Trzeźwa furiaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trzeźwa furia
Trzeźwa furia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 14,98  11,98 
Trzeźwa furia
Trzeźwa furia
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
9,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

K. S. Rutkowski

Trzeźwa furia

Saga

Trzeźwa furiaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2017, 2020 K. S. Rutkowski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726626926

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

TRZEŹWA FURIA

Michał bawił się właśnie z kolegami na podwórku, gdy zobaczył, że ojciec wraca z pracy. Ujrzał go już z daleka, więc miał czas się schować. Ukrył się za krzakami i chyłkiem obserwował, jak stary człapie do domu. Nie szedł całą szerokością ulicy, więc najwyraźniej był trzeźwy. Chłopak przekonał się o tym, kiedy ojciec przeszedł tylko kilka metrów od jego kryjówki. To nie była dobra wiadomość.

Poczekał, aż rodzic wejdzie do budynku, i dopiero wtedy wyszedł z ukrycia. Jak nic w domu szykowała się awantura. Skoro wrócił trzeźwy, znaczy, że nie miał się z kim lub za co napić i musiał być nieźle wkurzony. Michał podbiegł do kolegów grających w kapsle przy trzepaku – byli w różnym wieku, jak on umorusani, w dziurawych trampkach, ale szczęśliwi. Dzieciaków nie interesowała polityka. I całe szczęście. Komuniści jeszcze rządzili w najlepsze, sklepy święciły pustkami, a dwa kanały państwowej telewizji były nudne jak flaki z olejem. Kraj tonął w szarej beznadziei. Jednak podwórka zawsze były fajnymi, kolorowymi miejscami, gdzie ciągle coś się działo i z których nigdy żadne dziecko nie chciało wracać do domu.

– Chłopaki, mój stary już przylazł z roboty – poinformował kolegów.

– Zachlany czy trzeźwy? – zapytał Maciek. Był tutaj hersztem. Największy, najsilniejszy, najbardziej odważny. Nawet w kapsle ciągle wygrywał. Właśnie to jego kapsel z napisem USA, zrobionym po wewnętrznej stronie czarnym flamastrem, prowadził teraz w wyścigu. Inne zachodnie kraje zostały daleko w tyle. Zupełnie jak w życiu. Napędzane pstryknięciami dziecięcych palców, gnały po torze uformowanym w piasku, goniąc Amerykanina i raczej nie miały już szans na zwycięstwo.

– Trzeźwy – odparł ponuro Michał.

Chłopcy przestali toczyć kapslowy wyścig i wszyscy spojrzeli na kumpla ze szczerym współczuciem. Znali jego sytuację w domu jak rodzeni bracia. Wiedzieli na przykład, że kiedy jego stary wracał trzeźwy, następnego dnia ich kumpel miał zwykle na ciele o kilka siniaków więcej niż te, które zafundował sobie w czasie zabawy. Wiedzieli też, że gdy ojciec Michała przychodził pijany, nie było sympatyczniejszego i weselszego gościa na ulicy. Taki paradoks. W ich domach przeważnie było odwrotnie…

– Boisz się? – pytał dalej Maciek.

– Trochę – odpowiedział Michał. – Trzy dni temu też przyszedł trzeźwy i jeszcze do tej pory boli mnie dupa. Kiedyś, gdy używał paska, było znośniej.

– Wyrzuć mu ten jebany kabel – podsunął Miecio. Był najmłodszy, lecz najbardziej zadziorny.

– Już raz to zrobiłem. Wtedy spuścił mi wpierdol z dokładką za to, że nie mógł go znaleźć. Następnego dnia skombinował sobie nowy.

– Twój stary to kawał chuja – skwitował Marek. Miał jedną nogę nieco krótszą od drugiej i dlatego wszyscy wołali na niego „Kulas”. – Myślałem że mój jest draniem, bo czasem da mi w ucho, ale do twojego się nie umywa.

– Ehe… Nawet Hitler przy tym kutasie to spoko gostek – potwierdził Miecio. – A może powinniśmy się zaczaić na sukinsyna i spuścić mu coś na łeb z okna? Najlepiej lodówkę.

Michał uśmiechnął się. Pomysł bardzo mu się spodobał. Szkoda, że był nierealny.

– Może dziś nie będzie tak źle? – pocieszał się.

– Pieprzysz – stwierdził Maciek. –Sam mówisz, że wrócił trzeźwy jak ksiądz. Zaraz więc coś go wkurwi i spuści ci łomot. Twoją matkę już pewnie leje.

