W 80 dni dookoła świata

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział 1 – W którym Phileas Fogg i Passepartout akceptują się wzajemnie

Rozdział 2 – W którym Passepartout jest przekonany, że w końcu znalazł ideał

Rozdział 3 – W którym nawiązuje się rozmowa, mogąca drogo kosztować Phileasa Fogga

Rozdział 4 – W którym Phileas Fogg wprawia Passepartout, swojego służącego, w osłupienie

Rozdział 5 – W którym na giełdzie londyńskiej pojawiają się nowe akcje

Rozdział 6 – W którym agent Fix okazuje uzasadnioną niecierpliwość

Rozdział 7 – W którym jeszcze raz pokazuje się nieprzydatność paszportów w pewnych sprawach policyjnych

Rozdział 8 – W którym Passepartout być może mówi nieco więcej, niż powinien

Rozdział 9 – W którym Morze Czerwone i Ocean Indyjski sprzyjają zamiarom Phileasa Fogga

Rozdział 10 – W którym Passepartout jest bardzo szczęśliwy, że skończyło się tylko stratą butów

Rozdział 11 – W którym Phileas Fogg nabywa niezwykłego wierzchowca za nieprawdopodobną cenę

Rozdział 12 – W którym Phileas Fogg i jego towarzysze zapuszczają się w indyjską dżunglę, i co z tego wynika

Rozdział 13 – W którym Passepartout jeszcze raz udowadnia, że los uśmiecha się do odważnych

Rozdział 14 – W którym Phileas Fogg jedzie przez zachwycającą dolinę Gangesu i ani myśli o jej obejrzeniu

Rozdział 15 – W którym torba z banknotami staje się lżejsza o kolejne kilka tysięcy funtów

Rozdział 16 – W którym Fix sprawia wrażenie, że w ogóle nie wie o zdarzeniach, o których mu się mówi

Rozdział 17 – W którym to i owo zdarza się podczas przeprawy z Singapuru do Hongkongu

Rozdział 18 – W którym Phileas Fogg, Passepartout i Fix – każdy z osobna – zajmują się swoimi sprawami

Rozdział 19 – W którym Passepartout za bardzo interesuje się swoim panem, i co z tego wynika

Rozdział 20 – W którym Fix wchodzi w bezpośredni kontakt z Phileasem Foggiem

Rozdział 21 – W którym właściciel Tankadere mocno ryzykuje utratę dwustu funtów premii

Rozdział 22 – W którym Passepartout przekonuje się, że nawet na antypodach dobrze jest mieć pieniądze w kieszeni

Rozdział 23 – W którym nos Passepartout wydłuża się ponad miarę

Rozdział 24 – W którym podróżni przepływają przez Ocean Spokojny

Rozdział 25 – W którym poznajemy w zarysie San Francisco w dniu wiecu

Rozdział 26 – W którym wsiadamy do pociągu ekspresowego Drogi Żelaznej Pacyfiku

Rozdział 27 – W którym Passepartout przebiega – z prędkością dwudziestu mil na godzinę – kurs historii mormonów

Rozdział 28 – W którym Passepartout nie udaje się przemówić ludziom do rozsądku

Rozdział 29 – W którym zdaje się relację z rożnych wypadków, jakie mogą się zdarzyć jedynie na szlakach kolei amerykańskich

Rozdział 30 – W którym Phileas Fogg po prostu wypełnia swój obowiązek

Rozdział 31 – W którym inspektor Fix poważnie traktuje interesy Phileasa Fogga

Rozdział 32 – W którym Phileas Fogg wszczyna bezpośrednią walkę z przeciwnościami losu

Rozdział 33 – W którym Phileas Fogg staje na wysokości zadania

Rozdział 34 – W którym Passepartout ma okazję zademonstrować okrutną grę słów, być może nigdy dotąd niewypowiedzianą

Rozdział 35 – W którym Passepartout nie każe sobie powtarzać dwa razy rozkazu, jaki mu wydał jego pan

