PrzesłuchanieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przesłuchanie
Przesłuchanie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 24,98  19,98 
Przesłuchanie
Audio
Przesłuchanie
Audiobook
Czyta Krzysztof Baranowski
14,99  11,09 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Józef Musioł

Przesłuchanie

Saga

PrzesłuchanieZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1976, 2020 Józef Musioł i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726726268

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

OD AUTORA

W latach sześćdziesiątych Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce uczestniczyła w akcji uzyskiwania od rządu RFN pomocy finansowej dla ofiar eksperymentów pseudomedycznych, przeprowadzanych w hitlerowskich obozach koncentracyjnych.

Roszczenia z tego tytułu musiały być poparte szeregiem dowodów: opinią lekarską, odpowiednimi dokumentami oraz zeznaniami samych ofiar zbrodniczych eksperymentów, przesłuchiwanych w charakterze świadków.

Niektóre relacje świadków mogły budzić wątpliwości z punktu widzenia wiedzy medycznej czy historycznej, inne wydawały się wprost nieprawdopodobne. Czy można jednak z całą pewnością odrzucić je jako nieprawdziwe, bo nie pasujące do schematu myślowego współczesnego człowieka?

Refleksje, niepokoje i pytania, jakie zrodził kontakt młodego polskiego sędziego z przesłuchiwanymi świadkami — oto główny motyw tej książki.

Układ zawarty w Helsinkach, ratyfikowanie w 1976 roku porozumień z Polską i wizyta I sekretarza KC PZPR — Edwarda Gierka — w kraju nad Renem pozwala patrzeć w przyszłość Europy z nadzieją, iż żaden polski sędzia nie będzie już nigdy dokonywał tego jedynego w swoim rodzaju przesłuchania.

30 września 1973 roku hala lotniska międzynarodowego na Okęciu — mimo niedzieli — pełna była ludzi. Żegnali swych bliskich, znajomych, odprowadzali oficjalne osobistości.

Po kontroli paszportowej i celnej znalazłem się w tej części zabudowań, które prowadzą już tylko na płytę lotniska. W samolocie powitała mnie urocza, długonoga stewardesa i uśmiechnęła się do mnie jak do starego znajomego. W pierwszej chwili byłem zdziwiony tym przejawem serdeczności, szybko jednak ustaliłem, że to ta sama, z którą poprzedniego dnia leciałem z Katowic do Warszawy.

Lecę!

A więc lecę w pierwszej w powojennej historii oficjalnej delegacji Ministerstwa Sprawiedliwości, zaproszony przez Niemiecką Fundację do Spraw Szkolenia Politycznego i Porozumienia Międzynarodowego — po raz pierwszy będę oficjalnym gościem w Republice Federalnej Niemiec.

Już trzy razy przejeżdżałem przez ten kraj. Nigdy jednak nie zatrzymywałem się w nim ani przez jeden dzień, nigdy nie uczyniłem przerwy — nawet na kilka godzin — w mych podróżach na Zachód. Przejeżdżałem w ścisłym tego słowa znaczeniu tranzytem. Nie zatrzymałem się nawet wówczas, gdy — ze Szwajcarii wzdłuż francuskiej granicy — pędziłem zatłoczoną autostradą do Belgii. Wyciskałem z mej Skody resztki sił, by przez ten kraj przejechać jak najszybciej, by nie zetknąć się z nikim i niczym ponad to, co wynika z konieczności przebycia kilkusetkilometrowej odległości. Zamknąłem się w pudle samochodu, by nie spotkać ludzi kraju kojarzącego się tak żywo z dawnymi, lecz wciąż żywymi przeżyciami, ze strachem wniesionym w mój spokojny świat dziecka polskiej wsi. Nie chciałem zetknąć się z ludźmi tej samej narodowości co oprawcy ofiar, które nie tak dawno zmuszony byłem przesłuchiwać. Dlatego bez zatrzymania się pędziłem aż do Luksemburga. Nie wynikało to z nienawiści, w której my Polacy nie potrafimy trwać długo, nie, po prostu nie chciałem psuć sobie wakacyjnych wrażeń prowokowaniem pamięci, odtwarzaniem tego, co byłem zmuszony przeżyć.

— Podać herbatę czy kawę?

— Dziękuję.