Na samą myśl, że ojciec mógł ją właśnie bić, Michała zakuło serce. Zapragnął natychmiast sprawdzić, czy obawy nie były słuszne. Zapewne były. Skinął kumplom na pożegnanie i pognał do domu. Błyskawicznie wspiął się po schodach i przystanął przy drzwiach. Przyłożył ucho do obłażącego z farby drewna. W mieszkaniu panowała cisza. Nic nie świadczyło o tym, że działo się w nim coś złego. Może jednak stary był pijany i to tak, że od razu położył się spać? Chłopak przypomniał sobie, jak kilkanaście minut temu ojciec szedł ulicą, przeanalizował jego równy krok i pożegnał się z tą myślą. Na pewno był dziś trzeźwy niczym abstynent. Spokój w mieszkaniu musiał być więc tylko ciszą przed burzą. Nacisnął klamkę i najdelikatniej, jak umiał, otworzył zniszczone drzwi. Przynajmniej zawiasy wciąż były dobrze naoliwione, bo nie skrzypnęły. Wślizgnął się do środka i cichutko przemknął do pokoju.

Matka siedziała w fotelu przy oknie i robiła na drutach. Szybkie ruchy dłoni świadczyły o tym, że jest zdenerwowana. Michał potrafił to rozpoznać. Gdy była spokojna, szaliki i swetry rodziły się z kłębków wełny powoli i leniwie. Spostrzegła syna. Uśmiechnęła się, ale nie z radości, tylko aby dodać mu otuchy.

– Tata naprawia zlew. Zapchał się – oznajmiła bardzo cicho.

Skinął głową na znak, że zrozumiał. Jej słowa oznaczały coś jeszcze. Matka nakazała mu między wierszami zaszyć się w pokoju i nie rzucać się ojcu w oczy. Zrobił to. Skradając się do siebie, zarejestrował kątem oka tułów i nogi wystające w kuchni spod zlewu. Stary fajnie wyglądał bez głowy i szkoda, że nie mogło tak zostać na zawsze. Żałował, że nie naprawiał gilotyny, która nagle zadziałałaby samoczynnie.

W swoim pokoju poczuł się bezpieczniej. Królestwo pełne książek. Miał ich tu więcej niż czegokolwiek, zajmowały praktycznie każdy kąt. Od jakiegoś czasu powoli wypierały zabawki, których bastion znajdował się już tylko w jednym miejscu, lecz i ten miał wkrótce paść pod naporem tomów Verne’a, Conan Doyle’a i innych wspaniałych autorów dających Michałowi znacznie więcej satysfakcji niż klocki, czołg czy samolocik z ułamanym skrzydłem. Dorastał. Marzył. A literatura otwierała mu bramę do świata o wiele fajniejszego niż ten, w którym żył. Chciał kiedyś zostać pisarzem i tworzyć takie czarodziejskie bramy dla innych biednych i poniewieranych dzieci, szukających ratunku przed okrutną rzeczywistością w świecie wyobraźni. Rzucił się na łóżko i sięgnął po książkę, którą rozpoczął kilka dni temu. „Przygody Bena Gunna” R.F. Dalderfielda. Była to kontynuacja „Wyspy skarbów” R.L. Stevensona, a raczej historia losów jednego z jej bohaterów, Bena Gunna, pozostawionego przez piratów za karę na wyspie i którego Jim Howkins spotkał tam po latach. Powieść talentem literackim autora nie umywała się do pierwowzoru, ale stanowiła świetne uzupełnienie tamtej historii i obfitowała w liczne przygody, które przecież były najważniejsze dla dwunastoletniego czytelnika. Michał zagłębił się w lekturę i już po chwili zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością. Przeczytał kilka rozdziałów, kiedy nagle drzwi do pokoju otwarły się z hukiem. Książka wypadła mu z rąk. A uśpiony czytaniem lęk nagle przebudził się jak wulkan. Gniew w oczach ojca spowodował, że chłopak omal nie posikał się ze strachu. „ Co się stało? Co tym razem zrobiłem nie tak?” – pomyślał przerażony.

– To twoje? – usłyszał.

Dopiero teraz ujrzał coś w wyciągniętej w jego stronę ręce. Jeden z leżących w kącie pokoju dużych, zielonych plastikowych klocków, który jakimś cudem miał teraz w dłoni. Gdzie go znalazł?

– To twoje? – usłyszał ponownie. Skulił się z przerażenia i potwierdził skinieniem głowy. Domyślił się już, gdzie leżał klocek.

– Aha! Ile razy ci mówiłem, żebyś nie bawił się w zlewie?! Ile?!!

– Wiele…

– Właśnie! Wiele! A ty co, gówniarzu?! No co?!

– Nie posłuchałem cię i znowu bawiłem się w bitwę morską – dziecko odparło skruszonym głosem. – Ten klocek był jednym z pirackich okrętów. Ale przegrał bitwę i zatonął. I chyba niechcący spłynął z wodą do rury.

