Na szczycie. Gra o miłość

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Musiałem posunąć się do ostateczności, by go mieć! – Roześmiał się.

– Mam nadzieję, że nikogo nie zabiłeś, Thomasie.

– Na szczęście nie. A ja mam nadzieję, że się nie gniewasz!

– A na co miałabym się gniewać? – spytałam, unosząc brwi.

– Wiem, że to niezgodne z prawem, i ja jako profesjonalista nigdy wcześniej z tego nie korzystałem, ale sprawdziłem w systemie twoje dane z karty kredytowej, którą płaciłaś za drinki w barze…

O rany! To faktycznie było mało legalne.

– Rozumiem, że to jakaś bardzo ważna sprawa, skoro musiałeś zrobić coś takiego, by się ze mną skontaktować. – Skrzywiłam się. Nie podobała mi się ta rozmowa ani w ogóle cała sytuacja. Pomyślałam, że zaraz pewnie przyjdzie Sed i dostanę opieprz, że w ogóle z nim rozmawiam.

– Może przejdę od razu do rzeczy, Rebeko. Chciałbym zaproponować ci pracę.

Moje oczy zrobiły się wielkie. Jaką pracę, do cholery?

– Thomasie, jestem na wakacjach, daleko od L.A., i nie myślę teraz o jakiejkolwiek pracy… – Starałam się być kulturalna.

– Wiem, ale niedługo zapewne wracacie, bo twój narzeczony wyrusza w trasę ze swoim zespołem, prawda?

Skąd on to wiedział? Co go to mogło obchodzić?

– Tak, ale to chyba nie twoja sprawa…

– Nie mam złych intencji, Rebeko. Po prostu chcę, byś dla mnie pracowała.

– Jako kto? – spytałam, choć zapewne nie powinnam. Jedynym słusznym rozwiązaniem było zakończenie tej rozmowy, ale niestety on dalej zostawał na linii.

– Jako moja asystentka. Wiem, że to dla ciebie dość niespodziewane, ale mam sieć klubów fitness, a wiem, że specjalizowałaś się kiedyś w tańcu na rurze… – Te słowa sprawiły, że brakło mi języka w gębie. W dodatku nie wiem dlaczego, ale znowu zrobiłam się cała czerwona.

– To dawne czasy… – bąknęłam nieśmiało.

– Chcę wprowadzić takie zajęcia u mnie w klubie i proponuję ci, byś ty je poprowadziła, Rebeko.

– Chyba oszalałeś – pisnęłam, kompletnie oniemiała. Skąd on w ogóle wiedział, że tańczyłam na rurze?

Thomas znowu jednak się roześmiał, a mnie na ten dźwięk przeszedł po plecach nieprzyjemny dreszcz.

– Nie, z tego, co wiem, jestem zdrowy na umyśle, Rebeko.

– Przepraszam, ale bardzo mnie zaskoczyłeś. Od razu muszę odmówić i odrzucić twoją propozycję… – odpowiedziałam. Nie miałam nawet nad czym się zastanawiać.

– Dlaczego? – spytał surowym tonem.

– Po pierwsze nie szukam pracy, a po drugie będę miała pod opieką małe dziecko i wątpię, by dało się pogodzić te dwie sprawy… – Potrząsnęłam głową, bo uświadomiłam sobie, że mu się tłumaczę.

– Jesteś w ciąży?

Znowu ten dziwny, surowy ton. Nie podobało mi się to.

– To chyba również nie twoja sprawa… – warknęłam.

– Wybacz, ale naprawdę zależy mi, byś to właśnie ty dla mnie pracowała. Jeśli nie jesteś w ciąży i przeszkodą byłoby tylko to, że musisz opiekować się dzieckiem, to uda nam się to jakoś załatwić…

– Ale ja naprawdę nie szukam pracy, Thomasie. Dziękuję za propozycję, jednak muszę odmówić.

– A pozwolisz mi chociaż przedstawić moją wizję na spotkaniu w cztery oczy?

Jego determinacja mnie irytowała. Ten człowiek nie miał pojęcia, w co się pakuje. Wiedziałam, że Sedrick na pewno się wkurzy, że Thomas w ogóle do mnie zadzwonił.

– To nie jest dobry pomysł…

– Tylko jedno spotkanie. Jeśli nie spodoba ci się moja propozycja i to, co mam ci do zaoferowania, zrozumiem.

Cholera! Dlaczego miałam wrażenie, że coś mi to przypomina? Czy przypadkiem nie w podobny sposób poznałam Seda? Też mi przecież zaproponował pracę. Nie mogłam jednak stwierdzić, że to, bo tego, jak się poznaliśmy, nadal sobie nie przypomniałam. Szczegóły znałam jedynie z opowieści.

– Nie wiem, kiedy będę w Los Angeles – próbowałam jakoś wybrnąć z tej dziwnej sytuacji. „Reb, nie zgadzaj się, do cholery!” – krzyczałam na siebie w myślach.

