Kochaj mnieTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kochaj mnie
Kochaj mnie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,85  43,88 
Kochaj mnie
Kochaj mnie
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
29,95  23,66 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce

© EmotionPhoto | stock.adobe.com

© Lasse Kristensen, kwasny221 | stock.adobe.com

Redakcja

Justyna Nosal-Bartniczuk

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2019

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2019

ISBN 978-83-66201-82-8

Dla Małgosi Kratowskiej.

Dziękuję za wsparcie i każde miłe słowo.

Mam nadzieję, że zakończenie nie zawiedzie!

Nadzieja bierze mnie w ramiona i trzyma w swoich objęciach, ociera mi łzy i mówi, że dziś, jutro, za dwa dni wszystko będzie dobrze, a ja jestem na tyle szalona, że ośmielam się w to wierzyć.

Tahereh Mafi, Dotyk Julii, przeł. M. Kafel, Warszawa: Wydawnictwo Otwarte 2014.

2 listopada 2017, Wrocław

Emilia

Ludzie powiadają, że każdy dostaje dokładnie to, na co zasłużył. Nie byłam pewna, kogo skrzywdziłam aż tak bardzo, żeby zapracować na to wszystko, co podarował mi los.

Przyglądałam się krajobrazowi przez szybę auta. Jeszcze kilka godzin temu mijałyśmy góry i polany, łąki i pastwiska. Przyroda otaczała nas z każdej strony. Teraz byłyśmy wśród blokowisk, pędzących samochodów, tramwajów i autobusów. Z każdym kilometrem, z którym zbliżaliśmy się do domu, czułam większą pustkę i wątpliwości, czy słusznie postąpiłam. Czy aby na pewno los zadecydował? Czy dostałam to, na co zasłużyłam, czy całkowicie odwrotnie – sama zafundowałam sobie to wszystko? Tak bardzo bałam się zaangażować i pozwolić, żeby ktoś mnie pokochał, że stworzyłam iluzję, w którą zaczęłam wierzyć. Samospełniające się proroctwo – głuchy śmiech pełen żalu, który wirował w mojej głowie, nie chciał odejść, bez ustanku przypominając, jaka ze mnie kretynka.

– Jesteśmy. – Głos mojej siostry wybił mnie z rozmyślań.

Wciąż słyszałam ten uporczywy chichot. Westchnęłam i spojrzałam na nasz dom. Duży biały budynek z piętrem i strychem, klasycznym czerwonym dachem i z wielkim ogrodem. Żywopłot oddzielał nas od świata. Mieszkaliśmy na przedmieściach Wrocławia. To sprawiało, że czułam się odizolowana. Dzisiaj jednak nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia. A może jednak miało? Cieszyłam się, że tak właśnie jest. Pragnęłam znaleźć się jak najdalej od ludzi, zamknąć we własnej stratosferze i umrzeć tam z rozpaczy i żalu.

Nic nie odpowiadając, wysiadłam z samochodu, wzięłam swoje rzeczy z bagażnika i ze strachem, że natknę się na ojca lub Darię, weszłam do środka. Rozejrzałam się jak spłoszony kot i nie widząc nikogo na swej drodze, pobiegłam do pokoju.

Reklamówki z rzeczami rzuciłam na podłogę, zamknęłam drzwi na klucz, zasłoniłam rolety i starając się wyłączyć w swej głowie ten uporczywy chichot, położyłam się do łóżka i modliłam o ukojenie oraz zapomnienie.

2 listopada 2017, Tarnawa Wyżna

Dymitr

Nie wiedziałem, która jest godzina, ale spałem zbyt długo. Zastałe kości i obolała głowa jednoznacznie mnie o tym poinformowały. Przeciągnąłem się leniwie i spojrzałem na zegarek zawieszony na ścianie. Przetarłem oczy i popatrzyłem na niego jeszcze raz.

– Boże, to już dziesiąta!

Dawno tyle nie spałem. Czując, że zaniedbuję obowiązki, podszedłem do szafy, by wyciągnąć z niej ubrania. Założyłem T-shirt, dżinsy i skarpetki oraz bluzę z kapturem. Włosy związałem gumką, po czym udałem się do łazienki, żeby umyć zęby i twarz. Musiałem szybko uporać się z obowiązkami. Chciałem jeszcze raz porozmawiać z Emilią, by wszystko wyjaśnić. Czułem się podle w związku z tym, jak ją wczoraj potraktowałem. Potrzebowałem czasu i miałem nadzieję, że uda nam się dojść do porozumienia.

Ujrzałem złożoną kartkę na podłodze. Podniosłem ją i rozprostowałem. Już pierwsze zdanie sprawiło, że usiadłem na łóżku.