Samolot wpadł w warstwę gęstej mgły. W lewej kieszeni marynarki trzymałem ostatni tom wierszy Feliksa Netza: Z wilczych dołów. To do podróży. Przewracam kartki.

...świat nas dotyczy tym co najpierw mija

i są to łowy krwawe pod huczącym rogiem księżyca!

ziemia obraca się w głąb,

powietrze wrasta w glebę

noc czerpie siłę z mroku, który przepycha się przez nas

jak włócznia tętna.

Noc czerpie siłę z mroku, który przepycha się przez nas — powtarzam strofy wiersza młodego poety. Zamknąłem książkę w niebieskich okładkach. Spojrzałem przez okrągłe okno. W dalszym ciągu przebijamy się przez chmury. Matowa mgła wchłania nasz samolot niczym zabawkę. Pogrążyłem się w dziwnym półśnie.

Biała plansza. Orientacyjne zestawienie niektórych eksperymentów przeprowadzonych w hitlerowskich obozach koncentracyjnych.

W pierwszej rubryce nazwa obozu, w drugiej rodzaj eksperymentu, w trzeciej data i okres ich dokonywania, w czwartej osoba lekarza eksperymentatora, a w piątej obozowy numer bloku.

Buchenwald — żółta febra, tyfus plamisty, dur brzuszny, próby z krwią konserwowaną, oparzenie zawartością bomb fosforowych, podrażnienia zainfekowanych ran kwasem karbolowym, próby ze stosowaniem doświadczalnego żywienia.

Dachau — komora niskich ciśnień, zarażenia, polygal, malaria, ropowica...

Oświęcim — sterylizacja za pomocą wstrzyknięć domacicznych, sterylizacja za pomocą promieni rentgena, ropowica, tyfus plamisty, elektrowstrząsy...

Przesuwam wzrok na dalsze obozy: Ravensbrück, Mauthausen-Gusen, Stutthof, Sachsenhausen.

Rodzaj eksperymentów się powtarza. Każdy z tych obozów ma jednak jakąś jedną dodatkową „specjalizację”. Obok rubryki podającej rodzaj przeprowadzanego eksperymentu — wpisane są nazwiska lekarzy: Ding-Schuler, Hoven, Schmick, Vaernet, Rascher, Gebhardt i inni.

Sprawa wydawała się prosta. Uzbrojony w jaką taką wiedzę, tudzież czternastoletnią praktykę w sądownictwie, miałem przesłuchać — w charakterze świadków — ofiary, które przeżyły przeprowadzone na nich doświadczenia.

Przystępując do zleconej czynności uzmysłowiłem sobie nagle, że to ja — przesłuchujący — zaczynam się po prostu bać. Oto ludzie, którzy po trzydziestu latach mają przede mną, polskim sędzią, dać świadectwo prawdzie. Mam spełnić rolę beznamiętnego i niezaangażowanego rejestratora ich wypowiedzi. Taki mam obowiązek, ponieważ to ma gwarantować moją absolutną bezstronność w formułowaniu wypowiedzi ludzi przeze mnie przesłuchiwanych.

A więc mam się tylko spotkać i utrwalić na piśmie, w czterech egzemplarzach — to, co z nimi tam czyniono.

Nie! Mam jeszcze inny obowiązek — obowiązek poddawania krytycznej analizie tego, co powiedzą ci, którzy przeszli przez nowocześnie pomyślane piekło w charakterze królików doświadczalnych — mnie, który w okresie wojny był dzieckiem.

Lękam się tego spotkania, w czasie którego zmuszony będę zadawać pytania konstruowane w oparciu o moją — uzmysławiam sobie to coraz bardziej — niepełną wiedzę, zubożoną o fakt nieprzebywania tam i nieprzeżywania tego, co oni przeżyli.

Jak zza biurka mam z nimi rozmawiać, jak nawiązać i prowadzić ten urzędowy dialog? Jak pogodzić zlecone mi zadanie z ludzkimi odruchami — wzruszenia, litości, oburzenia, złości i nienawiści do tamtych, jako całości, i do tamtych ubranych w mundury okryte białymi lekarskimi kitlami i legitymujących się tytułami naukowymi?