Rozdział 36 – W którym akcje „Phileas Fogg” ponownie wróciły na pierwsze miejsce na rynku

Rozdział 37 – W którym udowodniono, że poza osobistym szczęściem Phileas Fogg niczego podróżą dookoła świata nie zyskał

Przypisy

Seria Literatura Klasyczna

Tytuł oryginału: LE TOUR DU MONDE EN QUATRE-VINGS JOURS

Przekład: MIECZYSŁAWA WÓJCIK

Tekst: JULIUSZ VERNE

Ilustracje i projekt okładki: AGATA ŁUKSZA Pracownia Bobra

Redaktor prowadzący: NATALIA GALUCHOWSKA

Redakcja: MARZENA KWIETNIEWSKA-TALARCZYK

Korekta: URSZULA MALEWICKA

DTP: BERNARD PTASZYŃSKI

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2016

All rights reserved

Wydanie I

ISBN 978-83-8073-122-6

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

Al. Jerozolimskie 96, 00-807 Warszawa

tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51

e-mail: wydawnictwo@zielonasowa.pl www.zielonasowa.pl

Konwersja: eLitera s.c.


Dom pod numerem 7 przy Savile Row[1] w Burlington Gardens, w którym w roku 1816 zmarł Sheridan[2], zamieszkiwał w roku 1872 Phileas Fogg esquire[3]. Dżentelmen ów, mimo że robił wszystko, aby się niczym nie wyróżniać, pozostawał jednym z najznamienitszych, a jednocześnie najbardziej tajemniczych członków klubu Reforma w Londynie.

Tak więc dawną siedzibę jednego z najwybitniejszych mówców, który przynosił zaszczyt Anglii, teraz zajmował zagadkowy pan Phileas Fogg. Doprawdy, nic o nim nie wiedziano, oprócz tego, że był to bardzo uprzejmy i elegancki dżentelmen z angielskiej śmietanki towarzyskiej.

Szeptano, że podobny jest do Byrona[4]. Oczywiście, tylko z twarzy, gdyż nogi – w przeciwieństwie do poety – miał zgrabne i bez skazy[5]. Wyobraźmy sobie zatem Byrona z wąsami i faworytami, Byrona niewzruszonego, który mógłby żyć tysiąc lat, zupełnie się nie starzejąc.

Phileas Fogg z całą pewnością był Anglikiem, nie był jednak typowym londyńczykiem. Nigdy nie widywano go ani na giełdzie, ani w banku, ani w jakimkolwiek kantorze City[6]. Baseny portowe i londyńskie doki nigdy też nie przyjęły żadnego okrętu, którego armatorem byłby pan Fogg. Dżentelmen ów nie należał również do żadnej rady administracyjnej, a jego nazwiska nigdy nie wymieniano w żadnej izbie adwokackiej, czy to w Temple, w Lincol’s Inn lub też w Gray’s Inn[7]. Nie przypominano sobie, aby kiedykolwiek występował w Sądzie Kanclerskim lub Biskupim, w Najwyższym Trybunale Królowej albo w Głównej Izbie Skarbowej. Nie był również przemysłowcem, kupcem, handlarzem czy rolnikiem. Nie figurował na liście członków Królewskiego Instytutu Wielkiej Brytanii, nie należał do Instytutu Londyńskiego, ani do Związku Rzemieślników, nie miał nic wspólnego z Instytutem Russela ani Zachodnim Instytutem Literackim czy też z Instytutem Prawa, a nawet z Instytutem Połączonych Sztuk i Nauk, znajdującym się pod bezpośrednim patronatem Jej Królewskiej Mości. Co więcej, nie należał również do żadnego z licznych stowarzyszeń, od których aż roiło się w stolicy Anglii: od Towarzystwa Harmonicznego po Towarzystwo Entomologiczne[8], założone głównie w celu wytępienia szkodliwych owadów.

 

Phileas Fogg był członkiem klubu Reforma – to wszystko.

