Old Surehand

Tekst
Autor:
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Karol May

Old Surehand

Tom II

Warszawa 2017

Spis treści

Rozdział 1. W gospodzie pani Thick

Rozdział 2. Skarby

Rozdział 3. Korsarz

Rozdział 4. Nierozłączni przyjaciele

Rozdział 1

W gospodzie pani Thick

Jefferson City, stolica stanu Missouri, leży nad brzegiem rzeki, na uroczym wzgórzu, skąd roztacza się rozległy widok. W owych czasach miasto liczyło o wiele mniej mieszkańców aniżeli dzisiaj, ale mimo to miało pewne znaczenie, dzięki swemu położeniu i tej okoliczności, że odbywały się tu regularnie posiedzenia sądu okręgowego. W kilku większych hotelach można było za dobre pieniądze nieźle mieszkać i jadać, lecz ja wyrzekłem się tych wygód, po pierwsze dlatego, że nie lubię życia hotelowego i chętnie przebywam tam, gdzie mogę bezpośrednio obserwować ludzi, po wtóre dlatego, że znałem w tym mieście pewien zajazd, w którym za tanie pieniądze dostawało się bardzo dobre mieszkanie i utrzymanie. Była to gospoda pani Thick na Firestreet, sławna od Pięciu Jezior aż do Zatoki Meksykańskiej i od Bostonu aż do San Francisco. Jeżeli kto przejeżdżał przez Jefferson City, a chciał uchodzić za prawdziwego westmana, musiał tam wstąpić na mniejszą lub większą pijatykę i wysłuchać opowiadań obecnych w oberży myśliwców, traperów i skwaterów. Lokal pani Thick słynął z tego, że można w nim było poznać Dziki Zachód, nie udając się osobiście na dark and bloody grounds.

Wieczór już zapadł, kiedy wszedłem do tej gospody, w której nigdy przedtem nie byłem. Konia i strzelby zostawiłem w farmie, położonej nieco wyżej nad rzeką, gdzie miał na mnie czekać Winnetou. Nie lubił on mieszkać w mieście i włóczyć się po ulicach, zatrzymał się więc na tych kilka dni na wsi. Ja miałem porobić różne zakupy, a zarazem dać do naprawy mocno wysłużone ubranie. Zwłaszcza potrzebowały tego wysokie buty, które nie zakrywały już dostatecznie moich nóg i stały się tak nieposłuszne, że cholewy, choć je wciąż podciągałem, spadały stale na kostki.

Korzystając z pobytu w mieście, chciałem się czegoś dowiedzieć o Old Surehandzie, postanowiłem zatem odszukać dom bankowy „Wallace and Company”.

Jak już wspomniałem, przyszedłem do pani Thick wieczorem. W obszernej izbie, oświetlonej jasno kilku lampami, stało ze dwadzieścia stołów, z których połowę zajmowało nader mieszane towarzystwo, co od razu zauważyłem pomimo gęstego dymu. Kilku elegancko ubranych dżentelmenów w cylindrach zsuniętych na karki położyło wygodnie na stołach swe nogi obute w skórzane trzewiki. Obok nich siedziała gromada traperów i skwaterów, odzianych tak różnorodnie, że nie da się tego wprost opisać, ludzi o barwach skóry od ciemnej czerni do jasnego brązu, o włosach wełnistych, krętych lub prostych, wargach grubych lub wąskich, z nosami zadartymi jak u Murzynów lub skrojonymi na sposób bardziej europejski. Widziało się tam flisaków, robotników portowych z wysoko podciągniętymi cholewami, z błyszczącymi nożami i rewolwerami za pasem, Indian półkrwi oraz innych mieszkańców o rozmaitych odcieniach skóry.

Wśród nich uwijała się zażywna, zacna pani Thick, troszcząc się gorliwie o to, aby nikomu z gości niczego nie zabrakło. Znała wszystkich, mówiła do każdego po nazwisku, jednych obdarzała uprzejmym spojrzeniem, a groziła palcem tym, którzy okazywali widoczną ochotę do kłótni. Podeszła także do mnie i spytała, czego sobie życzę.

– Czy mogę dostać szklankę piwa, pani Thick?

Yes – odpowiedziała, skinąwszy głową – mam nawet bardzo dobre piwo. Wolę, gdy moi goście piją piwo, bo lepsze jest, zdrowsze i przyzwoitsze od wódki, która często odbiera rozum. Przybyliście z Europy, sir?

Yes.

– Domyśliłam się tego, bo żądacie piwa. Ludzie tamtejsi piją przeważnie piwo i mądrze czynią. Nie byliście jeszcze nigdy u mnie?

– Nigdy, ale dziś chciałbym skorzystać z waszej gościnności. Czy macie jakie dobre łóżko?

