Sępy skalne

Tekst
Autor:Karol May
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Karol May

Sępy skalne

Powieść z Dzikiego Zachodu

Warszawa 2017

Spis treści

Droga opadała ku dolinie, wiła się między wzgórzami i wiodła do obszernej niziny, na której już poprzednio byli. Okazało się, że jechali okrężną drogą. Siuksowie Ogallalla zatem dobrze znali okolicę. W niektórych miejscach, zwłaszcza przy zakrętach, zostawili drogowskazy dla Wohkadeha.

Po południu oddział dotarł do doliny w kształcie wydłużonego koła o wielomilowej średnicy, ciągnącej się między stromymi skałami. Pośrodku doliny wznosiła się stożkowata góra, a jej łyse boki błyszczały w słońcu. Na wierzchołku stał niski i szeroki głaz przypominający żółwia.

Geolog nie miałby wątpliwości, że ma przed sobą przedhistoryczne jezioro, którego brzegi stanowiły wznoszące się wokół wzgórza. Wierzchołek stożkowej góry, która wznosiła się na środku doliny, był kiedyś wyspą wystającą z wody.

Badania wykazały, że w okresie trzeciorzędu krajobraz Ameryki Północnej charakteryzował się dużą ilością słodkowodnych jezior. Z biegiem lat woda w tych zbiornikach opadła, tworząc doliny.

Dolina nad którą zatrzymali się jeźdźcy, była właśnie kiedyś takim jeziorem. Znak, zostawiony przez Siuksów Ogallalla dla Wohkadeha, wskazywał, że przejechali dolinę w poprzek. Old Shatterhand jednak nie skorzystał z tego szlaku, tylko skręcił w lewo wzdłuż góry.

– Oto drogowskaz – rzekł Davy wskazując na drzewo ze sztuczną szczepionką innego gatunku. – Oto znak Ogallalla. Czemu pan nie jedzie we wskazanym kierunku?

– Ponieważ znam lepszą drogę – odparł zapytany. – Od tego miejsca orientuję się doskonale. Oto góra Pejaw-epoleh, Wzgórze Żółwia, jest to indiańska góra Ararat. Czerwonoskórzy przechowują także w pamięci wspomnienie dawnego potopu. Indianie Wrony powiadają, że tylko jedna para ludzi ocalała z potopu. Uratował ich Wielki Duch, posyłając ogromnego żółwia. Para z całym swoim dobytkiem zamieszkała na grzbiecie tego zwierzęcia i przebywała na nim dopóki woda nie opadła. Ta góra, którą widzicie, jest wyższa od otaczających, dlatego pierwsza wynurzyła się spod wody jako wyspa. Żółw stanął na niej, dzięki czemu para ludzi mogła wylądować. Wtedy dusza zwierzęcia, spełniwszy swoją misję, wróciła do Wielkiego Ducha, ale cielsko zostało na wierzchołku góry i skamieniało na pamiątkę tamtych czasów. Opowiedział mi o tym Szunka-szetsza, Wielki Pies, wojownik szczepu Wron, w którego towarzystwie przed wielu laty obozowałem na górze Żółwia.

– A więc nie chce pan jechać śladem Siuksów Ogallalla?

– Nie. Znam bliższą drogę, która o wiele prędzej doprowadzi nas do celu. Obszary Yellowstone są mało dostępne. Zdaje się, że Ogallalla nie znają tego skrótu. Sądząc z kierunku, zwrócą się ku Wielkiemu Kanionowi, dalej ku Yellowstone, aby przez rzekę Mostów dostać się do Góry Kraterów, gdyż miejsce, w którym mają stracić Baumanna i jego towarzyszy, nie leży nad Yellowstone River, lecz nad rzeką Kraterów. Aby do niej dotrzeć, zakreślą ogromne półkole o średnicy sześćdziesięciu kilometrów w bardzo trudnym i mało dostępnym terenie. Natomiast droga, którą ja wybieram, biegnie prosto i prowadzi do rzeki Pelikan, a potem między tą rzeką a wzgórzem Siarkowym do ujścia rzeki Yellowstone i do jeziora o tej samej nazwie. Myślę, że łatwo natrafimy na rzekę Bridge, a w pobliżu odnajdziemy ślad Siuksów i pojedziemy do Basenu Gejzerów nad rzeką Kraterów. Ta droga jest również uciążliwa, ale mniej niż droga Siuksów, dlatego prawdopodobnie dojedziemy do celu wcześniej niż Ogallalla.