– W takim razie proszę, byś zadzwoniła do mnie, gdy wrócisz. To dla mnie naprawdę ważna sprawa, Rebeko… – Jego stanowczy ton brzmiał dziwnie. Czemu aż tak mu zależało? Co się mnie tak uczepił?

– To twój numer? – spytałam nagle.

– Tak – odpowiedział, a ja usłyszałam zadowolenie w jego głosie. – W takim razie czekam na telefon, piękna – dodał.

– Do usłyszenia, Thomasie.

– Do usłyszenia, Rebeko.

Rozłączyłam się i pierwsze, co zrobiłam, to skasowałam jego numer. Nie miałam zamiaru dzwonić do niego w jakiejkolwiek sprawie, a tym samym drażnić Seda. Nie było mowy, żebym pracowała dla Thomasa. Sedrick zapewne oszalałby z zazdrości, a ja nie chciałam dawać mu jakichkolwiek powodów, bo już i tak miał problem z panowaniem nad sobą i swoim zaborczym libido.

– Jestem! – Usłyszałam głos mojego narzeczonego i aż podskoczyłam. Jezu!

– To dobrze… – odpowiedziałam z kamienną twarzą, udając, że wszystko jest w porządku. Nie wiem dlaczego, ale ogromnie zdenerwowałam się na myśl o tym, że Sed miałby dowiedzieć się, z kim rozmawiałam.

– Dlaczego jesteś jeszcze ubrana? Miałem nadzieję, że czekasz na mnie już gotowa i chętna… – Sed patrzył wymownie na linię moich piersi, które odznaczały się pod mokrą bluzeczką.

– Lubię, gdy ty mnie rozbierasz… – mruknęłam, uśmiechnęłam się zalotnie i wstałam z łóżka, by do niego podejść.

– I zrobię to z przyjemnością.

Pisnęłam, gdy jednym ruchem zerwał ze mnie spodenki i koszulkę, a sam prędko pozbył się kąpielówek. Następnie stanął za mną i zaczął całować mnie po plecach w dół, aż do pośladków.

– Och, Sed! – jęknęłam głośno, gdy ugryzł mnie w pupę. Cholera! Dotarło do mnie, że on naprawdę ma ochotę dobrać się do mojego tyłka.

– Z kim rozmawiałaś? – spytał nagle, co kompletnie wybiło mnie z rytmu. Kurwa mać! Niczego nie można było przed nim ukryć.

– Pomyłka… – brnęłam bezmyślnie w durne kłamstwo. Wiedziałam, że to bez sensu, ale zawsze pozostawał cień nadziei, że Sed jednak nie wiedział, kto do mnie dzwonił.

– Masz rację. Ten frajer to wielka pomyłka… – stwierdził oschle, a mnie totalnie zatkało.

– Sed, ale o co ci chodzi? – spytałam niewinnie i chwyciłam prześcieradło, by się zakryć, po czym odwróciłam się, chcąc stanąć z nim twarzą w twarz.

– Dlaczego kłamiesz? Nie możesz po prostu powiedzieć, kto dzwonił? – Sed wbił we mnie gniewne spojrzenie.

– Nie kłamię, po prostu nie mówię ci wszystkiego. A dlaczego? Dlatego, że ostatnio nie da się z tobą wytrzymać, Sed. Wszystko cię drażni i jesteś zazdrosny nawet o swoich kumpli!

– Nie o wszystkich… – wtrącił z oburzeniem.

– Nieważne, przesadzasz. Zdecydowanie przesadzasz i przestaje mi się to podobać, Sed! – Powiedziałam mu szczerze, co myślę. Chciał szczerości, to ją dostał.

– Po prostu chcę ustalić pewne zasady, zanim wyjadę – stwierdził, podszedł do wyjścia i zasłonił okna bungalowu, by nikt nas nie widział.

– No jasne. I wszystko ma być po twojemu! Mam nie wychodzić z Jess, nie pracować, nie szlajać się po klubach… No nic mam nie robić! – Zaczęłam się z nim kłócić. Nie lubiłam tego, ale właśnie wyprowadził mnie z równowagi.

– Będziesz opiekowała się Charlotte – przypomniał mi.

– Wiem, ale to nie znaczy, że mam tylko siedzieć w domu. Oszaleję tak! Oszaleję bez ciebie i przez takie czekanie na twój powrót. I jeśli chcesz wiedzieć, to zadzwonił do mnie ten facet z Sixty Nine – rzuciłam w emocjach, a Sed posłał mi takie spojrzenie… O rany! Jego oczy po prostu płonęły z wściekłości.

– Podoba ci się? – spytał nagle, ale zaskakująco spokojnie. Chyba tylko on potrafił być w jednym momencie wkurwiony jak niedźwiedź, a po chwili potulny jak baranek.

