Chiński ekspresTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Chiński ekspres
Chiński ekspres
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 20,98  16,78 
Chiński ekspres
Chiński ekspres
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
12,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

K. S. Rutkowski

Chiński ekspres

Saga

Chiński ekspresZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2009, 2020 K. S. Rutkowski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726626933

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Eli, Róży i Jagodzie

(postaraj się zajść dalej niż ja)

oraz tym,

którzy przeczytają tę książkę

I

Jechaliśmy przez pół kraju na warszawskie lotnisko, aby rozpocząć podróż do Chin, a ja chciałem się zabić. Wbić się samochodem w jakieś drzewo, ścianę, runąć ze skarpy. Nie chciało mi się żyć, nie cieszył mnie nawet egzotyczny wyjazd. Ale obok mnie, na siedzeniu pasażera, jechała córka. Nie jestem dzieciobójcą, może i mam zepsuty łeb, ale jeszcze nie tak. To dla niej prowadziłem samochód, nie robiąc po drodze niczego głupiego.

2

Kilka tygodni wcześniej umarł mój ojciec. Przez dwa miesiące codziennie odwiedzałem go w szpitalu, co nie było dobre dla mojej słabej psychiki. Ciągnąłem już ostatkiem sił, balansując na samym skraju samobójstwa. Konanie Starego tylko pogłębiało mój parszywy stan, zmuszając mnie do myślenia o śmierci częściej niż powinienem o niej myśleć. Nie mogłem wyjść z kryzysu. Patrzeć, jak ktoś powoli umiera, jest największym kurestwem na świecie. A ja patrzyłem. Sześćdziesiąt parę dni. Co dzień oszukując Starego, że to jeszcze nie jego pora, że się z tego wyliże, że jeszcze obali z kumplami niejedną flaszkę. Przez jakiś czas w to wierzył. Potem zwątpienie wzięło w nim górę, aż w końcu się pod-dał. Umarł, a ja nawet nie mogłem się z żalu upić, ani nawet porządnie zapłakać, nie miałem kiedy. Zająłem się pogrzebem, a potem gdy ojciec leżał już w swoim dole z odzysku na starym cmentarzu w naszym rodzinnym mieście, też brakowało czasu na odreagowanie. Proza życia pochłaniała mnie bez reszty: dzieci, żona, codzienne zwykłe sprawy. Gotowało się wszystko we mnie, kotłowało, szukając jakiegoś ujścia i za cholerę żadnego znaleźć nie mogło.

Wszystko to wiozłem w sobie do Warszawy, bo nie miałem kiedy się tego pozbyć. Całą niechęć do świata, własnego życia, swoje wieloletnie frustracje, niepowodzenia, rozczarowania, problemy emocjonalne i każde inne. Ale też córkę. Dla niej dojechałem bezpiecznie.

3

Lot do Paryża liniami Air France trwał niecałe 2 godziny i był nudny, jak flaki z olejem. Francuskie stewardesy są podstarzałe i niezbyt ładne, nie było nawet na czym oka zawiesić. Nawet dla pasażerów płci żeńskiej na pokładzie nie było żadnej atrakcji. Jedyny steward był pedałem i to znie-wieściałym na maksa. Apaszka, kolczyk w uchu, kobiece ruchy i ukradkowe zerkanie na męskie rozporki podczas podawania posiłku. Ale nawet on wydawał się być wybrakowanym odrzutem z homoseksualnego światka.

4

Wylądowaliśmy na lotnisku Charles'a de Gaulle'a, gdzie na dzień dobry dałem dupy. Przed samolotem stała młoda dziewczyna, z kartonem, na którym było napisane Beijing. Jako wybitny poliglota, z podstawą rosyjskiego, tragicznym angielskim i umiejętnością sklecenia kilku zdań po hiszpańsku, nie wiedziałem, że cały zachodni świat tak właśnie nazywa Pekin i wsiadłem z córką do jednego z dwóch dużych autobusów podstawionych pod samolot, olewając mały bu-sik, do którego naganiała dziewczyna. I to był błąd. Bo to był bus podstawiony dla polskiej wycieczki lecącej tranzytem przez Paryż do Pekinu. Połapałem się w tym dopiero, kiedy autobus ruszył. Po pierwsze - nikt w jego środku nie mówił po polsku. Po drugie - żaden podręczny bagaż, oprócz mojego i córki, nie był oznaczony plakietką biura podróży, którą kazała nam przyczepić do plecaków przedstawicielka biura na Okęciu, kiedy odbieraliśmy miejscówki.

