Przyjęcie w Regent’s Park

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Flavia nie miała pojęcia, jak udało jej się dotrwać do końca wieczoru, który ciągnął się i ciągnął. Co jakiś czas dyskretnie szukała wzrokiem Leona Maranza i trochę wbrew sobie była mu wdzięczna, że trzyma się z daleka. Ojciec i Anita często z nim rozmawiali, a inni goście praktycznie bez przerwy otaczali go zwartym kręgiem. Dotyczyło to zwłaszcza gości rodzaju żeńskiego, co Flavia skwitowała pogardliwym skrzywieniem warg i całkowitym brakiem zaskoczenia. Ojca unikała starannie, ponieważ nie miała najmniejszej ochoty na przesłuchanie, dlaczego w tak szorstki sposób potraktowała faworyzowanego przez niego gościa.

Pod koniec przyjęcia schroniła się w swojej sypialni i po raz pierwszy od chwili, gdy ujrzała Leona Maranza, wreszcie poczuła się bezpieczna.

Kiedy jednak parę minut później weszła pod prysznic, odkryła, jak kruchy jest jej spokój. Leon Maranz opuścił już apartament ojca, ale nie jej myśli, wręcz przeciwnie. Potoki wody spływające po jej ciele, piersiach i brzuchu dostarczały jej zmysłowych przeżyć, których powinna unikać w chwili, gdy starała się wyrzucić z pamięci obraz Leona.

Wcierając w skórę delikatny żel, czuła, jak jej piersi reagują na dotyk i oczami wyobraźni widziała ciemne oczy mężczyzny, który patrzył na nią tak, jakby była naga…

Nie!

Leon Maranz nie zobaczy jej nigdy więcej, nie wspominając już o tym, że mógłby zobaczyć ją nagą! Najwyższy czas naprawdę wyrzucić go z pamięci!

Szybkim ruchem wyłączyła prysznic i wytarła się energicznie. Leon Maranz wywarł na niej ogromne wrażenie, ale to nie miało żadnego znaczenia. W podobny sposób odebrały jego obecność inne kobiety na przyjęciu, co do tego Flavia nie miała najmniejszych wątpliwości. Nic dobrego nie mogło wyniknąć z ich krótkiego spotkania i nic z niego nie wyniknie.

Flavia włożyła nocną koszulę, wskoczyła do łóżka i sięgnęła po komórkę. Musiała zadzwonić do pani Stephens i dowiedzieć się, jak babcia się czuje. Było już późno, ale pani Stephens na pewno jeszcze nie spała, ponieważ ostatnio babka Flavii potrzebowała niewiele snu. Opieka nad starszą panią była przez to jeszcze trudniejsza, lecz Flavia znosiła to bez skargi.

Dowiedziała się, że babcia przebywa we własnym świecie i nie zdaje sobie sprawy, że wnuczki nie ma w domu. Pod pewnym względem było to błogosławieństwem. Starsza pani naprawdę cierpiała tylko wtedy, gdy sama była poza domem; Flavia odkryła to mniej więcej pół roku temu, gdy babcia po bolesnym upadku musiała spędzić tydzień w szpitalu. Trudno było wtedy patrzeć, jak starała się podnieść ze szpitalnego łóżka i wyjść z pokoju. Kilka razy znaleziono ją w innych częściach budynku, najwyraźniej szukającą czegoś, zdenerwowaną, roztrzęsioną i zagubioną.

Jednak natychmiast po powrocie do Harford niepokój ustąpił bez śladu i od tej pory Flavia wiedziała, że babcia nie może opuszczać domu, w którym zamieszkała przed pięćdziesięcioma laty jako młoda żona. Umysł starszej pani był poważnie zaćmiony, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że jest u siebie, we własnym domu.

Flavia uśmiechnęła się ze smutkiem. Bolało ją, że babka jest tak krucha pod względem umysłowym i fizycznym, zdawała sobie jednak sprawę, że proces odchodzenia z tego świata już się dla niej rozpoczął. Głęboko zamyślona, utkwiła wzrok w przeciwległej ścianie. Nie była pewna, co zrobi po śmierci babci, lecz nie miała cienia wątpliwości, że będzie chciała zatrzymać Harford. Planowała zrobić z dworu rezydencję do wynajęcia, chociaż taki krok wymagałby przeprowadzenia generalnego remontu łazienek i kuchni, a także wymiany sporej części mebli i wyposażenia. Oznaczałoby to ogromne wydatki, na które po rozliczeniu z urzędem skarbowym nie mogłaby sobie pozwolić. Tak czy inaczej, jednego była pewna – ojciec nie zaproponuje jej ani pensa. Nie żeby zamierzała przyjąć od niego cokolwiek! Wystarczy, że pożyczyła pieniądze na operację babki. To aż nadto skomplikowało jej życie. Ojciec z pewnością nie był dobrym wierzycielem, dlatego najlepszym wyjściem było nie zaciągać u niego żadnych długów. Kto wie, jak mógłby posłużyć się władzą, jaką zyskiwał nad dłużnikiem?