– Co?! – zdziwiłam się.

– Podoba ci się ten cały Theodor, czy jak mu tam… – powtórzył, machając lekceważąco ręką.

– Thomas – poprawiłam, za co Sed posłał mi kolejne spojrzenie.

– Niech będzie i Thomas… Więc?! – Nagle zaczął chodzić po bungalowie, jakby się na mnie czaił. Widziałam, jak na mnie patrzył. To była jakaś gra?

– Oszalałeś? – spytałam cicho, zastanawiając się, czy mówi poważnie.

– Po prostu odpowiedz: podoba ci się czy nie?

– Jezu, nie!

– Więc rozumiem, że się z nim nie spotkasz? – Sed podszedł do mnie, a następnie padł na kolana i zabrał mi z rąk prześcieradło. Wsunął mi dłonie między uda i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, jego język zaczął namiętnie lizać moją cipkę. O Boże! Co on wyprawiał? Jęczałam bezwiednie, bo nie byłam w stanie inaczej zareagować na to, co mi robił.

– Nie spotkasz się z nim, tak? – powtórzył pytanie, drażniąc kolczykiem moją łechtaczkę. Kolczyk? Chryste Panie! Sed nie zakładał go od dawna, a ja tak lubiłam…

– Ach…!

– Odpowiedz mi, Rebeko – powiedział ostrzej i wsunął we mnie palec.

Szarpnęłam się jednak i chciałam przerwać. Mimo że było mi przyjemnie, to nie podobały mi się takie podchody. Nie mogłam pozwolić, by Sedrick wykorzystywał seks do wymuszania na mnie dziwnych obietnic. To nie było w porządku.

– Sed, przestań! – krzyknęłam, zrobiłam krok w tył i wpadłam na łóżko.

Sed nie dał jednak za wygraną i wszedł za mną. Chwycił moje dłonie, uniósł je nad głowę, a następnie zaczął całować moją szyję.

– Jesteś moja, tylko moja. Zapamiętaj to – stwierdził, a następnie wsunął wolną dłoń pod moją pupę i jednym ruchem przekręcił mnie tak, że leżałam na brzuchu. Ciężar jego ciała wbił mnie w materac, a twardy i gotowy penis napierał na moje plecy. Gorące usta całowały namiętnie mój kark, a nieustępliwy język pieścił wrażliwą, opaloną skórę. Dyszałam ciężko, bo Sed rozpalił mnie do granic. Robił to z premedytacją i miał ukryty cel, ale w takich chwilach nie potrafiłam mu czegokolwiek odmówić i myśleć trzeźwo. Sedrick to po prostu samiec alfa, a to, że był zazdrosny, powinno mi było jedynie schlebiać.

 

– Jestem twoja, przecież wiesz…

Uległam mu. Czasami zapewne powinnam była się postawić i sprzeciwić, ale nie umiałam. On działał na mnie i nawet jeśli jego zachowanie było chwilami przerażające i dziwne, to kochałam to uczucie, gdy całym sobą pokazywał mi, jak ogromnie mnie pragnął. Jego dłoń delikatnie obejmowała moją szyję, a następnie podciągnęła nas oboje w górę. Sed jedną ręką odepchnął się od materaca, by klęknąć za mną.

– Masz rację, oszalałem. Oszalałem przez ciebie. Przyrzekam, że rozkwaszę gębę każdemu palantowi, który się do ciebie choćby zbliży.

Te słowa sprawiły, że zacisnęłam się słodko. Sed jest zaborczym dupkiem, ale właśnie takiego go kocham. Czasami przesadza, ale co z tego? Taki już jest, a ja zawsze starałam się studzić jego dziwne humory i obawy.

– Nie będziesz musiał tego robić.

– Mam nadzieję! – odpowiedział i wszedł we mnie bez ostrzeżenia. Cała się spięłam, bo nie tak wyobrażałam sobie chwile spędzone tutaj. Emocje jednak znowu nas poniosły, a Sedrick przestał nad sobą panować.

– Kurwa! – krzyknęłam, bo to wcale nie było przyjemne. Nie wiedziałam, co w niego wstąpiło! Zaczął się poruszać jak w jakimś amoku, a mnie ogarnęła nagła i niechciana panika.

– Moja, rozumiesz?! – powtórzył głośno.

Chciałam się uspokoić, ale nie umiałam. W dodatku tępy ból wcale nie ustępował i tylko zwiększał mój psychiczny i fizyczny dyskomfort. Z każdym jego pchnięciem czułam się coraz bardziej przerażona. Zamknęłam oczy, by spróbować opanować narastające uczucie paniki. „Jezu, nie, tylko nie teraz!” Z mojego gardła wydobył się jęk bólu. Udało mi się wyrwać dłoń z uścisku Seda, by złapać go za rękę, którą trzymał moją brodę.

