Straszne Bliźniaki. ReminiscencjeTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Straszne Bliźniaki. Reminiscencje
Straszne Bliźniaki. Reminiscencje
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 24,98  19,98 
Straszne Bliźniaki. Reminiscencje
Straszne Bliźniaki. Reminiscencje
Audiobook
Czyta Krzysztof Baranowski
14,99  11,84 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Józef Musioł

Straszne Bliźniaki. Reminiscencje

Saga

Straszne Bliźniaki. ReminiscencjeZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2010, 2020 Józef Musioł i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726726220

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

OD AUTORA

Okrągłe rocznice wielkich wydarzeń zawsze zmuszają do zadumy i refleksji.

Takim wydarzeniem na miarę historii jest napaść, 1 września 1939 r., przez III Rzeszę Niemiecką na Polskę. Napaść ta wywołała II wojnę światową, tragiczną w skutkach dla całego świata.

Dla Polski skończyła się milionami ofiar ludzkich, utratą jednej trzeciej swego obszaru (po doliczeniu Ziem Odzyskanych) i dóbr kultury materialnej na niespotykaną dotąd skalę. Polska znalazła się na granicy biologicznego wyniszczenia, również w wyniku agresji ZSRR 17 września 1939 r.

Mając to na uwadze, czyż mogłem nie przyjąć oferty Wydawnictwa „Officina Silesia” a konkretnie Dyrektora Adama Pastucha na wydanie w formie zwartej kilku moich szkiców i to w 70. rocznicę tego dramatycznego dla Polski wydarzenia?

W tej małej książeczce pomieściłem cztery różne w formie i treści szkice, spośród których tylko pierwszy jest z gatunku literatury faktu, a pozostałe, choć inne, nawiązują do refleksji o bezsilności w uporaniu się człowieka z pamięcią o okrucieństwie wojny.

Jeżeli ta publikacja zainteresuje Czytelnika, będę uważał się Jego dłużnikiem, tak jak to ma miejsce w odniesieniu do poprzednich moich książek.

STRASZNE BLIŹNIAKI

MÓJ BOHATER

Oblicza się, iż z pięciu tysięcy oficerów i marynarzy Polskiej Marynarki Wojennej, którzy służyli pod dowództwem brytyjskim w czasie II wojny światowej, pięciuset zginęło, a zaledwie piętnaście procent wróciło do kraju. Pozostałych los rzucił na odległe krańce świata.

Polacy służyli na wszystkich typach okrętów i statków. Wiele okrętów swoimi wyczynami zdumiało największą potęgę morską – Wielką Brytanię i to od pierwszych dni II wojny światowej, kiedy polskie jednostki zablokowane przez Kriegsmarine przedzierały się przez Bałtyk, wykazując niezwykły kunszt, odwagę, precyzję połączoną wręcz z fantazją.

Ogromną rolę odegrały polskie okręty podwodne, z których dwa – ORP „Sokół” i ORP „Dzik” zanotowały największe sukcesy bojowe na Morzu Śródziemnym, gdy wychodząc z bazy La Valleta na Malcie uczestniczyły w licznych operacjach. Tylko te dwa okręty podwodne zatopiły na Morzu Śródziemnym przeszło 30 różnych jednostek wroga o łącznym tonażu około 90 tys. BRT. Skoro do tego dodamy bezustanne paraliżowanie transportu nieprzyjaciela, wiązanie jego sił utrzymywaniem w nieustannej gotowości bojowej, to dopiero wtedy uzmysławiamy sobie wkład tych polskich łodzi podwodnych w gromienie wroga, który nie tylko z lądu, powietrza, ale również z morza, zagrażał światu.

„Sokół” i „Dzik” były okrętami nowymi, średniej wielkości. Miały po 60 m długości, o prędkości nadwodnej 12 węzłów, a podwodnej 9 węzłów. Ich zasięg pływania to 5.000 Mm. Były uzbrojone w 1 działo 76 mm, 2 ckm-y zdejmowane, 4 wyrzutnie torpedowe 533 mm z łącznym zapasem 8 torped.

Załoga każdego z nich składała się z 4 oficerów, 32 podoficerów i marynarzy.

Te dwa polskie okręty podwodne od samego początku stały się postrachem wroga i z czasem zyskały sobie miano „Strasznych Bliźniaków” i to nie tylko wśród Polaków, ale i aliantów, określających te okręty „The Terrible Twins”.