Flavia wyłączyła nocną lampkę. Rozmyślanie nad czymkolwiek poza obecnymi troskami nie miało najmniejszego sensu. W życiu Flavii najważniejsze były potrzeby babci, i tyle. Nie było w nim miejsca na nic innego.

I dla nikogo…

Jednak gdy powoli zapadała w sen, pamięć zaczęła podsuwać jej obrazy: wspomnienie twarzy o mocnych, zdecydowanych rysach i ciemnych, nieodgadnionych oczu, wpatrzonych w jej własne.

Leon Maranz nalał sobie brandy i z roztargnieniem parę razy poruszył kieliszkiem. Jego twarz była zupełnie obojętna.

Był sam w mieszkaniu, chociaż bez trudu mógłby postarać się o towarzystwo. Znał w Londynie dużo kobiet, które pospieszyłyby do niego bez chwili wahania, gdyby tylko o to poprosił. Nawet na przyjęciu u Lassitera mógł wybierać i przebierać do woli wśród chętnych pań, do których grona zaliczała się również, co Leon skwitował kwaśnym uśmiechem, obecna inamorata gospodarza. Anita otwarcie okazała mu swoje zainteresowanie i nie ukrywała rozczarowania, gdy uprzejmie odrzucił jej zaproszenie, aby towarzyszył im w wyprawie do nocnego klubu.

Co by zrobiła, gdyby postanowił się zabawić i zaprosił ją tutaj? Czy odegrałaby rolę obrażonej damy i wróciła na swoje miejsce u boku starzejącego się kochanka? A może pragnienie zdobycia partnera dużo, dużo bogatszego niż Lassiter, no i znacznie młodszego, pomogłoby jej pokonać skrupuły, oczywiście jeśli jeszcze jakieś miała? I co zrobiłby w takiej sytuacji Lassiter? Spokojnie przyjąłby do wiadomości fakt, że człowiek, z którym tak bardzo chciał wejść w biznesowe układy, poszedł do łóżka z jego kochanką? Ciekawe…

Naturalnie Leon nigdy nie wystawiłby tamtych obojga na taką próbę. Tlenione na żółtawy blond włosy Anity, jej zbyt ciężki makijaż i nadmiernie podkreślana strojem kusząca figura bynajmniej go nie pociągały. Jeśli chodzi o kobiety, Leon miał dużo bardziej wyrafinowany gust niż Lassiter.

Pamięć podsunęła mu nagle obraz Flavii Lassiter, tak zupełnie odmiennej od ostentacyjnie wystrojonej kochanki jej ojca. Leon doskonale pamiętał smukłą sylwetkę Flavii i jej twarz o pięknych rysach. Jego uwagę przyciągnęło już choćby to, że nie popisywała się swoją wyjątkową, rzadko spotykaną urodą. Czyżby nie zdawała sobie sprawy, że nigdy nie zdoła jej zamaskować ani ukryć? Ciemne oczy Leona zabłysły, gdy uniósł kieliszek brandy, delektując się aromatem alkoholu. Flavia nie była też w stanie ukryć tego, co zdradziły mu jej rozszerzone źrenice oraz leciutkie rozchylenie warg – zareagowała na niego w taki sam sposób, jak on na nią.

Zacisnął usta. Lekceważenie, jakie mu okazała, było niczym palące piętno na jego umyśle. Czy rzeczywiście była to jedynie próba ukrycia reakcji na jego zainteresowanie z powodów, których nawet nie potrafił sobie wyobrazić? W oczach Leona pojawił się nieobecny wyraz. Wspomnienia, podobne do ujęć ze starego filmu, przemknęły mu przez umysł, przenosząc go do innego, odległego świata. Do świata, który nie miał nic wspólnego z apartamentem w pięciogwiazdkowym hotelu, doskonale skrojonym garniturem od najdroższego krawca, najlepszą brandy i wszystkim, co bez najmniejszego wysiłku mógł kupić za swoje ogromne pieniądze, w dowolnej liczbie czy ilości.

Życie Leona nie zawsze wyglądało jednak tak jak teraz.