– Sed, przestań! – prosiłam, z ledwością powstrzymując łzy.

– Co?! – Sed zastygł na chwilę.

– Proszę, przestań, boli… – powiedziałam i ścisnęłam jego dłoń.

– Spokojnie, skarbie – odpowiedział, a następnie czule pocałował mnie w kark i znowu zaczął się poruszać, ale było już za późno. Czułam się tak przerażona i sparaliżowana bólem, że nie byłam w stanie zareagować inaczej. To była reakcja obronna i doskonale wiedziałam, co jest przyczyną mojego zachowania, ale bałam się o tym rozmawiać… z kimkolwiek.

– Boże, błagam, przestań!

Niechciane łzy trysnęły z moich oczu. Nie miałam pojęcia, skąd znalazłam w sobie tyle siły, by wyrwać się Sedowi i uciec z łóżka.

– Reb… – Sedrick ruszył za mną i w ostatniej chwili chwycił moją kostkę, by mnie zatrzymać.

– Zostaw mnie! – wrzasnęłam, opadłam na plecy, a Sed nachylił się nade mną. W obronie wymierzyłam mu kopniaka prosto w szczękę, ale przecież nie chciałam zrobić mu krzywdy. Cała się trzęsłam i wiedziałam, że to znowu ten dziwny atak moich lęków. Nie lubiłam tego. Nie umiałam nad tym zapanować, a Sed też nie umie radzić sobie ze mną w takich chwilach. Chwyciłam prześcieradło i wybiegłam z bungalowu. Biegłam na oślep, prosto przed siebie. Chciałam uciec, pozbyć się tego, co działo się wtedy w mojej głowie. Zagłuszyć wspomnienia, bo tak cholernie się ich bałam.

Dotarłam aż do pomostu, przy którym zacumowany był jacht. Wbiegłam na pokład i jak małe dziecko ukryłam się w schowku, obok głównej kajuty, w której była sypialnia. Ciasno owinięta prześcieradłem zasłoniłam uszy dłońmi, by pozbyć się z głowy tych okropnych głosów.

To za moją rodzinę, ty dziwko.

Przyjemnie ci, Rebeko? Lubisz, gdy przychodzę do ciebie, prawda?

Już dawno powinienem to zrobić. Tak cię zmasakruję, że rodzona matka cię nie pozna.

Nie krzycz, do cholery! Nikt cię nie usłyszy.

Słowa Grega i Scotta mieszały mi się z rzeczywistością. Były takie realistyczne. Tak bolały. Skóra zaczęła mnie palić, a oddech grzązł w gardle. Chwilowo znowu byłam małą dziewczynką, a sekundę później leżałam w ciemnej piwnicy pod katującym mnie psychopatą. Pamiętałam. Dokładnie pamiętałam wszystko, co mi zrobili, a tak bardzo chciałam o tym zapomnieć.

Dosłownie po chwili usłyszałam na pokładzie kroki Sedricka.

– Reb! Reb, proszę, nie chowaj się przede mną! – wołał, a jego głos był przerażony, wręcz zrozpaczony.

Skuliłam się jeszcze bardziej, bo nie chciałam… nie byłam w stanie teraz z nim rozmawiać.

– Skarbie, błagam! Odezwij się!

Sed zaglądał do każdego pomieszczenia po kolei. Wiedziałam, że zaraz mnie znajdzie. Schowałam się w kącie za szczotkami i mopami. W głowie nadal dźwięczały mi słowa Scotta i Grega. Gdy po chwili Sedrick zajrzał do schowka, nie miałam odwagi na niego spojrzeć. Nie wiem, dlaczego tak się stało. Bardzo się wystraszyłam i było mi tak okropnie wstyd. Przypomniałam sobie atak paniki, którego doświadczyłam pierwszego dnia pobytu. Przeraziła mnie ta myśl, bo przecież nie powinnam bać się Sedricka. To ostatnia osoba na świecie, która chciałaby mnie skrzywdzić.

Sedrick kucnął przede mną i chciał mnie dotknąć, ale nie pozwoliłam mu na to. Krzyknęłam, by mnie zostawił i nie dotykał. Nadal znajdowałam się w objęciach koszmarów mojej przeszłości, a obecność Seda potęgowała mój lęk. Nie chciałam, by oglądał mnie w takim stanie.

– Reb, uspokój się! To ja! – krzyknął na mnie.

– Puść mnie! Kurwa, puść mnie! – wrzasnęłam, po czym uderzyłam go w bark, bo jego dotyk po prostu sprawiał mi ból. Moje serce dudniło w piersi i miałam wrażenie, że zaraz po prostu umrę. Uczucie strachu oplatało mnie ze wszystkich stron. Wiedziałam, że to on, mój Sedrick, ale nie umiałam zapanować nad paniką i wspomnieniami, które właśnie bezcześciły mój umysł.