– Wszystkie moje łóżka są dobre! Zmierzyła mnie badawczym spojrzeniem. Twarz moja podobała jej się widocznie, bo dodała:

– Zapewne dawno już nie zmienialiście bielizny, ale dobrze wam z oczu patrzy. Czy chcecie mieszkać tanio?

– „Mieszkać tanio” oznaczało nocleg we wspólnej sypialni.

– Nie – odrzekłem. – Wolałbym dostać osobny pokój niż spać na ogólnej sali. Wprawdzie ubranie moje jest liche, ale mam czym płacić.

– Wierzę wam, sir, wierzę! Dostaniecie oddzielny pokój, a jeśli jesteście głodni, to przeczytajcie spis potraw.

Podała mi kartę i odeszła po piwo. Ta zacna osoba robiła wrażenie rozumnej, uprzejmej i skrzętnej gospodyni, która czuje się szczęśliwa, widząc dokoła siebie zadowolone twarze. Także urządzenie lokalu było bardzo przyzwoite, przypominając raczej styl europejski niż amerykański.

Wybrałem sobie miejsce przy wolnym stole, nieopodal większego, zajętego przez liczne towarzystwo. Siedziało tam kilku ludzi, w których na pierwszy rzut oka poznałem prawdziwych dżentelmenów. Byli to prawdopodobnie mieszkańcy tego miasta i stali goście pani Thick. Obok nich zabawiali się opisani przed chwilą osobnicy. Gdy mnie zobaczyli, przerwali ożywioną rozmowę i utkwili we mnie wzrok. Potem uznali mnie za niegodnego uwagi, a jeden z nich podjął przerwany temat:

– Tak jest, jak mówię: w Stanach Zjednoczonych nie było nigdy większego łotra nad Kanada Billa. Jeśli mi ktoś nie wierzy, mogę mu to zaraz udowodnić, wbijając mu kilka cali żelaza w brzuch. Czy któryś z panów żąda tego dowodu?

– Nie, wierzymy święcie, sami to przecież wiemy – odpowiedział jeden z dżentelmenów.

– Lepiej ode mnie nie możecie wiedzieć!

– Mieliście z nim może jakieś porachunki?

– Porachunki? Pshaw! Wielką, do ostatniej kartki zapisaną księgę długów! To był człowiek tak osławiony, że nawet w starym kraju pisano o nim w gazetach, jak się potem dowiedziałem, ale nikomu tak nie dopiekł jak mnie.

Opowiadający był tu widocznie po raz pierwszy, podobnie jak ja, bo gdy wyrzekł ostatnie słowa, obecni zaczęli mu się badawczo przypatrywać. Był to wysoki i chudy mężczyzna, odziany w bluzę ze skóry bawolej, tak wysłużoną, że składała się tylko z łat i plam. Legginy miał za krótkie, mokasyny naprawione wielu ściegami ze skręconej kiszki jeleniej, a na głowie nosił czapkę, niegdyś może futrzaną, ale dzisiaj tak już wytartą, że wyglądała jak przewrócony żołądek niedźwiedzi. Za pasem, obwieszonym różnorodnymi przedmiotami, tkwiły między innymi rewolwery, nóż i tomahawk. Lasso, zwinięte w pętlę, przechodziło spod lewej pachy na prawe ramię. Obok niego stała prastara rusznica, pokryta od kolby aż do końca lufy karbami i wcięciami, niezrozumiałymi dla obecnych.

– To interesujące, sir – rzekł jeden z dżentelmenów. Czy można wiedzieć, w jaki sposób ten człowiek was skrzywdził?

– Hm! Najlepiej by było nie poruszać tych krwawych historii, ale skoro już zacząłem o tym mówić, to posłuchajcie. Wiadomo wam, panowie, że Stany to osobliwy kraj. Trzy razy spotkałem się z tym łajdakiem, a za każdym razem był przy tym obecny najsławniejszy z naszych wielkich ludzi.

– Kto?

– Lincoln, Abraham Lincoln, sir!

– Lincoln i Kanada Bill? Opowiedzcie o tym. To niezwykle ciekawe!

– Tak, chcielibyśmy coś o tym usłyszeć! – wołano dokoła. – A jak się nazywacie?

– Nazwisko moje jest krótkie i łatwe do zapamiętania może nawet słyszeliście je kiedy. Jestem Tim Kroner.

– Tim Kroner? Do pioruna! Tim Kroner z Kolorado? Witajcie, sir! Jesteście najlepszym myśliwym na świecie. Pijcie, pijcie, prosimy!

Wszyscy goście podsunęli ku niemu bliżej, lecz on powstrzymał ich ruchem ręki.