Ale miały te okręty szczęście do niezwykłej załogi. Niezwykłej kwalifikacjami, odwagą, ofiarnością i wręcz bohaterstwem. To dzięki niej okręty te ścigały, ale i wymykały się w głębie morza przed atakami wroga zakładającego na nie miny. Większość z tej załogi miała już bogate, wcześniejsze doświadczenia na innych okrętach podwodnych, chociażby na ORP „Wilk”, który we wrześniu 1939 r. przedarł się przez zamkniętą Cieśninę Duńską, a potem, walcząc u wybrzeży Norwegii, pod wodą staranował niemiecki okręt podwodny.

Jednemu marynarzowi z tej załogi pragnę poświęcić ten skromny szkic, jako hołd dla tych wszystkich pięciuset, których kości zalegają dna mórz i oceanów, i tych pozostałych, którym po zwycięskiej wojnie Anglicy, którym tak dzielnie pomagali, odmówili udziału w Defiladzie Zwycięstwa, i tym, którzy wrócili do kraju i władze PRL, jakże często odmawiały praw należnych zwycięskiemu żołnierzowi.

Tym jednym symbolicznym dla mnie marynarzem jest dziś 92-letni por. Stanisław Czuba, obecnie stale zamieszkały w Republice Południowej Afryki.

Kandydat na studia medyczne Uniwersytetu Warszawskiego, w 1939 roku jako żołnierz Wywiadu Wojskowego RP po napaści hitlerowskiej na Polskę eskortuje personel dyplomatyczny Ambasady III Rzeszy Niemiec z Warszawy na Litwę, a później polskie najwyższe władze, w tym Marszałka Rydza-Śmigłego, do Rumunii. Brał udział w niebezpiecznej grze wywiadów polskich i niemieckich. Odegrał ważną rolę przy przerzutach polskich lotników do Francji. W 1940 roku we Francji jako żołnierz polski bierze udział w wojnie obronnej, po czym zaciąga się do Marynarki Wojennej pod brytyjskim dowództwem. Służył na okrętach: ORP „Gdynia”, podwodnym okręcie ORP „Wilk”, a od marca 1941 roku, głównie na Morzu Śródziemnym, między innymi w obronie bardzo ważnej bazy aliantów Malty – na okrętach podwodnych ORP „Sokół” i ORP „Dzik”. Brał udział w szeregu niebezpiecznych operacji. W 1944 roku służył na największym polskim krążowniku ORP „Dragon”, w czasie inwazji w Normandii. Przeżył storpedowanie „Dragona” żywą torpedą niemiecką. Zakończył służbę w Polskiej Marynarce Wojennej pod dowództwem Wielkiej Brytanii w 1947 roku i poświęcił się działalności gospodarczej. Żonaty, ojciec trojga dzieci. Najpierw mieszkał w Wielkiej Brytanii, a następnie, do chwili obecnej w Afryce Południowej. Działacz i prezes organizacji polonijnej w Johannesburgu.

Kawaler siedmiu odznaczeń alianckich oraz polskich, takich jak Krzyż Walecznych, Medal Morski (dwukrotnie). Po wojnie, w III RP, wyróżniony między innymi: Złotym Krzyżem Zasługi (1992), Krzyżem Czynu Wojennego Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie (1995), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia RP (1998), Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP (2007), Medalem „Pro Memoria” (2006). Jest Członkiem Honorowym Bractwa Okrętów Podwodnych. Oddany działacz polskich i światowych organizacji kombatanckich.

Wciąż żywo związany jest z Polską, którą – po raz pierwszy od 1939 roku – odwiedził dopiero w 1992 roku.

PROLOG

Stanisława Czubę poznałem już w 1991 r., kiedy pierwszy raz dotarłem do Republiki Południowej Afryki na zaproszenie dwóch braci Ślązaków: ppłk. pil. inż. Gerarda Karola Ranoszka – dowódcy 307. Dywizjonu Nocnych Myśliwców „Lwowskich Puchaczy” – kawalera Virtuti Militari i angielskiego najwyższego odznaczenia lotniczego DFC, oraz jego brata, dziś 89-letniego kpt. inż. Franciszka Ranoszka – jednego z nielicznych polskich oficerów dopuszczonych podczas wojny do wówczas największych tajemnic, to jest tajemnic radaru.

