ŚwiadkowieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Świadkowie
Świadkowie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Świadkowie
Świadkowie
Audiobook
Czyta Artur Ziajkiewicz
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„ Na sali sądowej w Düsseldorfie Tatiana Targalska siedziała pochylona na krześle dla świadków i usiłowała odtworzyć w pamięci wydarzenia sprzed ponad 30 lat, kiedy była więźniarką Majdanka, obozu koncentracyjnego w Polsce. Wyglądała na o wiele więcej niż swoje 57 lat, kiedy obrońca zasypał ją gradem pytań, kwestionując jej wersję wydarzeń, jakie miały miejsce w Majdanku.

Raz, gdy adwokat ostrzegł ją przed konsekwencjami składania fałszywych zeznań, Targalska wykrzyknęła: »Dlaczego pan to robi? Czy jestem jedną z oskarżonych? «

Po takim dniu przesłuchań Schaja Weisbeker, członek żydowskiej społeczności w Düsseldorfie i dawny więzień Oświęcimia, zauważył posępnie: »W tym procesie ofiary stały się winowajcami «.

Na sali sądowej w Düsseldorfie, gdzie odbywa się ostatni wielki proces zbrodniarzy wojennych, obrońcy niemal odebrali inicjatywę prokuraturze. Na ławie oskarżonych zasiadło dziewięciu mężczyzn i pięć kobiet, oskarżonych o udział w kierowaniu »fabryką śmierci« w Majdanku, gdzie w latach 1941—1944 zagazowano, powieszono, zastrzelono, spalono lub zagłodzono na śmierć przynajmniej 250 tysięcy osób, głównie Żydów. Ale po 18 miesiącach przesłuchań większość Niemców proces ten już znudził. Prasa poświęcała mu niewiele uwagi, podczas gdy obrońcy dzień w dzień opóźniali postępowanie sądowe i zastraszali świadków. Gorzej nawet, obrońcy powoływali się często na nową rewizjonistyczną teorię, jakoby Adolf Hitler nie zdawał sobie sprawy z tego, co jego podwładni robili z Żydami. Niedawno obrona zaczęła również dowodzić, że okrucieństwa popełniane w Majdanku — a także inne, jakie miały miejsce podczas całej epoki nazistowskiej — zostały albo sfabrykowane, albo przesadzone.

Świadkowie oskarżenia, żyjący dziś głównie w Izraelu i w Polsce, opowiadali wstrząsające historie o życiu w Majdanku. Pewien świadek zeznał, że jedną z oskarżonych, byłą strażniczkę Hildegardę Lächert nazywano »krwawą Brigittą«, ponieważ biła podobno więźniów na śmierć biczem ze stalową końcówką.

Świadek Targalska zeznała, że widziała, jak Hermine Ryan-Braunsteiner, kobieta, która wyszła potem za Amerykanina i została wydana przez Stany Zjednoczone drogą ekstradycji, chwyciła małego chłopca i zabiła go strzałem w głowę.

Dawny SS-man, który był przez jakiś czas strażnikiem w Majdanku, zeznał zupełnie chłodno, że Majdanek był poza wszelką wątpliwością obozem śmierci. »Wiedziałem, co się tam dzieje, kiedy tylko tam dotarłem — powiedział. — Poznałem dobrze znany swąd piekącego się mięsa ludzkiego«.

Czternastu oskarżonych — włącznie z Hermannem Hackmannem, niegdyś zastępcą komendanta obozu w Majdanku, dziś bogatym sprzedawcą mebli — bez większego wzruszenia przyglądało się, jak ich adwokaci odrzucali oskarżenia jako nieścisłe lub tendencyjne.

»Na takie procesy nie powinno się pozwalać — powiedział korespondentowi „Newsweeka” 34-letni obrońca Ludwig Bock. — Nikomu już nie pomogą. Umarłych się nie wskrzesi, a torturowani i pogrążeni w żałobie nie staną się szczęśliwsi«. Bock opowiada się za ogólną amnestią dla wszystkich oskarżonych o zbrodnie wojenne w epoce nazistowskiej. »Nie przeczę, że popełniano okrucieństwa — mówi. — Ale twierdzenie, że w Majdanku zginęło 250 tysięcy ludzi jest absurdem«.

Bock określił »Dziennik Anny Frank«, słynną na całym świecie opowieść młodej Żydówki, która zginęła w hitlerowskim obozie koncentracyjnym, jako »dobrze znane fałszerstwom«. Cytował również Hilters War (Wojnę Hitlera), niedawno wydaną książkę Brytyjczyka Davida Irvinga, odgrzebującą dawne wątpliwości co do tego, czy w Niemczech hitlerowskich wymordowano aż 6 milionów Żydów. Irving próbuje również dowieść, że Hitler nie wydał rozkazu likwidacji Żydów i że do roku 1943 nawet nie wiedział, iż SS Heinricha Himmlera z zapałem realizowało »ostateczne rozwiązanie « w obozach śmierci na Wschodzie. Jeśli Hitler nie był odpowiedzialny — taką linię przyjmuje argumentacja Bocka — to jak można uważać za odpowiedzialną grupę strażników więziennych niskiej rangi?”

