Małżeństwo z arystokratką

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Julia James
Małżeństwo z arystokratką

Tłumaczenie:

Izabela Siwek

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kobieta w lustrze była piękna. Miała jasne włosy, zaczesane do tyłu i upięte w elegancki kok, odsłaniający delikatną twarz, błyszczące szare oczy, podkreślone makijażem, i subtelnie uszminkowane usta. Na płatkach uszu i na szyi połyskiwały perły.

Wpatrywała się w siebie przez dłuższy czas, nie mrugając powiekami. Potem nagle wstała i się odwróciła. Kierując się do wyjścia z sypialni, zaszeleściła długą wieczorową suknią. Nie mogła już dłużej zwlekać. Nikos nie może długo czekać.

Przypomniało jej się powiedzenie, które wciąż wydawało się aktualne w tej nowej, ponurej rzeczywistości: Za wszystko trzeba z życiu zapłacić. Ruszyła schodami na dół do czekającego na nią męża. No cóż, wzięła to, co chciała, a teraz musiała ponieść koszty. I to jakie…

Sześć miesięcy wcześniej

– Zdajesz sobie z tego sprawę, Diano, że teraz, po zatwierdzeniu testamentu, w obecnej trudnej sytuacji finansowej nie masz innego wyboru, jak tylko sprzedać dom.

Zacisnęła dłonie na kolanach, ale nic nie odparła i prawnik rodziny St. Clairów mówił dalej:

– Oczywiście, nie uzyskasz najwyższej ceny z powodu złego stanu budynku, ale powinnaś zgarnąć wystarczająco dużo, żeby żyć na przyzwoitym poziomie. Skontaktuję się z agentami i puszczę sprawę w ruch. – Gerald Langley uśmiechnął się pocieszająco. – Lepiej wybierz się na wakacje. To był dla ciebie trudny czas. Wypadek ojca, postępujące pogorszenie się jego stanu zdrowia po urazach, a potem śmierć…

– Nie sprzedam domu – odparła z kamienną twarzą.

– Diano, musisz wziąć pod uwagę fakty. – Prawnik wyraźnie się zniecierpliwił. – Być może masz wystarczające dochody z akcji oraz innych inwestycji, żeby poradzić sobie ze zwyczajnymi wydatkami i kosztami utrzymania Greymont. A może nawet znajdziesz fundusze na remont, który twój ojciec uważał za konieczny. Ale ostatnia ekspertyza budowlana, jaką zleciłaś po jego śmierci, wykazała, że pilne naprawy, których nie można odwlekać, są o wiele bardziej kosztowne, niż się wydawało. Po prostu nie masz na to pieniędzy po zapłaceniu podatku od spadku. Nie mówiąc już o urządzeniu wnętrz. A niewiele zostało ci dzieł sztuki do sprzedania. Twój dziadek rozporządził większością z nich, żeby spłacić własny podatek, a ojciec sprzedał wiele pozostałych, żeby poradzić sobie ze swoimi należnościami. – Prawnik odetchnął głęboko. – A więc jedyną opcją, poza wygraniem na loterii, co wydaje się bardzo mało prawdopodobne, może być znalezienie wyjątkowo bogatego męża. – Przyglądał jej się uważnie przez chwilę, po czym podjął temat. – Tak jak powiedziałem, skontaktuję się z agentami nieruchomości i…

Nagle ze zdziwieniem zobaczył, że jego klientka wstaje.

– Nie rób sobie kłopotu, Geraldzie. – Wzięła torebkę i ruszyła do wyjścia z gabinetu.

– Diano… co robisz? – zawołał, również się podnosząc. – Mamy jeszcze sporo do omówienia.

Odwróciła się z dłonią na klamce. Twarz miała bez wyrazu, ale przepełniały ją emocje. Nigdy nie zgodzi się na utratę ukochanego domu. Nigdy! Znaczył dla niej wszystko. Sprzedając go, zdradziłaby przodków z dawnych wieków i ojca, a przecież tyle dla niej poświęcił.

Greymont dawało jej poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, jakich potrzebowała w dzieciństwie, dochodząc do siebie po traumie związanej z odejściem matki, która porzuciła ją i ojca, czyli swojego męża. Musiała więc uczynić wszystko, żeby zachować Greymont.

– Nie ma już o czym mówić, Geraldzie. A jeśli chodzi o to, co zamierzam zrobić, czy to nie oczywiste? – Zamilkła na chwilę, po czym dodała: – Poszukam jakiegoś bardzo zamożnego człowieka i za niego wyjdę.