Przesłuchiwać można różnie. Można sugerować odpowiedzi przesłuchiwanemu tak, iż udzieli odpowiedzi niezgodnej z prawdą. Można go sprowokować tak dalece, że powie nam coś, czego nigdy nie zamierzał, można również niefortunnym pytaniem zmrozić go w ten sposób, iż przesłuchiwany nie powie nam nic i to również wbrew jego woli. Od wiedzy i znajomości ludzkiej psychiki, uczciwości przesłuchującego zależy, czy obraz przedstawiony przez osobę przesłuchiwaną będzie prawdziwy. Jaka jest jednak gwarancja, że to, co przesłuchiwany przedstawi, a o prawdziwości czego jest przekonany — jest zgodne z prawdą. Charakterystyczny jest przykład dwóch osób, które w dobrej wierze przedstawiały obserwowane zajście na ulicy. W opisach tych dwóch osób było tyle elementów ze sobą sprzecznych, że trudno było dać którejkolwiek z nich wiarę.

A więc w jakiej roli mam tu wystąpić, z jakiej pozycji mam dokonać tych przesłuchań?

Jest tylko jedno wyjście. Jako sędzia muszę występować bezstronnie.

Wbrew naturze narzucam sobie tę zawodową bezstronność. Nie było więc wojny, nie było, okupacji, eksterminacji bliskich, rozstrzelania mego brata.

Jestem sędzią. Przystępuję do przesłuchania.

Stoi przede mną mężczyzna, pokazuje dowód osobisty. Protokolantka spisuje dane osobowe świadka: imię i nazwisko, data urodzenia, zawód, miejsce zamieszkania, karalność.

Usiłuję stworzyć atmosferę pełną swobody, ale i koniecznego dystansu — wciąż bowiem lęk przed sympatią lub antypatią do tego starszego schorowanego mężczyzny nakazuje mi ten dystans.

— Będzie pan przesłuchiwany w charakterze świadka. Pouczam, że kto zeznaje nieprawdę lub prawdę zataja, podlega karze pozbawienia wolności do lat pięciu.

Pouczając tego świadka o odpowiedzialności za fałszywe zeznania poczułem niesmak, szczególnie, gdy użyłem zwrotu — podlega karze pozbawienia wolności do lat pięciu...

Uzmysłowiłem sobie nagle, że nieprzyzwoitością jest „straszenie” tego wieloletniego więźnia obozów hitlerowskich znowu pozbawieniem wolności. Wydawało mi się, iż jako polski sędzia nie powinienem przywodzić mu na myśl, że może być uwięziony na skutek nieprawdziwego przedstawienia czegoś, co jak koszmar może dzisiaj po tylu latach przybierać różne wymiary. Utrwalony obraz mógł fałszywie odbić się w pamięci przesłuchiwanego. Tamte przeżycia mogły utrwalić się w pamięci tego człowieka niczym w krzywym zwierciadle. Przedstawiane mi zdarzenia mogą być sprzeczne z ogólną wiedzą dotyczącą eksperymentów pseudomedycznych. Mogą być lub wydawać się nieprawdopodobne. Mam tego świadomość!

 

Spojrzałem na przesłuchiwanego. Szara twarz, zapadłe oczy, średni wzrost. Gdy usiadł, widziałem tylko twarz. Zaczął najpierw przedstawiać okoliczności swojego aresztowania, osadzenia go w obozie w Oświęcimiu, po czym odpowiadając na bezpośrednie pytanie, zacinając się, mówił:

— Dr Entress w towarzystwie sanitariusza SS sprawdził nasze dane personalne. Przystąpił do krótkiego badania — pytał o przebyte choroby. Otrzymałem zastrzyk ciemnożółtego płynu. Początkowo nie odczuwałem żadnych dolegliwości, dopiero później zaczęła narastać gorączka. Zrozumiałem, że padłem ofiarą doświadczeń lekarskich, o których już uprzednio mówiono w sekrecie na terenie obozu. Z wysoką temperaturą, silnymi bólami głowy i łydek oraz czerwoną wysypką na ciele, przy resztkach świadomości zostałem przeniesiony na noszach do ogólnej sali chorych na tyfus plamisty.

W miarę przesłuchiwania, odsłaniania tajemnic zza obozowych drutów, świadek czerwienieje na twarzy.