Książka Irvinga ukazała się najpierw w marcu 1977 roku w USA, ale bestsellerem stała się dopiero wtedy, gdy w czerwcu 1977 wydano ją w Wielkiej Brytanii.

Jak to wynika z zachodnich publikacji prasowych, adwokat Bock w düsseldorfskim procesie powoływał się na nią jako na nowe odkrycie.

Świadek koronny

Czwarty kwietnia 1978 roku. Gdańska redakcja „Dziennika Bałtyckiego”. Wita mnie pięćdziesięcioletni, średniego wzrostu mężczyzna, zaprasza do zajęcia miejsca. A więc tak wygląda Andrzej Stanisławski, którego niemiecka prasa określiła — świadkiem koronnym (Kronenzeuge), a „Frankfurter Rundschau” z 20 września 1977 roku stwierdził, że „przed sądem w Düsseldorfie często błyszczał swoimi niespodziewanie precyzyjnymi, dokładnie podanymi szczegółami”.

— Pan profesor będzie tu niedługo, a do pani Zofii Skibińskiej zaraz zatelefonujemy.

Wykręcam numer. Wreszcie tam, gdzieś, po drugiej stronie słyszę głos kobiety, przedstawiam się i wyjawiam cel mojej wizyty na Wybrzeżu.

— Wie Pan, to dla mnie straszne, nie lubię do tego wracać...

Używam argumentów — tych odsyłających do uczuć patriotycznych i tych jakże ludzkich, bo sprowadzających się do obowiązku wobec wszystkich, którzy już nigdy nie mogą przekazać ostrzeżenia następnym pokoleniom.

— ...proszę czekać, przyjadę do redakcji...

Te same pytania, choć inni świadkowie. Zofia Skibińska z domu Suchańska, pracownik umysłowy Stoczni Remontowej „Radunia” w Gdańsku. Doktor nauk medycznych Romuald Sztaba — profesor Akademii Medycznej w Gdańsku, kierownik Kliniki Chirurgii Dziecięcej. Andrzej Stanisławski — dziennikarz, redaktor „Dziennika Bałtyckiego”, autor książki o Majdanku — Pole śmierci11.

Zofia Skibińska: — Co zadecydowało, że wyraziłam zgodę na ten wyjazd do RFN? — Na wyjazd ten zdecydowałam się, bo moim obowiązkiem — wobec tych, którzy tam zginęli i tych co żyją, a i tychr którzy się dopiero urodzą — jest dać świadectwo prawdzie, jest pomóc wymiarowi sprawiedliwości.

Nie, nie, ale trudno byłoby mi zaprzeczyć, iż się nie bałam. Bałam się, jak mnie tam potraktują, jakie będzie nastawienie do mnie. Ale przede wszystkim bałam się swojej reakcji w trakcie zeznań, bo gdy wracam do obozowych przeżyć, gdy mam o nich mówić, odczuwam ścisk krtani i niemożność wydobycia głosu. Prawdopodobieństwo takiej reakcji zwiększył fakt, że przecież jadę tam i spojrzę na twarze esesmanów i aufzejerek, które tak żywo wiążą się z piekłem okupacyjnych lat.

Mieszkałam wraz z matką, siostrą i bratem w Radomiu. Matka była tam właścicielką dużej i znanej księgarni firmy Edward Suchański, założonej jeszcze w 1872 roku, i została aresztowana pod zarzutem rozprowadzania nielegalnej literatury. Usiłowałam matkę wydostać i udałam się do niemieckiego adwokata. Adwokat odniósł się do mnie jednoznacznie — jeżeli zgłosi się w gestapo ukrywający się brat, matka zostaniezwolniona. Matka z siostrą przebywały w więzieniu od listopada 1942 roku. To było popołudnie 4 grudnia 1942 roku. Następnego dnia rano przyszło po mnie dwóch gestapowców. Więzienie, wieloosobowa cela. Szóstego stycznia 1943 roku spotykam matkę i siostrę, i pierwszym transportem aryjskich więżniów-kobiet trafiamy do obozu. Przy mrozie poniżej 25 stopni z rampy w Lublinie pędzono nas do Majdanka. Zimno, mróz, okna powybijane. Moja siostra przechodziła ciężką anginę, dokuczał jej wrzód w gardle. Zupełnie wyczerpana była też sześćdziesięcioletnia matka. Po kilku dniach formowano komando 12 do pracy w szwalni — znałam język niemiecki, więc udało nam się tam dostać.