– A więc mnie znacie? Tak, jestem z Kolorado – odrzekł spokojnie, popijając z każdej szklanki. A potem, usiadłszy wygodniej, zaczął: – Pochodzę właściwie z Kentucky. Gdy byłem jeszcze chłopcem, przybyłem do Arkansas, aby się przekonać, czy to rzeczywiście taki wspaniały kraj, jak nam opowiadano. Mówiąc: nam, mam na myśli siebie, moich rodziców i sąsiada, Freda Halla z córkami Betty i Mary. Ta rodzina przyjechała przed kilku laty z Europy i niech mnie skąpią w smole, a potem obsypią pierzem, jeśli w całych Stanach znalazłyby się ładniejsze i lepsze dziewczęta od tamtych dwu panienek. Wychowywaliśmy się razem, a pewnego dnia doszedłem do przekonania, że Mary jest jakby stworzona na moją żonę. Domyślacie się, że nie ukrywałem swoich zamiarów, lecz nie rozgłaszałem ich na cały świat... no i wszystko dobrze się ułożyło. Mary ani przez głowę nie przeszło, aby mi odmówić. Rodzice naradzili się także i zaczęli przygotowania do ślubu. Żyłem wtedy jak w niebie, moi panowie. Każdemu życzę żeby przeżył takie dni. Oby tylko dłużej trwały niż moje.

Któregoś dnia poszedłem do lasu, aby wybrać trochę drzew do ścięcia. Nagle spomiędzy jodeł wyjechał konno jakiś człowiek i zatrzymał się obok mnie.

– Dzień dobry, chłopcze! Czy jest tu gdzie jakaś farma? – zapytał.

– Nawet dwie i każdy w nich znajdzie schronienie – odpowiedziałem.

– Gdzie jest najbliższa?

– Chodźcie, zaprowadzę was!

– To zbyteczne. Jesteś zajęty, a mnie wystarczy, gdy wskażesz mi kierunek. Spodziewam się, że nie zabłądzę.

– Skończyłem już swoją robotę. Mogę z wami pójść. Był to człowiek zupełnie młody, starszy może o dwa lub trzy lata ode mnie. Miał prawie nowe, myśliwskie ubranie z jeleniej skóry, znakomitą broń i konia tak rześkiego, jakby go przed chwilą wyprowadził ze stajni. Pomyślałem, że jeździec nie zaznał wielkich trudów, bo ani on, ani koń nie byliby wyglądali tak świeżo. Nie pytałem go o nazwisko ani o inne sprawy, gdyż byłoby to wykroczeniem przeciw gościnności. Szedłem w milczeniu obok jego konia, dopóki sam nie rozpoczął rozmowy.

 

– Jak daleko od was do najbliższego sąsiada, chłopcze? – zapytał.

– Jeden mieszka w stronę gór, o pięć mil od nas, a drugi za rzeką, o osiem mil.

– Czy długo tu już jesteście?

– Nie. Uprawiamy dopiero pierwsze pole.

– A jak się nazywasz, chłopcze?

Dziwiło mnie, że mówi do mnie „chłopcze”. Już dawno przestałem nosić krótkie spodenki! Zniecierpliwiony, odpowiedziałem chłodno:

– Kroner.

– Kroner? To ładnie. Ja nazywam się William Jones i pochodzę z Kanady. Kto jest właścicielem drugiej farmy, o której mówiłeś?

– Niejaki Fred Hammer.

– Czy ma synów?

– Dwie córki.

– A ładne?

– Nie wiem, chłopcze. Sam się im przypatrz!

Rozgniewało go, że tak się do niego zwróciłem. Zamilkł i nie odezwał się już, dopóki nie dojechaliśmy do wrót farmy.

– Kogo sprowadzasz, Timie? – zapytał ojciec, który stał na dziedzińcu i karmił indyki.

– Nie wiem właściwie. Jakiś master William Jones z Kanady.

– Doskonale, sir! Zsiądźcie z konia i wejdźcie! Ojciec zaprowadził przybysza do izby, a mnie kazał zająć się jego wierzchowcem. Gdy się z tym uporałem i udałem się za nimi, obcy stał przy Mary, która przyszła do nas właśnie w odwiedziny. Uszczypnął ją w policzek, mówiąc:

– Do licha! Milutka panienka!

Dziewczyna pokraśniała na tę obelgę, ale wnet znalazła właściwą odpowiedź:

– Czy nie wypiliście za dużo whisky, sir?

– Chyba nie, bo na preriach nie ma się czym pokrzepić.

Chciał ją objąć ramieniem, lecz dziewczyna pchnęła go tak, że zatoczył się i omal nie przewrócił krzesła, na którym próbował się oprzeć.

– Do pioruna! A to rezolutna dziewczyna! Ale może potem okaże się łagodniejsza i bardziej przystępna!

– Ta pani to moja narzeczona – powiedziałem. – Kto jej dotknie, może łatwo dostać nożem w brzuch. Prawo gościny jest święte, a kto przeciw niemu wykracza, z tym należy się odpowiednio porachować.

– Do stu piorunów! Umiesz dobrze przemawiać, chłopcze. A więc masz już narzeczoną? Well, w takim razie ustępuję.