Pamiętał uczucie zimna. Zimno, lodowaty wiatr przenikający przez cienki materiał lichego ubrania. Zima w Europie. Zatłoczone, anonimowe ulice miasta, w którym był tylko jednym z wielu bezdomnych, zdesperowanych, odrzuconych, ignorowanych, niechcianych.

Powoli i boleśnie przedzierał się przez tamten gorzki, bezwzględny świat, imając się wszelkich możliwych zajęć, ciężkich, fizycznych, marnie opłacanych, zajęć poniżej godności obywateli kraju, do którego przyjechał.

Przywykł do tego, że ludzie patrzą na niego z góry albo tak, jakby w ogóle nie istniał. Przyzwyczaił się do takich sytuacji, ale nigdy, nawet w najgorszych chwilach, nie akceptował ich. Gniew, ambicja i poczucie godności pchały go naprzód i w górę, dając siłę dążenia do czegoś lepszego.

Jednak nawet teraz, gdy w świecie bogaczy poruszał się z łatwością i pewnością siebie, tamten gniew nadal miał nad nim władzę. Dlaczego? I kim była ta dziewczyna, że udało jej się go ponownie w nim rozbudzić? Kim była ta dobrze urodzona córka Alistaira Lassitera, że patrzyła na niego jak na niewidzialnego, jak na ubogiego emigranta, którym kiedyś był? Jak na kogoś, kto podaje drinki, sprząta ze stołów i usługuje bogatym kobietom, takim jak ona… Dlaczego uznała, że może okazać mu lekceważenie, potraktować jak tych, których istnienia nikt nie zauważał?

Gniew palił go jak płomień brandy w gardle. Powoli rozluźnił zaciśnięte na kieliszku palce i głęboko odetchnął, ponownie przejmując kontrolę nad swoimi emocjami. Niepotrzebnie się złościł, ponieważ pierwsze wyjaśnienie zachowania Flavii Lassiter, które przyszło mu do głowy, było z pewnością słuszne. Dziewczyna chciała stłumić własną reakcję i dlatego unikała jego wzroku, dlatego okazała mu chłód. Tak, tego powinien się trzymać!

W oczach Leona pojawił się cyniczny błysk. Nie miał cienia wątpliwości, że Alistair Lassiter będzie zachwycony jego zainteresowaniem Flavią. Potraktuje to jako możliwość nawiązania i podtrzymania bliższego kontaktu z Leonem, na czym przecież tak bardzo mu zależało.

Było to więcej niż oczywiste, bo w tej chwili firma Maranz Finance była najlepszą szansą ratunku dla tonącego imperium Alistaira Lassitera.

ROZDZIAŁ TRZECI

Flavia siedziała na tylnym siedzeniu limuzyny ojca. Usta miała zaciśnięte, twarz obojętną.

– Świetnie wyglądasz, skarbie, kiedy rozpuścisz włosy i pomalujesz wargi czerwonym błyszczykiem – odezwała się siedząca z drugiej strony Alistaira Anita. – W ten sposób trochę ożywiasz tę suknię!

 

Krytycznym spojrzeniem spod sztucznych rzęs obrzuciła Flavię, na moment zatrzymując je na sukni.

– Fantastyczny krój i styl – dorzuciła. – Szkoda tylko, że taki nieciekawy kolor!

Po południu Alistair wysłał Flavię z Anitą na zakupy, polecając córce, aby kupiła sobie „coś przyciągającego wzrok, dla odmiany”. Flavia protestowała, lecz ojciec, wyraźnie zmęczony po przyjęciu, z przekrwionymi oczami i obrzmiałą twarzą, nie chciał jej słuchać.

– Wybieramy się dziś na wielką charytatywną imprezę i chciałbym, żebyś przynajmniej raz nie wyglądała jak zakonnica!

Znając skłonność Anity do błyskotek, Flavia miała się na baczności, i kiedy kochanka ojca wybrała dla niej obcisłą szkarłatną sukienkę, zdołała zamienić ją przy kasie na trochę dłuższą w morskim kolorze. W tym samym czasie Anita mierzyła falbaniastą i naszywaną cekinami fioletową kreację, w której w tej chwili siedziała w limuzynie. Zamiana sukni wyszła na jaw, dopiero kiedy Flavia opuściła swój pokój tuż przed wyjściem na przyjęcie. Anita, kompletnie rozstrojona, wymogła na niej rozpuszczenie zebranych w gładki kok włosów i przejechała jej po wargach czerwonym błyszczykiem.

Alistair, który w tym samym momencie wyszedł z gabinetu, był bardzo spięty, Flavia wyraźnie to widziała. Postanowiła, że zaraz po przyjeździe do hotelu Park Lane, gdzie miała odbyć się impreza, pobiegnie do toalety, żeby zetrzeć szminkę Anity i uczesać włosy, lecz jej nadzieje spełzły na niczym. Kiedy wchodzili do hotelu, dłoń Anity zacisnęła się na przegubie Flavii i tam pozostała.