Romuald Sztaba: — Pisemną propozycję Głównej Komisji Badań Zbrodni Hitlerowskich wyjazdu na proces byłej załogi Majdanka przyjąłem chętnie i bez zastrzeżeń. Nie obawiałem się spotkania z byłymi SS-manami. Uważałem, że jest moim obowiązkiem w niemieckim sądzie, w odbudowanych i ustabilizowanych Niemczech, wobec nowego już pokolenia Niemców opowiedzieć otwarcie to, co widziałem i czego zapomnieć nie powinni — ani oni, ani my.

Przekazanie tego, co widziałem i zapamiętałem o Majdanku, o tej doskonałej organizacji masowego wyniszczania ludzi było moim obowiązkiem wobec tych bezimiennych ofiar, wobec moich kolegów, którzy nie mieli możliwości nawet wyżalenia się. Tak, nie wstydzę się tego tak nazwać. Chodzi mi o to jakże ludzkie, jakże potrzebne wyskarżenie się. Musiałem się jeszcze do tego procesu przygotować, czas bowiem niweluje wiele rzeczy i wyrzuca z pamięci szczegóły i świadomość tego zmusiła mnie do wyjątkowo intensywnego powrotu do tamtych lat. Nie było to łatwe, ponieważ chcemy patrzeć w przyszłość i wierzyć w ży cie, a tamto to otchłań, to śmierć.

Aresztowany zostałem w styczniu 1941 roku w Dąbrowie Górniczej, potem przewiozło mnie gestapo do więzienia w Sosnowcu i następnie do Mysłowic. Po trzech miesiącach byłem już więźniem obozu w Oświęcimiu, gdzie przebywałem rok. Kolejne miejsce osadzenia to właśnie Majdanek, do którego przetransportowano nas, kilku lekarzy, w lutym 1942 roku. Byłem jednym z pierwszych i otrzymałem numer — 16. Obóz Majdanek to na początku kilka baraków w polu. Wydzielony obszar zorganizowany z pedantyczną dokładnością, z wszelkimi warunkami do... masowego uśmiercania. Ilość kalorii była wyliczona wręcz komputerowo, aby umrzeć. Do tego dochodziły choroby, selekcje, mordowanie, bicie, kopanie, wrzaski, szykany.

Byłem na Majdanku więźniem-lekarzem. Przez cały czas pracowałem w szpitalu obozowym, tzw. rewirze. To były baraki, w których zgromadzono poważnie chorych więźniów nie po to, by ich leczyć, lecz aby nie przeszkadzali w normalnym rytmie życia obozowego. Zgony były odnotowywane w kartotece. Bardzo wielu więźniów pożegnałem wypisując im Todesmeldung. O obozie, o przyczynie ich śmierci należało powiedzieć społeczeństwu niemieckiemu.

 

Ktoś to musiał wymyślić, skoro przysyłano do obozu — z całej Rzeszy — zawodowych morderców i kryminalistów specjalnie dobranych na stanowiska kapo. Cała ta organizacja to nie przypadek, była ona elementem systemu masowego zabijania ludzi. Trzeba go więc dzisiaj i jutro kompromitować i obnażać. To obowiązek. Szczególnie nas — polskich więźniów politycznych, którzy wierni wyznawanym ideałom nie szczędzili sił i tego, co najcenniejsze — życia. Nie miałem więc wątpliwości, że muszę pojechać i spojrzeć ludziom spod znaku trupich główek w oczy. Zobaczyć, jak się dzisiaj zachowują. Czy są to ci sami, czy może się zmienili? Czy mundur, który rodził strach i grozę zmienili na dobrze skrojone cywilne ubranie?

Hitlerowski system wszystko wymieszał i to tak skutecznie, iż jeszcze dzisiaj trudno uchwycić linię graniczną między sędziami a zwykłymi mordercami. Zastanawiamy się więc, która z tych profesji bardziej ugrzęzła — sędziowie z kwalifikacjami prawników, którzy zeszli do roli katów, czy mordercy i kryminaliści, których system wyniósł do godności ludzi mających prawo decydować o cudzym życiu.

Jednym z tych przysłanych z Niemiec do Majdanka „jako zdrowy element dla podniesienia dyscypliny wśród więźniów” był Heinz Stalp, urodzony 5 czerwca 1913 roku w Duisburgu, który 27 listopada 1944 roku zasiadł na ławie oskarżonych w pierwszym procesie sześciu członków załogi obozu koncentracyjnego w Majdanku. Proces odbywał się przed Polskim Sądem Specjalnym w Lublinie wtedy, gdy większa część naszego kraju oraz ogromne obszary Europy znajdowały się jeszcze pod okupacją hitlerowską, a w rozsianych na tym kontynencie obozach „wybrańcy do podnoszenia dyscypliny” realizowali z pedantyczną dokładnością idee wielkiego Führera.