Nikos Tramontes stał na balkonie przy sypialni w swojej eleganckiej willi na Lazurowym Wybrzeżu. Przeciągnął szerokie ramiona, spoglądając na Nadię Sereńską, pływającą leniwie w basenie na dole.

Kiedyś lubił na nią patrzeć, ponieważ Nadia była jedną z najpiękniejszych modelek, i cieszył się tym, że ma do niej wyłączny dostęp. Był to jasny sygnał dla świata, że Nikos się pojawił i zdobył wielki majątek, jakiego kobiety podobne do Nadii wymagały od mężczyzn, których obdarzały swoimi wdziękami.

Teraz jednak, po dwóch latach jej urok zblakł i żadne zapewnienia o tym, jak świetnie do siebie pasują, nie mogły tego zmienić. Co gorsza, zaczęła coraz częściej wspominać o małżeństwie.

Nawet gdyby się nią nie znudził, nie miał ochoty żenić się z Nadią – nie przyniosłoby mu to niczego ponad to, co już miał. Teraz potrzebował czegoś więcej niż tylko rudowłosej piękności o statusie celebrytki. Chciał znowu zrobić w życiu krok do przodu. Osiągnąć kolejny cel.

Nadia była jego kochanką, oznaką statusu, wejścia w kręgi najzamożniejszych, ale teraz potrzebował żony, która jeszcze bardziej go uświetni. Dopełni tego, czego szukał przez całe życie.

Jego twarz stała się bardziej mroczna, jak zawsze, kiedy pogrążał się we wspomnieniach. Zdobycie wielkiego majątku i wszystkiego, co się z tym wiąże – od willi na Cap Pierre po najpiękniejsze i najsłynniejsze kobiety na świecie oraz mnóstwo innych luksusów – stanowiło jedynie pierwszy krok w jego przeobrażeniu się z niechcianego, kłopotliwego bękarta, pogardzanego przez rodziców, w człowieka godnego szacunku.

Poczęli go z samolubną beztroską podczas pozamałżeńskiego romansu i porzucili, gdy tylko się urodził, przekazując pod opiekę przybranym rodzicom. Jak gdyby chcieli zaprzeczyć, że mają z nim coś wspólnego. Wyparli się go.

Zamierzał więc im udowodnić, że popełnili błąd. Pokazać, że potrafi własnym wysiłkiem zdobyć to, czego mu odmówili. Bogacąc się, dowiódł, że jest potomkiem zamożnego Greka, uganiającego się za kobietami magnata branży transportowej, i ma taką samą siłę nabywczą jak człowiek, który go spłodził. Natomiast żeniąc się, miał zamiar wykazać, że jest synem zdradzającej męża francuskiej arystokratki. Chciał wkroczyć w podobne elitarne kręgi towarzyskie, w jakich obracała się jego biologiczna matka, choć był tylko niechcianym dzieckiem z nieprawego łoża.

Odwrócił się nagle i wszedł z powrotem z balkonu do pokoju. Takie myśli i wspomnienia zawsze działały na niego przygnębiająco. W ogrodzie Nadia wyszła z wody, widząc, że Nikos już się jej nie przygląda. Z nadąsaną miną owinęła się ręcznikiem, zerkając gniewnie na pusty balkon.

Diana siedziała przy stoliku, starając się nie okazywać znudzenia, kiedy prelegent po oficjalnej kolacji ględził o rynkach kapitałowych i polityce fiskalnej. Nie wiedziała nic o takich sprawach i ani trochę jej nie obchodziły. Uczestniczyła jednak w tym formalnym korporacyjnym spotkaniu w City, urządzonym w jednym z najbardziej zabytkowych budynków Londynu, tylko dlatego, że zaprosił ją tutaj dawny znajomy, Toby Masterson. A właśnie się zastanawiała, czy za niego wyjść.

Toby był zamożny i to bardzo, ponieważ odziedziczył bank kupiecki. To oznaczało, że mógłby wesprzeć fundusze przeznaczone na odbudowę Greymont. Był również człowiekiem, w którym nie potrafiłaby się zakochać – a to plus. Jasnoszare oczy Diany zasnuł cień. Miłość wydawała jej się czymś groźnym, co niszczy ludzkie szczęście i rujnuje życie.

Zniszczyła szczęście jej ojca, kiedy żona, którą ubóstwiał, porzuciła go dla australijskiego milionera, potentata w dziedzinie mediów, i nigdy więcej już jej nie zobaczył. W wieku dziesięciu lat Diana dowiedziała się, jak niebezpiecznie jest kochać kogoś, kto nie odwzajemnia miłości – czy to matkę, która zostawiła ją bez namysłu, czy też jakiegoś mężczyznę, który mógłby złamać jej serce, tak jak matka złamała serce ojcu.