Kochany Dymitrze!

Nigdy nie szukałam miłości, wręcz odpychałam ją na wszelkie możliwe sposoby, nie chcąc dopuścić jej do swojego serca. Wydawała mi się czymś złym i niepotrzebnym, czymś, co nie powinno się zdarzyć. Wmówiłam sobie, że nie istnieje, i żyło mi się z tym naprawdę bardzo dobrze, do czasu gdy poznałam Ciebie i przekonałam się, że nie miałam racji, bo miłość istnieje i przepełnia nasze ciało i duszę tak bardzo, że nie zostawia miejsca na nic innego.

Gdy piszę ten list, Ty smacznie śpisz w swoim łóżku, nieświadomy niczego. Obudzisz się rano z uśmiechem i gdy zawitasz do mojego pokoju, jedyne, co będzie na Ciebie czekać, to pustka i kilka rzeczy przypominających Ci, że w ogóle istniałam. Zanim uświadomisz sobie, że to list pożegnalny, minie kilka chwil, ale kiedy to nastąpi, postaraj się dotrwać do końca, proszę.

Przyjechałam do Odskoczni, żeby odszukać mamę, poznać ją i zrozumieć. Myślę teraz o tym i wiem, że żadna z tych rzeczy mi się nie udała. Nie rozumiem jej i myślę, że nie zbliżyłyśmy się nawet o krok. Poznałam jednak siebie i mimo że nie wszystko jestem w stanie pojąć, wreszcie zrozumiałam, czym jest miłość. Z całą pewnością mogę Ci zdradzić ten sekret.

Ludzie wciąż poszukują drugiej połówki, osoby, która będzie pasowała do nich idealnie, zrozumie ich i zaakceptuje, doceni i będzie zawsze przy nich. Poszukują kogoś, bez kogo nie mogą żyć, kto będzie zapierał im dech w piersiach i bez ich obecności będą się dusić oraz odchodzić od zmysłów. To złudne i bezcelowe, bo to nie miłość, a uzależnienie. Toksyczne wyparcie się siebie na rzecz kogoś innego.

Jak mówiłam: nie szukałam miłości, to ona znalazła mnie. Ukryła się w uśmiechu, spojrzeniu, w gestach i słowach. Zapisała w czułości i delikatnym dotyku, w nutach granych na gitarze… Była we wszystkim. Od samego początku była we mnie! Żeby pokochać drugą osobę, musimy pokochać siebie. Musimy odkryć miłość w sobie, a dopiero później w drugim człowieku. Nie poprzez wypieranie własnego ja, a dzięki pogodzeniu się z nim. Zrozumiałam to bardzo późno, ale w końcu to do mnie dotarło. Nie mogłam pojąć, dlaczego jesteś w stanie tyle dla mnie zrobić, skąd Twoja pewność co do uczucia. Byłam zła i rozgoryczona. W końcu spojrzałam na Twoją śpiącą twarz, na Twoją unoszącą się klatkę piersiową, na to, jaki jesteś bezbronny i delikatny. Spojrzałam na Ciebie tak naprawdę, w skupieniu, i wtedy pojęłam, że dla Ciebie jestem krucha i delikatna tak jak Ty dla mnie w tym momencie. Musisz się mną opiekować i się o mnie troszczyć, obdarować mnie miłością za siebie i za mnie, za moją mamę i ojca. Pojęłam, że chcesz zabrać cały ból, jakiego doświadczyłam, i sprawić, żebym zrozumiała, że może być też dobrze. Gdy to do mnie dotarło, zamarłam. Nie mogę bowiem wiecznie tylko brać.

Musnąłeś moją duszę, nie dotykając ciała. Poruszyłeś ciało, dotykając jedynie duszy. Byłeś przy mnie, nie odbierając mi wolności i swobody. Liczyłeś się z mym zdaniem, pozostając wciąż w zgodzie ze sobą. Kochałeś, nie oczekując nic w zamian. Chciałabym podarować Ci taką samą miłość i wolność, ale żeby to uczynić, muszę wyzbyć się tego, co mnie ogranicza, i odnaleźć w sobie siłę oraz miłość do siebie. Gdy pokocham siebie, będę w stanie pokochać Cię szczerym uczuciem, jak na to zasługujesz. Wyjdę Ci wówczas naprzeciw, równa Tobie i godna Ciebie. Stanę się Twoją równoprawną partnerką a nie małą, zagubioną istotą, którą trzeba się opiekować. Chcę być Twoją kochanką, kobietą, przyjaciółką, powierniczką, a nie ofiarą!