Sięgnijmy do akt tego sądu 13 :

Oskarżeni zapytani przez przewodniczącego, czy przyznają się do zarzucanych im czynów, i jakie wyjaśnienia chcą złożyć sądowi, podają za pośrednictwem tłumacza:

Heinz Stalp: Wie, o co jest oskarżony, do winy się nie przyznaje i wyjaśnia: — Doceniam powagę chwili, wiem, że chodzi tu o moje życie, chcę mówić prawdę szczerze odpowiem na każde pytanie.

Na pytania przewodniczącego odpowiada:

— Przybyłem na Majdanek w lipcu 1943 roku w grupie 50 Niemców. Thumann miał z nami odprawę i na niej poruczono nam funkcję „kapo”. Kapo rekrutowali się z różnych narodowości. Stosunek ich do więźniów zależał od charakteru człowieka. Celem pracy więźniów przy ich złym odżywianiu i ciężkiej pracy, było ich niszczenie. Praca trwała od szóstej rano do szóstej wieczór. Częściowo pożywienie było złe, czasem lepsze, lecz przeważnie złe. Składało się ono rano — kawałek chleba z marmoladą i zimna „kawa”, wieczór — ciepła strawa wyłącznie z buraków i kapusty.

— Przed wrześniem 1943 roku parę razy tygodniowo wybierali lekarze Blanke i Rindfleisch — ludzi do gazowania. Zbierano więźniów na polu i lekarze kazali więźniom biegać parę minut, potem wyszukiwali najbardziej wymizerowanych i wyniszczonych. Z każdego pola około połowa więźniów szła pod gaz.

— Znam wypadek jak pewnego razu przywieziono dwa samochody dzieci — od niemowląt do lat czternastu. Samochody podjechały pod komorę gazową. Obsługa była z SD 14 . Przysłała ona 10 kobiet do dzieci. Kobiety musiały je rozebrać. Płaczącym dzieciom mówiono, że będzie im dobrze. Wpuszczono je do komory, zamknięto drzwi, włożono naboje i dzieci zagazowano. Widziałem te dzieci martwe następnego dnia...

— Znam jeden wypadek, jak w krematorium spalono żywego człowieka. Pewnego razu otrzymałem rozkaz udania się do krematorium celem spisania wszystkich więźniów, którzy byli tam zatrudnieni. Byli to jeńcy rosyjscy, przeważnie ze Stalingradu. Gdy zbliżyłem się do krematorium, zostałem przez nich ostrzeżony, bym dalej nie szedł, bo nadjechał samochód z partyzantami. Ukryłem się za drzewem opałowym i miałem możność przez nie domknięte drzwi obserwować całe zdarzenie.

— SD przywiozło z Piasków [Piaski, miasteczko odległe od Lublina 23 km — przyp. J. M.] 10 mężczyzn i 1 kobietę. Zaopiekowali się nimi SD i Musfeld — komendant krematorium, zwykły morderca. Na rozkaz Musfelda mężczyźni rozebrali się i zostali zastrzeleni. Kobieta widząc to nie chciała się rozebrać. Musfeld usiłował zerwać z niej ubranie, lecz nie udało mu się to, a kobieta zadrapała go nawet po twarzy. Musfeld wezwał wówczas dwóch jeńców... Ci związali kobiecie ręce i nogi. Musfeld zapytał wtedy leżącą, czy rozbierze się dobrowolnie. Gdy ta jednak dalej broniła się i krzyczała, zagroził, że rzuci ją żywcem do komory. Ale to nie pomogło, powstał zamęt, Musfeld rzucił kobietę na nosze przeznaczone dla trupów i wrzucił ją, żywą, do płonącego pieca. Z pieca rozległ się straszny krzyk, drzwi pieca zatrzasnęły się, i wszystko ucichło. Dowiedziałem się, że jeńcy ci... zostali przez Thumanna zagazowani.

— Szubienice były na każdym polu.

— Ogród Róż jest to miejsce ogrodzone drutem w kształcie kwadratu o boku 50 m. Mimo nazwy, plac ten nie miał nic wspólnego z różami. Nazwa ta była satyrą na ludzi, którzy mieli zostać zagazowani. Każdy z więźniów, który przeszedł drut ogradzający Ogród Róż wiedział, że szedł na stracenie. Na polu tym, gdy nadeszły większe transporty ludzi do stracenia, ludzie czekali na swoją kolej do komory gazowej po kilka godzin. Miało to miejsce podczas sprowadzenia transportów z akcji z Hrubieszowskiego i Zamojskiego. Ludzie czekali bez pożywienia.