Ktoś mógłby zapytać ze zdziwieniem, jak człowiek w gruncie rzeczy tak mało znany może się zaliczać do członków tego zacnego stowarzyszenia? Odpowiedź jest jednak prosta: pan Fogg został przyjęty do klubu z rekomendacji Braci Baring[9], u których miał otwarty kredyt. Stanowiło to rękojmię solidności tego dżentelmena, tym bardziej, że jego czeki, wszędzie akceptowane bez wahania, miały regularne pokrycie z sum znajdujących się na rachunku bieżącym.

Czy Phileas Fogg był zamożny? To nie budziło wątpliwości. Jednak nawet najlepiej poinformowani londyńczycy nie wiedzieli, w jaki sposób zgromadził majątek, a pan Fogg był ostatnią osobą, do której można by się zwrócić z takim pytaniem. W każdym razie nie był rozrzutny, ale nie był też skąpy, ponieważ wszędzie tam, gdzie brakowało pieniędzy na jakiś szczytny, użyteczny albo szlachetny cel, dostarczał ich bez rozgłosu, a nawet anonimowo.

Krótko mówiąc, trudno byłoby znaleźć człowieka bardziej zamkniętego w sobie i mniej komunikatywnego niż Phileas Fogg. Mówił niewiele i lakonicznie, a im bardziej bywał milczący, tym bardziej wydawał się tajemniczy. I chociaż tryb jego życia był zupełnie przejrzysty, to matematyczna wręcz dokładność i cykliczność codziennych zachowań zagadkowego dżentelmena pobudzały wyobraźnię obserwatorów, skłonnych widzieć rzeczy, których nie było.

Czy Phileas Fogg podróżował? Było to bardzo prawdopodobne, ponieważ nikt lepiej od niego nie znał się na mapie świata. Wydawało się, że nie ma żadnego, nawet najbardziej odległego zakątka globu, który byłby mu obcy. Czasami, kiedy w klubie dyskutowano na temat zaginionych lub zabłąkanych podróżników, w jasny i zwięzły sposób wypowiadał swą opinię w tej kwestii, podawał wyjaśnienia i prostował niedorzeczne hipotezy oraz plotki. Jego słowa zwykle okazywały się prorocze, co potwierdzał późniejszy rozwój wydarzeń. Wydawało się więc, że ten człowiek musiał wszystko zwiedzić – przynajmniej swoją myślą.

Z drugiej jednak strony jedno nie ulegało wątpliwości: od wielu lat nie opuszczał Londynu. Osoby, które miały zaszczyt poznać go bliżej, uparcie twierdziły, że poza trasą, którą podążał każdego dnia z domu do klubu i z klubu do domu, nigdzie indziej nie widywały pana Fogga. Jego jedyną rozrywką było czytanie codziennej prasy i gra w wista. W tej milczącej grze, tak dobrze odpowiadającej jego naturze, często wygrywał, ale wygrane kwoty nigdy nie trafiały do jego sakiewki, lecz w znaczący sposób zasilały budżet na cele dobroczynne. Warto jednak podkreślić, że pan Fogg grywał tylko dla przyjemności, a nie dla zysku. Gra stanowiła dla niego rodzaj bitwy, zmaganie się z trudnościami, tym przyjemniejsze, że niewymagające ruchu, zmiany miejsca oraz oszczędzające fatygi, co pasowało jak ulał do jego charakteru.