Ojciec odsłonił zepsute zęby w tym swoim trzeźwym szczurzym uśmiechu, na widok którego łzy napływały Michałowi do oczu, bo zawsze zapowiadał to, co zaraz miało się stać... Ból. Dziś chyba miał być większy niż zwykle, bo zbrodnia, którą popełnił, była znaczna. I wkurzyła starego naprawdę mocno. Pierwsze słone krople spłynęły po policzkach chłopca, wyznaczając tor kolejnym.

– Chcesz mi wmówić, że ten klocek przypomina piracki okręt? – zapytał oprawca, zbliżając się do łóżka i potrząsając zabawką przed samym nosem syna.

– Tylko w mojej wyobraźni – powiedział cichutko Michał, patrząc z wielkim strachem w ślepia zionące gniewem. Trzeźwa furia. Tak ten stan nazywała matka, kiedy już po ataku tego szaleństwa lizali rany, tuląc się do siebie. Dziś owo szaleństwo przypominało jednak wyjątkowo groźny huragan, który miał spustoszyć wszystko dookoła.

– Wyobraźni, powiadasz? Wyobraźni?! Wiedz, gnojku, że ta twoja jebana wyobraźnia zapchała zlew! Musiałem ujebać się po łokcie, żeby go odetkać! Porozkręcać rury, aby wyciągnąć z kolanka to zielone gówno, co poszło na dno w jakiejś pierdolonej bitwie morskiej, którą sobie stoczyłeś w chorej łepetynie!

– Przepraszam, tato. Bardzo przepraszam – wyszeptał błagalnie. – To się więcej nie powtórzy.

– To się już powtórzyło!! – wrzasnął ojciec i rozpoczął wymierzanie kary. Druga ręka, ukryta dotąd za plecami, przecięła ze świstem powietrze podwójnym kablem, który okręcił się wokół chłopaka. Potem spadły kolejne razy w akompaniamencie wyzwisk i astmatycznego sapania. Bydlak nie miał za grosz kondychy, ale kablem potrafił wywijać, jakby brał udział w zawodach z bicia dzieci i koniecznie chciał w nich zgarnąć złoty medal.

 

Michał osłonił głowę, zacisnął zęby i powieki do granic możliwości i postarał się szybko znaleźć na pokładzie pirackiego okrętu, po którym właśnie Długi John Silver kuśtykał na jednej nodze. Ujrzał błękitne, skąpane w słońcu morze i usłyszał radosny śpiew pirackiej załogi, która właśnie stoczyła jakąś zwycięską potyczkę i zgarnęła okazałe łupy. Poczuł na twarzy morską bryzę. Co prawda słoną jak łzy, lecz cudownie orzeźwiającą. Płynął ku wielkiej przygodzie. Wprost na horyzont…

Kiedy powrócił do rzeczywistości, ojciec odwalił już całą robotę. I teraz patrzył z góry na swoje dzieło. Załzawiony i zasmarkany Michał, ujrzał, jak twarz starego wykrzywia nigdy wcześniej niewidziany grymas. Sykniecie, które wydobyło się z jego ust, też nie było normalne. Tak zwykle reagowali ludzie, którzy ujrzeli coś okropnego, na co za długo nie mogli patrzeć. Coś od czego wywracało im flaki i zbierało na wymioty. W końcu wyszedł z pokoju syna. Nawet zamknął delikatnie drzwi, jakby się wstydził tego, co zrobił. I tak też pewnie było. Po ataku furii zwykle od razu dopadały go wyrzuty sumienia. I nagle zachowywał się jak ktoś o gołębim sercu. Nieraz nawet miał wstyd w oczach i nieme przeprosiny na twarzy, ale na Michała nigdy to nie działało. Dla niego ojciec nie różnił się niczym od niemieckich oprawców katujących ludzi w Oświęcimiu.

Tym razem nie miał nawet siły go nienawidzić. Czuł straszliwy ból. Znacznie, znacznie większy niż zwykle. A gdy próbował podnieść się z lóżka, zakręciło mu się w głowie. Poleżał chwilę i dopiero przy drugiej próbie jakoś udało mu się wstać. To, co zobaczył w lustrze na szafie, przeraziło go. Odbijał się w nim ludzki strzępek przypominający bardziej bohatera horroru niż dzieciaka. Tym razem stary przegiął. Złoty medal w zawodach na ojcowskiego bydlaka roku był już jego.