Po tym wydarzeniu stał się bardzo opiekuńczy wobec córki. Diana została bez matki i nie chciał, by straciła też ukochany dom, Greymont, jedyne miejsce, gdzie czuła się bezpiecznie po odejściu mamy. W życiu wszystko mogło się nagle zmienić, ale to miejsce dawało jej poczucie stabilności. To był jej dom na zawsze.

Nagle ogarnęło ją poczucie winy. Ojciec zrezygnował z szansy odnalezienia szczęścia w drugim małżeństwie, aby przypadkiem nie spłodzić syna, który miałby pierwszeństwo w dziedziczeniu. W ten sposób chciał zapewnić, że to Diana dostanie w spadku Greymont.

Jeśli jednak chciała przekazać domostwo swoim dzieciom, musiała pewnego dnia wyjść za mąż. A skoro nie zamierzała narażać się na zawód miłosny, mogłaby znaleźć mężczyznę, z którym związałaby się na przyjaznych warunkach. Na tyle odpowiedniego, by dało się z nim w miarę przyjemnie żyć, i tak jak ona oddanego sprawie ocalenia Greymont.

Zawsze zakładała, że ma mnóstwo czasu na wybór takiego człowieka. Ale teraz, w trudnej sytuacji finansowej, w jakiej się znalazła, musiała szybko znaleźć bogatego męża. A to oznaczało, że nie powinna być zbyt wybredna.

Spojrzała na Toby’ego, słuchającego przemówienia, i nagle poczuła się przygnębiona. Masterson był życzliwy i dobroduszny, ale… okropnie nudny. Choć nigdy nie zamierzała wyjść za kogoś, w kim mogłaby się zakochać, to jednak chciała przynajmniej, aby akt poczęcia dziecka z takim człowiekiem nie wzbudzał w niej… odrazy.

Wzdrygnęła się w duchu, wyobrażając sobie jego tłuste ciało i pulchną twarz obok siebie. Starała się nie być okrutna, ale wiedziała, że znoszenie jego niezdarnych pieszczot byłoby ponad siły…

Czy wytrzymam to przez całe lata… dziesiątki lat?

To pytanie wciąż tkwiło jej w głowie, wzbudzając narastająca niechęć. Odwróciła wzrok, nie chcąc o tym myśleć. Rozejrzała się po przestronnej sali bankietowej z wysokim sufitem, pełnej stołów z obrusami z adamaszku, mężczyzn w wizytowych garniturach i kobiet w sukniach wieczorowych. I nagle w bezimiennej masie twarzy dostrzegła przy jednym z niedalekich stolików człowieka, który przyciągnął jej uwagę. Siedział, wpatrując się w nią.

 

Nikos rozparł się na krześle, obejmując długimi palcami kieliszek brandy. Nie słuchał prelegenta, rozprawiającego o rynkach kapitałowych i polityce fiskalnej. Wszystko to już znał. Zamiast tego rozmyślał o swoim życiu osobistym.

Kogo wybrać na żonę? Kobietę, która po tym, jak zdobył majątek większy niż jego godny pogardy ojciec, wprowadzi go w elitarne kręgi towarzyskie, w jakich obracała się jego arystokratyczna, lecz bezduszna matka. Udowodni w ten sposób sobie i światu, a przede wszystkim rodzicom, którzy nigdy się o niego nie troszczyli, że ich niechciane dziecko ma się całkiem dobrze bez nich.

Ściągnął brwi. Małżeństwo powinno być na całe życie, ale czy naprawdę tego chce? Nawet z żoną będącą symbolem jego statusu. Romans z Nadią trwał dwa lata, zanim pojawiła się nuda. Czy wytrzymałby dłużej w małżeństwie? Kiedy tylko osiągnie to, co taka żona mu umożliwi – czyli wejście do jej środowiska – równie dobrze mógłby się obyć bez niej.

Oczywiście, nie ma mowy o miłości w takim związku, gdyż takie uczucie nie było mu znane. Nigdy nie kochał Nadii ani ona jego – po prostu byli dla siebie użyteczni. Przybrani rodzice, którym płacono za wychowywanie, również go nie kochali. Nie traktowali go źle, jedynie okazywali obojętność i nie miał już teraz z nimi kontaktu. A jego biologiczni rodzice… Wykrzywił usta. Czy uważali swój nikczemny pozamałżeński romans za miłość?

Odegnał te myśli, powracając do rozważań o przyszłej żonie, która dodałaby mu prestiżu. Najpierw musiał zerwać z Nadią. Była teraz na pokazie mody w Nowym Jorku. Oznajmi jej to taktownie, zanim do niego wróci, dziękując za wspólnie spędzony czas. Da jej jakiś drogi prezent na pożegnanie – na przykład ulubione szmaragdy – i życzy wszystkiego dobrego na przyszłość. Pewnie jest przygotowana na taki moment i ma już kogoś innego na oku.