Nie oczekuję, że na mnie zaczekasz. Nie chcę Cię zatrzymywać i prosić o zbyt wiele. Żyj, podążaj za głosem serca i rób to, co uważasz za stosowne, a ja zrozumiem i zaakceptuję wszystko. Proszę Cię, byś o mnie pamiętał i gdy pewnego dnia się spotkamy – a spotkamy się na pewno – uśmiechnij się i spójrz swymi księżycowymi oczyma, a ja odwzajemnię ten uśmiech i wówczas nie będzie miało znaczenia nic więcej.

Jeśli wtedy zdołasz mi wybaczyć i zapomnisz o bólu, jaki Ci sprawiłam, pocałuję Cię, wyznam miłość i wszystko powróci do nas: ciało znów połączy się z duszą, tworząc jedność.

Jeśli nie… Odejdę i nigdy więcej mnie nie ujrzysz, a świat będzie wyglądał tak, jakbym nigdy nie pojawiła się w Twoim życiu.

Do tego czasu… Wybacz mi, kochaj mnie i myśl o mnie.

Twoja Emi

Spoglądałem w nicość, nie mogąc się poruszyć. Bałem się oddychać, myśleć. Bałem się zrobić cokolwiek. Odniosłem wrażenie, że jeśli uczynię nawet najmniejszy gest, wszechświat wokół mnie rozpadnie się, okaże się złudzeniem, a ja znajdę się pośrodku nicości. Wielkiej, ciemnej nicości, która mną zawładnie. Przeczytałem list jeszcze raz i kolejny. Czytałem go tak długo, aż coś poczułem, coś więcej niż tylko pustkę i przerażenie: strach, który obezwładnił mnie całego. Pragnąłem być na Emilię zły, wręcz wściekły, jednak nie potrafiłem. Od samego początku wiedziałem, że to musiało się tak skończyć. To ja ją kochałem, ja! Ona nigdy nie wyznała mi uczuć, choć wydawało mi się, że coś do mnie czuje, że wierzy we mnie, w nas… w siebie. Nie mogłem oczekiwać, że się dla mnie zmieni, że się postara. A może właśnie w taki sposób powiedziała, że to robi? Napisała w końcu, że… NIE! Nie mogłem znów żyć pozorami! Musiałem ją urealnić. Ją i tę całą sytuację.

 

Złożyłem list i wsunąłem kartkę do szuflady biurka. Westchnąłem. Ciężar, który czułem w klatce piersiowej, nasilił się. Wiedziałem, że mogę udawać, ale od tej chwili nic nie będzie takie, jak przedtem. Musiałem spróbować.

Wolnym krokiem wszedłem do kuchni, zastanawiając się, co mam powiedzieć mamie. Czy wie? A jeśli nie, to czy uświadomić ją od razu, czy jednak poczekać, aż sama zacznie temat? Nie byłem pewny, czego obawiam się najbardziej. Tego, że mama ją znienawidzi, czy tego, że mimo nienawiści będzie za nią tęsknić.

– Wszystko w porządku? – zacząłem.

Stałem w progu i czekałem na jej reakcję.

– Nie – rzuciła mama oschle. – Usiądź. – Zmieniła ton, jakby się skarciła za to, że pokazała, co tak naprawdę o tym myśli.

Miałem wrażenie, że wokół niej wiruje zdanie: „A nie mówiłam?!”. Owszem, mówiła. Nie chciałem słuchać. Jednak nawet gdybym znał przyszłość, nie zmieniłbym niczego.

– Jeśli chodzi o Emilię, to w porządku. Chciałem się tylko upewnić, że u ciebie również. – Wciąż stałem w tym samym miejscu. Nie miałem zamiaru siadać. Chciałem wyjść z domu. Musiałem, żeby nie zwariować.

– Czyli wiesz, że wyjechała? – dopytała z rezerwą.

Potrafię dostrzec troskę w jej spojrzeniu. Czułem ją, mimo że ukrytą za złością.

– Tak, wiem. Zostawiła list.

– Hmm – mruknęła i sięgnęła do kieszeni spódnicy. – Tego listem nie można nazwać, ale… – Podała mi liścik, na którym widniała jedna linijka: Zostawiam na następny raz. Dziękuję za gościnę! – Znalazłam to w szafie dziś rano. Zostawiła kilka swoich rzeczy.

Drgnąłem. Czy mogło to oznaczać, że Emilia naprawdę chce wrócić? Najwidoczniej mama to dostrzegła, bo dodała po chwili:

– Myślę, że zostawiła ubrania, bo nie miała w co ich spakować.

– Jakub wie? – Zlekceważyłem jej uwagę i przystąpiłem do zbierania pozostałych informacji.

– Tak. Bardzo to przeżywa. Nawet się nie pożegnała. Jak nagle przyjechała, tak się ulotniła. I jeszcze…

– Rozumiem – rzuciłem, przerywając jej.