Przyjechaliśmy na lotnisko w Polsce jako ostatni i nie miałem czasu przyjrzeć się innym członkom naszej wycieczki. Kiedy odebraliśmy bilety, oni wszyscy byli już po odprawie i buszowali po sklepach strefy bezcłowej lub chlali w jakimś lotniskowym barze. Zdążyłem obejrzeć kopię zbiorowej wizy, którą dostałem wraz z biletami i wiedziałem tylko, ile osób leci wraz z nami - 17. Nie znałem żadnych osób, których mogłem się trzymać na lotnisku w Paryżu i dlatego wyszło tak, jak wyszło. Wszyscy inni jechali do właściwego terminalu, a my, Bóg wie gdzie. Lotnisko Charles'a de Gaulle'a jest wielkie. Za wielkie dla 34-letniego Polaka z nastoletnią córką, nie radzącego sobie z językami, mającego na dodatek tylko 45 minut do odlotu kolejnego samolotu. Za wielkie dla nieudacznika, nie radzącego sobie za dobrze na własnym podwórku, a co dopiero na progu Wielkiego Świata.

Autobus jechał z 5 minut i dotarł do celu. Tylko że jego kres podróży z pewnością nie był naszym. Weszliśmy do terminalu. Zerknąłem na monitory z wyświetlanymi odlotami i znalazłem nasz samolot. Odlatywał za 38 minut. Wyciągnąłem bilety i uważnie im się przyjrzałem. Stało na nich jak byk -terminal E. Rozejrzałem się i sprawdziłem w którym się znajdujemy. Z całą pewnością nie w E. Wkurwiony stanąłem na środku korytarza, rozglądając się dookoła. Nie miałem pojęcia, w którą stronę iść. Na ekranie, przy nazwie Beijing i numerze lotu, cyferki zamieniły się już na inne. Pozostało nam 36 minut. Moja córka miała już 13 lat i kumała całkiem dużo. Na przykład to, gdzie zawiodła nas moja inteligencja i znajomość świata. Ale widziała też moją minę i chociaż jest wygadana, tym razem jednak wolała się nie odzywać.

W końcu wypatrzyłem kobietę. Odróżniała się od reszty ludzi na lotnisku. Od razu było widać, że nigdzie nie leci, że ma w dupie te wszystkie samoloty i do żadnego nie wsią dzie. Że próbuje tylko odbębnić swoje 8 godzin i zwiać do domu. Ubrana była jak typowa kobieta, ale krótkofalówka w jej ręku nie pasowała do reszty i zdradzała jej profesję. Jakakolwiek ona była, musiała być związana z tym lotniskiem. Podszedłem do niej uzbrojony w swój najlepszy uśmiech. Tylko on mi pozostał i czasem działał na kobiety, czasem nie. Częściej nie... Wyszczerzyłem więc krzywe zęby i dukając coś, pokazałem jej bilet, zaznaczając palcem numer terminalu. Była ładna, miała czym oddychać, namiętne usta, ale oczy zimnej suki. Jej spojrzenie z miejsca pytało „Czego ty, kurwa, ode mnie chcesz zagraniczny bucu?”. No cóż, normalne podejście pracownika służby pu-blicznej... Z niechęcią obejrzała bilet, po chwili pokręciła głową, powiedziała UUUU! i pokazała palcem przed siebie. A potem przebrała dwoma palcami szybko w powietrzu, co miało imitować kroki. Jako wybitnie bystra jednostka, w mig zrozumiałem. Mieliśmy się spieszyć. Terminal E był daleko i jeśli chcieliśmy zobaczyć Chiny, musieliśmy zagęszczać ruchy. Pokazując mi ten gest palcami, uśmiechnęła się szeroko, zwycięsko, jakby już spisała nas na straty.