Tak jak on planuje teraz wybrać sobie następną partnerkę. Rozluźnił ramiona i napił się koniaku. Przyjechał do Londynu w interesach i przyszedł na przyjęcie w City głównie w celu nawiązania kontaktów. Rozglądał się po tłumie gości, zastanawiając się, z kim chciałby porozmawiać, kiedy oficjalny mówca, wygłaszający prelekcję po kolacji, wreszcie skończy. Odstawił kieliszek na stół i nagle znieruchomiał. Skupił wzrok na jednej z twarzy. Kobiety siedzącej kilka stolików dalej.

Wcześniej jej nie widział, ponieważ zasłaniali ją inni goście, ale kiedy zmienili pozycje, zwracając się przodem do przemawiającego, naraz ją zobaczył. Była niezwykle piękna, jednak w stylu zupełnie innym niż Nadia. Miała blond włosy splecione we francuski warkocz, tak jasne jak jej alabastrowa cera, delikatne rysy twarzy, wyraziste oczy i kształtne usta, podkreślone błyszczącą szminką. Wyglądała na nieprzystępną. Lodowa księżniczka, pomyślał. Patrz na mnie, ale mnie nie dotykaj.

A Nikos właśnie natychmiast zapragnął jej dotknąć. Podejść, objąć jej twarz i poczuć pod palcami gładką skórę. Przesunąć kciukiem po zmysłowych ustach i zobaczyć, jak jej jasne oczy, teraz bez wyrazu, rozpalają się w nagłym zdumieniu, a jej lodowa fasada topnieje pod jego dotykiem.

Zaskoczyła go intensywność tego pragnienia. Zdobycie żony, która go uświetni, było następnym punktem na liście jego ambicji, ale to nie oznaczało, że musi jej szukać natychmiast. Był z Nadią dwa lata – nie ma więc powodu, by nie nacieszył się jakimś przelotnym związkiem przed odnalezieniem swojej wybranki. A właśnie zobaczył kobietę idealnie nadającą się do takiego tymczasowego romansu.

Diana z wysiłkiem odwróciła wzrok, słysząc, że przemówienie się kończy.

– Uff! – powiedział Toby, spoglądając na nią z pokorą. – Przepraszam, że musiałaś tego wysłuchiwać.

Uśmiechnęła się grzecznie, ale w głowie wciąż miała jedynie wizerunek twarzy człowieka, który przyglądał jej się z daleka. Miał opaloną twarz, wyraziste rysy, ciemne włosy okalające szerokie czoło, mocno zarysowane kości policzkowe, a nos i usta wyrzeźbione w sposób wzbudzający w niej dziwny niepokój, choć nie tak wielki jak ciemne, wpatrujące się w nią oczy.

Wciąż miała wrażenie, jakby na nią patrzył, chociaż go nie widziała. Nie ośmieliła się ponownie na niego spojrzeć. Była przyzwyczajona do tego, że mężczyźni się jej przyglądają, ale jeszcze nigdy nie zareagowała na to tak, jak teraz.

Przyjrzała się korpulentnemu i sympatycznemu Toby’emu. W porównaniu z człowiekiem, który się jej przyglądał, biedny Toby wydawał się jeszcze bardziej pulchny i przysadzisty. Nie czuła się dobrze z tym, co przyszło jej do głowy. Czy naprawdę chciałaby za niego wyjść tylko dlatego, że jest bogaty?

Miała wyrzuty sumienia z powodu traktowania Mastersona w ten sposób, ale taka była prawda. Widząc tamtego przystojniaka, uświadomiła sobie, że nie mogłaby poślubić człowieka takiego jak Toby. Ale jeśli nie Toby, to kto? Kto ocali dla niej Greymont?

Gdzie znajdę kogoś takiego? I kiedy?

Okazało się to trudniejsze, niż myślała, a czas uciekał…

Przemówienie wreszcie się skończyło i atmosfera na bankiecie stała się bardziej swobodna. Ludzie wstawali od stołów i przechadzali się po sali. Zapanowało ożywienie. Nikos rozmawiał ze znajomym z City i niby od niechcenia zagadnął go o kobietę, która go zainteresowała.

– Kim jest ta blondynka? – spytał, wskazując w jej kierunku.

– Nie znam jej osobiście – padła odpowiedź – ale ten facet z nią, to Toby Masterson, właściciel banku kupieckiego Masterson-Dubrett. Chcesz, żebym cię przedstawił?