– Nawet o tym nie myśl! – syknęła.

Flavia nie miała wyjścia, musiała pozwolić, aby Anita wprowadziła ją do bankietowej sali. Byli trochę spóźnieni i wszyscy goście, poza jeszcze kilkoma osobami, zdążyli już zająć miejsca przy wyznaczonych stolikach.

Przeciskając się między nimi razem z ojcem i Anitą, Flavia widziała tylko morze ludzkich twarzy, słyszała gwar rozmów, brzęk kieliszków i sztućców oraz szelest fałd wieczorowych sukni. Alistair witał się ze znajomymi, Anita machała do swoich przyjaciół, natomiast Flavia patrzyła prosto przed siebie. Kiedy wreszcie dotarli do swojego stołu, z uczuciem wielkiej ulgi opadła na krzesło po prawej stronie ojca.

Ulga okazała się jednak krótkotrwała.

– Panno Lassiter…

Głęboki głos z lekkim akcentem, ten sam.

Flavia odwróciła się gwałtownie. Po jej prawej ręce siedział Leon Maranz. Flavię ogarnęła fala gorących emocji, przede wszystkim przerażenia i rozczarowania, zaraz jednak pojawiło się inne uczucie, już jej znane, to, które sprawiało, że jej policzki oblewał rumieniec, a serce zaczynało galopować.

Dlaczego? Dlaczego reagowała w ten sposób na tego mężczyznę? Przecież to zupełnie absurdalne…

Flavia bezradnie starała się zetrzeć z twarzy wyraz zawodu, odzyskać równowagę i zmusić się do normalnego zachowania. Uprzejmie skinęła głową, bo tylko na tyle było ją stać.

– Pan… Pan Maranz, prawda? – zawahała się, jakby z pewnym trudem przypomniała sobie jego nazwisko.

Dyskretnie strzepnęła lnianą serwetkę i rozłożyła ją sobie na kolanach. Tym razem była wdzięczna losowi za obecność ojca, który natychmiast nachylił się w stronę Maranza.

– Ach, tak się cieszę, że cię widzę, Leonie! – ucieszył się wylewnie. – Bardzo mi miło, że przyjąłeś moje zaproszenie na to przyjęcie.

Oczy Leona Maranza zabłysły. Zastanawiał się, czy dobrze zrobił, przyjmując zaproszenie Alistaira Lassitera. Tak, wrażenie, jakie zrobiła na nim Flavia, bynajmniej nie osłabło, ale czy należało ciągnąć tę sprawę? Zwłaszcza że oznaczało to spędzenie całego wieczoru w towarzystwie Lassitera…

Nawet gdyby Leon zdecydował się zainwestować w firmę Alistaira, pogłębianie znajomości na gruncie towarzyskim wcale nie było konieczne, no, chyba że chodziłoby o zdobycie sympatii jego córki.

Z chłodnego zachowania Flavii wynikało jasno, że nadal podchodziła do Leona z ogromną ostrożnością. Czy naprawdę warto było poświęcać czas i siły na rozmrożenie tej jej lodowej tarczy? Miał tylko chwilę, żeby dokładniej przyjrzeć się dziewczynie, ale to wystarczyło, aby się zorientować, że obnażająca ramiona suknia, rozpuszczone włosy i odrobina zmysłowej czerwieni na wargach w oszałamiający sposób podkreśliły urodę, którą docenił poprzedniego wieczoru.

Decyzję podjął w ciągu paru sekund – tak, Flavia Lassiter, pomimo swojego ojca, była warta zachodu.

A jeśli chodzi o Alistaira… Cóż, Leon był gotów zastanowić się jeszcze, czy dostarczy Lassiterowi sumę, której tamten tak rozpaczliwie potrzebował. Lekko zacisnął usta. Alistair Lassiter musiał być po prostu głupi, skoro wpakował się w takie kłopoty. Globalna recesja powinna nauczyć go ostrożności, tymczasem on niepotrzebnie ryzykował, i to nie raz, a poza tym dość rozrzutnie wydawał pieniądze. Teraz stał na skraju bankructwa, z własnej winy, i musiał zdać się na tak specjalistyczną firmę jak Maranz Finance.

Leon zmrużył oczy. Czy firma Lassitera miała jeszcze jakąś wartość? I czy warto było ją ratować? Alistair stąpał po cienkim lodzie. Długi, które zaciągnął, ciągnęły go w dół jak młyński kamień u szyi. Nawet apartament przy Regent’s Park był obciążony hipotecznym kredytem, a inne nieruchomości Lassitera zostały już wyprzedane.