Wtedy w tym pięknym kraju, wyzwalającym się z pęt apartheidu, szukałem śląskich śladów wśród tamtejszej Polonii. Kiedy uczestniczyłem w uroczystościach 200. rocznicy Konstytucji 3 Maja i wygłosiłem okolicznościowy referat w kościelnej kaplicy polskiej parafii w Johannesburgu, której proboszczem był nieżyjący dzisiaj ks. infułat dr Jan Jaworski, spotkałem się ze skromnym Polakiem. Moją uwagę zwrócił rząd miniaturowych odznaczeń bojowych na marynarce jego cywilnego ubrania. Nasz kontakt był jednak krótki, chociaż już wtedy jego postać zaczęła mnie frapować.

W czasie kolejnych dwóch wizyt w tym kraju miałem z nim już dłuższe spotkania, a szczególnie jedno – w domu Marii i Franciszka Ranoszków pod Johannesburgiem. Usiłowałem wtedy nagrać na taśmę magnetofonową naszą rozmowę. W jego wypowiedzi było wiele tajemniczych niedomówień. Instynktownie wyczuwałem, że w jego życiorysie tkwią tajemnice, których nie chce ujawnić. Potem, po 1991 roku, przyleciał do Polski. Pokazywał mi miejsca na ulicy Oczki w Warszawie, gdzie pragnął studiować. Pamiętam też, gdy prosił, abym go zaprowadził do jakiejś prostej restauracji – do takiej, gdzie mógłby dostać pomidory, ale takie najzwyklejsze, których smak pamiętał sprzed wojny. Miałem też zaszczyt uczestniczyć w dekorowaniu go krzyżem zasługi w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w którym wiceministrem był wówczas mój były współpracownik z Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, dr Iwo Byczewski, który to później, już w swoim gabinecie, memu bohaterowi składał gratulacje. Następnie odbyliśmy podróż do Żelazowej Woli. Były to jego pierwsze kroki w Polsce od czasu, gdy 16 września 1939 r. ją opuścił. W kilku powrotach do Ojczyzny towarzyszyła mu urocza żona, pełna ciepła i życzliwości, pani Shirley.

Mój wyjazd w tym roku do RPA był szczególnie motywowany. Wreszcie dojrzała bowiem we mnie decyzja wyjazdu do RPA głównie z zamiarem rozszyfrowania życiorysu tego kombatanta.

Trzy poprzednie bytności w tym kraju zaowocowały szkicami o czterech polskich bohaterach II wojny światowej, którzy po jej zakończeniu nie mogli powrócić do swej Ojczyzny i osiedlili się w Południowej Afryce. Szkice te znalazły się następnie w moich książkach „Od Wallenroda do Kordiana. Dramatyczne Ślązaków wybory” i ostatnio wydanej przez „Officina Silesia” – „Dramaty historii i nasza codzienność...”. Poświęcone są, między innymi, takim postaciom: wspomnianemu dowódcy 307. Dywizjonu Nocnych Myśliwców ppłk. pil. Gerardowi Karolowi Ranoszkowi, jego bratu kpt. Franciszkowi, dalej – jednemu z trzech adiutantów gen. Władysława Sikorskiego – wówczas rotmistrzowi Zygmuntowi Fudakowskiemu oraz jednemu z dwóch oficerów polskich, którym udała się, pod koniec 1939 r., ucieczka z sowieckiego obozu – wtedy ppor. Włodzimierzowi Strzałkowskiemu.

 

Stanisław Czuba ma być więc tym piątym, niebagatelnym bohaterem, wyłowionym w RPA. Bohaterem o najbardziej, jak się później okazało, tajemniczym wojennym życiorysie i tajemniczej służbie w polskim wywiadzie wojskowym.

Dnia 16 lutego 2009 r., po całonocnym locie i przebyciu prawie całego afrykańskiego kontynentu, około godziny 10 wylądowałem na lotnisku w Johannesburgu. Ostatni raz lądowałem tu sześć lat wcześniej. Ilekroć przybywałem do tego kraju, doznawałem czegoś niezwykłego. Ten kraj, do którego ktoś choć raz zawitał, przyciąga jak magnes. Dostarcza bowiem niezapomnianych doświadczeń, szczególnie tych w czasie kontaktu z niezwykłymi osobliwościami przyrody. Ale nie tylko. Ludność Południowej Afryki składa się między innymi z następujących grup: większości ludów Nguni (wśród których są plemiona Zulu, Xhosa i Swazi), Sotho, Tswona, Tsongo, Venda, Afrykanerzy, Brytyjczycy, kolorowi, Hindusi, ludy Khoi i San oraz imigranci z Afryki, Europy i Azji. A w tym morzu różnorodności ileś tysięcy Polaków.