– Czemu nie? – odparł Nikos.

Pobieżny ogląd sytuacji uświadomił mu, że towarzysz blondynki niewiele dla niej znaczy poza faktem, że są razem na przyjęciu, a wrażenie to potwierdziła dalsza rozmowa.

– Toby Masterson, a to Nikos Tramontes, właściciel firmy Tramontes Financials. Macie udziały w wielu miejscach. Niektóre z nich mogą zainteresować was obu – przedstawił ich sobie krótko znajomy Nikosa, po czym zostawił ich samych i poszedł rozmawiać z kimś innym.

Przez kilka minut Nikos wymieniał zdawkowe informacje na tematy biznesowe, które mogłyby zaciekawić londyńskiego bankiera, po czym zerknął na jego towarzyszkę.

Lodowa księżniczka nie patrzyła na niego. Całkiem umyślnie. Ucieszyło go to. Kobiety, które same o niego zabiegały, często go nudziły. Nadia udawała na początku trudną do zdobycia. Znała swoją wartość w świecie pięknych kobiet i wielu mężczyzn się o nią starało. Nie wydawało mu się jednak, by lodowa księżniczka bawiła się w takie gierki. Jej powściągliwość była prawdziwa. Dzięki temu jeszcze bardziej go zaintrygowała. Spojrzał wyczekująco na Mastersona, a ten posłusznie przedstawił ich sobie jak należy.

– Diano, to Nikos Tramontes.

– Miło mi pana poznać – odezwała się chłodno. Mówiła tonem typowym dla angielskiej klasy wyższej, uśmiechając się z dystansem.

– Mnie również bardzo miło panią poznać, panno…?

– St. Clair – podpowiedział Masterson.

– Panno St. Clair – dokończył Nikos, spoglądając ponownie na lodową księżniczkę.

Twarz miała wciąż bez wyrazu, ale w głębi jej jasnoszarych oczu dostrzegł coś takiego, jakby nagle skryła prawdziwe emocje, nie chcąc, by je odgadł. Uznał to za dobry znak. Miał wrażenie, że mimo chłodnej miny zareagowała na niego zaciekawieniem.

Zadowolony, odwrócił się z powrotem do Toby’ego i zagadnął go o sprawy związane z Unią Europejską i ostatnimi posunięciami w Brukseli, a potem wspomniał o obecnym stanie greckiej gospodarki.

– Czy to wpływa na pańską działalność? – spytał Masterson.

– Mam greckie nazwisko, ale rezyduję w Monako. Kupiłem willę na Cap Pierre. – Zerknął na Dianę. – A czy pani lubi południową Francję?

– Rzadko wyjeżdżam za granicę – odparła.

Ton jej głosu nadal brzmiał powściągliwie, jakby nie miała ochoty na rozmowę. Uniosła do ust kieliszek z likierem, jak gdyby chcąc w ten sposób wymigać się od pełniejszej odpowiedzi. Kiedy go odkładała, jej dłoń nieznacznie zadrżała. A więc wieczna zmarzlina nie jest tak głęboka, jak się wydawało, pomyślał Nikos z satysfakcją.

– Nic dziwnego – wtrącił jowialnie Masterson. – Rodzina St. Clairów ma wspaniałe miejsce w kraju, w hrabstwie Hampshire, którym się może cieszyć. Greymont, czyż nie? Osiemnastowieczna rezydencja.

Nikos spojrzał na towarzyszkę Toby’ego z jeszcze większym zainteresowaniem.

– Czy zna pan Hampshire? – spytał Masterson.

– Nie – odparł Nikos, nie spuszczając wzroku z Diany. – Greymont? Tak to się nazywa?

Po raz pierwszy zobaczył ożywienie w jej oczach. Teraz już miał pewność, że za chłodnym spojrzeniem kryje się zupełnie inna osoba. Kobieta zdolna do namiętności.

– Tak – odparła cicho.

Zanotował sobie w pamięci te dane: Diana St. Clair z Greymont, w hrabstwie Hampshire. Jutro będzie już wiedział o niej wszystko. Co to za miejsce i rodzina? I czy lodowa księżniczka może zainteresować go czymś jeszcze poza niezwykłą urodą? Czy mogłaby się nadawać do czegoś więcej niż tylko przelotny romans?

No cóż, dalsze dociekania z pewnością przyniosą odpowiedzi na te pytania. Na razie zaostrzył sobie apetyt i nie miał wątpliwości, że wywarł na niej takie wrażenie, jakie chciał, choć starała się tego nie pokazywać.