I prawie jej się udało. Terminal E faktycznie był daleko. 32 minuty później wpadliśmy na niego zziajani i cuchnący potem jak skunksy. Dobiliśmy do właściwego geitu. Oczywiście wszyscy już byli w samolocie. Byliśmy ostatnimi pasażerami. Minuta później i pewnie pomachalibyśmy naszemu metalowemu ptaszysku przez szybę. Fuksem jednak udało się nam zdążyć. Ledwie co wsiedliśmy i odnaleźliśmy nasze miejsca, gdzieś z przodu trzasnęły drzwi, jakiś żabojad -pewnie pilot - wygłosił coś przez głośniki i samolot odfrunął. Na szczęście z nami w środku i tylko to się liczyło.

10 nudnych godzin później, po 6 miniaturowych heinekenach i 4 buteleczkach czerwonego wina, oraz nieciekawym filmie z Jackiem Nicholsonem i Morganem Freemanem obej-rzanym po angielsku (z którego zrozumiałem tylko kilka prze-kleństw), znalazłem się nad Pekinem. Obudziłem córkę, za-pięliśmy pasy i, przynajmniej ja, rozpocząłem czekanie na koniec.

W nocy przed podróżą przyśniły mi się wybite zęby. To podobno oznacza śmierć. Oczywiście, od razu przyszła mi do głowy moja własna. Mogłem się z nią pogodzić, bo nie bardzo chciało mi się żyć, zwłaszcza ostatnio i nieraz myślałem o samobójstwie. Ale nie ze śmiercią swojego dziecka. Ono nie zasługiwało jeszcze na koniec, ja może tak. Jednak ten sen jeszcze nic mi nie dał do myślenia, przynajmniej nie na tyle, aby się bać. W drodze na lotnisko urwało mi się sznurowadło. W nowiutkim trampku, w którym jeszcze przez długi czas nie miało prawa się nic urwać. Wtedy naprawdę zbladłem i zacząłem się poważnie zastanawiać, czy aby nie zrezygnować z wycieczki. Racjonalizm wziął jednak górę. Moja wieczna przekora. Olewanie guseł i przesądów. Ziarenko niepokoju zostało jednak zasiane przez to skumulowanie złych wróżb i w czasie lotów samolotami, najpierw tym do Paryża, a potem do Pekinu, siedziałem jak na szpilkach, czekając na nieuchronne. Na wybuch ukrytej bomby, terrorystów nasłanych przez jakiegoś jebniętego Araba, lub awarię silników. Kiedy nic takiego się nie stało i samolot zaczął podchodzić do lądowania, byłem pewien, że kostucha zastawiła na nas pułapkę na lotnisku. To cwana bladź, która nie odpuszcza tak łatwo. Samolot osiadł jednak miękko, nie rozpieprzając się o ziemię. Odetchnąłem. Nawet przyłączyłem się do nielicznych oklasków, którymi pasażerowie nagrodzili niewidzialnego pilota, chociaż zawsze uważałem, że klaszczą w samolotach wyłącznie skończeni kretyni. Widać wyszło w końcu ze mnie to, o czym niektórzy wiedzieli od dawna...

5

Wysiedliśmy z samolotu w jednym kawałku. Byłem już lekko pijany i mógłbym przysiąc, że nie tylko ja. Wystarczyło spojrzeć na rozchwiane kroki niektórych pasażerów. Chwała liniom lotniczym za nieograniczony dostęp do alkoholu w czasie długich rejsów. Człowiek może się szybko ulu-lać, jeśli chce, i mieć w dupie to, co może wydarzyć się podczas lotu. Bomby terrorystów, czy inne atrakcje. Już to kiedyś przerabiałem podczas 11-godzinnego lotu z Londynu na wyspę Reunion. Wsiadłem do samolotu już na nie-złym rauszu, w samolocie tak się doprawiłem, że ominęło mnie kilka niezłych turbulencji, przy których podobno nawet stewardesy pobladły, a niektórzy pasażerowie różnych religii zaczęli wznosić głośne modlitwy. Spałem pijackim snem i miałem wszystko gdzieś. Jednak w drodze do Pekinu nie mogłem tak się załatwić. Leciałem przecież z córką, a nie bandą pijanych kumpli, jak wtedy. Poza tym nie piłem już tyle, co kiedyś. Zdecydowanie nie tyle...