– Uspokój się, do jasnej cholery! – Nagle chwycił moje dłonie, bym go nie biła, i potrząsnął mną odrobinę mocniej. Był ewidentnie zaskoczony, gdy ponownie się wyrwałam i wybiegłam ze schowka. Potknęłam się o własne nogi, ale wstałam szybko i pobiegłam korytarzem, a potem prosto na górę, jak najdalej od niego.

– Boże, Reb! – krzyknął za mną i zaczął mnie gonić. Nie rozumiał, że to najgorsze z możliwych rozwiązań. On nie mógł mi pomóc. – Poczekaj! Kurwa mać, Reb! – wrzasnął.

Wiedziałam, że był wściekły, a jednocześnie przerażony. Biegłam tak szybko, że nawet w szkole średniej nie miałam takiego czasu na sto metrów. Zwolniłam nieco i odwróciłam się, by spojrzeć, gdzie jest Sedrick. Znajdował się jednak dość daleko i nadal coś do mnie krzyczał, ale nie słyszałam, co dokładnie.

– Mała, ale jesteś szybka!

Ruszyłam dalej i nagle na kogoś wpadłam. To Simon i Trey spacerowali z małą Charlotte w wózeczku.

– To jakaś zabawa? – Trey uśmiechnął się do mnie i spojrzał w stronę Seda, który już był bardzo blisko nas.

– Nie, proszę, nie chcę z nim gadać. Zabierzcie go! – pisnęłam przerażona, a Simon i Trey patrzyli na mnie kompletnie oniemieli. Schowałam się za Treyem i zamknęłam oczy.

– Reb, co się stało? – zapytał Simon, bo obaj z Treyem nie mieli pojęcia, co się dzieje. Ja drżałam i znowu poczułam łzy pod powiekami. Sekundę później Sed dobiegł do nas i od razu chciał mnie dotknąć.

– Sed, co się stało?! – Trey, jak na prawdziwego przyjaciela przystało, stanął po mojej stronie, mimo że kompletnie nie wiedział, o co chodzi. Zasłonił mnie własnym ciałem i nie pozwolił Sedowi mnie dotknąć.

– Nie wiem, co się stało! Nagle zaczęła płakać i wyrywać się jak w jakimś amoku. Reb, skarbie… – Sed patrzył na mnie spanikowany i wyciągnął dłoń, a ja wtuliłam się jeszcze bardziej w mojego przyjaciela.

– Muszę z nią pogadać. Simon, idźcie do domu… – Silne ramiona Treya objęły mnie mocniej, ale ja nadal cała się trzęsłam.

– Nie! Reb, proszę… – protestował Sedrick, ja jednak nie umiałam nawet na niego spojrzeć. To było dla mnie zbyt trudne, a jednocześnie niezrozumiałe.

– Simon, idźcie do domu! – powtórzył stanowczo Trey.

– Sed, chodź, nic tu po nas… – Simon chwycił go pod łokieć i na szczęście zostałam z Treyem sam na sam. W ostatniej chwili zerknęłam, jak odchodzą, a udręczona mina Sedricka złamała mi serce. Oglądał się za mną kilkanaście razy, aż Simon w końcu wciągnął go do domu. Minęła jednak dłuższa chwila, nim się uspokoiłam.

– Już lepiej? – spytał cichutko Trey.

Podniosłam głowę, by na niego spojrzeć. Czułam się okropnie, bo byłam w tym momencie totalnie roztrzęsiona i rozbita.

– Chyba tak.

– Znowu miałaś ten atak paniki?

Usiedliśmy na piasku, ale Trey nie puszczał mojej dłoni.

– Nie wiem – wzruszyłam ramionami – tym razem było inaczej…

– Sed coś ci zrobił?! – zasugerował nagle.

– Nie, po prostu… Nie wiem, wystraszyłam się, gdy poczułam ból…

– Ból? Ból czego?

– No, gdy… – dukałam – gdy zaczęliśmy się kochać – dodałam szeptem.

– Znowu masz te bóle?

– Nie, to znaczy nie miałam ich od dawna.

– Mała, ty musisz iść do jakiegoś specjalisty. Znowu przypomniał ci się Scott, prawda?

Spojrzałam smutno na Treya.

– I Greg…

– Jezu! – jęknął i od razu wciągnął mnie na swoje kolana.

– A najbardziej przeraża mnie to, że wystraszyłam się Sedricka… O Gregu i Scotcie pomyślałam dopiero, gdy wybiegłam.

– Seda się wystraszyłaś?! – zapytał. Był ewidentnie zaskoczony.

– Tak.

– Może za ostro uprawiacie seks? – zasugerował wprost, a ja zrobiłam się cała czerwona. O rany!

– Nigdy do tej pory mi to nie przeszkadzało… Lubię tak… – odpowiedziałam cicho. Dobrze, że to był Trey, bo przy nim mogłam mówić dosłownie o wszystkim.