Dobrze że trwały wakacje i Michał jutro nie musiał iść do szkoły. Inaczej nie wiedziałby, jaką bajeczkę wymyślić tym razem, aby wytłumaczyć swój wygląd. Pochlipując, zaczął szukać matki. Starego na pewno już nie było w domu. Zmył się jak zwykle po napadzie gniewu, aby wrócić dopiero po wielu godzinach, zalany w sztok. Odnalazł ją w kuchni. Leżała na podłodze nieprzytomna. Chłopak uklęknął i potrząsnął nią delikatnie. Na szczęście od razu zareagowała, więc spadł mu kamień z serca. Zawsze bał się, że za którymś razem matka się nie ocknie. Że kiedyś ojciec ją zabije.

Tym razem stary nawet tłukąc żonę, przeszedł samego siebie. Podbite oko puchło coraz bardziej. „Jutro będą potrzebne największe przeciwsłoneczne okulary” – pomyślał Michał. Matka miała na podorędziu kilka par różnej wielkości, paradowała w nich po mieście nawet zimą, wstydząc się tego, co zakrywały. Nikt się z niej nigdy nie śmiał. A przynajmniej nie sąsiedzi. Wszyscy bowiem znali powody tej ekstrawagancji.

Spojrzała na syna i rozpłakała się. Chłopiec zdawał sobie sprawę, dlaczego. Dziś jego twarz wyglądała gorzej niż jej. Tym razem nie ucierpiały wyłącznie jego ręce, tyłek, nogi i plecy, ale także buzia. Nie tylko kabel poszedł w ruch, także łapy ojca waliły, gdzie popadnie. Skurwiel naprawdę się postarał. Na szczęście Michał nie pamiętał, ile ciosów spadło mu na twarz, czy stary walił go z liścia, czy pięściami. W tym czasie był już na pokładzie pirackiego okrętu, razem z Benem Gunnem i miał głęboko w dupie to, co działo się z jego ciałem w realnym świecie.

Uśmiechnął się do matki, choć sprawiło mu to niemały ból. Aby jej pokazać, że wciąż jest jak dawniej, że znowu dali radę. Przetrwali kolejne tornado.

– Idziemy na milicję – stwierdziła. – Bo to się wreszcie musi skończyć. Jest z nim coraz gorzej. Michał pokręcił głową.

– Dzielnicowy to jego kumpel od kielicha – przypomniał matce. – Zresztą połowa komisariatu chla z nim po knajpach. Znowu nic mu nie zrobią, a gdy zgłosimy pobicie, tylko się jeszcze bardziej wkurzy.

Jakiś czas temu po większym napadzie szału nie wytrzymali i poszli na milicję, co skończyło się kolejnym laniem, które stary im sprawił, kiedy się o tym dowiedział. Gliniarze nie sporządzili nawet służbowej notatki z przyjęcia zgłoszenia, a ktoś z komendy od razu powiadomił ojca, udzielając mu przy okazji dobrej rady, aby wytłumaczył żonie, że to bardzo nieładnie donosić władzy na własnego męża. Nie było więc sensu liczyć na ich pomoc. Ani nikogo innego. Matka przytuliła więc mocno syna, bo tylko tyle mogła zrobić…

Następnego dnia ból po laniu wciąż dawał o sobie znać. Michał postanowił nigdzie nie wychodzić. Nie chciał nikomu pokazywać się w takim stanie. Nawet kolegom, którzy nieraz już widzieli na jego ciele efekty agresji ojca, ale chyba jeszcze nigdy aż takich. Poza tym nie nadawał się dziś do niczego. Ani do gry w piłkę, ani do zabawy w chowanego. Nawet niewinny wyścig kapsli wydawał się być ponad jego siły. Musiał odpocząć, wyleżeć ból. Może jutro poczuje się na tyle lepiej, żeby pokazać się na podwórku.

Matka przyniosła mu śniadanie do pokoju. Kilka kanapek z dżemem i kubek ciepłego mleka. Ona też prezentowała się bardzo źle. Limo przybrało już mocno fioletowy kolor i Michał wątpił, aby największe okulary w pełni je zakryły. Wyglądała jak znokautowany bokser następnego dnia po walce.

Po śniadaniu zabrał się za lekturę. Pod jej wpływem przestał odczuwać ból, jakby wypił jakiś czarodziejski eliksir. Książki stanowiły lekarstwo na wszystko. Jeśli Bóg istniał, w co chłopiec coraz częściej wątpił, były jego najlepszym wynalazkiem.

Czytał już jakąś godzinę, gdy usłyszał, że ktoś cicho otwiera drzwi. Podniósł wzrok i ujrzał ojca. Był trzeźwy, ale jego twarz nie przypominała dziś wykrzywionej mordy potwora. Wyglądała wyjątkowo łagodnie, jakby należała do kogoś innego. I tym razem też coś trzymał w dłoni, jednak Michał nie potrafił tego czegoś zidentyfikować.

– Cześć, synku – stary odezwał się miłym głosem. – Coś ci kupiłem.

Położył na łóżku jakiś pakunek.