 

Pekin przywitał nas porannym słońcem. Przeszliśmy rękawem do jednego z terminali lotniska Capitol i od razu ujrzałem nad głowami kłębiących się ludzi chorągiewkę naszego biura podróży. Dzierżył ją w dłoni jakiś niski Chińczyk w okularach, ubrany na żółto. Podeszliśmy z córką do niego, a po chwili wokół Chińczyka zebrał się już spory tłum. Dopiero teraz miałem okazję przyjrzeć się innym członkom wycieczki. W samolocie raz, czy dwa, usłyszałem język polski, ale nie pofatygowałem się ani razu, aby ujrzeć do kogo należą te głosy. Nie obchodziło mnie to. W sumie byłem zły, że to wycieczka zorganizowana, że nie jadę do Chin solo i na własną rękę. Ale była moja córka. Spełnialiśmy jej marzenie. Nie wiedzieć czemu zakochała się w Chinach i od szkraba chciała się tam znaleźć. Była jednak trochę za mała, aby towarzyszyć mi w podróży po Chinach dzikimi szlakami, autobusami, pociągami, stopem, czy też na piechotę. Była za małą dziewczynką, aby spać byle gdzie i jeść byle co. Dlatego podłączyliśmy się pod tę bandę i musieliśmy być na nich skazani przez kilkanaście dni.

Fakt, nie spodobali mi się współtowarzysze wycieczki. Prawie wszyscy byli bogatymi snobami - najgorszą kategorią ludzi. Wyczuwam takich buców na kilometr, a od większości z tej bandy cuchnęło snobizmem na odległość.

Chińczyk przeliczył nas wszystkich, zerknął w papiery i znowu ponowił odliczanie. Był mały i brzydki, i sprawiał wrażenie niechluja. Było widać, że coś mu nie gra, że coś mu nie wychodzi w rachunkach. A przecież nie były zbyt skomplikowane. Wystarczyło nas tylko przeliczyć, sprawdzić, czy na wizie faktycznie jest taki stan pogłowia i to wszystko. Kogoś jednak brakowało. Zrozumiałem to, kiedy sam przeliczyłem ludzi z wycieczki i nim Chińczyk w końcu oznajmił to po angielsku. - Proszę państwa, brakuje dwóch osób...

Wszyscy spojrzeliśmy na siebie. Nikt nie wiedział kogo bra-kowało. Nikt nikogo nie znał. Każdy sprawiał wrażenie zdziwionego, że w ogóle tylu nas jest. Ten, kto dobrze kminił po angielsku i tłumaczył, oznajmił w końcu Chińczykowi, że nie mamy pojęcia kogo brak.

Chińczyk podrapał się po głowie, potem zdjął i wytarł w rąbek swojej żółtej, nieświeżej koszulki okulary, i ponownie je założył. Następnie bardzo teatralnie westchnął i oznajmił: - Będą kłopoty.

Nie mieliśmy pojęcia, o czym mówi. Co niby brak jakichś dwóch niezguł może oznaczać dla reszty grupy? Jednak mógł oznaczać i to całkiem sporo. Przekonaliśmy się o tym już przy odprawie paszportowej. Celnicy sprawdzili hurtowo nasze paszporty, ustalili po dłuuugiej chwili, kogo z listy nie ma i cofnęli nas z punktu kontrolnego. Na nasze nieszczęście wiza była zbiorowa i brak tych dwoje był dla chińskich celników równoznaczny z tym, że wiza jest nieważna. Nie oddawała stanu faktycznego, a jeśli nie oddawała stanu faktycznego, to można nią sobie było podetrzeć tyłek. Gość z biura turystycznego zaczął się gimnastykować, dwoić i troić, nawijając coś do mundurowych, ale oni kiwali tylko głowami i rozkładali bezradnie ręce. Nie wróżyło to dla nas niczego dobrego. W końcu przedstawiciel biura podróży poddał się i podszedł do nas. - Są kłopoty. Nie chcą was wpuścić do Chin bez brakujących osób. Dopóki się nie znajdą, nic nie mogę zrobić.