Powiesił rusznicę na ścianie i rozgościł się, jak gdyby należał do rodziny. Nie podobał się ani mnie, ani ojcu, a matka także nie siliła się na uprzejmość. To zimne przyjęcie widocznie nie martwiło go wcale, bo zachowywał się tak, jak gdyby nic nie miał na sumieniu, a kiedy wieczorem przyszedł Fred Hammer z Betty, rozpuścił język i opowiadał o przygodach, które jakoby przeżył na preriach.

Mogłem się założyć o dziesięć wiązek skór bobrowych przeciw jednej króliczej, że ten człowiek nie dotknął nogą sawanny – odzież jego była na to zbyt czysta. Daliśmy mu to do poznania, a on, aby wybrnąć z kłopotu i zmienić temat, sięgnął do kieszeni i wydobył talię kart.

– Czy grywacie, panowie? – zapytał.

– Czasami! – odrzekł ojciec. – Nasz sąsiad Fred zna fajną grę, zwaną skat. Nauczyliśmy się jej od niego i czasem spędzamy przy kartach długie wieczory, jeśli nic lepszego nie mamy do roboty.

– Czy słyszeliście może o grze, którą w starym kraju nazywają „koniczynką”, Mr Hammer? – spytał Jones. – Tu nazywa się ona „grą w trzy karty” i jest bez wątpienia najpiękniejszą ze wszystkich gier. Widziałem ją wprawdzie tylko raz i nie mam w niej wprawy, ale spróbuję ją wam pokazać.

Gra podobała nam się bardzo i niebawem pochłonęła nas wszystkich. Nawet kobiety odważyły się postawić po kilka centów. Zdawało się rzeczywiście, że Jones nie najlepiej gra, bo my wygrywaliśmy, a on sięgał nawet do zapasu złotych monet, których miał mnóstwo. To dodało nam odwagi, zaczęliśmy stawiać więcej, ale wtedy szczęście odwróciło się – straciliśmy dotychczasową wygraną i musieliśmy wyłożyć własne pieniądze. Kobiety przestały grać już dawno, a ja wycofałem się także. Ale ojciec i Fred Hammer chcieli się odegrać i stawiali coraz większe sumy, mimo moich napomnień, żeby byli ostrożni.

Nagle spostrzegłem osobliwy ruch Jonesa. Pochwyciłem go za rękę i wyciągnąłem mu z rękawa zapasową kartę. Okazało się, że był to oszust grający czterema kartami. Zerwał się z miejsca i krzyknął z gniewem:

– Co cię obchodzi moja karta?!

– Tyle, co nas nasze pieniądze! – odparł ojciec i zgarnął natychmiast całą wygraną leżącą przed Jonesem.

– Proszę oddać dolary! One do mnie należą, a kto ich dotknie, jest złodziejem!

– Przepraszam, sir! Kto oszukuje w grze, ten musi zwrócić wszystko, co zabrał. Idźcie teraz spać, a jutro rano ruszajcie stąd na cztery wiatry! Prawa gościnności nie pozwalają mi, niestety, abym wam pokazał pewną inną zajmującą grę.

– Ja miałbym być waszym gościem? Ani chwili dłużej tu nie zostanę! Opuszczę wasz dom, skoro tylko otrzymam z powrotem pieniądze!

Well! Nie zatrzymuję was. Idźcie sobie, skądeście przyszli. Nie wrócicie na prerię, to pewne. Oddamy wam wasze pieniądze, ale z naszych ani jednego centa. Timie, przyprowadź mu konia przed wrota!

– Do diabła! Tak rzecz załatwiacie? To poznacie Kanada Billa!

Chwycił za nóż, ale jednocześnie podniósł się Fred Hammer i położył mu swą ciężką rękę na ramieniu. Był to olbrzym, zazwyczaj milczący, ale ilekroć wymówił słowo, wiedziało się, że nie ma z nim żartów.

– Odłóżcie tę zabawkę, człowieku, bo zgniotę was między palcami jak robaka – powiedział surowo. – Zabierzcie sobie to, co jest waszą własnością, wynoście się i nie pokazujcie nam więcej na oczy! Jesteśmy uczciwymi ludźmi i potrafimy sobie radzić z ludźmi waszego pokroju.

Jones zrozumiał, że to nie żarty i że źle na tym wyjdzie, jeśli nie ustąpi.

– Dobrze – rzekł ze złością – oddajcie mi, co moje, ale zapamiętajcie sobie dobrze grę w trzy karty. Jeszcze mi kiedyś zwrócicie moją wygraną!

– Podarujcie sobie te groźby. Wyliczcie mu pieniądze, sąsiedzie, a potem niech się wynosi!

Otrzymawszy, co mu się należało, Jones odszedł. Pod drzwiami odwrócił się raz jeszcze i rzekł:

– Zapamiętajcie sobie dobrze! Przyjdę po swoje pieniądze, a przy sposobności pomówię jeszcze z tą piękną miss! Jaka szkoda, że nie poczęstowaliśmy go wtedy kulą! W jakiś czas potem udałem się do Little Rock, by zakupić różne rzeczy na wesele. Pilno mi było z powrotem, toteż jechałem nawet nocą i nad ranem przybyłem do farmy.