Mała, od dawna wyschnięta rzeczka, przed wiekami z zachodu toczyła swoje wody do dawnego jeziora i wryła się głęboko w brzegi. Koryto było bardzo wąskie, a ujście zamaskowane tak bujną roślinnością, że tylko bardzo bystrym okiem można było je odnaleźć. Old Shatterhand skierował tam konia. Przedostali się przez gęste krzaki i jechali korytem dawnego potoku, dopóki nie skończyło się ono wąskim rowem w rejonie zwanym Undulating. Dalej była niewielka preria podzielona zalesionymi wzgórzami, przez które jeźdźcy przejechali bez trudności.

Wieczorem dojechali do potoku, który prawdopodobnie należał do dorzecza rzeki Big Horn. Należało pomyśleć o noclegu. Wkrótce jeźdźcy dostrzegli miejsce nadające się na obozowisko. Potok rozszerzał się tutaj i stanowił mały, płytki staw o brzegach zarośniętych gęstą trawą. W jasnej, przejrzystej do dna wodzie widać było liczne pstrągi – zapowiedź smacznego posiłku. Z jednej strony brzeg wznosił się stromo, z drugiej był równy i gęsto zalesiony. Duża ilość konarów i gałęzi, które leżały na ziemi świadczyła, że ubiegłej zimy runęły one pod ciężarem śniegu. Stanowiły niejako zasiek dookoła miejsca wybranego na obozowisko, zasiek zapewniający bezpieczeństwo i dostarczający opału.

– Pstrągi! – zawołał Gruby Jemmy, zeskakując ze swego rumaka. – Urządzimy sobie wspaniałą ucztę!

– Nie tak szybko! – odezwał się Old Shatterhand. – Przede wszystkim musimy się postarać, żeby ryby nie uciekły. Przynieście gałęzie. Zrobimy dwie zapory.

Po napojeniu koni, Indianie nazbierali cienkich gałązek, zaostrzyli ich końce i wbili je przy ujściu potoku w miękkie dno tak, że tworzyły gęstą kratę. Taką samą zaporę postawili w górnej części stawu, lecz nie tam gdzie strumyk do niego wpływał, a jeszcze wyżej, tak, że była ona oddalona mniej więcej o dwadzieścia kroków od górnej części stawu, Ryby znalazły się w matni.

Gruby Jemmy zaczął ściągać z nóg swoje wielkie buty z wyłogami. Zdjął już pas i położył go wraz ze strzelbą na brzegu.

– Słuchaj no, mały – rzekł Długi Davy – zdaje się, że chcesz wejść do wody.

– Naturalnie. To dopiero będzie przyjemność.

– Zostaw to raczej ludziom wyższym od ciebie. Taki co wystaje ledwo ponad stołek może trafić na głębię.

– Nie szkodzi. Umiem pływać. Poza tym staw jest płytki. – Jemmy podszedł bliżej, aby przekonać się dokładnie jaki jest poziom wody.

– Najwyżej metr.

– Można się pomylić. Kiedy ktoś patrzy na dno, wydaje się ono bliższe niż jest w rzeczywistości.

– E, tam! Chodź i popatrz. Widać każde ziarenko piasku, a ponieważ... do licha!

Nachylił się za mocno, stracił równowagę i wpadł do stawu. Trafił akurat na najgłębsze miejsce. Znikł na chwilę pod wodą, ale szybko wypłynął na powierzchnię. Był dobrym pływakiem i wcale by mu nie przeszkadzała ta przymusowa kąpiel, gdyby nie miał na sobie futra. Natomiast jego szeroki kapelusz pływał niczym wielki liść.

– O rany – roześmiał się Długi Davy. – Chodźcie tu wszyscy, obejrzyjcie dobrze pstrąga, którego trzeba schwytać. Ta gruba ryba starczy na wiele porcji.

Mały Sas stał w pobliżu. W pseudonaukowych dyskusjach nieraz się sprzeczał z Grubym Jemmym, ale lubił go bardzo, a poza tym byli przecież rodakami.

– Wielki Boże! – krzyknął przerażony. – Co pan zrobił, panie Pfefferkorn? Czemu pan skoczył do wody? Czy nie zmókł pan?

– Do suchej nitki – odparł ze śmiechem Jemmy.

– Do suchej nitki! To niebezpieczne. Może pan zachorować! I do tego wpadł pan w futrze! Niech pan natychmiast wychodzi. Już ja się zajmę kapeluszem. Wyłowię go gałęzią.

Mówiąc to znalazł długą gałąź i próbował złowić kapelusz. Pseudowędka była jednak za krótka, więc pochylał się coraz bardziej do przodu.

– Niech pan uważa – ostrzegał go Jemmy wychodząc z wody. – Sam mogę schwytać moje nakrycie głowy. I tak już jestem mokry.

– Niech pan nie plecie głupstw! – odparł Frank. – Jeśli pan myśli, że jestem takim niedołęgą jak pan, to myli się pan setnie. Ja nie wpadnę do wody. I jeśli ten przeklęty kapelinder popłynie dalej, to nachylę się jeszcze bardziej i... O wielki Boże!