Nikt nie słyszał, aby Phileas Fogg miał kiedykolwiek żonę lub dzieci, co może się przydarzyć nawet najprzyzwoitszym osobom; nikt też nie słyszał o jego krewnych lub przyjaciołach, co w gruncie rzeczy zdarza się jeszcze rzadziej. Phileas Fogg żył samotnie w swoim domu przy Savile Row. Nie zapraszał żadnych gości, toteż o jego życiu prywatnym nigdy nie było mowy. Zaledwie jeden służący wystarczał, aby go obsłużyć. Obiady i kolacje jadał w klubie o porach wyznaczonych z dokładnością chronometru, zawsze w tej samej sali, przy tym samym stole; nie szukał towarzystwa do posiłku i z nikim wówczas nie rozmawiał. Dokładnie o północy wracał do domu na spoczynek, nigdy nie dając się przekonać do skorzystania z jednego z wygodnych pokoi, które klub Reforma trzymał do dyspozycji członków. Dziesięć godzin na dobę spędzał u siebie, poświęcając ten czas na sen i toaletę. Jeśli się przechadzał, to nieodmiennie miarowym krokiem dookoła przedpokoju, po parkiecie ułożonym w mozaikę, lub po kolistej galerii, nad którą zaokrąglała się kopuła z niebieskich witraży, wsparta na dwudziestu jońskich kolumnach z czerwonego porfiru[10]. Podczas obiadu i kolacji miał do swojej dyspozycji kuchnię, spiżarnię, kredens[11], sklep rybny i mleczarnię klubu, które dostarczały na jego stół pożywne i smaczne produkty. Obsługa klubu, poważni osobnicy w czarnych ubraniach, poruszający się bezszelestnie w trzewikach o podeszwach podbitych moltonem[12], usługiwała mu, podając posiłki na specjalnej porcelanie, na obrusie z zachwycającego saksońskiego płótna. W specjalnie dla klubu szlifowane kryształy lokaje nalewali sherry, porto lub claret zaprawiany trzciną cukrową, syropem z niekropienia i cynamonem[13]. Nawet lód, który trunki pana Fogga utrzymywał w pożądanej temperaturze, sprowadzał klub, nie licząc się z wysokimi kosztami, aż z odległych amerykańskich jezior.

I jeśli życie Phileasa Fogga uznamy za dziwaczne, to trzeba przyznać, że dziwactwo ma jednak swoje dobre strony!

Dom przy Savile Row nie był wystawny, lecz urządzony z niezwykłą dbałością o wygodę jego lokatorów. Poza tym regularny tryb życia i niezmienne przyzwyczajenia pana domu sprawiały, że służący nie miał wiele pracy. Phileas Fogg wymagał od swojego jedynego sługi właściwie tylko dwóch rzeczy: punktualności i systematyczności. I właśnie dziś, 2 października, Phileas Fogg odprawił dotychczasowego służącego Jamesa Forstera za to, że chłopak przyniósł mu wodę do golenia o temperaturze 84 stopni według skali Fahrenheita, zamiast, jak miał przykazane, 86 stopni[14]. Następca winowajcy miał się stawić na Savile Row między godziną jedenastą a wpół do dwunastej.

Phileas Fogg siedział sztywny i wyprostowany w głębokim fotelu; nogi ułożył jak żołnierz na paradzie, ręce oparł na kolanach, głowę trzymał wysoko. Oczyma śledził wskazówkę zegara wahadłowego – niezwykle skomplikowanego urządzenia, które pokazywało godziny, minuty, sekundy, a także nazwy dni, dzień miesiąca oraz rok. Punktualnie z wybiciem jedenastej trzydzieści pan Fogg miał zamiar wstać i udać się według codziennego zwyczaju do klubu Reforma. W tym momencie zapukano do drzwi małego salonu, w którym siedział Phileas Fogg. Pojawił się odprawiony ze służby James Forster.


– Nowy służący – oznajmił.

Wszedł mężczyzna lat około trzydziestu i ukłonił się z szacunkiem.

– Jesteście Francuzem o imieniu John? – zapytał Phileas Fogg.