– To prezent – wyjaśnił. – Mam nadzieję, że ci się spodoba.

Chłopak zerknął na podarunek. Gdyby ofiarował mu go ktoś inny, skakałby z radości. Jednak od tej osoby nie chciał żadnych prezentów, więc pozostał obojętny.

– Dziękuję, tato – odparł tylko.

Ojciec uśmiechnął się. Wyglądał jak głupek, który sądził, że można powstrzymać walącą się tamę gołymi rękami.

– Mam nadzieję, że prezent ci się spodoba, no i że… No wiesz… Że zapomnimy o tym wczorajszym małym nieporozumieniu między nami.

– Nie ma sprawy, tato…

Tamten powtórzył swój uśmiech skończonego durnia, uznał że sprawa jest już załatwiona i opuścił pokój.

Michał ponownie został sam. Kilkanaście minut próbował ignorować prezent leżący tuż obok, ale okazało się to ponad jego dziecięce siły. W końcu sięgnął po pakunek i przyjrzał się jego zawartości. Były to drogie plastikowe żołnierzyki, które można było nabyć tylko w jednym sklepie w mieście. Prowadził go prywaciarz, który ściągał towar z Zachodu i sprzedawał po kosmicznych cenach. Okoliczne dzieciaki często tam chodziły, jednak wyłącznie po to, by podziwiać zabawki w witrynie, bo żadnego nie było na nie stać. Przynajmniej nikogo, kogo Michał znał. A teraz trzymał w ręku jedną z najfajniejszych rzeczy, które można było tam kupić. Na chwilę zapomniał o siniakach i bólu, a oczy zalśniły mu z ekscytacji. Szybko rozerwał foliowe opakowanie i wysypał żołnierzyki na dywan. Byli wśród nich: dowódca z lornetką, snajper, żołnierz z przenośną haubicą i kilkunastu innych, świetnie uzbrojonych i gotowych do walki z wrogiem.

Zaczął się bawić. Uformował oddział polskich żołnierzy i od razu rzucił go w wir akcji. Właśnie zwiadowcy dorwali zdrajcę i donosiciela, który dziwnym trafem nazywał się i wyglądał dokładnie tak samo jak ojciec. I przyprowadzili go pod bronią przed oblicze dowódcy. Schwytany klęczał przed nim i błagał o litość. Prze niego Niemcy rozstrzelali wielu dobrych ludzi, więc nie miał co na nią liczyć. Wyrok dla takiego drania mógł być tylko jeden. Dowódca, z wyglądu bardzo podobny do Michała, wyciągnął więc z kabury krótką broń i zbliżył lufę do głowy pojmanego. A potem pociągnął z żalem za spust, bo był dobrym człowiekiem i każda śmierć zadana z jego ręki sprawiała mu przykrość. Kula przeszła przez głowę, obryzgując krwią wszystko dookoła. Zdrajca zwalił się na ziemię. Ale, o dziwo, ciągle się jeszcze ruszał. Strzał w łeb, choć z gruntu pewny, wcale go nie zabił. Facet jęczał i drgał w spazmach bólu. Dowódca oddziału z niechęcią przeładował więc broń i dobił podłego skurwysyna.

DEMON

Gdy wyszedłem z pudła, nie czekano na mnie z otwartymi ramionami. Sąsiedzi odwracali głowy. A ci bardziej odważni pluli mi pod nogi. Nawet rodziców nie ucieszyłem. Ojciec nie wpuścił mnie do domu. Na powitanie wycedził, żebym spierdalał i nigdy więcej nie przychodził. Matki nie widziałem. Ale pewnie myślała tak samo.

Wprowadziłem się do starego mieszkania po babci. Była żona nie posiadała do niego żadnych praw i nie mogła go sprzedać jak innego całego pozostałego majątku. Dzięki temu po wyjściu z paki nie wylądowałem pod mostem.

– Masz się trzymać z daleka od moich dzieci! – jeszcze tego samego dnia zażądała jedna z sąsiadek. Strach w jej oczach mieszał się z nienawiścią. I jeśli wcześniej miałem jakieś złudzenia, po tym zdarzeniu już żadnych. Dla ludzi byłem potworem. Kimś kto przez lata skrywał perwersyjne oblicze pod maską normalności. Wyszedłem z jednego piekła i od razu wkroczyłem do kolejnego.

Mimo wszystko próbowałem poukładać sobie życie. Posklejać jego strzępki w jakąś sensowną całość. Jednak trudno było przywrócić mu godność.

Jacek był jedyną osobą na mojej ulicy, która jeszcze ze mną rozmawiała. Nie robił tego z entuzjazmem, lecz przynajmniej mnie nie ignorował. Kiedyś byliśmy najlepszymi kumplami. Po za tym był rozwiedziony i bezdzietny, więc nie miał o kogo się bać.