Powiedział to, ot tak po prostu, jakby powrót do Polski nie był w takiej sytuacji dla nas żadnym problemem. Jakby samoloty do Warszawy odlatywały z Chin co piętnaście minut i to z prędkością ponaddźwiękową. Polak, który nam tłumaczył z angielskiego Chińczyka, nim zrobił to tym razem, wydarł się na niego, pytając się, o co do cholery chodzi? Tylko o to, że brakuje dwóch osób widniejących na wizie, usłyszał. Dwoje ludzi, którzy wylecieli z Polski, ale już nie wsiedli do samolotu we Francji. Przypuszczałem, co się mogło im stać. Pewnie tak, jak my, wsiedli w Paryżu do autobusu, zamiast do busika. Tyle że im nie udało się dotrzeć do właściwego terminalu na czas, bo byli w gorszej kondycji, albo ta francuska cycata szprycha, którą zapytałem o drogę, akurat ich z czystej złośliwości wysłała w przeciwnym kierunku.

Dwie godziny później ciągle jeszcze tkwiliśmy na tym jebanym pekińskim lotnisku. W hali przed stanowiskami kontroli paszportowej, która okazała się dla nas nie do przej ścia. Od razu przypomniał mi się film z Tomem Hanksem,

0pechowcu, któremu w czasie podróży samolotem przestało istnieć państwo, którego był obywatelem i po wylądowaniu okazało się, że gość jest bezpaństwowcem. Nikim. Bez żadnych praw. Bohater grany przez Hanksa zamieszkał więc na nowojorskim terminalu i wytrzymał na nim prawie rok. Zacząłem się zastanawiać, ile my wytrzymamy na tym lotnisku. Długo, jeśli zaczną nas dokarmiać. Bardzo długo, gdy udostępnią nam jeszcze kibel i prysznic. Przedstawiciel biura zmył się pod pretekstem załatwienia sprawy już spory czas temu i do tej pory nikt go nie widział. Poziom wkurwienia polskiej wycieczki był więc wysoki.

W końcu ktoś z naszej bandy wypatrzył go. Szedł w naszą stronę. W polskich sercach od razu odżyły nadzieje. Okazały się przedwczesne. 100 metrów od nas Chinolek wyciągnął z kieszeni komórkę, przyłożył ją do ucha i niby rozmawiając przez nią, udał, że nas nie widzi, przeszedł przez punkt celny na wolną stronę, a tam od razu odstawił komórkę od ucha i odszedł w siną dal. Koncertowo zrobił nas w chuja.

Wrócił dopiero po kolejnej godzinie. Już z daleka się uśmiechał i nie udawał już, że gada przez komórkę, co wróżyło nam dobrze. Machał w ręku jakimś papierem. Okazało się, że to pozwolenie na wyjątkowe wpuszczenie nas do kraju, mimo że według chińskich przepisów nie byliśmy jednym ciałem, to znaczy grupą siedemnastoosobową, tylko raptem marną piętnastką. W samą porę, bo nasze zdenerwowanie dochodziło już do maksimum. Dosyć sprawnie przekroczyliśmy kontrolę paszportową i udaliśmy się po swoje bagaże. Były wszystkie. Przynajmniej na tym polu chińskie władze nie przygotowały dla nas żadnych nieoczekiwanych niespodzianek. Ktoś już je nawet pościągał z pasa transmisyjnego i czekały na nas równo ułożone w kącie.

Okazało się, że brakująca dwójka leciała już innym samolotem i jeszcze dziś miała dotrzeć do Pekinu. Odprawiono ich zaocznie i dlatego mogliśmy zostać wpuszczeni na terytorium Chin.