Przecieram oczy — widzę go z czerwoną wysypką, przecieram jeszcze raz — tak, teraz widzę dobrze, to już nie wyobraźnia: świadek całą twarz ma w kroplach potu. Drży.

Ciągnąć dalej przesłuchanie, czy przerwać? Wiem, „wytrącę” go jakimś błahym pytaniem. Nie, może się obrazić.

— Uratował mnie polski lekarz — współwięzień, który tam pracował jako pielęgniarz.

Przesłuchanie przeciągnęło się do czterech godzin. Składamy podpisy pod czterema jednobrzmiącymi protokołami. Pieczętujemy swoimi podpisami: ja — to, co słyszałem, świadek — to, co przeżył.

Ręce nam drżą. Najspokojniej składa podpis protokolantka — po prostu mechanicznie, tak jak na dziesiątkach protokołów rozpraw w ciągu roku.

W rogu na końcu długiego korytarza, wciśnięty w ławkę, skulony, czeka na swoją kolejkę następny świadek. Wezwany ożywia się, wchodzi do gabinetu. Proszę, by usiadł.

Imię i nazwisko, data urodzenia, miejsce zamieszkania, zawód, karalność. Te pytania przychodzą łatwo, łatwo też udzielane są na nie odpowiedzi.

Umilkł stuk czcionek maszyny do pisania. Chwila przerwy — może dwudziesto-, a może pięćdziesięciosekundowa.

Jaki obraz przedstawi mi ten człowiek?

Ogarnął mnie strach przed koniecznością wysłuchania tego nagle ożywionego mężczyzny. Ten świadek, blisko siedemdziesięcioletni człowiek, o wystających kościach policzkowych — mówi zwięźle.

—W marcu 1942 roku udałem się do bloku dwudziestego, skąd sanitariusz przeprowadził mnie na blok jedenasty. Tam lekarze SS dokładnie mnie zbadali. Jeden z nich dał mi zastrzyk w pośladek, pobrał mi krew.

— Chwileczkę — czy najpierw pobrano panu krew, a potem dano zastrzyk, czy odwrot-

— Nie pamiętam, ale chyba najpierw pobrano mi krew. Po tych zabiegach odesłano mnie do bloku 28, położono do łóżka. Po kilku dniach...

— Po ilu?

— Nie pamiętam... Po kilku dniach dostałem tak wysokiej gorączki, że straciłem przytomność, a po jej odzyskaniu uświadomiłem sobie, że na ciele mam rany cięte. Z ran ciekła ropa i krew. O widzi pan, panie sędzio — to są te blizny.

Świadek podciąga wysoko nogawkę spodni.

Nie mogę na to patrzeć. Czy mam mu zwrócić uwagę, że moim obowiązkiem jest przesłuchiwać go, a nie dokonywać oględzin jego okaleczonego ciała?

Zgięty, podtrzymując wysoko nogawkę, głowę ma wykręconą do góry, patrzy mi prosto w oczy.

— Chcę, by mi pan wierzył.

Widzę, głęboką bliznę na nodze, a potem na szyi — dziurę o nieregularnych brzegach — tak jak gdyby ciało wyrwano obcęgami.

— Proszę, niech pani pisze — zwracam się do protokolantki, która jakby zastygła. Wzrok jej zatrzymał się na czerwonej bliźnie, nie mogła go przenieść na maszynę.

— Na skutek przeprowadzanych na mnie eksperymentów jestem kaleką, mam zniekształcony kręgosłup.

W głosie tego człowieka nie słychać żalu; recytuje swoje przeżycia jak modlitwę, którą mi tu przyniósł aby utrwalona na papierze mogła przetrwać. Bo to jest jego modlitwa. Wierzę w jego rany, nadludzkie cierpienia, ale nie wierzę w zbawienie; a więc te rany, ten skręcony ręką kata kręgosłup — to wszystko na nic?

Trzeci świadek wezwany na ten dzień spojrzał na mnie niepewnie. Była godzina siedemnasta.

— Jestem z Katowic, mieszkam w centrum, w tym nowym wieżowcu, stawię się jutro, dziś nie chcę już pana męczyć sobą.