Skoro do tego dodamy 11 oficjalnych języków, to roi nam się fascynujący obraz tego kraju, na samym południu kontynentu Afryki. Dodajmy – kraju zrodzonego z walki, ale i wzorcowej dla świata drogi pojednania, tak różniącego się pozytywnie od Polski, w której każdy każdemu chce udowodnić nieprawe patriotyczne łoże. Tu chciałoby się rzec: Polsko, ucz się pojednania od RPA!

Tym razem również doznałem swoistej ekscytacji, wynikającej z ciekawości, jak po latach ten kraj się zmienił, jak żyją w nim moi Przyjaciele. Pierwsze spostrzeżenie – lotnisko jest prawie nie do poznania, tak się rozbudowuje. To wszystko na zbliżające się w tym kraju piłkarskie Mistrzostwa Świata. Prace są widoczne na każdym kroku, najbardziej w zakresie inwestycji drogowych. Obok już istniejących buduje się nowe autostrady w sposób dla Polaka imponujący. Na lotnisku wśród personelu prawie żadnego białego. To też znak przemian, jakie zaszły w tym cudownie pięknym kraju.

Wita mnie w dobrej formie stary, dobry, Staszek Czuba wraz z małżonką Shirley oraz przystojny, około 55-letni mężczyzna, który ładuje mnie i mój bagaż do swego mercedesa. To ten, któremu mój Przyjaciel, nieżyjący już dzisiaj pułkownik Karol Ranoszek, odsprzedał swój prywatny samolot, gdy uznał, iż w 80. roku życia winien się już rozstać ze sterami swego 6-osobowego Pipera. Pan J.A. Earle transportuje mnie do mej bazy wypadowej w RPA – domu 89-letniego Franka Ranoszka w miejscowości Bedfordview pod Johannesburgiem.

Z tego domu organizowaliśmy wypady nad Ocean Indyjski do Shakas Rock – Kwa Zulu – Natal. Kwa Zulu – Natal to mieszanina piaszczystych plaż i skalistych zatoczek obmywanych przez Ocean Indyjski. Miejsce bogate w wiele znanych parków narodowych i rezerwatów dzikich zwierząt. Cudowny widok ze wzgórza rezydencji pani Barbary – znajomej mego Przyjaciela Franka Ranoszka – na wzburzone wody Oceanu Indyjskiego, przez dziwnie poskręcane i splecione w warkocz grube drzewa, robi niesamowite wrażenie. Zanurzałem się nie tylko w wodzie, ale i w całym tym otoczeniu.

Po powrocie do „bazy” ruszamy z Franciszkiem Ranoszkiem do Pretorii, gdzie w rozmowie z Ambasadorem RP, sympatycznym panem Marcinem Kubiakiem oraz Konsulami, panią Bogusławą Roszko i panem Markiem Kolańskim, starałem się przekonać, że w 65. rocznicę lotów dywizjonów południowoafrykańskich z pomocą powstańczej Warszawie, Polska powinna dać wyraz podziękowania temu Państwu chociażby w postaci specjalnego koncertu Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. Zespół „Śląsk” na tę okazję przygotował nawet specjalny koncert. Kolejne wyprawy prowadziły do znanej firmy turystycznej Zbigniewa Skrzypczaka (Chris) „WILDE AFRICA TOURS” w Johannesburgu, dzięki któremu dotarliśmy do kolebki ludzkości – Sterkfontein. Jest to najbogatsze na świecie stanowisko archeologiczne i antropologiczne, gdzie znaleziono szczątki hominidów, które dowodzą ostatecznie, że ludzkość narodziła się w Afryce i stamtąd rozpoczęła swoją drogę przez świat. Wrażenie ogromne – głównie poprzez sposób prezentacji tego niesamowitego zjawiska. Potem wyjazd do zupełnie nowo zbudowanego miasta na włoski wzór „Monte Cassino” koło Johannesburga. To miasto, prawie całe klimatyzowane, przenosi nas w zupełnie inny świat.