– To ja już nie wiem… – westchnął wymownie – róbcie to jakoś tak, byś się czuła bardziej komfortowo, mała.

– Sed zawsze stara się, by było komfortowo, Trey. Nie wiem, co się stało.

– Może znowu się czymś martwisz? Albo stresujesz? – zapytał, gdy zsunęłam się z jego kolan i usiadłam na piasku.

– Może… sama nie wiem…

– Simon mówił, że zgodziłaś się zająć Charlotte.

– Pewnie, że się zgodziłam. Jak mogłabym się nie zgodzić, Trey? – Spojrzałam na jego cudowną buźkę i się uśmiechnęłam.

– No nie wiem. Myślałem, że ty i małe dziecko to tak trochę… – Trey skrzywił się słodko.

– Wiem, że to dziwne, ale myślę, że jakoś dam radę razem z Jenn.

– Ale ona przecież jest w ciąży, będzie coraz większa z dnia na dzień.

– Oj, cicho bądź i nie strasz mnie bardziej! – zawołałam, marszcząc czoło. Pomyślałam wtedy, że Jenn faktycznie będzie coraz ciężej, a była jeszcze Julka. O rany! Zapowiadał się niezły cyrk.

– Najwyżej zatrudnimy dodatkowo jakąś nianię czy coś… A jak tam twój pomysł ze studiami? – zapytał Trey.

– Chyba zacznę od nowego semestru. Myślisz, że uda mi się pogodzić to z odwiedzinami Seda i opieką nad Charlotte? – zapytałam niepewnie.

– Jedną ręką będziesz bujać wózek, drugą pisać prace zaliczeniowe, a między nogami będziesz miała Seda, który będzie cię pieprzył do nieprzytomności. Uważam więc, że na pewno dasz sobie radę.

Ta wersja mojej przyszłości bardzo mi się spodobała. Spojrzałam na Treya i oboje zaczęliśmy się niekontrolowanie śmiać.

– Taka perspektywa całkiem mi odpowiada – stwierdziłam.

– To dobrze, bo ja już nie mogę się doczekać powrotu w trasę… – Tymi słowami Trey sprowadził mnie na ziemię.

– A ja właśnie nie chcę o tym myśleć. Oszaleję bez was…

– Dasz radę, mała. Sed kupił ten samolot, by latać do ciebie jak najczęściej.

– I co z tego? To nie to samo, gdy budzisz się obok kogoś każdego dnia, Trey. Ty będziesz miał Simona na co dzień i nie musicie się rozstawać na kilka miesięcy…

– Ale musimy zostawić Charlotte, myślisz, że to łatwiejsze?

– No nie… – przyznałam mu rację. Rozłąka z dzieckiem to chyba jeszcze gorsza rzecz niż tęsknota za narzeczonym.

– Więc nie marudź. Damy radę i już. Trasa się skończy, a wy weźmiecie ślub, zrobicie sobie małego Seda albo małą Reb i będzie jak w bajce…

– Taaa…

– No co?

– Nic. Zastanawiam się nad tym, jak będzie wyglądał nasz ślub – powiedziałam i oparłam głowę o ramię Treya.

– No jak to: jak? Wielkie wesele na tysiąc osób, dwudziestopiętrowy tort, orkiestra, gołębie, konie, małe dziewczynki sypiące ci kwiatki do ołtarza… – Trey się zaśmiał.

– O rany! Nie chcę tak… – Skrzywiłam się na wizję takiego wesela.

– A jak byś chciała?

– Pomyślałam, że ślub mógłby się odbyć tutaj, na plaży… – W tej samej sekundzie spojrzeliśmy w stronę altany, która nadawała się do tego idealnie.

– Niezły pomysł. Nie zniósłbym kilku godzin w garniturze i pląsów wśród waszych starych ciotek i wujków.

 

– No właśnie ja też nie… – Roześmiałam się. Na samą myśl, że musiałabym zaprosić rodzinę mojej matki, przeszedł mnie dreszcz. O Boże! Jak ja nie trawiłam tych ludzi.

– Więc co? Ślub tutaj i tylko wy, zespół…

– Mój tata – wtrąciłam.

– No tak! Fajny z niego facet, co nie?

– Chyba tak. Praktycznie go nie znam, ale czuję, że jest mi bliski.

– Poznam go w niedzielę?

– Pewnie, że tak. Na obiedzie zaręczynowym! – pisnęłam radośnie. Nie mogłam się doczekać, aż zobaczę wszystkich przy jednym stole. Byłam ciekawa, czy pojawi się moja matka i ten jej nowy mężuś. Zaprosiłam ich, ale nie dostałam odpowiedzi, czy w ogóle mieli zamiar się zjawić.

– On wie, że my się przyjaźnimy? – spytał Trey.