Ponownie zwrócił się do Mastersona i na odchodnym rzucił jakąś niezobowiązującą uwagę na temat prowadzenia wspólnych interesów w bliżej nieokreślonej przyszłości. Pożegnał się z nimi w wyśmienitym nastroju. Lodowa księżniczka znajdowała się na dobrej drodze do tego, by należeć do niego. Nie wiedział tylko jeszcze na jakich warunkach.

Od razu zaczął się zastanawiać, jak się z nią spotkać ponownie…

ROZDZIAŁ DRUGI

Diana wsiadła do taksówki i odetchnęła z ulgą. Nareszcie poczuła się bezpieczna. Uwolniła się od Nikosa Tramontesa i niepokojącego wpływu, jaki na nią miał. Mocno zawirował jej w głowie. Ze wszystkich sił starała się go zniechęcić, ale tak przystojny mężczyzna z pewnością rzadko spotyka się z odtrąceniem ze strony kobiet. Dobrze wie, jak na nie działa.

Ale nie na mnie! Nie zamierzam mieć z nim nic wspólnego.

Pokręciła głową, jakby się chciała pozbyć natrętnych myśli. Miała teraz wiele innych zmartwień. Uświadomiła sobie z rezygnacją, że nie byłaby w stanie wyjść za Toby’ego. Ale w takim razie, jakie ma inne wyjście, chcąc ocalić ukochany dom?

Dręczył ją niepokój, który w ciągu następnych dwóch dni w Londynie jeszcze bardziej się nasilił. Bank odmówił jej podwyższenia sumy niezbędnej pożyczki, a domy aukcyjne potwierdziły, że nie zostało jej już nic do sprzedania. Tak więc gdy zadzwonił Toby, odebrała telefon z niewielkim entuzjazmem.

– Ale to Covent Garden. I wiem, że lubisz operę – nalegał po zaproszeniu jej na spektakl.

Żałosna nuta w głosie Toby’ego jeszcze bardziej pogorszyła jej nastrój. Nie mogłaby brutalnie go odtrącić. Powinna to zrobić delikatnie. Była mu to winna. Niechętnie zgodziła się iść z nim na korporacyjną imprezę, powiązaną z przedstawieniem opery Verdiego „Don Carlos”. Kiedy jednak przyjechała na miejsce, natychmiast pożałowała, że mu nie odmówiła.

– Pamiętasz Nikosa Tramontesa, prawda? – Tymi słowami przywitał ją Masterson. – To on nas tu dzisiaj ściągnął.

Uśmiechnęła się sztucznie, starając się ukryć rozczarowanie. Mając inne problemy na głowie, zaczynała już powoli zapominać o Nikosie i wrażeniu, jakie na niej zrobił. A teraz się okazało, że pojawił się znowu, tak samo niepokojąco przystojny jak wcześniej.

Przedstawiono jej też inną parę obecną na sali. Rozpoznała człowieka, który przyprowadził Tramontesa do ich stolika na poprzednim spotkaniu. Był teraz z żoną i ta natychmiast przysiadła się do Diany, wykorzystując okazję, że trzej mężczyźni zaczęli rozmawiać o interesach.

– No, no – powiedziała konspiracyjnym tonem, otwarcie patrząc z podziwem na Nikosa – to zdecydowanie największy przystojniak. Nic dziwnego, że był w stanie tak długo zatrzymać przy sobie Nadię Sereńską. I z pewnością pomogły mu w tym pieniądze.

Diana wyglądała na niewzruszoną i Louise Melmott pospieszyła ją oświecić.

– Nadia Sereńska to ta słynna rudowłosa modelka. Niezła z nich para.

Wiadomość ta ucieszyła Dianę. Może jej się tylko wydawało, że Nikos wpatrywał się w nią na przyjęciu. Chyba mi się przywidziało i coś sobie ubzdurałam, reagując przesadnie, pomyślała.

Wydawało jej się to dziwne. Nigdy dotąd nie zareagowała tak na żadnego mężczyznę. Spotykała się kiedyś z kilkoma, ale nie robili na niej większego wrażenia. Tylko z jednym z nich próbowała nawiązać bliższe relacje podczas studiów na uniwersytecie, ale nie wzbudził w niej większej namiętności. Odstraszył go jej bark zapału i zostawił ją dla innej kobiety. Nie przejęła się tym szczególnie. Utwierdziła się jedynie w przekonaniu, że słusznie broni do siebie dostępu. Gdyby straciła dla kogoś głowę, to dopiero byłoby groźne. Wstrzemięźliwość wydawała się więc o wiele mądrzejsza i bardziej bezpieczna.