Znalazłem ją zamkniętą i nigdzie nie zauważyłem żywego ducha. Zaniepokojony, pośpieszyłem do Freda Hammera, ale i tam zastałem to samo. Ogarnęło mnie okropne przerażenie i bodąc konia ostrogami, popędziłem do sąsiada Holborna, który, jak to powiedziałem Jonesowi, mieszkał o pięć mil od nas. Drogę tę odbyłem wtedy w niespełna godzinę. Gdy zeskoczyłem z konia we wrotach, wybiegły mi naprzeciw matka i Betty.

– Na miłość Boga, wy płaczecie! Co się tu stało? – spytałem.

Wśród lamentu i szlochania opowiedziały mi wszystko. Betty zrywała z ojcem kukurydzę, zostawiwszy Mary samą na farmie. Pole leżało dość daleko od domu, ale mimo to wydało im się, że słyszą stłumiony okrzyk. Przybiegłszy czym prędzej, zobaczyli oddział jeźdźców uciekających co tchu. Jeden z nich trzymał przerzuconą w poprzek siodła, skrępowaną dziewczynę. Wszystko było jasne. Rozbójnicy wpadli w biały dzień i uprowadzili moją narzeczoną. Dom przewrócili do góry nogami. Pieniądze, odzież, broń i amunicja – wszystko znikło, a konie wypędzono z zagrody, aby uniemożliwić natychmiastowy pościg.

Fred Hammer pobiegł do mego ojca, lecz tu także nie było koni. Złowiwszy dwa z wielkim trudem, uzbroili się, a matka i Betty odprowadziły cały inwentarz do Holborna, który również chwycił swoją rusznicę, po czym wszyscy trzej pognali natychmiast za bandytami, zostawiwszy polecenie, abym po powrocie ruszył za nimi.

– W którą stronę pojechali? – zapytałem matkę.

– W górę rzeki. Zostawią ci wyraźne znaki, żebyś się z nimi nie rozminął.

Wziąwszy świeżego konia, popędziłem we wskazanym kierunku. Nieraz opowiadano nam o bandzie opryszków grasujących w środkowym Arkansas, my jednak nie obawialiśmy się ich, gdyż nie pokazywali się nigdy w pobliżu. Czyżby Kanada Bill wezwał ich na pomoc? Opanowała mnie taka zawziętość, że byłbym rzucił się na nich, gdyby banda liczyła nawet stu ludzi.

Bez trudu odnajdywałem umówione znaki. Od czasu do czasu wskazywały mi drogę obłamane gałązki i nacięcia na korze drzew, mogłem więc bez zatrzymania się dążyć naprzód. Tak jechałem aż do wieczora i dopiero ciemność zmusiła mnie do postoju. Wbiłem kołek w ziemię, przywiązałem konia i owinąłem się kocem. Korony drzew szumiały nade mną, a w moim sercu huczała burza – nie mogłem usnąć. O świcie ruszyłem dalej i przed południem stanąłem na miejscu, gdzie ojciec obozował z sąsiadami. Popiół ogniska był wilgotny od rosy, co było dowodem, że oni także wyruszyli wczesnym rankiem.

Tak gnałem aż do ujścia Canadianu. Las był tu gęściejszy, a znaki coraz wyraźniejsze i świeższe. Mój poczciwy koń nie okazywał znużenia pomimo szaleńczej jazdy.

Wtem doszedł mnie silny, głęboki, męski głos. Gdzieś w lesie jakiś człowiek głośno przemawiał. Pomyślałem, że to jakiś biały tak nieostrożnie się zachowuje. Zawróciłem konia w tę stronę i jak myślicie, co ujrzałem?

Na pniu ściętego drzewa, w samym środku małej polany, stał człowiek wywijający rękami i przemawiający do drzew leśnych tak pięknie, że czegoś lepszego nie usłyszelibyście na żadnym mityngu. W innych okolicznościach byłby mnie może porwał śmiech pusty na widok szaleńca wygłaszającego kazanie do moskitów i chrabąszczy, ale ten człowiek miał głos tak niezwykły, a wyrażał się tak osobliwie, że nie miałem ochoty do śmiechu.

Już z daleka mogłem zobaczyć jego twarz. Był to wysoki mężczyzna, silny i żylasty, prawdziwy Jankes z wystającym nosem, z niebieskimi oczyma pełnymi szczerości, z szerokimi ustami i mocno rozwiniętą dolną szczęką.

Pod pniem leżała olbrzymia siekiera, porządna rusznica i kilka innych rzeczy niezbędnych w tych stronach. Zdawało się, że ten człowiek ćwiczy się w przemawianiu. Wyglądał na kogoś zdolnego przebić się przez życie, walcząc i pracując, i osiągnąć najwyższe stanowiska.