Andrzej Stanisławski: — Należę do tej grupy więźniów obozów koncentracyjnych, którzy po ucieczce wyrzucali z siebie ten cały jad i truciznę, jakimi nasyceni zostali w obozie. Gdy mnie w 1942 roku gestapo aresztowało w Warszawie i osadziło na Pawiaku, miałem dziewiętnaście lat. Wcześniej jeszcze, bo w listopadzie 1939 roku, jako syn powstańca wielkopolskiego, wywieziony zostałem z Poznania, wraz z rodziną, w bydlęcym wagonie do Kieleckiego, do tzw. Generalnego Gubernatorstwa. Miałem szesnaście lat, gdy zaczęła się moja samodzielna okupacyjna egzystencja.

Pół roku byłem na Pawiaku. W styczniu 1943 roku wywieziono mnie transportem do Majdanka i oznaczono numerem 3584. Tam też nastąpiło zderzenie pojęć i kultury, cywilizacji, na gruncie której zostałem wychowany, z czymś niepojętym, czego nie znały encyklopedie ani słowniki wyrazów obcych. Żeby nie oszaleć, żeby nie dojść do jakiegoś kresu — od początku, to znaczy od 23 lipca 1944 roku, to jest od dnia ucieczki w Kraśniku — wyrzucałem to z siebie i przystosowywałem się do normalnego życia. Moi starsi koledzy w obozie — profesor Romuald Sztaba, doktor Jan Nowak, inżynier Zelent, Serafin Krupski czy Henryk Szcześniewski świecili przykładem, wpajali we mnie, iż nie jesteśmy żadnymi bohaterami, a zwykłymi ludźmi.

Jest w archiwum Muzeum na Majdanku jedyny w swoim rodzaju protokół zbiórki nas, więźniów z Pawiaka, sporządzony w pierwszą rocznicę naszego przyjazdu do obozu. Było to bardzo polskie. Tajna zbiórka, z odśpiewaniem hymnu i stwierdzeniem, że z około tysiąca—tysiąca trzystu więźniów Pawiaka zostało nas 87, plus jeszcze kilkunastu czy kilkudziesięciu, którzy nie mogli wziąć udziału w tym spotkaniu. Część ludzi — dwieście osób wywieziono do innych obozów. Reszta zginęła. Jednego z nich jakże wyraźnie pamiętam: Mietek Sobota, młody oficer AK, siedział skuty w gestapowskim samochodzie, którym wieziono nas na Pawiak. W pierwszych dniach pobytu na Majdanku widziałem jego trupa leżącego na placu apelowym. Umarł młodo, jak setki, jak tysiące innych.

To znamienne, że w protokole zbiórki znalazło się między innymi, niczym przykazanie, stwierdzenie... musimy sobie zdawać sprawę z tego, jak się zachowujemy w obozie, musi to być zachowanie takie, abyśmy — to znaczy ci, którzy przetrwają — mogli spojrzeć społeczeństwu prosto w oczy...

Ocalałem jako jeden z nich i myślę, że miałem prawo w przeszło trzydzieści lat później spojrzeć Niemcom prosto w oczy, kiedy tam, w Düsseldorfie, przyszło mi składać zeznania jako świadkowi oskarżenia.

Kiedy więc z Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce zwrócono się na piśmie do mnie, czy skłonny jestem pojechać na ten proces, aby świadczyć prawdę o Majdanku — odpowiedź moja była twierdząca. Miałem świadomość tego, że nie jest to wyjazd turystyczny. Że ja reprezentuję coś więcej niż tylko świadka Andrzeja Stanisławskiego. Że będę musiał sobie zdać sprawę z każdego wypowiedzianego tam słowa, i to zupełnie w innych warunkach niż tu w Polsce, to była dla mnie jakaś misja wyobraźni. Kiedy nas wywożono z Pawiaka na Majdanek, nie miałem pojęcia, czym był ten obóz. Tej wyobraźni wtedy nikt z nas nie miał. Tak i teraz nie wiedziałem, jak to będzie wyglądało. Wystąpiły obiekcje, nie w związku ze spotkaniem z Niemcami, nie tego się obawiałem, bo to nie ja, a oni mieli powody do — nazwijmy to tak — wstydzenia się. Byłem normalnie, po ludzku, ciekawy, jak oni wyglądają. Chodziło o co innego — nurtowało mnie pytanie, co ja z tego zapamiętałem. Czy ja potrafię tych ludzi rozpoznać? Jaka jest waga prawdy słów, które ja tam wypowiem. Jak one się mają do stanu faktycznego sprzed trzydziestu paru laty? Bo ja przecież nie mogłem pominąć ciężaru lat minionych. Byłem w nieco odmiennej sytuacji niż moi koledzy, świadkowie z Polski.