6

Pekin robił wrażenie, i to już od samego lotniska. Różnił się od moich wyobrażeń o Chinach. Brakowało mi komunistycznej szarzyzny na ulicach, którą spodziewałem się zastać, ryksz napędzanych siłą ludzkich mięśni, zgrzebnych mundurków noszonych przez obywateli, wszystkich tych stereotypów, którymi od lat karmiła nas literatura, prasa i telewizja. Niczego takiego nie było. Wjeżdżaliśmy w nowoczesne miasto klimatyzowanym autobusem, mijając po drodze wysokie budynki, których architektury nie powstydziłaby się żadna europejska metropolia. Na dodatek przemieszczaliśmy się drogami z prawdziwego zdarzenia, których w Polsce nie uświadczysz. Nigdzie nie wisiały propagandowe hasła, portrety Mao, nic co kojarzyłoby się z socjalizmem. Na budynkach tkwiły neony i reklamy znanych światowych firm, samochody na ulicach w większości wyprodukowano w zachodniej Europie lub ściągnięto z Japonii, a ludzie nosili markowe ciuchy. Wszystko było nie tak. Nie tego oczekiwałem. Co prawda, przed wyjazdem nie przeczytałem żadnej książki o współczesnych Chinach. Olałem nawet ceglasty przewodnik, który kupiła mi żona, ale nie sądziłem, że w tym kraju zaszły tak wielkie zmiany. Chciałem zobaczyć niewolniczy kraj, pełen uciemiężonych ludzi, najlepiej zginających karki na licznych polach ryżowych, nieustanne partyjne wiece na każdym co większym placu, gliniarzy pałujących biednych studentów na placu Tiananmen, wojskowe czołgi rozjeżdżające ich tam na krwawą miazgę. W każdym razie coś w tym stylu.

A tu czekało na mnie na wskroś nowoczesne miasto, wyglądające lepiej niż Warszawa, Poznań, Berlin czy Amsterdam, zamieszkałe przez więcej ludzi niż te wszystkie cztery miasta razem wzięte. Uśmiechniętych ludzi, w każdym razie nie sprawiających wrażenia poddanych represjom. Mit biedniutkich Chin powoli zaczynał chylić się ku upadkowi. Czułem, że do końca naszego pobytu w Państwie Srodka pozostanie z niego niewiele.

Na lotnisku, zaraz po odprawie paszportowej, przejął nas inny Chińczyk, mówiący dobrze po polsku. Nazywał się Marian Tong. Marian nie było jego prawdziwym imieniem, przyjął je ze względu na polskich turystów. Zaraz to nam zresztą wyjaśnił i przedstawił się też swoim prawdziwym, nie do wymówienia, a tym bardziej do zapamiętania. Jak się później wielokrotnie przekonałem, Chińczycy mający styczność z turystami, czyli pracownicy hoteli, większych sklepów, barów czy też banków, przybierali zachodnie imiona, by turyści nie łamali sobie języków na ich prawdziwych. James Chang, John Kwok, to były częste widoki na identyfikatorach hotelowych recepcjonistów, bojów czy kelnerów. Nawet, jeśli ci wszyscy ludzie ledwie dukali po angielsku. Marian Tong nie miał żadnego problemu z językiem polskim. Gadał po naszemu, jakby przez lata mieszkał w Polsce, czasami tylko kalecząc lekko jakieś trudne zdania.

W końcu dotarliśmy do hotelu. Zmęczeni, spoceni, cuchnący i głodni. Hotel nazywał się Hua Ciao Beijing, mieścił się gdzieś w centrum Pekinu, ale w mało eksponowanej dzielnicy. Chociaż z zewnątrz wyglądał całkiem dobrze. Kolorowa fasada w orientalnym stylu rzucała się w oczy z daleka. Jego otoczenie jednak było marne, biedne, chyba już tylko krok dzielił te rudery od nazwania ich slumsami. W środku hotelu też nie było do czego się przyczepić.

Obszerny, ładny hol, recepcja, kilka uśmiechniętych twarzy, kwiaty w donicach, chińskie wazy po kątach, duża klasa. Można się było spodziewać, że pokoje też będą na medal, ale tu czekała nas niespodzianka. Nie mieliśmy zobaczyć tych pokoi szybko. Recepcjonistka, uśmiechając się ładnie, zwróciła Marianowi Tongowi nasze paszporty, kiedy okazało się, że dwóch brakuje.

Dla tłumacza też stanowiło to zaskoczenie. Widać to było po jego minie. Rozpoczął więc dłuższą batalię na słowa z recepcjonistką, a potem jeszcze z kilkoma innymi, które przyszły jej z pomocą, aby w końcu przegrać z kretesem. Zrezygnowany odwrócił się do nas i oznajmił. - Niestety, musimy czekać na maruderów, którzy lecą innym samolotem. Bez nich nie mogą nas zameldować w hotelu. Takie mają przepisy. Meldują się wszyscy, na których jest zbiorowa rezerwacja, albo nikt. Nigdy nie było takiej sytuacji, że ktoś się zgubił. To nowość.