Słyszałem każde jego słowo. Mówił zaś tak:

– Sądzicie, że niewolnictwo jest rzeczą świętą i konieczna, której nie można zlikwidować ani przemocą, ani argumentami? Czyli ucisk człowieka, pogarda i dręczenie całej rasy mogą być rzeczą świętą? Czy jest to konieczne, żeby siły ludzkie pętać prawem własności? Czyż za wynagrodzenie ręce człowieka nie pracowałyby o wiele lepiej i wierniej? Nie chcecie ani słuchać dowodów, ani poddać się konieczności? Dobrze, ja wam mimo to wyłuszczę moje argumenty, a choć wy ich nie uznacie, podniesie się przecież nieodparta siła i złamie ten kij, którym okładacie Murzyna, wyrwie z serca zachłanność i zmiażdży, zniszczy wszystko, co by się odważyło stanąć jej na drodze. Ja wam powiadam, że przyjdzie czas, kiedy...

Przerwał na mój widok, zeskoczył z pnia, podniósł strzelbę, wymierzył z niej i zawołał:

– Stójcie, ani kroku dalej! Kim jesteście?

Pshaw! – odpowiedziałem. – Odłóżcie spokojnie tę pukawkę! Nie mam ochoty ani was pożreć, ani dostać w brzuch okrągłym kawałkiem ołowiu!

Nieznajomy przyjrzał mi się bacznie i przekonany zapewne o moich pokojowych zamiarach, opuścił strzelbę i skinąwszy głową, rzekł:

Well! Chodźcie tu i powiedzcie, kim jesteście!

– Nazywam się Tim Kroner. Od wczoraj pędzę w górę rzeki, ścigając bandę rabusiów, którzy porwali mi narzeczoną.

– A moje nazwisko jest Lincoln, Abraham Lincoln. Przybywam z gór i tutaj chcę sobie zbudować tratwę, żeby spławiać drzewo na południe. Dopiero od godziny jestem tutaj. Bandyci porwali wam narzeczoną, powiadacie? Ilu ich mogło być?

– Dziesięciu do dwunastu.

– Na koniach?

– Tak.

– Ba! Niedawno widziałem trop tylu właśnie koni. Potem znalazłem drugi ślad, liczący z tuzin nowych kopyt.

– To mój ojciec z dwoma sąsiadami, którzy przede mną wyruszyli w pogoń.

– To się zgadza. Jest was zatem czterech przeciwko dwunastu. Czy przydałyby się wam i moje ręce?

– Owszem. Jeśli tylko zechcecie je ofiarować!

– Dobrze! Chodźcie!

 

Zabrawszy swoje rzeczy, przewiesił strzelbę przez jedno ramię, a topór zarzucił na drugie i ruszył przodem, jak gdyby się to samo przez się rozumiało, że mam za nim podążyć.

– Dokąd idziemy, sir? – spytałem, widząc, że poszedł w kierunku przecinającym pod kątem moją drogę.

– Za tymi ludźmi. Nieco dalej rozbójnicy zawrócili na północ, oddalając się od rzeki, a my skrócimy sobie drogę, czyniąc to samo.

Mówił tak stanowczo, że nawet nie próbowałem protestować. Puściłem go przodem, a sam jechałem tuż za nim. Lincoln miał krok długi i sprężysty. Gdybym nie siedział na koniu, byłbym musiał dobrze się wysilać, by za nim nadążyć. Wreszcie mój przewodnik zatrzymał się i wskazał na ziemię.

– Tu jest znowu trop. Dwa, sześć, dwanaście, piętnaście koni! Przechodząc tędy przedtem, widziałem ślady tylko dwunastu. To dowód, że i wasi tędy przejechali, i to zaledwie przed kwadransem, bo źdźbła trawy nie podniosły się jeszcze. Popędźcie trochę konia, żebyśmy ich czym prędzej doścignęli!

Lincoln pośpieszył naprzód tak potężnymi krokami, że musiałem konia puścić kłusem, aby nie zostać w tyle.

Las dawno się skończył, otaczały nas teraz niskie zarośla. Po chwili wydostaliśmy się na polanę, która wchodziła w las. W oddali zauważyliśmy znowu pas starych drzew, ku którym podążyli trzej jeźdźcy, sposobem indiańskim jeden za drugim. Słońce znikło i zmrok zaczął zapadać, lecz mimo to rozpoznaliśmy ich dokładnie.

Lincoln podniósł rękę.

– Oto oni! Naprzód!

Rzucił się w długich podskokach, przenosząc punkt ciężkości z jednej nogi na drugą. Jest to najlepszy sposób, aby nie zmęczyć się przy długich biegach. Wkrótce odległość między nami a jeźdźcami zmniejszyła się na tyle, że zauważyli nas i przystanęli, a po chwili byliśmy już przy nich.