W 1944 roku, po ucieczce w Kraśniku, wróciłem po dziesięciu dniach — było to w pierwszych dniach sierpnia — do wyzwolonego już Lublina i tam, w grupie jeńców-żołnierzy niemieckich, wyłowiłem grupę SS-manów z Majdanka i dwóch kapo. Zostali oni przez władze radzieckie oddani władzom polskim i w wyniku procesu sądowego skazani na śmierć.

Relację, jak ci zbrodniarze zostali schwytani, przedstawiłem jeszcze w 1944 roku w Lublinie w piśmie „Rzeczpospolita”, a następnie w 1969 roku w mojej książce Pole śmierci, która w całości została w RFN-ie przetłumaczona i stanowiła materiał dowodowy w omawianym procesie.

Wiedziano więc tam w RFN, że ja przyczyniłem się pośrednio do wyroku śmierci kompanów oskarżonych w Düsseldorfie i tych, których jest więcej — tych będących w tym kraju na wolności. Miałem więc prawo niepokoić się, czy przypadkowo ze strony wciąż żyjących i dobrze zorganizowanych tam SS-manów nie spotka mnie zemsta, nie jako Polaka, nie jako Stanisławskiego, ale jako tego, który złapał i przyczynił się do śmierci ich kolegów z SS.

W moim przypadku była pewna analogia do losów pani Brzosko-Mędryk, której przetłumaczona książka Niebo bez ptaków15 stanowi materiał dowodowy w aktach sprawy, a wcześniej stała się podstawą procesu o deportację z USA byłej SS-Aufseherin Herminy Braunsteiner-Ryan. Nadto jako tzw. Läufer 16 w obozie widziałem znacznie więcej niż każdy przeciętny więzień. Mogę więc być niebezpieczny dla tych z ławy oskarżonych i tych, których sprawiedliwość dotąd nie dosięgła.

Trochę się przeliczyłem, jeśli chodzi o zdrowie, jestem po zawale i sądziłem, że po trzydziestu trzech latach uczucia związane z tamtymi przeżyciami tak zostały odcedzone przez czas, iż mam prawo nie obawiać się jakichś szczególnych, szkodliwych wzruszeń. W miarę zbliżania się terminu wyjazdu napięcie wewnętrzne bardzo rosło. Nie ukrywam, że moi najbliżsi nie byli zadowoleni z mojego wyjazdu, obawiali się o mnie, konieczna była opieka i konsultacja kardiologa. To dziwne, ale dodatkowa praca związana z kierowaniem biura prasowego festiwalu piosenki w Sopocie wytrąciła mnie z tego napięcia. Wsiadłem do pociągu i dojechałem do Düsseldorfu jako człowiek zupełnie spokojny, przynajmniej tak mi się wydawało.

— Jakie są Państwa wrażenia i refleksje po zetknięciu się z sądem w Düsseldorfie?

Zofia Skibińska: — Wyjeżdżałam do Düsseldorfu dwa razy. Dwudziestego szóstego kwietnia 1977 przyjechałam pierwszy raz i należałam do jednej z pierwszych grup świadków z Polski. Gdy przybyłam do gmachu sądu, na korytarzu przed salą rozpraw nastąpiło pierwsze zetknięcie, wzajemne przyglądanie się. Wreszcie spojrzałam na twarz jednej z nich — tak, to była ona. Aufseherin ze szwalni. Wymiana spojrzeń z jedną, potem drugą.

„I co, co nam zrobicie, co wy nam zrobić możecie” — zdawały się nam dawać do zrozumienia. Wyczułam w tym spojrzeniu i lekceważenie, i bagatelizowanie naszego przybycia skądś tam, z dalekiej Polski, w której one wykonywały swą powinność wobec Wielkiej Rzeszy.

Gdy przyjechałam drugi raz, 6 grudnia 1977 roku, aby zakończyć swoje zeznania, wyczułam zmianę. Hardość i pogarda jakby złagodniały, choć nie bardzo i nie u wszystkich, skoro wziąć pod uwagę agresywną napaść Herminy Braunsteiner na polskiego świadka dr Danutę Brzosko-Mędryk, na korytarzu sądowym.

 

W czasie pierwszego pobytu składałam zeznania przez dwa dni. W pierwszym dniu od rana do godzin popołudniowych, w drugim dniu od rana do godziny trzynastej, kiedy to przerwano rozprawę, ponieważ dwóm oskarżonym zrobiło się słabo na sali rozpraw.