Moje głośne „kurwa!” było jedynym słowem, które padło. Snoby przyjęły tę wiadomość w milczeniu, kulturalnie przetrawiły ją w swoich wielkopańskich trzewiach i dopiero po chwili, po kolei zaczęły dawać naszemu tłumaczowi do wiwatu. Jakby to była jego wina, a nie głupich chińskich przepisów, które stały na drodze do naszego meldunku, one i zbiorowa wiza. Gdyby biuro podróży postarało się o osobne wizy, dla każdego z nas, już dawno bylibyśmy w pokojach hotelowych, biorąc kąpiele lub kimając. Kilkugodzinne przetrzymanie na lotnisku też by nas ominęło. Jednak jakiś leniwy kutas w Polsce pokpił sprawę i poszedł na łatwiznę, organizując tę wycieczkę. Marian Tong nie był niczemu winien. Zresztą on też jechał na tym samym wózku. Pochodził z Szanghaju i przyjechał nad ranem nocnym pociągiem, aby przejąć naszą grupę na lotnisku. Był tak samo zmęczony i nieświeży jak my. No i miał mieszkać z nami w hotelu, więc też nie mógł pójść do pokoju, dopóki my nie trafimy do swoich. A na to mogliśmy poczekać jeszcze sporo czasu.

Tłumacz próbował to wszystko wyłożyć, ale wściekła banda nie chciała słuchać.

-Co to za organizacja! - piekliła się jakaś baba.

-Złożymy skargę! - wtórowała jej inna.

-Opiszę to w gazetach! - dorzucił jakiś wcale niestary facet.

-To skandal! - powtarzał co chwilę ktoś inny, urażonym głosem.

Stałem z Młodą z boku i słuchaliśmy tych wrzasków. Owszem, byliśmy zmęczeni, marzyła nam się kąpiel, ale z całą pewnością, przynajmniej mnie, nie chciało się denerwować. A już na pewno nie miałem zamiaru stawać po stronie rodaków. Wiedzieli przecież do jakiego kraju jadą, że takie słowa jak komunizm i socjalizm w Chinach nadal miały mocne znaczenie. Że taki ustrój lubi absurdalne niespodzianki. Mogli się z nimi liczyć. Nie lubię krzykliwych ludzi, jazgotu, awantur o byle co. Liczyłem, że mały chiński tłumacz zna jakiś styl walki, nie wytrzyma tego i w końcu spuści im wpierdol. Ja bym tak zrobił na jego miejscu.

 

Jeszcze jedna para nie przyłączyła się do tego pospolitego antychińskiego ruszenia. Stali po przeciwnej stronie holu i tak jak my, patrzyli na to wszystko z dezaprobatą. Uśmiechnąłem się do faceta, on uśmiechnął się do mnie, jego żona także. To przełamało lody. Parę minut potem zasiedliśmy we czwórkę w hotelowym barze, zamawiając piwo i colę, zupełnie już ignorując całe to zamieszanie z meldunkiem.

Na Adama i jego żonę, Mirosławę, zwróciłem uwagę już na lotnisku. Jako jedyni wydzielali dobre fluidy. Wyczułem w nich normalność, zwłaszcza u Adama. Widać było, że miał kasę (choćby po drogim zegarku), ale także to, że nie stanowiła wcale sensu jego życia. Umiał ją zarabiać, ale także z fantazją wydawać. Nie był wysoki, ani zabójczo przystojny, nawet już niemłody, ale miał spojrzenie rasowego samca. W pewnej chwili spostrzegłem, jak fachowo taksował laski, co rusz przemykające holem terminala, w którym koczowaliśmy, dyskretnie obserwując kątem oka, czy aby nie namierza go na tym jego własna kobieta. Sam z powodzeniem stosowałem tę technikę, więc było tak, jakbym widział samego siebie w akcji. Od razu poczułem do niego sympatię. Nie spoglądał na kobiety jak obśliniony zboczek, ale jak ktoś, kto naprawdę je ubóstwia, bo stanowią esencję życia, i kto od razu podciąłby sobie żyły, gdyby nagle przestały istnieć.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?