Wpadł do wody. Widok był tak komiczny, że wszyscy biali roześmieli się głośno. Natomiast czerwonoskórzy zachowali zewnętrzną powagę, mimo że w duszy zapewne zawtórowali im śmiechem.

– No, kto nie jest takim niedołęgą jak ja? – zapytał Jemmy, któremu ze śmiechu kręciły się łzy w oczach.

Frank pluskał się w wodzie, strojąc gniewne miny.

– Z czego tu się śmiać? – zawołał. – Pływam jako ofiara swojej usłużności, samarytańskiej miłości do bliźniego i w podzięce za miłosierdzie zbieram śmiech i drwiny. Na drugi raz dobrze to sobie zapamiętam. Rozumiecie?

– Nie śmieję się, ale płaczę, drogi panie Hobble-Franku. Czy pan tego nie widzi?

– Niech pan milczy z łaski swojej! Nie pozwolę z siebie kpić. Nic mnie ta kąpiel nie obchodzi, martwię się tylko, że frak przemoknie. A tam oto płynie moja Amazonka przy boku pańskiego kapelusza. Kastor i Phylaks, jak to mówią w mitologii i w astronomii. To jest właśnie...

– Mówi się Kastor i Polluks – poprawił Jemmy.

– Niech pan będzie cicho! Polluks! Jako leśniczy tyle miałem do czynienia z psami myśliwskimi, że wiem dokładnie, czy to Polluks czy Phylaks. Wypraszam sobie takie poprawki. Swoją drogą pragnę wyłowić szlachetne rodzeństwo. Właściwie nie powinieniem ruszać pańskiego kapelusza. Nie zasłużył pan sobie na to, abym z powodu pańskiego nakrycia głowy zmoczył się jeszcze bardziej.

Wyłowił jednak oba kapelusze.

– Tak – dodał. – Uratowane! A teraz weźmiemy się do wyżęcia pańskiego futra i mojego fraka, które będą się zalewać gorzkimi łzami. Już teraz z nich kapie.

Obaj mieli tyle kłopotu i zajęcia ze swymi przemoczonymi ubiorami, że ku swojemu zmartwieniu nie mogli przyłączyć się do rozpoczętego połowu ryb. Gromada Szoszonów stanęła w wodzie na jednym końcu stawu i posuwając się do przodu zapędziła ryby do drugiego brzegu, gdzie już czekała na nie następna grupa Indian. Pstrągi wpędzone w cieśninę nie mogły się ani przedostać przez kratę, ani cofnąć. Indianie chwytali je pełnymi garściami i rzucali ponad swoimi głowami na brzeg. Połów nie trwał długo.

 

Tymczasem przygotowano płaskie doły i wyłożono je kamieniami. Położono na nich ryby i przykryto drugą warstwą kamieni, na której rozpalono ogień. Między rozgrzanymi kamieniami pstrągi szybko się upiekły. Były miękkie i bardzo smaczne.

Po posiłku spędzono na jedno miejsce konie i rozstawiono strażników, po jednym w każdym kierunku.

Podróżni rozpalili ogniska, dookoła których zebrano się grupami. Oczywiście wszyscy biali skupili się przy jednym. Old Shatterhand, Gruby Jemmy, Marcin Baumann i mały Frank byli Niemcami; Długi Davy nauczył się od swego przyjaciela tyle, że rozumiał po niemiecku i chociaż nie mówił, można było się porozumiewać w tym języku. Nawet Bob rozumiał coś niecoś, wiadomo bowiem, że Murzyni posiadają wybitną pamięć językową.

Takie gawędy przy ognisku w puszczy albo na prerii mają swój niezwykły urok. Opowiada się swoje własne przeżycia lub czyny znakomitych myśliwych. Trudno uwierzyć, jak szybko na Dzikim Zachodzie mimo ogromnych odległości i uciążliwych dróg rozchodzi się wieść o wybitnym czynie, o znakomitej osobie, o niezwykłym zdarzeniu. Biegnie ona niczym strzała od ogniska do ogniska. Jeśli Czarne Stopy znad rzeki Marias wykopały tomahawk wojny to po czternastu dniach mówią już o tym Komanczowie znad Rio Conchas. A jeśli wśród szczepu Wallawalah wyróżnia się wielki wojownik, to wieść o nim dociera do Dakoty z Coteau znad Missouri.

Jak można się było tego spodziewać, mowa była o bohaterskim czynie Marcina Baumanna. Hobble-Frank powiedział:

– To prawda, dobrze się wywiązałeś z zadania, ale nie jesteś tutaj jedynym człowiekiem, który może się chlubić swoją przygodą. Mój niedźwiedź, na którego kiedyś się natknąłem też nie był z papieru.