– Jean, za pozwoleniem jaśnie pana – odpowiedział nowo przybyły. – Jean Passepartout[15]. Ten przydomek przylgnął do mnie już dawno temu, a uzasadnia go moja naturalna zdolność do wybrnięcia z każdej sytuacji. Jestem uczciwym chłopakiem, proszę pana, ale szczerze mówiąc, próbowałem już różnych fachów. Byłem wędrownym śpiewakiem, woltyżerem w cyrku, gdzie wykonywałem akrobacje nie gorzej niż Léotard[16], byłem też zręcznym linoskoczkiem, któremu sam Blondin[17] mógłby pozazdrościć, następnie, aby jeszcze lepiej wykorzystać wrodzone talenty, zostałem nauczycielem gimnastyki, w końcu służyłem jako sierżant straży pożarnej w Paryżu i zaliczyłem nawet kilka niezwykłych pożarów. Ale minęło już pięć lat, jak opuściłem Francję i, spragniony życia rodzinnego, zostałem w Anglii lokajem. Ostatnio jestem bez posady, a ponieważ słyszałem, że jaśnie pan Phileas Fogg jest najbardziej akuratnym człowiekiem w całym Zjednoczonym Królestwie[18], nie zwlekając zgłosiłem się do pana. Wierzę, że znajdę w tym domu spokój i nawet zapomnę z czasem o przezwisku Passepartout...

– Passepartout całkiem mi odpowiada – odrzekł dżentelmen. – Polecono mi was, przekazując nader pochlebne opinie. Czy znacie moje warunki?

– Owszem, proszę pana.

– Dobrze. Którą macie godzinę?

– Dwadzieścia dwie minuty po jedenastej – odpowiedział Passepartout, wydobywszy z głębin kieszeni pokaźny srebrny zegarek.

– Ten zegarek się spóźnia – zauważył pan Fogg.

– Proszę mi wybaczyć, ale to niemożliwe!

– Spóźnia się o cztery minuty. Mniejsza o to. Wystarczy zapamiętać różnicę. A więc począwszy od tej chwili, czyli od godziny jedenastej dwadzieścia dziewięć rano, w środę, drugiego października 1872 roku, jesteście u mnie na służbie.

To powiedziawszy, Phileas Fogg wstał, wziął lewą ręką kapelusz, nałożył go na głowę ruchem automatu i zniknął, nie dodając ani słowa więcej.

Passepartout usłyszał, jak zamykają się frontowe drzwi – to jego nowy pan wychodził do miasta. Po chwili odgłos zamykanych drzwi powtórzył się – to zwolniony służący, James Forster, opuszczał służbę.

Passepartout został sam w domu przy Savile Row.


„Słowo daję – pomyślał nieco osłupiały Passepartout – u Madame Tussauds[19] widziałem jegomościów mających w sobie akurat tyle życia, ile ma mój nowy pan!”.

Wypada w tym miejscu wyjaśnić, że „jegomościowie” pani Tussauds to cieszące się wielkim zainteresowaniem w Londynie bardzo wiernie odtworzone figury z wosku, którym niczego, oprócz mowy, nie brakuje.

Podczas tej krótkiej chwili, w której rozmawiał z Phileasem Foggiem, Passepartout pospiesznie, lecz nader dokładnie, przyjrzał się swemu nowemu chlebodawcy. Zauważył, że był to mężczyzna lat około czterdziestu, o szlachetnej i pięknej twarzy oraz wysokiej sylwetce, której bynajmniej nie szpeciła lekko zaznaczająca się już tusza. Blondyn o jasnych faworytach, z czołem gładkim i bez widocznych na skroniach zmarszczek, cerę miał raczej bladą, a zęby wspaniałe. Zdawał się posiadać to, co fizjonomiści nazywają „aktywnym spokojem”, czyli właściwość spotykaną u osób czynnych, które więcej robią, niż czynią hałasu. Opanowany, flegmatyczny, o przejrzystym, badawczym spojrzeniu, był typowym Anglikiem o zimnej krwi, jakiego spotykamy często w Zjednoczonym Królestwie, a którego trochę sztywne zachowanie cudownie oddawała swoim pędzlem Angelica Kauffmann[20]. W każdym momencie swego życia wydawał się ten dżentelmen tak cudownie zrównoważony, tak doskonale funkcjonujący jak chronometr Le Roya czy Earnshawa[21]. Otóż faktycznie, Phileas Fogg był uosobieniem dokładności i ścisłości, co każdy mógł zauważyć po „wyrazie jego stóp i rąk”, gdyż u człowieka, tak samo jak u zwierząt, członki ciała są narządami, które same w sobie wyrażają uczucia właściciela.