To prawda — pora była późna. Byłem zmęozony. Przede mną dwugodzinna podróż z powrotem do domu. Spojrzałem badawczo na niego — tak, on się boi, boi się wracać do tamtych dni. Przypomina pacjenta lub studenta, który boi się wejść do gabinetu. Wie, że musi stanąć do egzaminu, ale jakże chciałby tę chwilę odwlec.

Na drugi dzień, gdy wchodziłem do swego biura, przechadzał się nerwowo pod drzwiami. Zbliżył się do mnie.

— Dzień dobry, panie sędzio, to ja. Może niepotrzebne są te moje zeznania, po co o tym wspominać, po co przesłuchiwać, cały świat o tym wie.

Przekręcam klucz w drzwiach — świat nie wie, nie chce wiedzieć, do chorób nie lubimy wracać, nie chcemy o nich mówić, szczególnie, gdy były to choroby zakaźne. Ci, którzy to przeżyli, to wiedzą, zaś młodzi i ci, którym los tego oszczędził, i tak w to nie uwierzą, bo wtedy przestaliby wierzyć w człowieka. A więc przekonywać ich o tym — czy nie?

Już siedzę za biurkiem, on naprzeciw. Coś się z nim dzieje, boi się, ale zdaje sobie sprawę, że musi o tym mówić. Protokolantka czeka z rękami na klawiaturze maszyny

— Kiedy i w jakich okolicznościach został świadek aresztowany? — przerywam kłopotliwą ciszę. — Czy i ewentualnie jakie zarzuty przedstawiono świadkowi po aresztowaniu, w jakich więzieniach i obozach przebywał, jaki otrzymał numer i w którym bloku został umieszczony?

Stawiam dalsze pytania: kiedy i w jaki sposób wybrano świadka do dokonania eksperymentu; czy przeprowadzono wstępne badania lekarskie, wywiad lekarski; kto i gdzie to robił, kto dokonywał eksperymentu — nazwiska personelu SS, ich stopnie, wygląd zewnętrzny; po upływie, jakiego okresu czasu wystąpiła choroba, jaki był jej przebieg, gdzie i w jakiej kolejności powstawały ropnie, jak długo trwała choroba i pobyt w rewirze (szpitalu obozowym), czy świadek stawiał opór, aby nie być poddanym eksperymentom?

Po co te naiwne pytania? Od tamtego okresu minęło 30 lat. W tamtym gabinecie lekarz SS ze strzykawką w ręku wyglądał jak bandyta — nie jak śmierć. Strach i lęk zwężał pole widzenia, paraliżował wolę oporu, na wezwanie ręka sama podnosiła się w górę lub odsłaniała wychudzony pośladek, by wygodniej było wbić skażoną igłę strzykawki. Jaką mam gwarancję, że świadek naprawdę zapamiętał, czy można w takiej sytuacji zapamiętać stopień i wygląd zewnętrzny lekarza?

— Tak, pamiętam, bo patrzyłem na niego, ja go nigdy nie zapomnę. Dnia 20 kwietnia 1940 roku przebywałem w więzieniu, a następnie przeniesiono mnie do fabryki w Cieszynie za Olzą. Tam ułożono nas twarzą do ziemi i tak leżałem przez dwa tygodnie. Jedzenie — to woda po ugotowaniu makaronu, którą piliśmy leżąc. Potem przewieziono mnie wraz z około 8000 współwięźniów do obozu w Dachau, a następnie do Mauthausen-Gusen. Tego samego roku kapo Aleks Keubetz zamordował mojego profesora gimnazjum i znajomego notariusza. W październiku 1940 roku ten sam kapo topił mnie w sadzawce, potem położył mnie na krzesło i bił trzonkiem kilofa.

— Proszę świadka, chodzi mi o odpowiedź na pytanie dotyczące eksperymentów lekarskich.

— To się właśnie wtedy zaczęło — bo pobitego zaprowadzono mnie na rewir. Tam wziął mnie w swoje ręce lekarz SS Kiesevetter. Dawał granulki, proszek do ust, sypał proszkiem rany. W miejsca czarne od pobicia dał zastrzyk, po którym zesztywniała mi noga. Obserwowano moją reakcję, wpisywano coś do notesu. Dr Kiesevetter zapowiadał na przykład: dzisiaj w nocy trzeba wykończyć 45 chorych. Oni już spełnili swoją rolę, są już niepotrzebni, a zajmują jedynie miejsca na rewirze przeznaczonym dla następnych.