Włożyłem kurtkę oraz buty. Raz jeszcze spojrzałem na mamę i wyszedłem na zewnątrz.

3 listopada 2017, Wrocław

Emilia

Noc nie była dla mnie łaskawa. Nie ukoiła rozdartego serca, nie zagoiła ran. Obudzona przez wielki ból głowy, z jeszcze większą dawką wyrzutów sumienia i wątpliwości, usiadłam na skraju łóżka, szlochając przeraźliwie. Twarz wtuliłam w całkiem przemoczoną poduszkę. Starałam się przekonać samą siebie, że nie miałam wyboru, że musiałam tak postąpić, że w innym wypadku unieszczęśliwiłabym i siebie, i jego.

Płacz nie pomagał, a jeszcze bardziej pogrążał mnie w rozpaczy, która nie była mi teraz do niczego potrzebna. Musiałam działać. Wiedziałam, jaka jest stawka i co leży na szali: moje szczęście, które sama postawiłam w tym zakładzie nierównych szans!

Mogłam złościć się na ojca, że był zbyt zimny, na matkę, że nas okłamywała, na Jakuba, że dotrzymywał obietnicy i nie rozwiązał tego lepiej, mogłam wyliczać, ile bólu przysporzył mi Sebastian, a nawet doszukiwać się nieuczciwości w zachowaniu Dymitra. Jedyne, czego nie powinnam i nie chciałam robić, to zapomnieć, jaką ja odegrałam rolę na końcu. Porzuciłam ich, uciekłam, utrzymując, że to dla dobra nas wszystkich. Jak mama, która zadecydowała za mnie, za niego – za nas. Wiedziałam, że krzywdzę Dymitra, a mimo to napisałam list i wyjechałam.

Nie mogąc dłużej pozwolić sobie na użalanie się, wstałam i podeszłam do reklamówki z ubraniami. Wolnym krokiem poszłam do łazienki. Ciuchy wsadziłam do pralki, dołożyłam detergenty i zamknęłam bęben z hukiem, nastawiając pranie na czterdzieści stopni. Szum pralki, mimo że wcześniej zawsze mnie irytował, dziś koił. Był jedynym dźwiękiem, który mi nie przeszkadzał. Zadaniem pralki było wyczyścić brud i niechciane resztki, pozostawiając ubrania czyste, miękkie i pachnące. Szkoda, że nie mogłam wsadzić tam swojego zakutego łba. Może bym zmądrzała… Może.

Westchnęłam, poirytowana sobą. Czułam się okropnie we własnym ciele. Nie znosiłam przebywania ze sobą, swoich myśli, niczego… Przypomniałam sobie słowa, jakie zawarłam w liście do Dymitra, że miłość była we mnie.

– Bożeee! – krzyknęłam i podeszłam do umywalki. Odkręciłam zimną wodę i włożyłam głowę pod kran.

W pierwszej chwili zamarłam. Miałam poczucie, jakby mój mózg zamarzł. Czułam dreszcz przechodzący przez całe ciało. Dopiero po kilku minutach przywykłam i poczułam się nieco lepiej. Westchnęłam po raz kolejny i jeszcze przez moment się nie ruszałam. W końcu wyciągnęłam głowę i zawinęłam mokre, zmarznięte włosy w ręcznik. Spojrzałam w lustro i uśmiechnęłam się z politowaniem.

– Zimny prysznic, co? – prychnęłam sama do siebie, a w głowie miałam pierwsze spotkanie z Jakubem, pierwszy poranek w Odskoczni i mój zimny prysznic.

Pukanie do drzwi okazuje się skuteczną metodą oderwania mnie od gapienia się w lustro i zatracania w niepotrzebnych wspominkach.

– Słyszałam, że nie śpisz – zaczęła Lusia, gdy otworzyłam.

– Niestety nie – mruknęłam.

– Widzę, że wisielczy humor wciąż ci dopisuje – zadrwiła.

Poszłyśmy do mojego pokoju. Tam położyła się na łóżku, nadal wpatrując się we mnie pytająco.

– Nie mam nastroju na twoje gadanie. Czego chcesz?

– Uuu. Kąsasz – zaśmiała się i uniosła brwi.

– Łucja! – krzyknęłam, zmuszając ją do streszczania się. Czułam się wystarczająco podle. Nie potrzebowałam, żeby siostra jeszcze dobitniej mi to uświadamiała.

– Chciałam zaprosić cię na śniadanie. To wszystko. – Wzruszyła ramionami. Wstała i podeszła do drzwi. – Swoją drogą nie rozumiem, co ty ze sobą robisz, dziewczyno.

