygodni, lecz był to czas tak intensywny, tak pełen wydarzeń, że mógł zastąpić całe lata wspomnień. Najbardziej lubił spędzać z nią czas w osadzie. Sasha nie była tylko córką wodza ziemskiej społeczności, była jej siłą wiodącą. To ona pierwsza zdecydowała się ruszyć na zwiad, by zebrać informacje o setce zesłańców; zrobiła to, nie bacząc na niebezpieczeństwo. Zawsze pierwsza wyciągała dłoń do pomocy, pierwsza ujmowała się za słabszymi. Była bardzo użyteczna, ceniona oraz kochana. A teraz była też martwa.

Polana na opał zsunęły się Wellsowi z pleców. Postąpił kilka niepewnych, chwiejnych kroków, aż stanął w progu. Nie był w tej chacie niemal od miesiąca; unikał wspomnień. Unikał pogrążonych w żałobie Ziemian – tak długo, jak to było możliwe. Ale teraz nikogo nie było w pobliżu, a to miejsce przyciągało go niczym magnes.

Wpatrzył się w półmrok. Stół zarzucony mnóstwem elektronicznych rupieci; niewielka kuchenka; posłanie Maxa; a na tyłach kącik, który należał do Sashy.

Jej łóżko, koc uszyty ze skrawków tkanin, bukiecik zasuszonych kwiatów i rysunek ptaka wyryty kilkoma cięciami w drewnianej ścianie. Jakby nic się nie zmieniło.

– Nie byłem w stanie się tym zająć – rozległ się głęboki, chrapliwy głos za plecami Wellsa.

Wells odwrócił się i ujrzał, że tuż za nim stoi Max. Mężczyzna wbijał w chłopaka spojrzenie o nieprzeniknionym wyrazie. Jego broda była schludnie przycięta, a odświętna odzież czysta i pocerowana – widać było, że przygotował się do dzisiejszej oficjalnej roli. Ale nie robił teraz wrażenia przywódcy Ziemian ani członka nowej, zjednoczonej rady. Wydał się Wellsowi zraniony, złamany – ojciec, który wciąż tkwi głęboko w żałobie.

– Wiesz, narysowała tu tego ptaszka, gdy miała pięć lat. Chyba całkiem nieźle jej to wyszło jak na ten wiek. Jak na każdy wiek. – Zaśmiał się krótko. – Być może w starym świecie mogłaby zostać artystką.

– Mogłaby zostać, kimkolwiek by chciała – odparł Wells miękko.

Max potaknął i wsparł się wyciągniętą dłonią o ścianę chaty, jakby coś właśnie w nim pękło.

„Nie powinienem tu być”, pomyślał Wells, ale nim zdołał wybąkać jakąś wymówkę i odejść, Max wyprostował się i wszedł do chaty, gestem zapraszając chłopca, by mu towarzyszył.

– Ułożyłem sobie małą mowę na rozpoczęcie, rzecz jasna, ale zostawiłem ją, o tu. – Mężczyzna zaczął grzebać w rozrzuconych na prowizorycznym biurku przedmiotach; w końcu znalazł zabazgrany skrawek papieru. – Miejsca za stołami szybko się zapełniają. Powinieneś chyba się pośpieszyć.

– Nic nie szkodzi. Nie wiem nawet, czy w ogóle się pojawię. – Wells gapił się na swoje buty, czując na sobie to przenikliwe spojrzenie tamtego.

– Masz takie samo prawo zasiąść do tego stołu jak każdy inny, Wells – powiedział Max cichym, ale pewnym głosem. – Ci ludzie… nasi ludzie… mogą dziś świętować dzięki tobie. Chodzą po tym świecie dzięki tobie.

Wells zerknął ukradkiem na kącik Sashy, a Max podążył wzrokiem za jego spojrzeniem.

– Wiesz, w pewien sposób ona też tam będzie z nami – dodał łagodniejszym tonem. – Zawsze bardzo lubiła święto zbiorów.

Położył Wellsowi rękę na ramieniu. – Chciałaby, żebyś spędził je przyjemnie.

Wellsa zapiekły oczy. Wbił spojrzenie w ziemię i przytaknął. Max uścisnął lekko jego ramię, a potem zwolnił uścisk.

– Będę siedział u szczytu stołu razem z resztą rady – oznajmił, wychodząc z chaty. – Zajmę ci miejsce obok. Nie chciałbyś przegapić przemówienia Bellamy’ego, prawda?

Wells uśmiechnął się mimo woli, wyobrażając sobie, jak jego przyrodni brat, ledwo opierzony doradca, będzie przemawiał do tłumów. Swoje pokrewieństwo chłopcy odkryli bardzo niedawno, lecz ich relacja szybko zmieniała oblicze: od niechętnego szacunku przeszli do więzi nacechowanej prawdziwym ciepłem i zaufaniem.

Wells zatrzasnął za sobą drzwi chaty, rzucając ostatnie spojrzenie na wyrytego w drewnie ptaszka. Trudno było uwierzyć, że to dzieło przedszkolaka. Mała Sasha uchwyciła zwierzątko w locie wraz z całą jego radosną gracją. Ona sama rzadko wyglądała tak beztrosko – tylko w chwilach, gdy odkładała na bok liczne obowiązki i pozwalała sobie na chwilę zapomnienia. Wells mógł ją oglądać w takich momentach; znienacka uświadomił sobie, jak wielki był to przywilej. Patrzył, jak Sasha wskakuje do jeziora z wysokości, na którą on by się nie odważył. Piszczała przy tym z podekscytowania. Oglądał ją tuż po pocałunku, gdy to śmiałe zielone spojrzenie stawało się miękkie i czułe. Przez swoją niedbałość Wells pozbawił ich życia pełnego takich chwil. Za to nic nie mogło naruszyć wspomnień, które przechowywał w sercu.

Być może nie miał prawa, by świętować dziś wraz z innymi – nie po tym, co uczynił, za co był odpowiedzialny. Lecz wiedział jedno: miał być za co wdzięczny.