Kolejna eskapada prowadziła nas do Nelspruit, gdzie mieszka krewna generała St. Maczka, Zyta Dietz, która – z matki pani Barbary Czerny ze Lwowa i ojca Tadeusza Orzechowskiego, oficera polskiej marynarki handlowej odbywającego w czasie wojny konwoje do Murmańska (umarli, gdy miała kilka lat) – poszukuje swych polskich korzeni i stara się o potwierdzenie swego polskiego obywatelstwa.

Z małżeństwa Barbary i Tadeusza Orzechowskich urodziło się pięcioro dzieci: Danuta, Jacek, Jola, Zyta i Wojciech. Dzieci te wcześnie zostały osierocone. Najpierw przez trzydziestoparoletnią matkę Barbarę, a później ich ojca, Tadeusza. Warto tu odnotować, iż stryj ich ojca, porucznik pilot Jan Orzechowski z 305. dywizjonu bombowego, po kampanii wrześniowej, w której walczył w 31. eskadrze rozpoznawczej, 25 lutego 1942 roku został przez Niemców trafiony w czasie bombardowania Kilonii. W czasie przymusowego lądowania jego maszyna eksplodowała. Zginął wraz z całą załogą. Jan Orzechowski był kawalerem Srebrnego Orderu Krzyża Virtuti Militari i trzykrotnie nadanego mu Krzyża Walecznych.

Nelspruit jest stolicą prowincji Mpumalanga, położone w pełnej zieleni rzeki Crocodile River. W okolicy Nelspruit w fantastycznej scenerii położony jest gościnny dom Dietzów. Posadowiony wśród skał-głazów, cały w zieleni, w subtropiku, z częściowo wystającym poza budynek pasażem i basenem. A w domu biblioteka i płyty, w tym „The Very Best of Chopin”. W tym niezwykłym miejscu słucham nostalgicznej muzyki Chopina w wykonaniu Piotra Palecznego. Pani Zyta przedstawiła mi imponujących rozmiarów dokumentację jej przodków. Zbierając ją przez lata uzmysławiała sobie swe polskie korzenie. Jest w tym tak konsekwentna, iż przypomina to bohaterów amerykańskich filmów, którzy poszukują swego rodowodu.

– O, widzi pan, na tym zdjęciu, obok gen. Stanisława Maczka stoi mój dziadek, podporucznik Stanisław Czerny z Krzyżem Virtuti Militari na piersiach.

Zdjęcie przedstawia żołnierskie spotkanie na otwartym polu pod koniec drugiej wojny światowej w Niemczech czy Belgii. Obok siebie stoją kuzyni: gen. dywizji Stanisław Maczek, owiany legendą wybitnego dowódcy, który nie przegrał ani jednej bitwy, którego władze PRL w okresie stalinowskim pozbawiły polskiego obywatelstwa, oraz ppor. Stanisław Czerny, którego wnuczka przez przeszło rok stara się o poświadczenie swojego polskiego obywatelstwa. Na ich mundurach widzimy najwyższe polskie wojenne ordery: gen. dyw. Stanisława Maczka – Klasa III – Krzyż Kawalerski Orderu Virtuti Militari; ppor. Stanisława Czernego: Klasa V – Srebrny Krzyż Orderu Virtuti Militari. W tej samej kategorii widzimy odznaczonych żołnierzy kaprala Alojzego Antończyka.

Na stole leży otwarta książka gen. Stanisława Maczka, który w IV rozdziale pt. „Osłona Lwowa i obrona Lwowa 12.IX – 17.IX” pisze: „I znowu wiew dzieciństwa, lat gimnazjalnych, beztroskich wakacji, lat spędzonych kilkakrotnie we dworze wuja mego, adwokata ze Lwowa Czernego, właściciela dóbr Wielkie Oczy, tych samych Wielkich Oczu z Trylogii Sienkiewicza. Było nas czterech chłopców rodzonych braci (trzech zginęło na wojnie 1914 – 1920) i dwoje dzieci wujostwa, jedno z nich to Staszek Czerny, przyszły podporucznik w 10. pułku strz. konnych”.

– A tak dla informacji, to dziadek – proszę pana – był jednym z dwójki „Lwowskiej fali”, Szczepcio i Tońcio.