– I co mam teraz zrobić? – zapytałem go za jakiś czas. Siedziałem na ławce przed domem i patrzyłem, jak grzebie przy samochodzie. Pobliski plac zabaw opustoszał natychmiast gdy się pojawiłem. Starsze dzieci, które cokolwiek już rozumiały, same pouciekały w popłochu na mój widok, ciągnąc za rękę młodsze rodzeństwo, po inne zaraz przybiegli rodzice.

– Pytasz o radę? – odezwał się Jacek, nie wyciągając głowy spod maski auta.

– Na to wygląda.

– Nie wiem, stary. To twoje życie, twoje problemy. Nic mi do nich. –Ale co ty byś zrobił na moim miejscu?

Przestał naprawiać samochód i spojrzał na mnie. Wzrokiem nieróżniącym się od spojrzeń okolicznych ojców i matek. Wskazał głową pobliskie drzewo.

–Któraś z tych gałęzi na pewno cię utrzyma – powiedział zupełnie poważnie. – Tylko zrób to w nocy. Wtedy nikt się tu nie kręci, nie biegają dzieci.

I wrócił do pracy.

**

Zaraz po wyjściu na wolność najgorsze były noce. Bezsenne. Pełne wspomnień. Najwięcej o więzieniu. Wracałem do niego, choć wcale tego nie chciałem. Nie miałem tam łatwo. Tacy jak ja nigdy nie mają. Z miejsca trafiają na samo dno i traktuje się ich jak śmieci. Gorzej niż karaluchy.

Pod celą przywitały mnie trzy ponure oblicza. I spojrzenia – sztylety.

– Za co? – ktoś zapytał.

Nie odpowiedziałem. Byłem pewny, że już wiedzą. Stałem przed nimi sparaliżowany strachem, czekając na uroczyste powitanie. A słyszałem, jak wita się tu takich.

Pierwszy cios nadszedł szybko. A potem inne, silne i bolesne. Spadały jak strugi deszczu podczas oberwania chmury. Przyjąłem ich wiele, nim w końcu zgasło światło.

Ocknąłem się w więziennym szpitalu. Z okropnym bólem całego ciała. Ledwo widziałem na oczy. Miałem bandaż na twarzy. Nos chyba był złamany. I pewnie nie tylko on. Nie wiedziałem, ile czasu byłem nieprzytomny. Długo nikt się przy mnie nie pojawił. Kiedy wreszcie ujrzałem lekarza, nie był skory do rozmowy.

– Połamali ci nos, żebra i wybili kilka zębów – poinformował służbowo. – Za tydzień z powrotem trafisz pod celę.

– Po co? – spytałem.

– Aby dalej odsiadywać wyrok – odparł.

– Przecież jeszcze tego samego dnia wrócę do pana – stwierdziłem. Konował uśmiechnął się.

– Może tak, może nie… A nawet jeśli, to postaram się szybko cię poskładać, aby chłopaki znowu mieli co łamać.

Pomyliłem się tylko trochę. Gdy wyszedłem ze szpitala, współwięźniowie dali mi dzień spokoju i dopiero kolejnego spuścili ponowny wpierdol. Tym razem spędziłem w szpitalu dwa tygodnie, przysparzając łapiduchowi znacznie więcej pracy. A kiedy wróciłem do celi, byłem pewny, że znowu na krótko. Jednak tym razem trafiłem do pojedynczej… Ale zboczeńców w więzieniu nigdy nie zostawia się w spokoju… Zaledwie kilka dni później ktoś podszedł do mnie w świetlicy i wykrzyknął: – Łap!

 

Odruchowo schwyciłem to, co rzucił. Tubkę wazeliny.

– Zapierdalaj do kibla i wysmaruj dupę! – rozkazał wielki, łysy facet. – A my zaraz do ciebie przyjdziemy.

Wskazał głową gości za sobą. Dwóch wytatuowanych drabów równie wielkich jak on. Dopiero po chwili dotarło do mnie, o co mu chodzi.

– Nigdzie nie pójdę – powiedziałem drżącym głosem. Kafar cmoknął z dezaprobatą.

– Nie rób, kurwa, fochów. Wypad do sracza i wysmaruj dupsko tak, żeby się świeciło jak złoto. Trzeci raz nie poproszę.

Spojrzałem na klawisza, który pełnił dyżur. Gapił się na nas z oddali. Łysielec podążył za moim wzrokiem.

– Nie licz na jego pomoc. – Odgadł moje zamiary.

– Zaraz go zawołam – zagroziłem. – Będę darł się w niebogłosy.