– Co? – zapytał Jemmy. – Pan także miał przygodę z niedźwiedziem?

– I to jeszcze jaką! Ja z nim, a on ze mną.

– Musi pan opowiedzieć!

– Czemu nie? – Hobble-Frank odkaszlnął i zaczął: Nie byłem wtedy jeszcze długo w Stanach Zjednoczonych, to znaczy, że nie znałem jeszcze tutejszych stosunków. Nie chcę bynajmniej powiedzieć, że nie jestem wykształcony. Wprost przeciwnie, przywiozłem wielki zapas cielesnych i duchowych zalet. Jednak wszystkiego trzeba się uczyć. Czego się nie widziało ani uprawiało, tego nie można znać. Bankier, na przykład, jakkolwiek będzie mądry, nie potrafi tak grać na kobzie jak ja i pan, a uczony profesor eksperymentalnej astronomii nie potrafi od razu, ot tak, bez wskazówek, zostać kucharzem. Przytaczam ten przykład dla własnego usprawiedliwienia i obrony. Otóż moja przygoda rozegrała się w pobliżu Arkansasu w Colorado. Poprzednio włóczyłem się po rozmaitych miastach Stanów Zjednoczonych i uciułałem małą sumkę. Chciałem obracając tym kapitałem rozpocząć handel na Zachodzie, chciałem zostać tym, co tu nazywają a pedlar. Ruszyłem w drogę z dość pokaźnym zapasem różnych towarów. Szczęście mi sprzyjało i już w okolicy fortu Lyon nad Arkansas pozbyłem się reszty towarów. Spławiłem nawet wózek z dobrym zarobkiem. Siedziałem na koniu ze strzelbą w ręku, z nabitą kiesą u boku i postanowiłem dla własnej przyjemności wybrać się nieco dalej. Już wtedy miałem chęć zostać sławnym westmanem.

– Jakim pan istotnie jest – wtrącił Jemmy.

– No, jeszcze nie. Ale myślę, że jeśli teraz uderzymy na Siuksów, nie zostanę za frontem jak Hannibal pod Waterloo i niezawodnie będę miał sposobność uzyskania sławnego imienia. Lecz opowiadajmy dalej. W tym czasie Colorado było jeszcze mało znane. Znaleziono olbrzymie pola złota, więc ze wschodu przybywali prospektorzy i diggersi. Prawdziwych osiedleńców zjawiało się niewielu. Byłem więc zdumiony, gdy natrafiłem po drodze na prawdziwą, normalną farmę. Składała się z małej strażnicy, rozległych pól i wielkich łąk. Settlement wznosiło się na brzegu Purgatorio, w przepięknym klonowym lesie. Zdziwiłem się też bardzo widząc w każdym klonie rurę, przez którą sok drzewny wlewał się do naczyń wkopanych w ziemię. Była wiosna, najlepszy czas do zbierania cukru klonowego. W pobliżu strażnicy stały drugie, obszerne, ale dość płytkie drewniane kadzie pełne soku. Zaznaczam to ze względu na rolę, jaką błogosławiony sok odgrywa w moim opowiadaniu.

– Ta osada na pewno nie była własnością Jankesa – rzekł Old Shatterhand. – Jankes udałby się na poszukiwanie złota, zamiast jako squatter siedzieć na gospodarstwie.

– Słusznie. Właściciel farmy pochodził z Norwegii. Przyjął mnie bardzo gościnnie. Mieszkał z rodziną, a więc z żoną, dwoma synami i córką. Proszono mnie, abym został jak najdłużej. Chętnie przystałem na to i starałem się pomagać w gospodarstwie. Rozmaite przysługi i moja wrodzona duchowa przewaga zyskały mi zaufanie do tego stopnia, że zostawili mnie samego na farmie. Chodzi o to, że u jednego z sąsiadów miał się odbyć tak zwany house-raising-frolic i cała rodzina chciała wziąć w nim udział. Moja obecność bardzo ich cieszyła, gdyż mogłem zostać w domu jako householder i dbać o bezpieczeństwo domu. A więc wszyscy pojechali i zostałem sam. Sąsiadem nazywają tu każdego, kto mieszka w odległości dwunastogodzinnej jazdy koniem. Tak właśnie odległa była farma tego sąsiada, wobec czego nie należało się spodziewać powrotu moich gospodarzy przed upływem dwóch dni.

– Naprawdę pozyskał pan sobie wielkie zaufanie – rzekł Jemmy.

– Czemu nie? Czy pan myśli, że mógłbym uciec wraz z farmą? Czy wyglądam na rabusia?

– O tym nie ma mowy. Wtedy włóczyło się tam mnóstwo obieżyświatów i bandytów. Czy mógłby pan sam jeden dać radę całej bandzie? Trzej ludzie nie zwracają uwagi na jedną kulę.