– Nie musisz!

– Nie o to chodzi. – Spoważniała, a jej rysy złagodniały. W oczach widziałam troskę, która jeszcze dobitniej wywołała we mnie poczucie winy. – Tak się uczepiłaś tego, że jesteś biedna i nieszczęśliwa, że nie widzisz piękna, jakie cię otacza. Sama siebie unieszczęśliwiasz, siostrzyczko. – Mówiąc to, zamknęła za sobą drzwi i wyszła. Zostawiła mnie sam na sam z moją posraną psychiką.

Wiedziałam, że ma rację! Jednak wiedzieć a czuć to dwie różne kwestie. Owszem, skrzywdziłam Dymitra. Porzuciłam go tak, jak i ja zostałam porzucona. Nie wiedziałam, jak to zmienić, jak zmienić siebie i uczucie pustki oraz odtrącenia, jak pozbyć się przekonania, że jest się niewystarczająco dobrym, żeby być kochanym. Nie wiem… I dopóki się tego nie dowiem, nie mogę być ani z Dymitrem, ani z nikim innym. Właśnie ta pewność, że w tym jednym mam rację, tak mocno trzymała mnie przy resztkach zdrowego rozsądku.

* * *

Odgłos uderzających o siebie sztućców był irytujący. Głucha cisza raziła uszy. Wszystkie spojrzenia zostały skierowane w talerze. Szczęki żuły bezgłośnie i leniwie. Nie miałam ochoty jeść. Nie mogłam jednak nie zejść na posiłek. Bunkrowanie się w pokoju nie przyniosłoby nic dobrego, a konfrontacja z ojcem musiała nastąpić wcześniej czy później. Wolałam mieć to z głowy.

Kończąc parówkę, obserwowałam wszystkich z dezaprobatą. Łucja jadła sałatkę warzywną, wpatrując się w wyświetlacz telefonu. Daria była spięta, co chwilę ukradkiem zerkała na ojca, wysyłając mu oczami znaki, żeby zaczął rozmowę. Ojciec jak zwykle przy śniadaniu czytał gazetę, udając, że jest zupełnie sam w pomieszczeniu.

Pokiwałam głową, uśmiechając się z żalem. Odchrząknęłam, by zwrócić uwagę domowników. Jedynie Daria zareagowała napiętym uśmiechem i wciąż rozbieganym wzrokiem.

– Dolać ci herbaty? – spytała, starając się uniknąć najważniejszego tematu.

– Dziękuję. Jeszcze mam – odpowiedziałam beznamiętnie.

Chwilowa pauza pozwoliła jej zrozumieć to, co oczywiste. Kobieta na szczęście była domyślna. Wstała, by pozbierać brudne naczynia ze stołu.

– Lusia, pomóż mi! – odezwała się do córki, szturchając ją w bok, żeby oderwała się od swojego smartfona.

– Co?! – Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na matkę. Już chciała dodać trzy grosze, gdy zobaczyła moją minę i oczy wpatrzone w tatę, a raczej w mur z gazety. – Aaa… okej. – Podniosła się i nic więcej nie mówiąc, ruszyła za matką do kuchni.

Starałam się cierpliwie poczekać, aż ojciec zrobi pierwszy krok: zacznie na mnie krzyczeć, powie, że się martwił lub nawet wyzwie od kretynek. Wszystko byłoby lepsze od ciszy i chłodu, jakie wibrowały w całym pomieszczeniu. On jednak milczał. Przewracał tygodnik kartka za kartką, pił kawę i udawał, że wszystko jest w porządku.

– Nie zapytasz, jak było? – zaczęłam, nie mogąc dłużej znieść ciężaru zalegającego w klatce piersiowej.

– Nie – odpowiedział zdawkowo, nie zmieniając pozycji.

– Nie interesuje cię, jaka ona jest? Czy się dogadałyśmy? – Zmarszczyłam brwi, świdrując gazetę wzrokiem. Marzyłam, żeby posiadać laser, który zrobi dziurę w kawałku papieru.

– Nie – mruknął.

Czułam, jak zalewa mnie fala furii, której nie będę w stanie opanować. Zacisnęłam pięści i z całej siły uderzyłam o stół, raptownie wstając.

– Spójrz na mnie! – wrzasnęłam. Nie płakałam. Byłam tak wściekła, że nie umiałabym uronić ani jednej łzy.

Tata odłożył gazetę i bez emocji spojrzał na mnie. Jego obojętność była przykra i bolesna. Złamała mi serce, które starałam się zlepić od ponad miesiąca. Czułam, jakby uderzył mnie w twarz i napluł mi na głowę. Poniżył mnie jak nigdy wcześniej. Mimo że nic nie zrobił i był po prostu sobą, oczekiwałam czegoś więcej: odrobiny rodzicielskiej iskry, przebłysku, że mu zależy, że jestem dla niego ważna, że coś znaczę.