— Proszę, niech pani pisze.

— Wtedy przy pomocy nie znanego lekarza — również więźnia pełniącego funkcję sanitariusza — półprzytomny uciekłem w nocy do bloku. Uciekłem przed śmiercią. Rano wiele łóżek na rewirze było wolnych, nie żyli już, zabito ich jednym zastrzykiem. Kilka pudełek papierosów uratowało mi życie, tyle było warte wówczas nasze życie. Za te papierosy kupiłem pracę w magazynie.

Dnia 5 maja 1945 roku wojska alianckie wyzwoliły nasz obóz. Wróciłem do kraju, rany ropieją dalej.

Czy mam zapisać, że lewa noga świadka przypomina pień grubego drewna? Jak znosi to kalectwo człowiek, który tyle lat po wojnie nosi Widome piętno tamtego okresu. Nienawidzi? Czy czas zatarł odczucie bólu i krzywdy? Czy byłby w stanie im przebaczyć, czy możliwy jest pomost pomiędzy nim a młodym pokoleniem Niemców, którzy nie mogą i nie chcą uwierzyć w okrucieństwa swoich ojców?

Ma troje dzieci — w jakim duchu je wychował: nienawiści do zła czy totalnej niechęci do narodu, który wychował takich lekarzy?

Są to pytania bez odpowiedzi, pytania, które się cisną same, ale których nie postawiłem.

— Mój numer obozowy? — zaczyna swe zeznania następny świadek i podnosi rękaw bluzki. Na przedramieniu atramentowym kolorem wypisany jest pieciocyfrowy obozowy numer. Cyfry są wyraźne, nie zatarte ani zamazane, jak to się często zdarza przy cyfrach, wypisanych na papierze.

— 14 lutego 1943 roku wraz z trzyletnim Andrzejem i dwuletnim Zbigniewem pędzono mnie do samochodu. Szliśmy w tłumie. Przemknęła mi myśl: ratuj dzieci! Tuż przed samochodem ciężarowym silnym pchnięciem wytrąciłam je z tego pochodu. Ktoś je zagarnął. Ja byłam już wtedy w aucie. A potem Oświęcim. Blok 2 w Brzezince. Tatuowanie właśnie tego numeru. Apel. Wywołano nas kilkanaście osób. Pobrano krew i samochodem odwieziono mnie na rewir. Bloku nie pamiętam, zdaje się, że 24. Stałam naga. Lekarz przyglądał mi się długo, by następnie wbić mi zastrzyk w lewą pierś. Straciłam przytomność — chyba ze strachu. Odzyskałam świadomość i stwierdziłam, że leżę na pryczy. A potem znów zabieg, ale inny. Już więcej nie mogę urodzić dziecka... Wtedy miałam 25 lat.

— Jak pani wydarła się z tego piekła?

Piekła? Nie — mnie, przesłuchującemu, nie wolno przesądzać niczego. No tak, ale to było piekło dla tej wówczas pięknej i młodej, a dzisiaj roztrzęsionej i steranej kobiety. Czyż więc nie wolno mi nazwać tamtego po imieniu? Czy jednak w tak sformułowanym pytaniu nie przesądzam mego stosunku do tego, co tam się działo, do tego, co ta kobieta relacjonuje?

— Kiedy pani opuściła obóz?

— Nim opuściłam to piekło, czekał mnie transport w wagonach bydlęcych — sto osób w jednym wagonie — do Ebingen, a potem do Ravensbrück, skąd przez Danię i Szwecję 22 października 1945 roku wróciłam do Polski. Dzieci nie znalazłam. Jestem sama, mąż z obozu nie wrócił.

Łzy spływają po policzkach świadka, żłobiąc na umalowanej twarzy wężykowate ślady.

Czy dzieci, które chcąc ratować odrzuciła wtedy przed autem — żyłyby, gdyby zabrała je ze sobą? Niektóre przecież żyją. Na przykład dzieci Zosi Kawęckiej z Sosnowca wróciły. A jej gdzie są? Zmarły, czy też żyją nie znając matki?