– Nie, bardzo mało o sobie wiemy. Ale mamy resztę życia, by to nadrobić.

Siedzieliśmy na plaży jeszcze dłuższą chwilę. Nic nie mówiliśmy, tylko napawaliśmy się pięknym widokiem i swoją obecnością. Cieszyłam się, że Trey jest szczęśliwy. Chyba nigdy go takiego nie widziałam. Simon i Trey to, zaraz po Clarku i Jenn, jedna z moich ulubionych par. Byli dla siebie idealni, mimo wszystko.

Wróciłam do bungalowu, by się ubrać, a tam zaskoczył mnie widok Sedricka śpiącego na środku łóżka, z moją bluzeczką pod policzkiem. Nagle ogarnął mnie smutek. Dlaczego tak bardzo się go wystraszyłam? Przecież wiedziałam, że on nie zrobiłby mi krzywdy, nigdy…

Włożyłam jego koszulkę i ułożyłam się obok. Nie mogłam się napatrzyć na tego pięknego mężczyznę. Mój Boże! Był taki przystojny, a we śnie wyglądał po prostu cudownie. Dotknęłam opuszkami palców jego twarzy, nie mogąc się powstrzymać. Sed nagle otworzył oczy, jakby czuwał, a nie spał. Wpatrywaliśmy się w siebie dłuższą chwilę. Chyba oboje nie bardzo wiedzieliśmy, co zrobić. Widziałam w jego oczach strach, dlatego podsunęłam się bliżej, tak by leżeć z nim twarzą w twarz.

– Kocham cię… – szepnęłam i pocałowałam go w kącik ust.

– Nigdy… Przenigdy bym cię nie skrzywdził – powiedział po chwili, wpatrując się we mnie.

Och, nie! W gardle poczułam wielką gulę, bo jego spojrzenie pełne było bólu i niepewności.

– Wiem.

– Nie zniosę faktu, że się mnie boisz… To mnie zabija, Reb – szepnął i zamknął oczy, w których widać było cierpienie.

– Nie boję się ciebie.

– Jak to nie? Uciekłaś przede mną, sprawiłem ci ból i się wystraszyłaś… – Kręcił delikatnie głową, jakby próbował nie pamiętać tego, co się stało. On cierpiał, bo nie pojmował tego, co w takich chwilach działo się w mojej głowie. Rozumiałam to, bo ja też zapewne oszalałabym, gdyby Sedrick miał jakieś lęki, nad którymi nie mogłabym zapanować i mu pomóc.

– Nie wiem, dlaczego tak się stało, Sed. To był pierwszy raz – próbowałam go uspokoić.

– Wcale nie pierwszy. Nie pamiętasz tego, ale już kiedyś tak było, z Erickiem. Mówiłem ci o tym…

– Pójdę na terapię i to na pewno pomoże – obiecałam i położyłam głowę na wewnętrznej stronie jego bicepsa, składając na nim delikatny pocałunek.

– Oby… – wyszeptał.

– Nie myślmy o tym jeszcze. Cieszmy się ostatnimi godzinami tutaj… – Wypowiedziałam te słowa z wymuszonym uśmiechem, bo serce mi się ściskało, gdy widziałam go takiego udręczonego.

– Odechciało mi się tego latania za motorówką.

– Więc zostańmy tutaj. Myślę, że nikt się nie obrazi.

– Rozmawiałem z Simonem. Weźmy małą i resztę dnia spędźmy na jachcie – zdecydował Sed, a ja tym razem uśmiechnęłam się szczerze.

– Naprawdę?

– Tak. Może trochę się zrelaksuję i nie będę myślał o tym całym gównie.

– To co, idziemy? – Usiadłam po turecku i na zachętę podałam Sedowi dłoń.

– Poleżmy jeszcze chwilę. – Sed spojrzał na mnie i przyciągnął do siebie.

Wtuliłam się w niego jak mała dziewczynka. Przy nim czułam się właśnie małą, zagubioną dziewczynką, ale tak mi było dobrze. W pozycji na łyżeczki powoli zapadaliśmy w sen. Sedrick zasnął pierwszy. Czułam, jak rytm jego serca wracał do normy, gdy trzymał mnie w ramionach. Ja byłam jego opoką, a on moją. Musieliśmy sobie z tym wszystkim poradzić, bo nie wyobrażałam sobie życia bez niego i wiedziałam, że on myślał dokładnie tak samo.

– Kocham cię… – wymamrotałam i także zasnęłam.

***

Godzinę później obudził nas Simon. Wróciliśmy do domu, gdzie wszyscy zbierali się na parasailing. Trochę było mi szkoda, bo bardzo chciałam tego spróbować, ale wolałam spędzić czas tylko z Sedem i małą Charlotte.

– Jakby płakała, to daj jej smoka, a jak się posika, to ją rozbierz i niech sobie tak na golasa poleży…

Mało nie parsknęłam śmiechem, gdy Trey robił nam przed wyjściem kazanie.