Przygryzłam wargę i wciąż na niego patrzyłam, jakby moje błagalne spojrzenie mogło coś zmienić. Nie zmieniło. Mijały minuty, a on siedział jak robot i wbijał mi kolejne szpile w poranioną duszę. Właśnie w tej chwili podjęłam decyzję, być może najlepszą w życiu, i pewnie powinnam być mu wdzięczna, że zmusił mnie do zrobienia stumilowego kroku, na który nie odważyłabym się w innej sytuacji.

– Jeśli myślisz, że będę żebrać o twoją miłość, to jesteś w błędzie.

Odsunęłam się od stołu, spojrzałam kątem oka na płaczącą Darię i Łucję stojące w progu jadalni i poszłam na górę. Bez trzaskania drzwiami, bez łez i lamentu. Weszłam do pokoju, usiadłam przed komputerem i w okno wyszukiwarki wpisałam „stancje Wrocław”. Wyświetliło się wiele stron. Na żadną ofertę jednak nie było mnie stać. W ferworze poszukiwań natknęłam się na witrynę z ogłoszeniami dla studentów. W domu rodzinnym nie mogłam zostać ani dnia dłużej. Wystarczająco długo dawałam sobą gardzić, codziennie błagając o spojrzenie, uśmiech, miłe słowo, krztę zainteresowania ze strony ojca. Miałam dość. Nie musiał się ze mną zgadzać, nie musiał akceptować moich wyborów, ale miał zasrany obowiązek mnie kochać i troszczyć się o mnie. Wolał jednak być obrażony na mamę, na mnie i na cały świat.

– Jego wybór – wymamrotałam do siebie, nie mogąc ogarnąć galopujących myśli.

Kliknęłam zakładkę „szukaj mieszkania” i wpisałam wszystkie wytyczne. Cena nie mogła przekraczać pięciuset złotych w miesiącu. Na monitorze wyskoczyło sporo ofert. Byłam mile zaskoczona. Wybrałam pierwsze trzy i sięgnęłam po telefon.

– Dzień dobry, dzwonię w sprawie wynajmu. Czy ogłoszenie jest aktualne? – zaczęłam energicznie.

– Niestety już nie – odpowiedziała kobieta.

Podziękowałam i rozłączyłam się. Jeszcze kilka ofert okazało się nieaktualnych lub podana cena dotyczyła jedynie czynszu bez pozostałych opłat. W większości należało wnieść kaucję.

Westchnęłam zrezygnowana. Nie mogłam jednak odpuścić. Nie teraz, nie dziś, nie gdy wreszcie podjęłam stanowczą decyzję. Zmieniłam parametry wyszukiwania. Wpisałam tańsze dzielnice na obrzeżu i możliwość dzielenia z kimś lokum. Wyskoczyła tylko jedna nowa oferta, której wcześniej nie sprawdziłam Na moje szczęście dodana godzinę temu. Niezwłocznie wybrałam numer.

– Dzień dobry. Dzwonię, żeby zapytać o stancję.

– Dzień dobry – odezwał się męski głos.

– Czy oferta jest aktualna? – dopytałam.

– Taaak – odpowiedział niepewnie. – Szukasz mieszkania dla siebie?

 

Potwierdziłam zdziwiona reakcją rozmówcy.

– To oferta przeznaczona jedynie dla mężczyzn. W ogłoszeniu jest informacja.

– Aha… – Poczułam się urażona. – Skąd ta dyskryminacja? – dopytałam.

– Dyskryminacja? – Zaśmiał się nerwowo. – Nie! Broń Boże. Po prostu mieszka tu już trzech studentów i nie sądzimy, by dziewczyna odnalazła się w naszym frywolnym stylu bycia.

– Czy miejsce jest w już zamieszkałym pokoju? – ciągnęłam temat.

– Nie, każdy ma swój. Salon, kuchnia i łazienka są wspólne.

– Bardzo wam zależy, żeby to był facet? – W moim głosie odmalowała się desperacja. Miałam nadzieję, że przez telefon jej nie słychać. Nie chciałam, żeby pomyślał, że jestem jedną z „tych” dziewczyn.

– Bardziej nam zależy na czystej atmosferze, bez kwasów i czepiania się. Poza tym dziewczyna naszego kumpla zastrzegła, że nie chce tu widzieć żadnej laski.