— Proszę pana, Andrzejek i Zbyszek byli podobni do siebie niczym dwie krople. Dwa blondaski o niebieskich oczkach — to chyba po mężu, który był przystojnym jasnym blondynem... Były treścią naszego życia. Wierzyliśmy z mężem, iż jeżeli nam hitlerowcy nie pozwolą przeżyć wojny, to one, te cúdownie piękne nasze dzieci, będą żyć i doczekają się wolności.

Dziwne, ale opis wyglądu dzieci był — z punktu widzenia zwartości zeznań — najbardziej klarownie przedstawionym fragmentem zeznań tego świadka.

— Dzieci były w miarę dobrze odżywione, jak na okupacyjne warunki, nie chorowały.

Co mam zrobić z tym opisem? Nie umieszczę go chyba w protokole, nie ma to żadnego związku z okolicznościami, na które miałem tę kobietę przesłuchać.

A może ma, bo oni wybierali tylko najpiękniejsze. „Lebensborn” — to nie cudowny lek, żadne źródło życia, jakby wnioskować należało z tłumaczenia na język polski, to hitlerowska organizacja działająca pod patronatem SS, mająca na celu nie tylko „produkowanie” w specjalnych ośrodkach dzieci o cechach „rasy nordyckiej”. „Lebensborn” to organizacja zajmująca się także porywaniem z okupowanych krajów tysięcy specjalnie wyselekcjonowanych dzieci. Określa się, że tylko z Polski zrabowano ich ponad dwieście tysięcy. Wiele z tych dzieci umieszczono u bezdzietnych rodzin hitlerowskich bądź w specjalnych ośrodkach wspomnianej organizacji.

 

Czy dzieci przesłuchiwanej kobiety dzielą los tych tysięcy nie odnalezionych, którym nigdy nie przyjdzie poznać prawdziwej matki, ojczystego kraju? Jeżeli żyją, to co robią, jak się czują przesadzone do innego gniazda? A może służą jako wzorowi Niemcy w Bundeswehrze... Uczą się, że Wrocław to Breslau, Szczecin to Stettin i że trzeba, aby oni, prawdziwi Niemcy, przywrócili je wielkiemu państwu niemieckiemu?

Następny dzień.

Nonszalancja w zachowaniu się mojej protokolantki ustąpiła jakiemuś zamyśleniu. W ogóle jakoś zszarzała, zmalała. Ta sama, a jednak już nie ta.

— Urodziłem się 10 maja 1900 roku w Zabrzu. Aresztowany w Bogości pod Sandomierzem, gdzie jako Ślązak, uczestnik III powstania śląskiego, uciekłem na początku października 1939 roku. Z Bogości zostałem przewieziony do więzienia w Tarnowskich Górach. Przesłuchiwano mnie stosując różne metody. W kwietniu 1940 roku przeniesiony zostałem do obozu przejściowego w Sosnowcu. Kilka dni leżałem na ziemi, obok mnie dobijano umierających.

— Dalszy szlak?

— Wagonami bydlęcymi do obozu w Dachau, gdzie przebywałem do maja 1940 roku. A potem do obozu zagłady Mauthausen-Gusen. Zakwaterowano mnie w bloku nr 2, blokowym był zawodowy morderca. Plac obozowy, usiany trupami, był cały czerwony od krwi.

— Doświadczenia lekarskie?

— Chłosta bykowcem na specjalnym koźle, złamane żebro, uszkodzony kręgosłup, zmiażdżenie kciuka prawej ręki obcasem buta, który to kciuk następnie sanitariusz SS obcinał zwykłym nożem stołowym.

— Ale czy był pan poddany eksperymentom pseudomedycznym? — zapytałem świadka, bo obcinanie na żywo zmiażdżonego kciuka i celowe doprowadzenie 80-kilogramowego mężczyzny do wagi 34 kg, a więc do wagi kilkunastoletniego dziecka, było czymś, co chyba nie mieści się w tym pojęciu.

— Powieszono mnie za skrępowane do tyłu ręce. Zemdlałem. Leżałem w baraku izolacyjnym. Było to we wrześniu lub październiku 1941 roku, a zresztą dokładnie nie pamiętam. Kapo rewirowy przyniósł w pudełku po zapałkach wszy i obsypał nimi całe moje ciało. Wszy te przyniósł z baraku, w którym leżeli chorzy na tyfus. Oblazły mnie, wszędzie je czułem. Leżałem może dzień, a może dłużej. Koszmarne sny — wszędzie wszy — obsesja czy rzeczywistość. Nie wiem, czy z wysokiej gorączki, a może po prostu ze strachu, straciłem przytomność, po czym ją odzyskałem, by znów utracić — tak na zmianę.