Leon spojrzał na córkę Alistaira, która właśnie sięgnęła po butelkę wody mineralnej i napełniła nią szklaneczkę. Kelnerzy podawali już białe wino, lecz Flavia przykryła swój kieliszek dłonią i lekko potrząsnęła głową. Czyżby w ogóle nie piła alkoholu?

– Nie pije pani wina? – zagadnął.

Drgnęła i zwróciła głowę w jego kierunku.

– Bardzo rzadko – odparła krótko.

– Puste kalorie?

– Tak.

Flavia uniosła szklaneczkę z wodą, świadoma, jak sztywno się zachowuje. Dlaczego ojciec jej nie uprzedził, że zaprosił Leona Maranza na ten wieczór?! Odpowiedź była oczywista, niestety. Alistair wolał działać z zaskoczenia, ponieważ wiedział, że Flavia mogłaby w jakiś sposób się wymówić, nawet w ostatniej chwili. I oto teraz siedziała u boku Leona, ubrana w sukienkę, której sama nigdy by nie wybrała, z włosami opadającymi na plecy i ustami umalowanymi jaskrawą szminką.

Podniosła serwetkę i ostentacyjnie osuszyła nią usta, próbując zetrzeć przynajmniej część czerwonego świństwa. Czuła, że Leon Maranz nie spuszcza z niej oczu. Jak miała przetrwać ten wieczór? I dlaczego zachowywała się tak nienaturalnie?

Poznała wielu mężczyzn, których ojciec podsuwał jej ze względu na swoje interesy, ale nigdy dotąd nie wpadła w taką panikę! Zawsze zachowywała się spokojnie i obojętnie, nie jak onieśmielona, spłoszona dziewczynka. Pewnie polegało to na tym, że żaden ze znajomych jej ojca nie przypominał Leona Maranza.

Nikt nie mógł go przypominać, pomyślała. Nikt nigdy nie zrobił na niej takiego wrażenia. Czuła jego bliskość, kątem oka widziała jego umięśnioną sylwetkę, podkreśloną przez krój smokingu, opaloną dłoń sięgającą po kieliszek z winem. Jego surowy, męski zapach, przytłumiony cytrusowo-piżmowym aromatem wody po goleniu, atakował jej nozdrza.

Całe szczęście, że Leon przyjął do wiadomości jej niechęć do rozmowy, nawet na zupełnie błahe tematy, i skupił uwagę na kobiecie po swojej drugiej stronie. Flavia słyszała jej dźwięczny śmiech, nie miała jednak pojęcia, o czym rozmawiają.

– Leonie, muszę poznać twoją opinię!

Flavia pomyślała, że chętnie stłumiłaby w jakiś sposób wysoki, nieco piskliwy głos Anity.

– W jakiej kwestii? – zapytał Leon.

Anita machnęła obficie upierścienioną dłonią.

– Nie sądzisz, że Flavia wygląda dużo lepiej z rozpuszczonymi włosami niż ze spiętymi, tak jak wczoraj wieczorem?

Flavia poczuła dwa płonące krążki na swoich policzkach. Ogarnęła ją bezradna złość, miała ochotę krzyknąć na Anitę, lecz Leon Maranz już jej odpowiadał.

– Tak, wygląda bardzo… Bardzo naturalnie.

Flavia mogłaby przysiąc, że jego oczy są jak gorące palce błądzące po jej twarzy i szyi. Jej policzki zapłonęły jeszcze mocniej.

– A widzisz! – triumfowała Anita. – Mówiłam ci, Flavio, że gdybyś się trochę postarała, byłabyś znacznie bardziej efektowna. Podziw Leona Maranza to gwarancja sukcesu, możesz być pewna!

Kochanka Alistaira zaniosła się śmiechem, nieszczerym i przesadnie głośnym.

Twarz Flavii przybrała lodowaty wyraz i pozostała taka przez cały ciągnący się bez końca posiłek. Był to jedyny sposób na przetrwanie.