Phileas Fogg należał do ludzi matematycznie dokładnych, którym nigdy się nie spieszy, a mimo to zawsze są gotowi na czas. Tajemnica leży w doskonałej ekonomii ruchów i kroków. Pan Fogg nigdy nie postawił ani jednego zbędnego kroku, wybierając zawsze najkrótszą drogę. Nigdy nie błądził wzrokiem po suficie i nigdy nie pozwalał sobie na żadne zbędne gesty. Nikt nie widział go podnieconego albo zaniepokojonego i choć trudno byłoby znaleźć człowieka mniej skłonnego do pośpiechu niż on, zawsze i wszędzie przybywał o właściwej porze. To być może pozwoli zrozumieć, dlaczego mieszkał samotnie i żył – jeśli tak można powiedzieć – poza nawiasem społeczeństwa. Dobrze wiedział, że w życiu istnieje zjawisko tarcia, a ponieważ tarcie opóźnia ruch, toteż o nikogo się nie ocierał.

Jeśli chodzi o Jeana, zwanego Passepartout, był on nieodrodnym dzieckiem Paryża, od pięciu lat zamieszkującym w Anglii. Służył jako kamerdyner w domach londyńczyków, cały czas daremnie poszukując takiego pana, do którego mógłby się przywiązać.

Passepartout nie należał do lokajów w rodzaju Frontinów czy Mascarillów[22], tych wałkoniów o wciśniętych w ramiona głowach, zimnym spojrzeniu i zadartych nosach, którzy są tylko bezczelnymi łajdakami. Passepartout był zacnym i usłużnym młodzianem, o naturze łagodnej i życzliwej. Fizjonomia jego była przyjemna dla oka: wargi miał lekko wypukłe, zawsze gotowe do próbowania dobrych rzeczy albo całowania, błękitne oczy, cerę zaróżowioną, twarz wystarczająco okrągłą i pulchną, by mógł sam zobaczyć rumieńce na swoich policzkach. Szerokie barki, masywna pierś i wyrobione mięśnie kazały się domyślać siły Herkulesa[23], rozwiniętej jeszcze w czasach młodzieńczych przygód. Brązowe włosy młodzieńca zawsze były trochę wzburzone. Podczas gdy rzeźbiarze antyczni znali aż osiemnaście sposobów układania włosów Minerwy[24], Passepartout zadowalał się tylko jednym: trzy przeciągnięcia rzadkim grzebieniem i fryzura gotowa!

 

Nieostrożnością byłoby uznać, że otwarta i wylewna natura tego człowieka pasowała do charakteru Phileasa Fogga. Czy Passepartout był właśnie tym służącym, jakiego potrzebował jego pan? Odpowiedź na to pytanie przyniesie dopiero przyszłość. Passepartout, po dość tułaczej – jak wiadomo – młodości, niczego tak nie pragnął jak ustatkowanego życia. A że wiele słyszał o angielskiej systematyczności i przysłowiowym zimnym temperamencie angielskich dżentelmenów, wybrał się do Anglii, by szukać szczęścia. Jak dotąd los mu nie sprzyjał, nigdzie nie zagrzał dłużej miejsca. Służył już w dziesięciu domach, w każdym z nich spotykając się z dziwactwami, zmiennością nastrojów, nieobliczalnością lub pociągiem do przygód i włóczęgi, co nie mogło odpowiadać Passepartout. Jego ostatni pan, młody lord Longsferry, członek Parlamentu, hulał nocami w Oyster Rooms przy Haymarket[25] i wracał do domu o świcie, zwykle na barkach policjanta. Passepartout, chcąc nade wszystko zachować szacunek dla swojego pana, zaryzykował pełne uszanowania uwagi, które jednak zostały źle odebrane, i musiał opuścić służbę. W tym czasie dowiedział się, że Phileas Fogg poszukuje służącego i postarał się zasięgnąć informacji o tym dżentelmenie. To, co usłyszał, zachwyciło młodzieńca: tylko chlebodawca, którego życie jest tak uregulowane, który nigdy nie sypia poza domem, nie podróżuje i nigdy nie opuszcza mieszkania nawet na jeden dzień, mógł mu odpowiadać. Zgłosił się więc, nie zwlekając i został przyjęty w znanych nam już okolicznościach.