– Ja także. Muszę dodać, że z boku, koło domu, stało wysokie drzewo ogołocone z kory aż do pierwszych gałęzi. Kora służyła do farbowania na żółto. Pień był bardzo gładki – trzeba było mieć akrobatyczne zdolności, aby się wspiąć na wierzchołek.

– Nikt chyba tego od pana nie żądał? – wtrącił Długi Davy.

– No, oczywiście, nikt tego nie żądał, ale mogą się zdarzyć rozmaite wypadki, które nawet najszlachetniejszego człowieka zapędzą na sam wierzchołek drzewa. Za parę chwil przekona się pan o słuszności tego prawa natury. A więc, aby nie zejść z tematu, zostałem sam jeden w całej farmie i medytowałem nad sposobem przepędzenia długich godzin samotności. Prawda! W strażnicy gliniana tarcica była uszkodzona, wykruszyła się też gliniana zaprawa spomiędzy desek ściany. Właśnie w celach remontu farmer wykopał koło domu dół długi na cztery metry, szeroki na trzy i wypełnił go po brzegi gliną. Natchniony chęcią do pracy pędzę ku dołowi i zatrzymuję się... jak myślicie, wobec czego lub wobec kogo?

– Wobec niedźwiedzia? – zapytał Jemmy.

– Tak, wobec niedźwiedzia, który opuścił swój górski azyl i wywędrował, aby obejrzeć świat i ludzi. Ale bynajmniej nie przypadło mi to do gustu. Łotr obejrzał mnie z taką miną, że jednym potężnym susem, którego już chyba nie potrafię powtórzyć, cofnąłem się. Drapieżnik z taką samą szybkością skoczył za mną. Z niespodzianą zręcznością pędziłem co sił. Jak indyjski tygrys doskoczyłem do drzewa i jak rakieta wspiąłem się na górę. Trudno uwierzyć, do czego zdolny jest człowiek w podobnie niesympatycznych okolicznościach.

– Jednak już przedtem był pan wygimnastykowany? – zapytał Jemmy.

– Nie bardzo, wcale nie bardzo. Ale kiedy za kimś stoi niedźwiedź, wtedy człowiek nie pyta się, czy włażenie jest pożyteczne dla zdrowia czy szkodliwe, tylko wchodzi z prawdziwą namiętnością, tak jak ja wtedy. Na nieszczęście drzewo było, jak już zaznaczyłem, zbyt gładkie. Nie zdołałem dotrzeć do gałęzi, a trzymać się pnia było niezmiernie trudno.

– O, biada! Mogło się źle skończyć. Nie miał pan broni. A co zrobił niedźwiedź?

– Coś, czego mógłby zaniechać bez wyrzutów sumienia. Mianowicie wspiął się za mną.

– Ach, w takim razie, na szczęście, nie był to grizzly!

– To mnie nie obchodziło. Wtedy niedźwiedź był dla mnie niedźwiedziem. Trzymałem się kurczowo pnia i spojrzałem w dół. Niedźwiedź podniósł się, objął pień i powoli zaczął się wspinać. Stanowiło to pewnie niezłą zabawę, bo wielce zadowolony mruczał coś pod nosem, jak kot, ale głośniej. Ja natomiast mruczałem nie tylko ustami, lecz całą osobą z ogromnego napięcia, z jakim się trzymałem. Niedźwiedź zbliżał się coraz bardziej. Nie mogłem już dłużej pozostać na swoim stanowisku. Musiałem wspiąć się wyżej. Ledwo jednak podniosłem rękę, aby położyć ją wyżej, straciłem równowagę. Chwyciłem się wprawdzie od razu za pień, ale siła przyciągania Matki-Ziemi nie wypuściła już ofiary ze swoich szponów. Mogłem sobie tylko pozwolić na krótkie, przerażone westchnienie, po czym zleciałem, niczym dwudziestocetnarowy młot, z taką siłą na niedźwiedzia, że poleciał ze mną. Runął na ziemię, a ja na niego.

Mały Sas opowiadał z taką werwą i tak interesująco, że wszyscy słuchali go z napięciem, teraz zagrzmiał wybuch śmiechu.

– Tak, śmiejcie się – mruknął. – Było mi wtedy wcale nie do śmiechu. Miałem wrażenie, że wszystkie części ciała upadły wzajemnie na siebie. Byłem tak oszołomiony upadkiem, że przez kilka sekund nie myślałem wcale o tym, że trzeba się podnieść.

– A niedźwiedź? – zapytał Jemmy.