 

Tyle że tego rodzaju podejście raczej nie zapewni jej teraz męża na tyle bogatego, by ocalić Greymont. To ją trochę niepokoiło. Jeśli, oczywiście, zdecyduje się na tak drastyczny krok. Wolała na razie o tym nie myśleć. Nazajutrz miała wrócić na wieś, by jeszcze raz przejrzeć finanse i ocenić z grubsza koszty najbardziej niezbędnych prac. Tego wieczoru jednak nie zamierzała się martwić. Chciała się delektować występem w Covent Garden. Postanowiła też nie przejmować się obecnością Nikosa Tramontesa. Skoro zabawia się ze słynną modelką, z pewnością nie jest zainteresowany nikim innym, włączając ją samą.

Weszli do loży i rozejrzała się po sali. Orkiestra stroiła instrumenty, a ludzie zajmowali miejsca na widowni.

– Proszę, niech mi pani pozwoli.

Wzdrygnęła się, słysząc głęboki głos Nikosa, z lekko obco brzmiącym akcentem. Podsunął jej krzesło, by usiadła, co zrobiła, szeleszcząc suknia, a potem zajął miejsce z tyłu. Louise Melmott spoczęła obok, z przodu loży.

Nikos przyglądał się idealnemu profilowi kobiety, którą sprowadził w to miejsce dzięki specjalnym staraniom. Po to, żeby poznać ją bliżej. Zainteresował się nią bowiem jeszcze bardziej, kiedy otrzymał zamówione dokładniejsze informacje na jej temat. Okazało się, że rzeczywiście może się nadawać do czegoś więcej niż tylko krótki romans.

Diana St. Clair posiadała o wiele więcej zalet niż tylko niezwykłą wyniosłą urodę, która przyciągnęła jego uwagę tamtego wieczoru. Miała właściwie pochodzenie i atrybuty odpowiadające celom Nikosa. Przede wszystkim zaciekawiło go to, co otrzymała w spadku – osiemnastowieczna wiejska posiadłość – oraz wszelkie powiązania towarzyskie, jakie niesie ze sobą posiadanie tego rodzaju nieruchomości.

Należała do starego ziemiańskiego rodu, bez tytułu szlacheckiego, ale mającego własny herb, świadczący o wysokim statusie. Powiązanego przez wieki z innymi arystokratycznymi rodami dzięki licznym mariażom. Złożona sieć powiązań i pokrewieństw łączyła ich ze sobą, obejmując wyższe sfery, niedostępne dla obcych. Dostać się do nich można było tylko jednym sposobem… Dzięki małżeństwu.

Czy Diana St. Clair mogłaby zostać jego żoną na pokaz? Była to kusząca perspektywa. Równie pociągająca jak sama Diana. Oparł się w fotelu i zatopił w dalszych rozmyślaniach o kobiecie, która mogłaby mu pomóc osiągnąć to, czego najbardziej w życiu pragnął.

Na szczęście dramatyczna muzyka Verdiego tak bardzo wciągnęła Dianę, że niemal zapomniała o siedzącym z tyłu Nikosie. W przerwie wszyscy wyszli do holu na kieliszek szampana. Prym w rozmowie wiodła głównie Louise Melmott, która znała tę operę i zdawała sobie sprawę z jej wątpliwych powiązań z rzeczywistą historią.

– Prawdziwy Don Carlos z Hiszpanii prawdopodobnie był szalony – oznajmiła pogodnie, gdy częstowali się przekąskami. – Nie ma dowodów na to, że zakochał się w żonie swojego ojca, króla.

– Wiem, dlaczego Verdi przerobił tę historię – wtrąciła Diana. – Tragiczne związki miłosne wydają się o wiele bardziej romantyczne i pełne dramatyzmu.

Starała się jak najlepiej odegrać rolę zaproszonego gościa. Toby nie interesował się operą, musiała więc podkreślić własny zapał.

– Elisabeth de Valois była żoną innego człowieka. Nie ma nic romantycznego w zdradach małżeńskich – wtrącił nagle Nikos. Jego głos zabrzmiał ostro i Diana spojrzała na niego zdumiona.

– No cóż, opera nie jest zbyt realistyczna. W każdym razie biedna ta królowa, uwikłana w małżeństwo bez miłości. Myślała, że ma wyjść za syna króla, a nie za samego króla. Można jej tylko współczuć, że znalazła się w tak trudnej sytuacji.

– Czyżby?

Spoczęło na niej spojrzenie ciemnych oczu Nikosa. Czy powiedział to z ironią? Zaczerwieniła się nieco. Chciała tylko rzucić niezbyt istotą uwagę. Rozmowa toczyła się dalej, ale Diana poczuła się urażona. Wyszło na to, jakby osobiście broniła cudzołóstwa. Tramados przyglądał jej się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wyczuwała w nim teraz coś mrocznego, zupełnie niezgodnego z uprzejmością i pewnością siebie, jakie przejawiał do tej pory.