– Jestem ugodowa! – wypaliłam pewna, że teraz na pewno się nie zgodzi, więc szybko dodałam: – Słuchaj, mam okropną sytuację w domu i muszę się dziś wyprowadzić. Zostaliście mi wy lub most. Nie interesują mnie romanse, seks ani flirt. Nie czepiam się, mogę sprzątać i gotować. Nawet prać. Zgódźcie się chociaż na miesiąc, a jeśli po tym czasie będzie tragicznie, spakuję rzeczy i się wyniosę.

Długa cisza nie nastrajała optymistycznie. Jedyna nadzieja w tym, że mój rozmówca jeszcze się nie rozłączył, pomyślałam. Nikły, a jednak pocieszający znak.

– Dobra – powiedział w końcu – ale jak coś, to jesteś kuzynką mojego przyjaciela z rodzinnych stron, okej?

– Dziękuję! – pisnęłam do słuchawki. – Jestem twoją dłużniczką!

– Obym tego nie żałował.

– Nie będziesz! Przysięgam!

Gdyby stał obok mnie, uściskałabym go. Mimo że był całkiem obcym człowiekiem, okazał mi dziś dużo więcej życzliwości niż mój ojciec.

– Chcesz zobaczyć mieszkanie, zanim przywieziesz rzeczy?

– Nie, na pewno jest genialne. Wyślij mi, proszę, adres.

– Jak wolisz… Aha, a jak właściwie masz na imię?

– Emilia – rzuciłam i zaśmiałam się.

– Łukasz Krzesiński. Miło mi. Okej, wyślę ci adres. Do zobaczenia.

– Dziękuję – powiedziałam i rozłączyłam się szczęśliwa, że wreszcie coś mi się udało.

* * *

– Proszę. – Usłyszałam, gdy zapukałam do pokoju Łucji.

Przekroczyłam próg jej pokoju, który był większy od mojego i cały w odcieniach szarości.

– Co tam? Jak się czujesz? – spytała siostra, gdy tylko wsunęłam głowę.

– Chciałam się pożegnać.

Spojrzała na mnie spod rudych pukli, które opadały na jej twarz.

– Wyprowadzam się – sprecyzowałam, stając pewniej.

Drzwi zostawiłam otwarte. Spodziewałam się, co powie. Nie planowałam zmieniać zdania i byłam pewna, że robię słusznie. Wolałam jednak nie wchodzić w polemikę z Łucją, a w razie czego szybko uciąć jej gderanie i wyjść.

– Znowu postradałaś rozum i wyjeżdżasz do tej dziczy? – Usiadła i się wyprostowała. Na jej twarzy odmalowała się dezaprobata, ale i zmartwienie.

– Nie, nie jadę w Bieszczady. Wyprowadzam się do innego mieszkania.

– Do kogo? Gdzie? – Zdumiała się, a ja słyszałam w jej głosie coraz większą irytację. Zrobiłam krok do tyłu i chwyciłam klamkę.

– Znalazłam mieszkanie…

– To przez ojca? – spytała, schodząc z tonu. Tym razem dominował w nim smutek. Słyszała naszą kłótnię, o ile kłótnią można to nazwać, a nie monologiem. Znała ojca i wiedziała, że nigdy nie był wylewny, jednak popis, jaki dał przy śniadaniu, przeszedł nawet jego.

– Jeszcze dwie godziny temu powiedziałabym, że tak, jednak teraz myślę, że on był tylko pretekstem do tego, co powinnam zrobić już dawno.

Łucja zamilkła. Kilka chwil wpatrywała się w coś na podłodze, co dla mnie było niedostrzegalne, a gdy w końcu wstała, podeszła i mnie z całej siły przytuliła. Drgnęłam zaskoczona. Puściłam klamkę i objęłam siostrę. Rzadko kiedy aż tak okazywałyśmy sobie uczucia. Pod tym względem Łucja przypominała tatę. Mocno stąpała po ziemi, lubiła konkrety i jasne sytuacje. Była zupełnie inna niż ja i może właśnie za to kochałam ją tak bardzo, bo odnajdywałam w niej to, czego sama nie miałam. Byłyśmy jak yin i yang.

– Wiem, że nie uznajesz Darii za swoją mamę, a ojciec potrafi być zimny, ale pamiętaj – oderwała mnie od siebie, chwyciła moją twarz w dłonie i spojrzała mi głęboko w oczy – choćby świat miał się skończyć, morza wyschnąć, a słońce zgasnąć, ja zawsze będę twoją siostrą…

– …do końca świata i o jedną sekundę dłużej – dokończyłam za nią. – Jesteś moją milisekundą.

– Jestem – powiedziała ze łzami w oczach.

– Dziękuję. Gdy się już urządzę, zaproszę cię.

– Nie wyobrażam sobie innej sytuacji.