Wczasie drugiego pobytu byłam również przesłuchiwana przez dwa dni, do godziny siedemnastejosiemnastej. Było to dla mnie powtórne przeżywanie obozu koncentracyjnego. Przewodniczący sądu, Bogen, miał tego chyba świadomość, ale mimo jego postawy, nacechowanej chęcią rzetelnego prowadzenia sprawy idotarcia do prawdy, przecież musiałam wracać do konkretnych zdarzeń, które — chcąc nie chcąc — wciągają w tamten koszmar.

A więc pierwsze wielkie przeżycie, pierwszy obozowy wstrząs. Jako szrajberka 17 — pisarka w szwalni, miałam obowiązek zbierania i uzupełniania podpisów. Aufzejerka wysłała mnie do pralni znajdującej się między Polem I a II. Na brzegu, we frontowej części tego pola, było stare krematorium, za którym dopiero stały budynki pralni. Przechodząc koło krematorium zauważyłam dwie przyczepy wyładowane, a właściwie przeładowane ludzkimi zwłokami. Zwłoki ociekały krwią, krew wyciekała z wszystkich otworów tych ludzkich szkieletów. Było ich może ponad dwieście. Był to efekt zagazowania cyklonem B, który powodował śmierć przez uduszenie — przez rozerwanie tkanek. Stanęłam jak wryta, dopiero wrzaski i krzyki SS-manów wytrąciły mnie z tego szoku i ruszyłam dalej. Później taki widok nie robił na mnie już tego wrażenia.

Patrzę na salę rozpraw. W części przeznaczonej dla publiczności widzę twarze młodych ludzi — kobiet i mężczyzn, słyszę mowę niemiecką. Wśród siedzących na „ławie oskarżonych” ludzi rozpoznałam obsadę kobiecą. Wszystkie pięć SS-manek.

— Wysoki Sądzie — to jest Braunsteiner, to Mayer, a to Lächert, a tu siedzi Süss.

— Skąd Pani zna to nazwisko, skoro Süss w obozie nazywała się inaczej?

— Z wokandy, bo na wokandzie wypisane jest jej imię Róża. Rozpoznałam ją, tę obozową Różę Reichel...

A więc było tak. Kiedy przychodziły transporty Żydówek z warszawskiego getta, wybuchła jakaś zaraza...

Chwileczkę, transporty z getta w Warszawie, a więc miejsca, w którym dziś stoją wieżowce kilkunastokondygnacyjne. W jednym z nich ja dziś mieszkam. Kazimierz Moczarski w swoich Rozmowach z katem18 tak oto odtworzył monolog SS-Gruppenführera i General-Leutnanta der Waffen SS — Jürgena Stroopa na temat likwidacji getta:

„Płomieniami, żarem i dymem wzkurzyliśmy Żydów! Panie, jak oni od tego podsmażania i wędzenia krzyczeli! Z jaką chęcią oddawali się do niewoli! Co prawda część popełniła samobójstwo, lecz resztę wysiedliliśmy i... natychmiast do wagonów [...] Saperzy doszli do wielkiej wprawy w wysadzaniu budynków w powietrze. W pół godziny po wydanym rozkazie już się chałupa paliła! Żydzi biegali jak szatany. Ukazywali się to tu, to tam, w oknach, balkonach, na dachach i gzymsach. Czasem strzelali do nas, czasem szukali dróg ucieczki. Niekiedy śpiewali jakieś pieśni, chyba psalmy [...] — To ci Żydzi, Żydówki i żydowskie dzieci, którzy z okien, balkonów i poddaszy domów, płonących od parteru, wyskakiwali na ziemię, na asfalt, i bruk. Przed tym zrzucali pierzyny, kołdry i inne bety i na to skakali. Moi SS-manni zaczęli ich nazywać »spadochroniarzami«. Całą noc trwała ta zabawa...”

— Przepraszam, pan mnie słucha?

— Oczywiście, proszę tylko mówić bliżej mikrofonu.

Niemcy bali się tej epidemii i osoby podejrzane o tę zarazę odseparowali na V Polu. Odgrodzili je drutami. Tak podwójnie uwięziono, niczym niebezpieczne zwierzęta w klatce, ponad dwa tysiące osób. Bez jedzenia, bez wody. Były tam kobiety i dzieci. Nikomu nie wolno było się zbliżać. Mimo to więźniarki litując się nad tak uwięzionymi, narażając życie, podawały miski z wodą. Ta miska wody była tam wówczas kroplą w morzu. Karmienie odbywało się w ten sposób, że otwierano bramkę z drutu kolczastego i wstawiano kotły z jedzeniem. Zgiełk, przepychanie się do pożywienia powodowały, że kocioł się wywracał, a jego zawartość mieszała się z piaskiem i błotem. Spożywano więc tę ziemię i piasek nasiąknięte obozową zupą. Kiedyś przechodziłam obok, w porze obiadowej, i widziałam jak SS-man usiłował odpędzić tę masę ludzką stłoczoną wokół kotła. Strzelił parę razy w zgłodniały tłum.