Na szczęście Anita dała Flavii spokój, a Leon Maranz rozmawiał albo z gośćmi przy sąsiednim stoliku, albo z Alistairem. Czy też raczej, jak zauważyła Flavia, to jej ojciec rozmawiał z Maranzem. Napięcie, które wcześniej zaobserwowała u niego, zniknęło bez śladu i teraz Lassiter łączył głośną wesołość z wielką atencją, z jaką słuchał każdego słowa Leona. Flavia doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co robi jej ojciec, nie była natomiast pewna, co robi Leon Maranz. Wszystko wskazywało na to, że gość Alistaira woli słuchać niż mówić i jego lakoniczne odpowiedzi wydawały się tylko zachęcać ojca Flavii do rozmaitych wynurzeń. Lassiter był coraz bardziej rozmowny, czy może raczej coraz bardziej zdesperowany…

Flavia obrzuciła ojca szybkim spojrzeniem. Alistair rozluźnił muszkę, jego policzki poczerwieniały, a powieki wydawały się dziwnie obrzmiałe. Kelnerzy często dolewali mu wina i Flavia zaczęła się zastanawiać, ile tak naprawdę wypił. Przez jej twarz przemknął wyraz niesmaku. Dzięki Bogu, że jutro może już wrócić do domu! Nie mogła się doczekać, kiedy zostawi daleko za sobą ojca i płytkie, przesycone żądzą pieniędzy życie, jakie prowadził. Być może cel tego przyjęcia był rzeczywiście bardzo szczytny, lecz Flavia wcale nie chciała tu być, w tej ogromnej, bogato zdobionej bankietowej sali, wypełnionej zapachem wina, kwiatów i drogich perfum.

Chciała wrócić do domu, do wiejskiego Harford, ukrytego w głębi jej ukochanych lasów, do babki, do swojego świata, cichego, spokojnego i tak dobrze znanego. I tak cennego. A w tej chwili musiała tylko dotrwać do końca nieznośnie długiego wieczoru, nic więcej.

Wreszcie bankiet i przemówienia prezesów oraz wiceprezesów organizacji charytatywnej skończyły się, i kelnerzy zaczęli roznosić kawę, ciasteczka i likiery. W jednym końcu sali na niewielkim podwyższeniu ustawił się zespół muzyczny, najwyraźniej gotowy do występu.

Flavia zamknęła oczy, starając się odciąć od gwaru i zamieszania. Pragnęła uciec z tej sali, najlepiej natychmiast, ale było to niemożliwe. Wiedziała, że Anita i jej ojciec podniosą się zaraz i wyjdą na parkiet, a ona zostanie sama z Leonem Maranzem, chyba że… O, Boże, oby jej życzenie się spełniło, chyba że Maranz postanowi zatańczyć z kimś innym! Jednak wszystkie kobiety przy sąsiednich stolikach ruszyły już na parkiet ze swoimi partnerami i Flavia uświadomiła sobie, że naprawdę została całkiem sama z Leonem.

Sztywnym ruchem sięgnęła po dzbanek z kawą.

– Pani pozwoli…

Uprzedził ją, podniósł ciężki dzbanek z taką łatwością, jakby nic nie ważył, i nalał kawy do jej pustej filiżanki.

– Śmietanka? – zapytał troskliwie.

Flavia potrząsnęła głową.

– Oczywiście, to także puste kalorie – wymamrotał.

Rzuciła mu krótkie spojrzenie. I to był błąd.

Błąd, błąd, błąd!

Odchylił się do tyłu w krześle, jedną dłonią obejmując kieliszek z brandy. Wydawał się zupełnie spokojny, jednak jakiś najbardziej prymitywny zmysł mówił Flavii, że wcale nie jest rozluźniony, że tylko takiego udaje.

Czytała to w jego oczach. Powieki przesłaniały je do połowy, lecz Flavia widziała, że patrzy na nią czujnie i uważnie.

Przez parę sekund walczyła z pragnieniem, aby zerwać się na równe nogi i pobiec do drzwi, wybiec na zewnątrz i uciec daleko, jak najdalej, ale przecież nie mogła zrobić czegoś tak dziwnego i nieakceptowanego w towarzystwie.

Mogła jednak pójść do toalety, prawda?

Odetchnęła z ulgą. Tak, to było dobre rozwiązanie, wręcz idealne, ponieważ tam będzie mogła ponownie upiąć włosy i upewnić się, czy na jej wargach nie pozostał jakiś ślad szminki Anity.

Już prawie zdecydowała się wstać, lecz zanim jej zesztywniałe kończyny zdążyły się poruszyć, Leon Maranz odsunął krzesło i spojrzał jej prosto w oczy. Flavia natychmiast poczuła się jak sparaliżowana; nie była w stanie się poruszyć, złapać tchu ani odwrócić głowy, żeby nie patrzeć w jego czarne oczy, w których czytała oczywistą wiadomość.

Pożądanie.

Równie gorące jak spojrzenie jego ocienionych długimi rzęsami oczu, równie intymne jak fizyczna pieszczota.