– Będziesz – potwierdził bandyta. – Jak ci już wpakuje w dupę kutasa, będziesz wrzeszczał niczym ruchana nimfomanka.

Po świetlicy rozszedł się śmiech. Chyba wszyscy wyczuli, co się święci, poprzerywali zajęcia i śledzili rozwój wypadków, dobrze się przy tym bawiąc. Mój strach sprawiał im satysfakcję. Nawet klawisz całkowicie skupił na nas uwagę. Bandzior od wazeliny puścił mi oczko i posłał całusa.

– Profos! – zawołałem. – Ratunku! Potrzebuję pomocy! Ale klawisz nie zareagował. Stał, jakby nie słyszał wołania.

– Pomocy! – krzyknąłem ponownie. – Na Boga, niech pan tu przyjdzie!

Strażnik jeszcze moment obserwował nas z kamiennym obliczem, po czym wzruszył ramionami i wyszedł.

– A nie mówiłem… – drab się uśmiechnął – ten klawisz też ma córkę, i to chyba równie małą jak ta, z którą się zabawiałeś.

Potem trzech facetów rzuciło się na mnie i siłą zaciągnęło do kibla…

***

Matka przyszła na widzenie dwa dni po pierwszym gwałcie. Nie doszedłem jeszcze do siebie i wyglądałem jak widmo. Ojciec już chyba wtedy wykreślił mnie ze swojego życia. Wcale mu się nie dziwiłem. Syn zboczeniec. Kto by takiego chciał? Matka weszła do sali widzeń, lecz kiedy próbowałem ją pocałować na powitanie, nie pozwoliła mi na to. Bił od niej chłód.

– Mamo, co się stało? – zapytałem. Próbowałem dotknąć jej ręki, ale ją też cofnęła.

– Jesteś w więzieniu – westchnęła – i to za straszliwą zbrodnię… Stało się.

– Nie przesadzaj. Przecież nikogo nie zabiłem. A po za tym to wszystko jest…

– Natychmiast przestań! – przerwała mi ostro. – Przestań wreszcie kłamać!

– Nigdy cię nie okłamywałem – błyskawicznie zaprzeczyłem. Na tyle jednak głośno, że wszyscy w sali widzeń musieli słyszeć. Poczułem na sobie spojrzenia więźniów i ich rodzin. Mężczyzn, kobiet i dzieci. I pewnie każdy odwiedzający właśnie dowiadywał się od osadzonego krewnego, za co garowałem. Czułem tę ogarniającą mnie, gęstniejącą nienawiść. Najgorsze, że nienawiść biła także od rodzonej matki.

– Nigdy cię nie okłamałem – powtórzyłem znacznie ciszej. – To inni kłamali na mój temat.

– Ona też kłamała? – zapytała.

Wbiłem w matkę wzrok. Ciężki jak sto ton ołowiu. Wytrzymała go i powtórzyła pytanie: – Ona też kłamała?

Ogarnął mnie smutek. I całkowita rezygnacja. Wyjaśniałem to tyle razy, że nie było sensu znowu próbować. Nie w tych okolicznościach. Odsiadywałem kilkuletni wyrok za udowodniony czyn. I żadne słowa nie mogły już tego zmienić. Miałem jednak nadzieję, że przynajmniej matka nie da się tak łatwo oszukać i stanie po mojej stronie. Niestety chyba znajdowała się po drugiej. To, co powiedziała po chwili, tylko mnie upewniło.

– Wiesz co… – zaczęła żałobnym tonem – wolałabym, żebyś był seryjnym mordercą i siedział w więzieniu do końca życia. Wtedy mogłabym to jakoś znieść… Ale tego, co zrobiłeś własnemu dziecku, nie mogę wybaczyć. Nie potrafię. W pełni zasłużyłeś na to, że tu jesteś. To najlepsze miejsce dla takiego zwyrodnialca. Żegnaj, synu.

Nigdy już mnie nie odwiedziła.

***

Z pudła wyszedłem warunkowo po trzech latach i dostałem kuratora. Jednego z najbardziej wrednych w branży. Grubas od razu wziął mnie w obroty. Z miejsca przygwoździł tyradą zakazów. Żadnego ćpania, chlania, spacerów pod przedszkolami. Częstowania dzieci cukierkami. Miałem nawet wiać, gdzie pieprz rośnie, jeśli jakiś bachor poprosiłby o zawiązanie sznurowadła.

– Jeżeli złamiesz którąś z tych zasad, szybko wrócisz za kraty – poinformował na koniec długiego wykładu. – Jasne?

Przytaknąłem.

– Będę miał cię na oku – ostrzegł. – I nawet nie myśl, że mnie przechytrzysz. Że pokażesz jakiejś smarkatej ptaka, a ja się o tym nie dowiem.