– Nareszcie, Timie! – zawołał mój ojciec. – Kim jest ten człowiek?

– To Mr Abraham Lincoln, którego spotkałem nad rzeką. Chce nam dopomóc. Teraz nie opowiadajcie mi nic. Wiem już o wszystkim. Śpieszmy, żeby jak najprędzej dopędzić zbójców!

– Są już niedaleko i z pewnością rozbiją obóz w lesie. Jedźmy, bo kiedy się ściemni, stracimy z oczu ich ślady!

Ruszyliśmy dalej w milczeniu, wydobywszy przedtem noże i wziąwszy strzelby do rąk. Pod lasem, koło pierwszych drzew, Lincoln schylił się, aby zbadać trop. Po chwili rzekł:

– Trzeba zbadać jeszcze raz, jak sprawa stoi, bo w ciemnym lesie nie da się rozpoznać śladów. Te odciski kopyt są najgłębsze; widocznie koń dźwigał większy ciężar niż inne, a zatem niesie zapewne jeźdźca i dziewczynę. Widzicie, że kuleje? Lewa tylna noga stąpa tylko przodem kopyta. Będzie musiał dobrze wypocząć.

Well, sir, macie rację – przyznał ojciec. – Prędzej, naprzód!

– Czekajcie! Możecie popełnić wielki błąd. Wyobrażam sobie, że bandyci są od nas nie dalej niż kwadrans drogi i rozłożyli się już pewnie obozem. Czy chcecie, aby konie nas zdradziły, co zniweczy cały nasz plan?

– To prawda. Musimy zostawić konie! Ale gdzie?

– Po drugiej stronie w gęstwinie dzikich czereśni. Tam spętane konie nie uciekną nam z pewnością.

Postąpiliśmy według rady Lincolna i dalej ruszyliśmy pieszo. Mój nowy znajomy szedł przodem, a my z konieczności musieliśmy go uznać za przewodnika. Domysł jego okazał się słuszny, gdyż po krótkim czasie poczuliśmy woń ogniska i ujrzeliśmy jasną smugę dymu unoszącą się w górę pomiędzy konarami drzew.

Teraz należało posuwać się bez szmeru. Szukając osłony za każdym drzewem i przeskakując błyskawicznie od jednego do drugiego, skradaliśmy się coraz bliżej, aż wreszcie zobaczyliśmy ognisko i jedenastu ludzi siedzących wokół niego. Między nimi była też Mary, blada jak trup, z głową zwieszoną ku ziemi.

Nie mogłem znieść tego widoku i nie pytając innych o zdanie, podniosłem strzelbę.

– Stać! – upomniał mnie Lincoln. – Jednego z nich brakuje...

Ale w tej chwili huknął mój strzał. Człowiek, do którego wymierzyłem, dostał kulę w sam środek czoła. Jednocześnie pozostali zerwali się na nogi i chwycili za broń.

– Ognia i na nich! – rozkazał Lincoln.

Do mnie nie odnosił się już ten okrzyk, gdyż odrzuciwszy strzelbę, przyskoczyłem do Mary i ukląkłem przy niej, by poprzecinać rzemienie ściskające jej ręce.

– Timie, czy to możliwe?! – zawołała i uszczęśliwiona objęła mnie uwolnionymi rękoma tak silnie, że się prawie poruszyć nie mogłem.

– Puść, Mary, jeszcze nie wszystko skończone! – poprosiłem narzeczoną i dobywszy noża, przyłączyłem się do walczących.

Tuż przede mną Lincoln uderzył zbója toporem w głowę. Drab runął bez jęku. Był to ostatni z jedenastu. Z obu stron wystrzelono tylko raz i chwycono zaraz za białą broń.

– Timie, na miłość Boga! – zawołała w tej chwili Mary i wskazawszy na drzewo, przyskoczyła do mnie.

Spojrzałem w ową stronę i zobaczyłem wylot lufy wymierzonej wprost na nas. Strzelec stał ukryty za drzewem.

– To za „trzy karty”! – zawołał.

Zanim zdołałem się poruszyć, błysnęło coś, szarpnęło mi ramieniem, a Mary krzyknęła i osunęła się na ziemię. Kula przebiła mi ramię i ugodziła ją w serce.

– Chwytać go! – krzyknął ktoś obok mnie.

Był to ojciec. Podniósłszy rusznicę kolbą do góry, rzucił się w stronę drzewa, a ja za nim. Wtem błysnęło z drugiej lufy, jakaś postać, której poznać nie mogłem, pobiegła w las, a ojciec padł pod moje nogi z przestrzeloną piersią. Oszalały z wściekłości puściłem się w pogoń za uciekającym. Po kilku skokach dotarłem do miejsca, gdzie bandyci uwiązali konie. Lecz zwierząt już tu nie było, tylko końce poprzecinanych lass wisiały na kołkach wbitych w ziemię. Zrozumiałem, że nie dopędzę już tego człowieka: zdążył dosiąść konia!