 

Flavia wstała, czując, jak wszystkie jej mięśnie napinają się jak pod dotknięciem prądu. Musiała odejść, natychmiast, już.

– Bardzo przepraszam, ale muszę…

Jej głos był wysoki i zdyszany.

Nie dam rady, pomyślała z rozpaczą. To niemożliwe, po prostu niemożliwe! Niemożliwe, abym mogła mieć cokolwiek wspólnego z mężczyzną ze świata ojca! Niemożliwe, bo przecież muszę myśleć przede wszystkim o babci, nie o sobie, więc nie ma najmniejszego znaczenia, dlaczego w taki sposób reaguję na bliskość tego człowieka! Nic z tego nie będzie i nie może być, dlatego muszę to zakończyć, tu i teraz!

Jednak on także podniósł się płynnym, lekkim ruchem. Stał blisko, bardzo blisko i patrzył na nią z góry, dosłownie. Flavia cofnęła się o krok, usiłując nie wpaść na stojące za nią krzesło.

– Wie pani… – Jego głos miał głęboką, mroczną nutę, która wprawiała nerwy Flavii w dziwne wibracje.

Ani na moment nie spuszczał z niej wzroku, ani na moment nie przestawał patrzeć jej w oczy.

– Chyba raczej nie przyjmę pani przeprosin – powiedział. – Nie drugi wieczór z rzędu. Tym razem po prostu…

Poruszył się tak szybko, że nie zdążyła się odsunąć. Jego palce zacisnęły się na przegubie jej ręki, niezbyt mocno, niezbyt ciasno, ale tak, że nie mogła się uwolnić. Popatrzył na nią uważnie, jakimś cudem wyższy niż jeszcze przed chwilą, szerszy w ramionach, o ciemniejszych oczach.

– Chciałbym z panią zatańczyć.

Położył jej dłoń na ciemnym rękawie swojego smokingu. Chciała wyrwać się, ale on wciąż patrzył na nią w skupieniu, z lekkim uśmiechem na ustach.

– Nie chce pani chyba zrobić jakiejś sceny, prawda, panno Lassiter? – zagadnął, unosząc ciemną brew.

Jego oczy lśniły kpiną.

Przez krótką, króciutką chwilę Flavia miała wielką ochotę zrobić to, o czym mówił – wyrwać mu się, odepchnąć, wypaść z sali z furkotem sukni i zostawić go samego.

Jednak dookoła było za dużo ludzi. Było to ważne przyjęcie, z ludźmi, którzy znali Leona, znali jej ojca i ją samą. Patrzyło na nich za dużo oczu. Za dużo głów odwracało się w ich stronę.

Leon rozumiał jej dylemat i wyraźnie z niej drwił. Pociągnął ją w stronę parkietu, czując sztywność jej ciała, gniew czający się w twardej linii jej ramion. Cóż, on także czuł gniew. Był wściekły, ponieważ Flavia ignorowała go przez cały wieczór, nie chciała na niego patrzeć ani z nim rozmawiać. Nie chciała zrobić nic poza tym, czego nie mogła nie zrobić.

Nie mogła ukryć swojej reakcji na jego bliskość.

Leon poczuł, jak ogarnia go fala ponurej satysfakcji. Tego jednego nie mogła ukryć. Reakcja jej ciała była zbyt silna, niemożliwa do zamaskowania. Byli już na parkiecie. Flavia wciąż stawiała mu opór, ale nie była w stanie złamać niepisanych zasad zachowania swojej klasy – nie robić scen, nie zwracać na siebie uwagi, nie skupiać na sobie zaciekawionych spojrzeń. Leon potrafił posłużyć się tymi regułami, aby dostać to, czego pragnął – przyciągnąć ją do siebie.

– Zatańczymy?

Odwrócił ją twarzą do siebie, objął w talii, drugą ręką chwycił jej dłoń i lekko popchnął ją w głąb parkietu.

Flavia, zupełnie bezradna, nie mogła zrobić nic, aby go powstrzymać. W jej piersi szalała burza uczuć. Leon trzymał ją i prowadził; lekko i gładko sunęli w rytm muzyki, wymijając innych tancerzy. Flavia miała wrażenie, że jej ciało jest sztywne jak kawałek drewna, a jednak on raz po raz przyciągał ją do siebie, podczas gdy ona raz po raz stawiała mu opór, z talią ściśniętą jego ręką, mocną jak stal i miękką jak welwet.

Raz po raz brał ją w niewolę.

I nic nie mogła na to poradzić! Nic! Bo przecież nie mogłaby wyrwać mu się siłą i wybiec z sali! Nie mogłaby, ponieważ zwróciłaby na siebie uwagę, skupiła na sobie spojrzenia…

Nie mogłaby uciec, ponieważ wcale nie chciała tego zrobić.