Wzruszająca sprawa osoby, którą losy rzuciły daleko na północny wschód, skąd już niedaleko do słynnego na cały świat Kruger Parku oraz granicy Mozambiku. Żegnamy to gniazdo, w którym zalęga się polska historia. I znów powrót, i wizyta u znanego i szanowanego działacza polonijnego mgr. arch. Andrzeja Romanowicza – współtwórcy pierwszego w świecie Pomnika Katyńskiego (na wolnym powietrzu), w Johannesburgu, szefa Fundacji Dziedzictwa Polskiego w RPA. Jego gościnna żona Krystyna raczy nas wspaniałym obiadem. Rozważamy, jak zrealizować wyjazd „Śląska” do RPA. Polonia w RPA nie jest w stanie udźwignąć ciężaru kosztów z tym związanych. Musi się w to włączyć nasze MSZ i strona południowoafrykańska.

Dlatego, że wilka ciągnie do lasu, trudno było nie pojechać do dzikiej części Afryki, do Tshukudu, prywatnego rezerwatu, fragmentu Afryki należącego do małżeństwa Sussens. Współwłaścicielką jest Polka – pani Alina Sussens z domu Kuchcińska, którą wojenne losy, jako sierotę z ZSRR, rzuciły do Afryki.

Na ścianie jej biura widniały fotogramy z Polski, a wśród nich duże zdjęcie przedstawiające salę Sądu w Wilnie. Za stołem sędziowskim składowi orzekającemu przewodniczył ojciec właścicielki tego rezerwatu. Urocza pani Alina posługiwała się piękną polszczyzną i z wielką radością witała gościa z Polski. Jej wnuk, Dawid, przystojny, młody strażnik, po wyższych studiach, był naszym cicerone w obcowaniu z dziką zwierzyną: lwami, gepardami, ogromnymi słoniami (słonie afrykańskie są o wiele większe niż te z Indii). To tam, wśród buszu i sawanny poznałem potomka polskiego żołnierza, pana Konrada Dovera, który do tego zakątka świata przyleciał z żoną aż z Australii. Tu również spotkałem Polki, które dzielnie kroczyły w buszu ochraniane przez dwóch strażników „pod” bronią długą. Krótka wymiana zdań, gdy usłyszałem polskie słowa. Jedna z nich okazała się Ślązaczką – pani Krystyna Ziarnik z Ameryki Północnej. Jest wnuczką powstańca śląskiego. Druga też Polka, ale z Pretorii. To tam, w czasie nocnych podchodów i ocierania się o grubego zwierza doznawałem niesamowitych przeżyć. Wręcz świecące, w świetle latarki, oczy wyłaniającego się z wysokiej trawy lwa przypominającego swym wyglądem, z piękną grzywą, króla, oraz lwicy chroniącej małe lwiątka, uczą respektu i szacunku dla przyrody, do praw zwierząt, których nam nie wolno naruszać. Polecam to miejsce każdemu kto dotrze do RPA i pragnie doznać szczególnego przeżycia. Dodam jeszcze, że cały personel, ludzie biali i czarni, to osoby życzliwe, pogodne, a z uwagi na właścicielkę, operujące kilkoma grzecznościowymi zdaniami w języku ...polskim. Kuchnia wyśmienita, a pomieszczenia w typowym stylu dzikiej Afryki – okrąglaku, stanowią dwa wygodne apartamenty z moskitierami i innymi zabezpieczeniami. Niezapomnianego wrażenia doznaje się wracając w kierunku Johannesburga przez groźne i imponujące Góry Smocze.

Ciekawym przeżyciem było spotkanie w domu wybitnego okulisty – Polaka, dra Jana Kozłowskiego, u którego zbiory muzealne mogły zachwycić niejednego konesera sztuki.

Wreszcie przyszła kolej na to najważniejsze w tej podróży, na wizyty w gościnnym domu państwa Czubów, przy ul. Monton (Terrace) w Bedforview. Polsko-angielska para małżeńska tworzy serdeczną, polską atmosferę w domu, a właściwie w dużej rezydencji z ogrodem i zabudowaniami, wtopionymi w lekkie wzniesienie. Staszek jakby się rozluźnił. Po poczęstunku kawą i wspaniałym ciastem wyczułem, że jest gotów się otworzyć i ujawnić to, co przedtem chronił przez 70 lat.

Jak znalazł się w Warszawie i jak to się stało, że kandydat na studia medyczne konwojował po hitlerowskiej agresji niemieckich dyplomatów z Polski? Zacznijmy jednak od początku.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?