– I w lodówce masz mleko, daj jej za godzinę – dodał ewidentnie zatroskany Simon.

„No nie mogę! Są słodcy” – pomyślałam.

– Jezu, idźcie już, bo nie mogę was słuchać! – Sed nie wytrzymał i zaczął się śmiać. Z małą Charlotte na rękach wyglądał po prostu… Cholera! Serce biło mi dwa razy mocniej.

– Musi jej się odbić po jedzeniu…

– Simon, idźcie już! – Tym razem ja ich pogoniłam, bo wszyscy już poszli i czekali tylko na nich.

– Dobra! Jak coś, dzwoń…

– Simon… – jęknęłam i posłałam mu błagalne spojrzenie.

– Kurwa, no wybacz, Reb, ale nigdy nie zostawiałem małej na dłużej niż godzinę… – odpowiedział, krzywiąc się słodko.

– Przyzwyczajaj się. Niedługo nie będziesz jej widział po kilka dni. – Odprowadziłam ich do drzwi.

– Oj, nawet mi nie przypominaj… – Simon westchnął i pocałował mnie w policzek.

– Bawcie się dobrze! – zawołałam, machając do całej zgrai, która powolnym krokiem kierowała się na pomost, skąd miała odpłynąć na główną wyspę.

– Wy też. Tylko nie zapomnijcie o mojej córce! – Simon puścił mi oczko i dołączył do reszty.

Pokręciłam głową na te jego wieczne aluzje o seksie i wróciłam do domu.

– Sed, ile ty chcesz mieć dzieci? – zapytałam ciekawa, a on podniósł na mnie wzrok.

– Nie zastanawiałem się. Mogę mieć i dziesiątkę, jeśli będzie nam to dane…

– Dziesiątkę?! Wiesz, co by to zrobiło z moim ciałem… – odpowiedziałam, krzywiąc się. Fakt, że w ogóle myślałam, by mieć jedno dziecko, to już był duży sukces, a ten mi tu wyskoczył z dziesiątką. No wariat! Mój kochany wariat.

– Oj, żartuję! Najpierw zdecydujmy się na jedno – powiedział Sed, po czym wstał z fotela i włożył małą do kołyski.

– Za parę lat, okej? – odpowiedziałam, a on podszedł, by objąć mnie w pasie.

– Rok? – zaczął negocjować, robiąc przy tym zabawną minę.

– Trzy?

– No dobra, niech będą dwa lata – zaśmiał się i trącił nosem mój nos.

– Najpierw musicie wrócić z trasy.

– Nie, maleńka, najpierw musimy wziąć ślub.

– Czyli wszystko po bożemu, tak? Najpierw ślub, potem dzieci… – marudziłam, ale też zaczęłam się śmiać.

– Nie zwracam na to uwagi, ale skoro chcesz poczekać z dziećmi, to chociaż weźmy szybko ślub…

– Szybko? – zapytałam, żeby doprecyzował.

– Jak najszybciej, mała. Może urządzimy ceremonię w zimowym ogrodzie domu moich rodziców? Jeszcze przed trasą – zaproponował nagle.

– Co?! – pisnęłam i odsunęłam się, by na niego spojrzeć.

– Pomyślałem, że możemy zrobić wszystkim niespodziankę i pobrać się w niedzielę. A obiad to będzie takie nasze małe wesele. Po powrocie z trasy zrobimy to wszystko z wielką pompą, a teraz tak tylko dla nas, w gronie najbliższych.

– W tę niedzielę? – powtórzyłam i zrobiłam wielkie oczy. Mieliśmy czwartek.

– Tak, wystarczy pogadać z pastorem. Ojciec na pewno to załatwi…

– Sed, ale…

– Nie chcesz? – Sedrick popatrzył na mnie niepewnie.

– Ale tak teraz? Już? Myślałam…

– Co myślałaś?

– No nie wiem… że… – zaczęłam, a z wrażenia aż usiadłam, by wziąć głębszy oddech.

– Że…?

– Że zrobimy to tutaj, to znaczy…

– Tu? Na Barbadosie? – spytał ciekawy.

– Tak, w tej altanie na plaży i w ogóle – wyjaśniłam.

– Też dobry pomysł. Czekaj, zadzwonię i zapytam, czy uda się to zorganizować…

– Jezu, ale tak teraz? Sed, dopiero co… – wydukałam. Matko kochana! Nie wiedziałam, czy ja chcę tak od razu brać ślub! To chyba było za szybko, za wcześnie. To kompletne wariactwo.

– Wiem, że dopiero co się zaręczyliśmy, ale na co tu czekać? Nie będziesz pewniejsza, mając mnie za męża? – Sed poruszył brwiami, a ja nie umiałam się nie uśmiechnąć.