– Leżał równie cicho pode mną, jak ja na nim. Ale po chwili wyrwał się, co mnie doprowadziło do świadomości moich obowiązków osobistych. Zerwałem się na równe nogi i czmychnąłem – a on za mną, czy ze strachu jak ja, czy też pragnąc utrzymać nawiązane ze mną stosunki – nie wiem. Właściwie chciałem dostać się do domu, ale miałem za mało czasu, gdyż bestia po prostu deptała mi po piętach. Strach przypiął mi skrzydła jaskółki, uwielokrotnił długość moich kulasów. Mknąłem jak kula karabinowa, skręciłem za róg domu i... wpadłem do dołu z gliną aż po ramiona. Zapomniałem o wszystkim, o niebie, o ziemi, o Europie i Ameryce, o mojej doczesnej wiedzy i o całej glinie. Tkwiłem jak rodzynek w cieście, gdy przy mnie rozległ się głośny, jak powiadają Amerykanie, slap. Doznałem uderzenia jakby szturchnął mnie wagon kolejowy i nad głową moją rozprysła się glina. Pokryła mi całą twarz i tylko prawe oko ocalało. Odwróciłem się i oto spoglądałem na niedźwiedzia, który przez lekkomyślność zapomniał uważać na grunt i poleciał za mną. Widać było tylko jego łeb – straszliwie zeszpecony. Oglądaliśmy się przez jakieś trzy sekundy, po czym on zwrócił się na lewo, a ja na prawo. Każdy z nas pragnął się dostać do gościnniejszego miejsca. Oczywiście niedźwiedź prędzej zdołał się wygrzebać niż ja. Bałem się, że zostanie na miejscu, aby mnie nie spuszczać z oka, ale gdy tylko się wygramolił, pomknął w tym samym kierunku, skąd przybyliśmy i znikł za krawędzią nie racząc na mnie spojrzeć. Farewell, big muddy beast!

Hobble-Frank podniósł się w trakcie opowiadania i ilustrował opowieść takimi gestami, że słuchacze zrywali boki ze śmiechu – śmiechu, jaki się chyba jeszcze nigdy tutaj nie rozlegał. Jeśli ktoś przestał się śmiać, to po chwili musiał rozpocząć od nowa, tyle było komizmu w tym opowiadaniu.

– To bardzo wesoła przygoda rzekł wreszcie Old Shatterhand. – A najlepsze to, że skończyła się dobrze dla pana i dla niedźwiedzia.

– Także dla niedźwiedzia? – odparł Hobble-Frank. – Oho! Nie skończyłem jeszcze. Gdy mój niedźwiedź znikł za krawędzią, usłyszałem huk jak gdyby przewracanego mebla. Nie zwracałem na to uwagi, starając się przede wszystkim wydostać z rowu. Kosztowało mnie to wiele trudu, gdyż glina była bardzo lepka i tylko dzięki temu się wygrzebałem, że zostawiłem buty. Przede wszystkim musiałem z gliny obmyć twarz. Poszedłem do strumyka płynącego za domem i zmyłem z siebie wszystko, co było zbyteczne dla mojego zewnętrznego człowieczeństwa. Po czym wróciłem do tropu niedźwiedzia. Lecz on wcale jeszcze nie uciekł. Siedział pod drzewem i oblizywał się smacznie.

– Z gliny? E, tam! – rzekł Jemmy potrząsając głową. – O ile znam te zwierzęta, to szukałyby przede wszystkim wody.

– Wcale nie przyszło mu to do głowy, bo był mądrzejszy od pana, Mr Jemmy. Niedźwiedź namiętnie lubi słodycze. Wspominałem już o drewnianych kadziach, w których wyparowywał sok cukrowy. Niedźwiedź był tak mało zachwycony przygodą, że pragnął tylko jak najprędzej uciec. Po drodze wpadł na jedną z nich i przewrócił ją. Zapach cukru zatarł w pamięci niedźwiedzia upadek z drzewa, dół z gliną i mnie. Zamiast stosować się do mojego farewell, położył się wygodnie pod drzewem i zaczął zlizywać słodycz z gliny. Był tak zajęty swoim ucztowaniem, że nie zauważył, jak powoli wkradłem się do domu. Teraz byłem bezpieczny i uzbrojony we flintę. Ponieważ bestia siedziała na tylnych łapach, ja natomiast mogłem długo celować, więc kula nie mogła chybić. Istotnie ugodziła niedźwiedzia w to miejsce, gdzie według zapewnień poetów tkwią wszystkie szlachetne uczucia, mianowicie wprost w serce. Niedźwiedź drgnął, podniósł się znowu, oznajmił ostatnią wolę drgawkami przednich łap i zwalił się jak kłoda. Był martwy. Z powodu swej lekkomyślności i łakomstwa przestał istnieć jako istota żywa.

 

– Hm, hm – powiedział Old Shatterhand. – Grizzly nie potrafi łazić po drzewach. Jakiej barwy był pański niedźwiedź?

– Miał czarną sierść.

– A ogon?

– Żółty.