– Nie mam zamiaru niczego pokazywać dzieciom – oznajmiłem.

– Jeśli chodzi o mnie, możesz pomachać kutasem przed nieletnią – stwierdził kurator. – To tylko ułatwi sprawę. Nienawidzę takich jak ty. Nigdy nie powinniście wychodzić na wolność. Daj powód, a z przyjemnością z powrotem wpakuje cię do pierdla.

– Nie będzie takiego powodu – zapewniłem.

Kurator stał na tle szeroko otwartego okna. Na tyle blisko, że wystarczyłby mój jeden zdecydowany ruch, aby spaślak znalazł się poza nim. Cztery piętra załatwiłyby resztę. I góra tłuszczu rozpaćkałaby się na chodniku. Wyłapałbym dożywocie, ale moje notowania w pudle poszybowałby wysoko. Naprawdę poważnie się nad tym zastanawiałem, kiedy tłuścioch zakończył spotkanie.

– Gówno mnie obchodzi, kim byłeś i w jak dużej forsie się pławiłeś – oznajmił. – Przez najbliższy rok twój tyłek należy do mnie. Zrób coś nie tak, a przekonasz się na własnej skórze, jakim wielkim skurwysynem potrafię być dla takich gnojów. Moje kontrole będą niespodziewane. Nigdy nie będziesz wiedział, kiedy przyjdę, a mogę się zjawić w każdej chwili. Mniej się więc na baczności. A teraz zabieraj dupę w troki i wypierdalaj!

Pierwsze odwiedziny miałem wieczorem. Jakby kutas chciał udowodnić, że to, co mówił, to nie żarty. Po godzinie 22.00 ktoś załomotał do drzwi. Naprawdę mocno. Właśnie przygotowywałem kolację. Z ociąganiem ruszyłem się z kuchni, z nadzieją, że to nie sąsiedzi przyszli mi wyjaśnić z kijami bejsbolowymi, że nie jestem tu mile widziany. Gdy odryglowałem drzwi, do środka wpadło dwóch mundurowych policjantów i uśmiechnięty kurator.

– Niespodzianka! – zawołał, wchodząc.

Gliniarze z miejsca zabrali się do roboty. Nie mieli jej dużo. Przerzucili trochę ubrań, skotłowali legowisko na środku pokoju, przetrząsnęli kilka pustych szafek. Kipisz tego wszystkiego zajął zaledwie kilka minut. Grubas stał z boku i obserwował gliniarzy z posępnym uśmiechem.

– Nic tu nie ma – w końcu zameldował jeden z mundurowych.

– Sprawdziliście w sraczu?

– Tak. Nawet zajrzeliśmy do rezerwuaru. Niczego tam nie ukrył. Chyba jest czysty.

– Żadnej dziecięcej pornografii? Policjant przecząco pokręcił głową.

– Zupełnie nic.

Kurator sprawiał wrażenie rozczarowanego. Jednak zaraz znowu się uśmiechnął, jakby miał asa w rękawie. Skinął na policjanta. Ten wyciągnął z kieszeni alkomat, uruchomił go i podsunął mi pod nos. Nabrałem głęboko powietrza w płuca i bez obaw wydmuchałem prosto w czujnik urządzenia. Gliniarz zerknął na wskaźnik i pokazał go spaślakowi, kręcąc głową. Byłem pewny, że to już koniec kontroli, którą przeszedłem pomyślnie, ale się pomyliłem. Tłuścioch wydobył z kieszeni marynarki plastikowy kubek.

– Zrobimy ci jeszcze test na narkotyki – oznajmił, widząc moją pytającą minę. – Nowoczesny, szybki i skuteczny. Jeśli zajarałeś dziś skręta lub wciągnąłeś kreskę jakiegoś gówna, zaraz się o tym dowiemy. Masz nasikać do tego pojemnika. Przy nas.

Rozpiąłem więc rozporek, na oczach tych trzech wydobyłem penisa i napełniłem kubek prawie po sam brzeg. I gdy pełny trzymałem w ręku, kurator wetknął do moczu biały papierek, którego zanurzona końcówka szybko zmieniła kolor na niebieski. Nie wiedziałem, czy to dobrze, czy źle. Mógł mnie przecież bez problemu uwalić, gdyby tylko chciał. W każdej chwili wyeliminować z gry, podrzuconym nielegalnym fantem, co cofnęłoby mi zwolnienie warunkowe i dorzuciło jeszcze kilka miesięcy odsiadki w bonusie. Pedofilskim zdjęciem, blantem, gramem koki. Czy też lipnym testem na narkotyki, który zabarwiłby się na pożądany kolor. Na szczęście dla mnie, grał uczciwie. Niczego nie aranżował, bo był przekonany, że kiedyś sam się podłożę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?