Śmiech przez łzy, jaki nam towarzyszył, był najlepszym, co mogło mnie teraz spotkać. Byłam tak niesamowicie wdzięczna Łucji, że zachowała wszystko, co myśli, dla siebie, że nie mogłabym tego opisać słowami. Miałam pewność, że ona o tym wie i właśnie dlatego zachowała się tak, a nie inaczej. Kochała mnie tak samo mocno jak ja ją. Wiedziała, że muszę poukładać swoje sprawy z tatą i mimo że nie podobało jej się to, w jaki sposób je porządkuję, zrobiła coś najtrudniejszego: uszanowała to.

– Możesz przekazać to tacie? – spytałam, podając jej kopertę.

– Kolejny tajemniczy list do kolekcji?

– Jak widać pisanie listów staje się tradycją. – Zaśmiałam się.

Łucja wzięła kopertę i położyła ją na biurku.

– Oddam mu. Obiecuję. – Ponieważ milczałam, dodała: – Pamiętaj, że to zawsze będzie twój dom.

– Szkoda, że ktoś inny mi tego nie powie. Pa.

Nie przeciągając, wyszłam i zamknęłam drzwi jej pokoju. W korytarzu stały czarna torba i plecak. Uśmiechnęłam się do bagażu, przypominając sobie czerwoną walizkę, którą zabrałam w podróż w Bieszczady. Mimo że nie minęło wiele czasu, czułam, jakby ta podróż zmieniła dosłownie wszystko w moim życiu. Wyjechała jedna dziewczyna, wróciła zupełnie inna. Starałam się wierzyć, że ta zamiana okaże się dobra dla mnie.

Przeszywające listopadowe powietrze przywitało mnie na progu. Zima zbliżała się wielkimi krokami. Od razu w mojej głowie pojawiła się wizja wspólnych świąt. To już za miesiąc, a ja trzymałam torbę i czekałam na taksówkę, która miała mnie odwieźć Bóg wie gdzie. Westchnęłam przejęta, czy to aby na pewno słuszna decyzja. Tak spontaniczna i pod wpływem emocji, a jednak czułam, że robię dobrze. Odcinałam pępowinę od toksyczności, która wisiała w powietrzu.

– Dzień dobry! – Pod dom podjechał srebrny peugeot. Zza opuszczonej szyby wychyliła się męska głowa. – Przepraszam. Czy tu mieszka Norbert Grzegorzewski?

– Tak, ale ojca nie ma w domu – odpowiedziałam zdziwiona, bo staruszek raczej strzegł prywatności i wszelkie rozmowy umawiał na uczelni. – Coś przekazać?

– Gdzie mógłbym go znaleźć?

– A kim pan jest? – Podeszłam do bramki, żeby przyjrzeć się właścicielowi zachrypniętego barytonu.

Mężczyzna był przystojny, miał dużą szczękę i czarny zarost, ciemne oczy oraz wyrazistą oprawę i zmierzwione ciemne włosy roztrzepane w artystycznym nieładzie. Był starszy ode mnie, ale ewidentnie przed czterdziestką.

– Jego doktorantem z Krakowa. Miałem po profesora przyjechać dziś rano pod dom, ale wynikły problemy na trasie, do tego telefon mi się rozładował, więc nawet nie mogę zadzwonić – wyjaśnił.

Westchnęłam poirytowana. Nie byłam zła na mężczyznę, bo nie był niczemu winny. Zdenerwowała mnie sytuacja. Miałam po prostu wyjść i nie oglądać się za siebie!

Przygryzłam wargę. Musiałam coś na to poradzić. Wpatrywał się we mnie błagalnie tymi ciemnymi oczyma i oczekiwał pomocy. Cholera jasna!

– Proszę poczekać – odezwałam się w końcu. Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer ojca.

Po kilku sygnałach odezwał się zmęczonym głosem:

– Coś ważnego? Idę na wykład.

– Tak. Pod domem stoi… – Spojrzałam na mężczyznę pytająco.

– Rafał Rosiński – rzucił mężczyzna w moim kierunku.

– Rafał Rosiński. Twierdzi, że był z tobą umówiony, ale telefon mu padł…

– Tak, to prawda. Niech przyjedzie na uczelnię. Muszę kończyć. – Rozłączył się.

– Standard – powiedziałam sama do siebie, rozbawiona sytuacją, i spojrzałam na mężczyznę. – Musi pan pojechać na uniwerek. Adres proszę wpisać w GPS.

– Telefon… – zmarszczył brwi – rozładował się.

No tak. Telefon. Znów wyciągnęłam komórkę i znalazłam numer firmy taksówkarskiej. Odwróciłam się plecami do swojego rozmówcy i idąc wzdłuż chodnika, odwołałam zamówiony kurs.