– A więc to był szop, którego wcale nie powinien pan się bać.

– Oho! Widać było po nim, że lubi ludzkie mięso.

– Niech pan tak nie myśli! Szop chętniej żywi się owocami niż mięsem. Podejmuję się uporać z takim poczciwym zwierzakiem zupełnie bez żadnej broni. Parę silnych ciosów – a zwierzę ucieknie.

– Tak, to pan. Jak głosi pańskie imię, uderzeniem pięści zabija pan nawet człowieka. Ja natomiast jestem o wiele delikatniej zbudowany i bez broni nie odważyłbym się... stój! Co tam ucieka?

Frank podczas opowiadania podniósł się, a teraz stanął na głazie, który poprzednio leżał za nim i wypłoszył jakieś zwierzątko, które błyskawicznie pomknęło do dziupli pobliskiego pnia. Przestraszone stworzenie pobiegło tak szybko, że nikt nie był w stanie określić jego gatunku.

To drobne wydarzenie zelektryzowało Murzyna Boba. Zerwał się z miejsca, popędził do pnia i zawołał:

– Bestia, bestia tu biegać! Tu się schować w dziurze. Pan Bob wyjąć bestię z drzewa!

– Ostrożnie, ostrożnie – ostrzegł Old Shatterhand. – Nie wiesz, co to było za zwierzę.

– O, to być tylko mała bestia!

– W pewnych okolicznościach małe zwierzątko może stać się niebezpieczniejsze niż duże.

– Opos nie być niebezpieczny.

– Więc widziałeś, że to był opos?

– Tak, tak, pan Bob widzieć dokładnie oposa? Być tłusty, bardzo tłusty i dać bardzo smaczną pieczeń, o, bardzo smaczną!

Mlasnął językiem i oblizywał się, jak gdyby już miał przed sobą pieczeń.

– A ja myślę, że się mylisz. Opos nie jest tak chyży jak to zwierzątko.

– Opos bardzo, bardzo prędko odejść. Dlaczego pan Old Shatterhand nie życzyć Murzynowi Bob dobrą pieczeń? Pan Bob złapać oposa!

– No, jeśli jesteś tak pewny, to rób co ci się podoba. Ale nie zbliżaj się do nas z tą potrawą!

– Chętnie odsunąć się z potrawą. Pan Bob nikomu nie dać oposa. Jeść pieczeń sam, sam jeden. Teraz uważać! Wyciągnąć oposa z dziury!

Mówiąc to sięgnął prawą ręką.

– Nie tak, nie tak! – rzekł Old Shatterhand. – Musisz schwytać zwierzę lewą ręką, a do prawej wziąć nóż. Gdy złapiesz ofiarę, wyciągnij ją i uklęknij na niej. Wtedy nie będzie mogła się bronić, a ty ją zabijesz.

– Pięknie! To być bardzo pięknie! Pan Bob tak zrobić, bo pan Bob być wielki westman i znany myśliwy.

Zakasał lewy rękaw, ujął nóż prawą ręką i lewą sięgnął do otworu, z początku powoli i ostrożnie. Ale nagle wypuścił nóż z ręki, wydał głośny okrzyk strojąc przerażone grymasy i gestykulując prawą ręką.

– O Boże, o Boże! – lamentował na głos. – To boleć, bardzo boleć!

– Co takiego? Czy trzymasz zwierzątko?

– Czy pan Bob trzymać? Nie! Zwierzę trzymać pana Boba!

– O niedobrze! Czy wpiło się w twoją rękę?

– O tak, całe wpić się, całe!

– Wyciągnij, wyciągnij tylko!

– Nie, bo to bardzo boleć!

– Ale nie możesz zostawić tam ręki. Kiedy takie zwierzątko się wpija, to prędko nie puszcza! A więc ciągnij! A kiedy wyciągniesz, chwyć je prawą dłonią, abym mógł zadać cios pięścią.

Wyciągnął długi nóż zza pasa i podszedł do Boba. Murzyn wyciągał rękę, bardzo powoli, ze zgrzytaniem i jękami. Zwierzę nie puszczało. Bob szybko pociągnął – i wyrwał z otworu małego drapieżnika. Uchwycił szybko za tylną część ciała zwierzaka spodziewając się, że Old Shatterhand użyje noża. Lecz Shatterhand cofnął się szybko i zawołał:

– Skunks, skunks! Precz! Uciekajcie, panowie!

Skunks jest to rodzaj amerykańskich tchórzy. Długi na czterdzieści centymetrów, ssak ten posiada prawie równej długości, w dwóch warstwach owłosiony ogon i szeroki nos na szpiczastej mordzie. Ma czarną sierść z dwoma białymi jak śnieg pasmami, które biegną osobno po bokach i łączą się na grzbiecie. Żywi się jajami i małymi stworzeniami; wychodzi na łowy w nocy, a resztę czasu spędza w norach i pustych pniach.