...Nie, nie wiem czy kogoś trafił. Z cofającego się tłumu wyszło sześcio- czy siedmioletnie dziecko i rzuciło się do jedzenia. Nastąpiło spotkanie tego dziecka z SS-manem na jednej linii. Dziecko chciało jeść, bo chciało żyć. Skrzyżowały się spojrzenia dziecka z panem życia i śmierci. Chwila zupełnego bezruchu. Pada strzał. Dziecko ranione w nogę upadło i zaczęło wołać „mamo, mamo”. Gdy z tłumu wybiegła matka, drugi strzał położył dziecko trupem na miejscu.

Jestem matką i może dlatego sceny obozowe dotyczące okrucieństwa doznanego przez dzieci odżywają ze szczególną wyrazistością, wręcz upominają się o tę pamięć.

Pamiętam więc też tę okrutną selekcję dzieci, odbierania dzieci matkom, które były w baraku nr 9. Zagazowano wtedy ponad trzysta dzieci. Wyliczono, że można zwiększyć siłę roboczą, oddzielając dzieci od matek.

Po wieczornym apelu, kiedy komanda wróciły z pracy, gdy zaczęły ustawiać się do apelu, rozległa się komenda: „Wejść do bloków”. Zapowiedziano pod groźbą zastrzelenia, iż bloków nie wolno opuszczać. Znajdowałam się w bloku razem z innymi koleżankami. Nie było nas wiele, ponieważ część pracowała na nocnej zmianie. Zauważyłam kobiety z dziećmi na polu. Wybrałam wygodny punkt obserwacyjny. Zajechały olbrzymie samochody z przyczepami, przybyli SS-mani z psami. Aufzejerki siłą zaczęły odbierać dzieci matkom. Zaczęły się dantejskie sceny, matki już poznały intencje hitlerowców, wiedziały, jaki los czeka dzieci. Bicie, krzyki, dzieci rzucano do samochodów, w końcu samochody wypełnione dziećmi odjechały.

Usiłowano matki ustawić do apelu. Aufzejerki zmuszały je do tego brutalnymi metodami. Matki tarzały się po ziemi, rwały włosy. Plan hitlerowców zawiódł. Większość tych kobiet dostała pomieszania zmysłów i podzieliła los swych dzieci w komorach gazowych. Zwykle selekcje przeprowadzano na terenie zamkniętych pól, kiedy byłyśmy w pracy. To, co jeden świadek widział, mógł drugi nie widzieć.

— Z jakiej odległości pani to obserwowała — pyta adwokat Bock. — Z jakiego miejsca pani oglądała odbieranie dzieci? Jak wysoko było umieszczone okno? Dokładnie, dokładnie, jakiej było szerokości? Na jakiej wysokości były prycze? Z której pryczy pani to obserwowała? Pod jakim kątem patrzyła pani na tę scenę?

Są pytania, na które odpowiedź jest prosta, ale są i takie, które mają na celu złamać świadka, wykazać, że nie jest godny zaufania, mimo iż mówi prawdę.

— A więc pod jakim kątem pani patrzyła? Czy pani miała wtedy wzrok skierowany w dół, czy w górę?

— Wysoki Sądzie — czy mogę odpowiedzieć pytaniem na pytanie?

Moment konsternacji.

— Proszę!

— Panie mecenasie, czy po tylu latach od wyjścia z obozu tak szczegółowymi pytaniami chce Pan mnie doprowadzić do takiego stanu psychicznego, żebym zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle byłam w obozie koncentracyjnym?

Zauważyłam lekki wyraz zadowolenia na twarzach sędziów, zdawały się mówić, „no nareszcie ktoś go powstrzymał”.

Bock był oburzony:

— Stawiam wniosek, aby do pouczenia świadka wprowadzić klauzulę, iż świadek jest tylko po to, żeby odpowiadał na stawiane mu pytania, świadkowi nie wolno przybierać postawy agresywnej, niedopuszczalne ze strony świadka jest stawianie pytań adwokatowi, nie wolno pytaniami ośmieszać obrońców!

Doszło do dyskusji między sędzią a adwokatem, która trwała około dziesięciu minut. Sędzia zarządził przerwę.

Było mi głupio, że postawiłam sędziego w takiej sytuacji. Wyszłam na korytarz, doznałam uczucia ulgi, bo mimo wszystko tak powinnam była zareagować. Ale nie tylko ja tak myślałam, bo oto podszedł do mnie przedstawiciel zachodnioniemieckiej prasy, uścisnął mi rękę i powiedział: „Gratuluję, niech się tylko Pani trzyma, może wreszcie wy, Polacy, poruszycie tę bandę, która bezkarnie obraża...”

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?