W ten sposób Passepartout – po wybiciu godziny wpół do dwunastej – znalazł się sam w domu przy Savile Row. Zabrał się skwapliwie do oględzin swojej nowej siedziby i wkrótce poznał ją od piwnicy po strych. Ten czysty, poukładany, prawie purytański[26] i dobrze zorganizowany dom spodobał mu się bardzo. Porównywał go do muszli ślimaka, lecz muszli dobrze ogrzanej i oświetlonej – gaz węglowy dostarczał tu potrzebnego ciepła i światła. Na drugim piętrze Passepartout bez trudu odnalazł przeznaczony dla siebie pokój. Obejrzał go z zadowoleniem. Elektryczne dzwonki oraz tuby akustyczne łączyły pokój z apartamentami na antresoli i pokojami pierwszego piętra. Elektryczny zegar na kominku miał połączenie z zegarem wiszącym w sypialni Phileasa Fogga – obydwa urządzenia jednocześnie odmierzały każdą mijającą sekundę.

„To mi się naprawdę podoba! To mi się podoba!” – powtarzał w myślach Passepartout.

Nad zegarem zauważył zawieszoną kartkę z regulaminem codziennych zajęć. Regulamin zawierał szczegółowy wykaz codziennych obowiązków, począwszy od godziny ósmej, o której wstawał Phileas Fogg, do godziny wpół do dwunastej, o której opuszczał dom, udając się na obiad do klubu Reforma: podanie herbaty i grzanek o ósmej dwadzieścia trzy, wody do golenia – o dziewiątej trzydzieści siedem, ułożenie fryzury – o dziewiątej pięćdziesiąt itd. Także czas od wpół do dwunastej do północy, czyli w porze, o której systematyczny dżentelmen kładł się spać, był w najdrobniejszych szczegółach zaplanowany, uregulowany i przewidziany. Passepartout z nieukrywaną przyjemnością studiował ten program i utrwalał poszczególne jego punkty w swojej pamięci.

Jeśli chodzi o garderobę pana Fogga, była ona bardzo dobrze zaopatrzona i cudownie przystosowana do wszelkich okazji. Każde spodnie, każdy surdut czy kamizelka nosiły numery porządkowe, spisane w osobnym rejestrze, który przejrzyście pokazywał datę wydania i zwrotu danej sztuki odzieży. Ułatwiało to wybór ubrania stosownie do pory roku i okoliczności. W podobny sposób spisane było również obuwie.

Jednym słowem, dom przy Savile Row, który w czasach znakomitego, lecz roztargnionego Sheridana prawdopodobnie był świątynią nieporządku, za rządów pana Fogga stał się siedzibą wygodną i zamożną. Nie było jednak w tym domu żadnego księgozbioru, zresztą książki byłyby tutaj bezużyteczne; klub Reforma oddawał bowiem do dyspozycji swego znamienitego członka aż dwie biblioteki: jedną poświęconą humanistyce, drugą – zagadnieniom prawa i polityki. W sypialni znajdował się sejf średniej wielkości, którego solidna konstrukcja bezpiecznie pozwalała chronić zawartość zarówno przed ogniem, jak i kradzieżą. W całym domu nie było broni, sprzętu myśliwskiego lub wojskowego. Wszystko zatem wskazywało, że upodobania właściciela były najzupełniej pokojowe.

Po szczegółowym obejrzeniu siedziby Passepartout zatarł ręce z radości; jego szeroka twarz promieniała, kiedy wykrzykiwał radośnie:

– Podoba mi się! Świetne miejsce! Widzę, że będziemy do siebie pasowali, jaśnie pan Fogg i ja! Prawdziwy domator i człowiek usystematyzowany! Istny automat! Będę więc służył automatowi. I wcale mnie to nie martwi!