Zwierzę to zasługuje na swą łacińską nazwę Mephitis. Pod ogonem posiada gruczoły wydzielające żółtą ciecz, która cuchnie odrażająco.

Spryskana tą cieczą odzież wydziela nieprzyjemną woń przez miesiące. Ponieważ skunks trafia strumieniem tej cieczy z dużej odległości, więc każdy, kto zna właściwości tego zwierzęcia, ucieka od niego jak najdalej. Popryskany człowiek musi na całe tygodnie pożegnać się z ludzkim towarzystwem.

Łakomy Bob zamiast wymarzonego oposa schwytał skunksa. Uczestnicy wyprawy zerwali się z miejsc i czym prędzej cofnęli.

– Odrzuć go! Szybko, szybko! – krzyczał Gruby Jemmy.

– Pan Bob nie móc odrzucić – lamentował Murzyn. – Wgryźć się w rękę i... och, ach... au... au, och! Faugh, shameless devil! Teraz opryskać pana Boba! O śmierć, o, piekło, o diable! Jak pan Bob cuchnie! Żaden człowiek nie móc wytrzymać! Pan Bob się zadusić! Precz, precz ze zwierzęciem, z tą zarazą!

Usiłował strząsnąć skunksa z ręki, ale bestyjka tak się wpiła, że nie mógł się jej pozbyć.

– Poczekać! Pan Bob już ciebie zrzucić, ty swinefell, ty stinking monkey!

Prawą pięścią wymierzył cios w głowę zwierzęcia. To wprawdzie ogłuszyło skunksa, ale zęby wpiły się jeszcze głębiej w rękę Murzyna. Rycząc nieomal z bólu, jednym ciosem zabił drapieżnika.

– Tak – zawołał. – Teraz pan Bob zwyciężyć! Och, pan Bob nie bać się żadnego niedźwiedzia ani smelling beast. Wszyscy panowie podejść i zobaczyć, jak pan Bob zabić drapieżnika!

Niestety, nikt nie chciał się zbliżyć, cuchnął bowiem tak, że mimo oddalenia musieli się trzymać za nosy.

– No, czemu nie podejść? – zapytał Murzyn. – Czemu nie uczcić zwycięstwa razem z panem Bob?

– Urwipołciu, oszalałeś chyba! – odparł Gruby Jemmy. – Nie chcemy podchodzić! Cuchniesz gorzej niż zaraza!

– Tak, pan Bob brzydko pachnieć. Pan Bob sam to czuć. O, o, kto wytrzymać ten zapach?! – krzyknął dziko wykrzywiając twarz.

– Rzuć skunksa! – zawołał Old Shatterhand. Bob próbował, ale daremnie.

– Zęby być za głęboko w ręce pana Boba. Pan Bob nie móc otworzyć paszczy zwierzęcia!

Wzdychając i jęcząc na próżno starał się oderwać martwego ssaka.

– Thunder storm! – zawołał wściekle. – Skunks nie móc wiecznie zostać na ręce pana Boba. Czy nie ma tu dobrego, miłego człowieka, który chcieć pomóc panu Bob?

Hobble-Frank ulitował się nad Murzynem. Serce nakazało mu pomóc Bobowi. Zbliżył się powoli i rzekł:

– Słuchaj, drogi Bobie, będę próbował. Wprawdzie bardzo cuchniesz, ale może moje człowieczeństwo potrafi to przetrzymać. Ale robię to pod warunkiem, że mnie nie dotkniesz.

– Pan Bob nie podejść do pana Franka! – żalił się Bob.

– No dobrze. Ale nie dotykaj także swoim odzieniem mojego, gdyż obaj będziemy cuchnęli, ja zaś wolałbym ten zaszczyt zostawić tobie.

– Niech tylko pan Frank podejść! – Pan Bob mieć się na baczności Była to prawie bohaterska decyzja. Mały Sas zbliżał się do Murzyna.

Gdyby się tylko otarł o spryskane miejsce, musiałby podzielić jego los i wyrzec się towarzystwa ludzi, lub przynajmniej pożegnać się z ubraniem.

Im bliżej się przysuwał, tym dotkliwszy był zapach, który niemal zapierał mu dech. Wytrzymał go jednak mężnie.

– No, wyciągnij rękę, stary! – rozkazał. – Nie mogę przecież podejść zbyt blisko.

Bob wykonał polecenie. Sas uchwycił jedną rękę górną, a drugą ręką dolną szczękę zwierzęcia. Wytężył wszystkie siły i wreszcie zdołał oderwać martwego skunksa, po czym cofnął się czym prędzej. Murzyn rozsiewał taki zapach, że Frank omal nie zemdlał.