Wróciwszy na pobojowisko, zastałem oba trupy ułożone obok siebie, a Lincolna zajętego ich badaniem.

– Już po wszystkim – rzekł. – Nie ma w nich ani iskierki życia!

Nie mogłem słowa z siebie wydobyć, podobnie jak i Fred Hammer. Są cierpienia, które zwęglają serce, a z ust nie wychodzi ani jedna skarga. Lincoln podniósł się z ziemi i rzekł do mnie gniewnie:

– Byłoby do tego nie doszło, gdybyście zaczekali ze strzałem na odpowiednią chwilę. Odrobina prochu i mała kula kosztowały was życie narzeczonej i ojca. Należało otoczyć zbójców i wypalić na dany znak ze wszystkich strzelb. Bylibyśmy od razu ich sprzątnęli, zanim by zdołali pomyśleć o oporze. A ostatniego łotra na pewno byśmy schwytali podczas obchodzenia obozu, nie miałby więc w ogóle sposobności do strzału!

To była stosowna nauczka, dana w stosownej chwili, moi panowie. Ani tej nauczki, ani tej chwili nigdy nie zapomnę. Możecie mi wierzyć!

Opowiadający westchnął głęboko, przerwał opowiadanie i przesunął dłonią po twarzy. Potem dopił resztkę ze szklanki i ciągnął dalej:

– Gdy zwierzę skrada się przez sawannę albo przez krzaki, to najmniejsze i najlżejsze kopyto zostawia ślady, za którymi podążyć może myśliwiec. Wszyscy to wiecie, panowie. A kiedy dni, miesiące i lata jak burza przelecą nad człowiekiem albo powoli, skrycie i podstępnie przejdą przez jego życie, pozostawiają ślady na twarzy i ślady w sercu. Wystarczy pójść za tymi śladami, aby odnaleźć zdarzenia, które zrobiły człowieka tym, czym jest.

Chciałem być pracowitym farmerem, ale moje życie potoczyło się inaczej. Mary nie żyła, ojciec nie żył, a matka tak bardzo cierpiała, że niebawem zaczęła chorować i wreszcie odeszła na zawsze. Nie mogłem wytrzymać tam, gdzie byłem dawniej tak szczęśliwy, sprzedałem farmę Fredowi Hammerowi, zarzuciłem strzelbę na ramię i udałem się na Zachód, tydzień przed weselem Betty Hammer, która wyszła za Mulata, bardzo przystojnego i zacnego chłopca.

Na dark and bloody grounds wrzało wówczas ruchliwe życie. Czerwonoskórzy zapuszczali się wprawdzie w głąb kraju i trzeba było mieć stale oczy otwarte, jeśli się nie chciało położyć spać wieczorem, a rano obudzić bez skalpu w Wiecznych Ostępach. Można było sobie jednak jakoś z tym dać radę, bo czterech, a choćby i pięciu Indian nietrudno utrzymać w przyzwoitej odległości od siebie. Ale obok czerwonoskórych uwijało się tam wtedy mnóstwo białej hołoty różnego rodzaju, którą na Wschodzie nazywają trampami – włóczęgami. Obawiano ich się bardziej aniżeli wszystkich Indian od Missisipi aż do Oceanu Wielkiego.

O jednym takim łobuzie szczególnie wiele mówiono, twierdząc, że sława tego zuchwalca sięga aż na kontynent europejski. Zgadujecie chyba, że mam na myśli Kanada Billa. Przybył on najpierw do Kanady i handlował końmi, dopóki się nie przekonał, że kartami można o wiele więcej zarobić. Oddał się grze w trzy karty i uszczęśliwiał swoją sztuką najpierw kolonie brytyjskie, dopóki nie doszedł do takiego mistrzostwa, że mógł wyruszyć przez granicę do przebiegłych Jankesów. Początkowo grasował na Północy i Wschodzie, wypróżniał sakiewki najsprytniejszych dżentelmenów do ostatniego centa, po czym udał się na Zachód, gdzie oprócz gry w karty miał jeszcze inne zajęcia. Byłby na tej drodze szybko dorobił się stryczka, gdyby nie był na tyle zręczny, że nigdy nie można mu było dowieść winy. Ze mną postąpił tak samo. Wiedziałem, kto był mordercą Mary i ojca, mogłem na to przysiąc, nie widziałem jednak, że to on strzelał. Dlatego nie można go było oddać pod sąd. Ale nie darowałem mu. Możecie mi wierzyć, że dobra strzelba to najlepszy trybunał. Czekałem tylko, aby się nasze drogi spotkały. Od dawna nie byłem żółtodziobem w swoim zawodzie, miałem mocne pięści, bystre oczy, zdrowe ciało, za sobą kilka lat pełnych trudów i doświadczeń.