Przez sekundę, jeden fatalny moment, w którym świadomość przeszyła jej umysł z siłą ostrza miecza, poczuła, jak napięcie opuszcza jej ciało, pozostawiając je miękkim, elastycznym i otwartym na dotyk.

On też to poczuł, ponieważ jego oczy zabłysły, a ona właśnie wtedy zajrzała w nie, chociaż powinna nieruchomo wpatrywać się w jego ramię. Obejmująca ją w pasie ręka poruszyła się, mocniej podpierając jej nagle rozluźnione ciało. Rozpostarte palce spoczęły na jej plecach, a jego ciemne oczy uśmiechnęły się ciepło.

– Widzi pani?

Jego głos był niski i czuły, niepokojąco czuły i pełen satysfakcji. Leon znał jej uczucia, jej reakcje i myśli, wiedział, że wydaje jej się, jakby cały świat zniknął, jakby wokół nie było nic i nikogo poza nimi dwojgiem.

Muzyka ucichła i Flavię ogarnęła ogromna ulga, że jej męka wreszcie się skończyła. Impulsywnym szarpnięciem uwolniła swoją rękę i odsunęła się, nie dbając o to, czy jej gest jest do zaakceptowania w dobrym towarzystwie, czy też nie.

– Proszę mi wybaczyć – rzuciła pospiesznie, starannie omijając Leona wzrokiem.

Szybkim krokiem ruszyła w kierunku drzwi prowadzących do foyer, gdzie znajdowała się toaleta. Wewnątrz opadła na obity aksamitem taboret przed lustrem i spojrzała na swoje odbicie.

Suknia koloru morskiej wody odsłaniała jej ramiona i dekolt, chociaż według standardów Anity była niewątpliwie bardzo skromna. Jednak działania kochanki ojca Flavii przyniosły większe szkody. Rozpuszczone włosy kompletnie zmieniły wizerunek, jaki Flavia zazwyczaj prezentowała światu. Zamiast ciasnego, gładkiego koka opadały długim, lśniącym sznurem na nagie plecy i okalały twarz dziewczyny wijącymi się pasmami, łagodząc jej rysy. Wargi Flavii, pociągnięte przez Anitę szkarłatną szminką, nawet po paru godzinach wyglądały na zmysłowo pełne, jakby obrzmiałe.

Flavia z przerażeniem wpatrywała się w swoje odbicie. O, Boże, więc właśnie taką widział ją przez cały wieczór Leon Maranz! A teraz, po tym strasznym, katastrofalnym tańcu policzki Flavii były gorączkowo zarumienione, źrenice rozszerzone, oddech dużo szybszy niż normalnie…

Przecież to nie ona! W żadnym razie! Co się z nią stało? Gdzie podziała się opanowana, chłodna istota, którą Flavia zawsze starała się być, gdy przyjeżdżała do Londynu na wezwanie ojca? Bo przecież przed tym lustrem siedziała zupełnie inna, obca kobieta!

Bardzo zmysłowa.

Flavia żachnęła się na to określenie, chociaż samo powstało w jej głowie. Nie miało znaczenia, co stało się z nią pod wpływem Leona Maranza, z którym i tak nie zamierzała mieć nic wspólnego! Maranz należał do świata jej ojca, świata, gdzie najważniejsze było pomnażanie pieniędzy i wydawanie ich w jak najbardziej ekstrawagancki sposób. Była to pusta, płytka rzeczywistość, a miejsce Flavii było w domu, w Harford, u boku babki, która tak bardzo ją kochała i tak jej potrzebowała.

Nic nie mogło tego zmienić.

Flavia wyprostowała się, zwinęła włosy w węzeł i upięła je na karku, pomagając sobie zostawionymi na potrzeby gości spinkami. Higieniczną chusteczką wytarła usta, aż resztki czerwonej szminki zniknęły na dobre, wstała i wysoko uniosła podbródek.

Musiała jakoś dotrwać do końca wieczoru, nie miała wyjścia, ale nie zatańczy więcej z Leonem Maranzem i nie zamieni z nim ani słowa. Zmierzyła swoje odbicie krytycznym spojrzeniem. Ze spiętymi włosami i bladymi wargami wyglądała prawie normalnie, tylko lekki, zdradliwy rumieniec mówił o szalejącym w jej sercu niepokoju.

Nagle wydało jej się, że czuje dotyk jego dłoni na plecach, że sama dotyka ręką jego ramienia. Gwałtownie wciągnęła powietrze i szybkim krokiem wyszła z toalety.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?