Doszła jednak do wniosku, że nie ma to z nią nic wspólnego. I tak pewnie już więcej go nie zobaczy. Ale kiedy długi spektakl wreszcie się skończył i pożegnała się z Tobym, powiadamiając go o swoim wyjeździe do Hampshire, nagle z irytacją zobaczyła, że Nikos znalazł się obok niej przed gmachem opery. Jego samochód z szoferem najwyraźniej zbliżał się do chodnika.

– Proszę pozwolić, że panią odwiozę – zaoferował uprzejmie.

Zesztywniała.

– Dziękuję, ale pojadę taksówką.

– Nie znajdzie jej pani bliżej niż dopiero przy Strandzie. A poza tym zanosi się na deszcz – odparł beznamiętnie.

Poprowadził ją do przodu i otworzył tylne drzwi auta. Nie wiedząc, jak się wymówić, wsiadła. Obszedł samochód dookoła i usiadł z drugiej strony. Niechętnie podała nazwę hotelu, w którym zawsze zatrzymywała się z ojcem podczas ich rzadkich wizyt w stolicy. Samochód ruszył.

W ciemnym wnętrzu, oddzielonym od kierowcy szklaną przegrodą, zdawało się, jakby Nikos znajdował się jeszcze bliżej niej niż w operowej loży. Wyciągnął przed siebie długie nogi.

– Cieszę się, że podobał się pani występ – zagadnął, po czym dodał po chwili: – Może wybrałaby się pani kiedyś ze mną na jakieś inne przedstawienie? No chyba że widziała już pani wszystko, co grają w tym sezonie.

Zadawał jej zwyczajne pytania, ale poczuła się spięta. Ogarnął ją niepokój. Próbował się z nią umówić, mimo że Nadia Sereńska wciąż była obecna w jego życiu.

– Niestety nie – odparła.

– Nie widziała pani wszystkiego?

Pokręciła głową, spoglądając na niego. Twarz miał pogrążoną w cieniu mrocznego wnętrza samochodu, oświetlanego jedynie przez uliczne latarnie i wystawy w drodze przez Strand w kierunku Trafalgar Square.

– Nie to miałam na myśli.

– Chodzi o Mastersona?

– Nie, ale…

– Ale co? – spytał wyczekująco, gdy nagle przerwała.

Wzięła głęboki oddech, składając ręce na kolanach.

– Niewiele czasu spędzam w Londynie, panie Tramontes. Dlatego to nie miałoby sensu… gdybym przyjęła pańskie zaproszenie. Obojętnie, jaki ma pan w tym cel.

Dziwiła się, że wcześniej wyraził taką dezaprobatę na temat zdrad małżeńskich w libretcie opery, skoro sam najwyraźniej nie stosował swoich zasad w życiu. Wydało jej się to hipokryzją.

– Czy zna pani mój cel?

– Nie muszę go znać, panie Tramontes. Uważam po prostu, że skoro nie spędzam zbyt dużo czasu w Londynie, nie będę miała wielu okazji na wypady do opery lub gdziekolwiek indziej.

– Wraca pani do Hampshire?

– Tak, zdecydowanie. Nie wiem, kiedy będę w mieście następnym razem – odparła, dając mu wyraźnie do zrozumienia, że jest niedostępna.

– Rozumiem.

Poczuła ulgę. A więc udało jej się go zniechęcić. Nadal jednak czuła się przy nim dziwnie pobudzona. Irytowało ją to… Na szczęście samochód skręcił właśnie z Piccadilly i podjechał pod hotel, w którym się zatrzymała. Portier podszedł otworzyć jej drzwi i wysiadła, starając się nie okazywać pośpiechu.

– Dobranoc, panie Tramontes. Dziękuję za miłe towarzystwo i podwiezienie – powiedziała i ruszyła w stronę wejścia do hotelu.

Nikos patrzył z samochodu, jak Diana odchodzi. Był to jeden z tych staromodnych hoteli, przeznaczonych dla zamożnej klienteli z prowincji. Najwidoczniej członkowie rodu St. Clair zatrzymywali się tu od pokoleń.

Auto ruszyło, zmierzając z kolei do jego hotelu, o wiele modniejszego i bardziej wystawnego niż ten, w którym zatrzymała się Diana. Czy odrzuciła jego zaproszenie z powodu Nadii? Słyszał, jak Louise Melmott wypowiadała jej imię. Jeśli tak, to dobrze. Świadczyło to o tym, że panna St. Clair jest wybredna w stosunku do mężczyzn, z którymi się spotyka.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?