To pamiętam — wleczono mnie za nogi za jakieś zwałowisko, dotykam rękami twarzy zmarłych, ocieram się o ludzkie kości ubrane w łachmany. Jestem na hałdzie ludzkich zwłok przy krematorium. Znów trącę przytomność. Józef Gawełczyn z Chorzowa, pisarz na rewirze, uratował mi życie.

Opisane zdarzenie budzi moje wątpliwości, tyfus plamisty jest chorobą zakaźną, jak mi wiadomo, w obozach starano się zwalczać epidemię tyfusu plamistego w obawie, że obejmie ona również personel SS. No tak, ale przeprowadzanie eksperymentów z tyfusem plamistym jest faktem udowodnionym. Czy to, że opisane zdarzenia kłócą się z logiką i czasem zdrowym rozsądkiem upoważnia mnie do dyskredytowania tych zeznań? Wiele spraw tamtego okresu dla logicznie myślącego człowieka jest nielogiczne i niekonsekwentne i to nawet z punktu widzenia tamtych oprawców. A jednak działy się rzeczy nieprawdopodobne i nie do pojęcia dla ludzi, którzy tam nie przebywali.

Popełniam błąd usiłując ciągle analizować treść zeznań według ogólnego schematu stosowanego przy ocenie ludzi, bo oprawcy rekrutowali się i z takich, których ludźmi trudno nazwać.

No tak, ale kogo bardziej surowo sądzić: lekarza, który świadomie, dla eksperymentu zabija człowieka, czy debilnego i chorego psychicznie kapo, którego — jako sadystę — podnieca zadawanie bólu człowiekowi.

— Przepraszam, ale interesują mnie eksperymenty pseudomedyczne.

— A więc jeszcze we wrześniu 1941 roku lekarz SS Kiesevetter przeprowadził na mnie zabieg — może to nie był medyczny, ale opowiem. Najpierw w okolicę kręgu górnego, poniżej szyi, w małą ranę wcierano mi naftę i benzynę. Powtórzono to kilkakrotnie, obserwując reakcję. Wywołało to ogromną narośl ropną, którą Kiesevetter wycinał, po prostu bawił się. Jego podwładny — kapo nazwany „Kasandrą” — kopiował swego „mistrza” z tym, że obrał okolicę mego lewego kolana. W baraku izolacyjnym kapo Roth z polecenia lekarza SS wstrzyknął mi w lewe ramię naftę. Taki sam zastrzyk otrzymał aptekarz z Tarnowskich Gór. Zmarł na miejscu na moich oczach. Jak to się stało, że ja żyję? Tak, byłem rewelacją, a właściwie lekarz uważał to za rewelację. Stałem mu się bliższy, obserwował mnie, wydaje mi się, że przez chwilę darzył mnie sympatią. Tymczasem po prostu omyłkowo — przez niedokładność — zamiast w żyłę, zastrzyk dano obok.

W miarę składania zeznań przez tego świadka protokolantka stawała się coraz bledsza. Nagle zerwała się, pędem pobiegła do drzwi, zawisła na moment na klamce i chwiejąc się opuściła miejsce przesłuchań. Wychodzę za nią, koleżanka podaje jej szklankę wody.

Przesłuchanie przerwano, nastąpiła zmiana protokolanta.

Po chwili zmiana osoby przesłuchiwanej.

— Tonę w ropie, czuję, jak ropieje mi ciało, jak kapo odcina mi po kawałku palce, leżę goły na mrozie, ktoś polewa mnie zimną wodą, gorączka, cały w plamach tyfusu, jestem ścierwem na zwałowisku trupów, ktoś wywleka mnie stamtąd, a już miało mnie wchłonąć gardło pieca krematoryjnego, żyję i umieram...

Przesłuchanie skończone. Zgrzyt klucza przekręconego w zamku odgradza mnie od świata nadludzi, wracam do domu, tam czeka syn i żona.

Katowicki dworzec kolejowy w przebudowie, Na peronach setki ludzi, wracają do domu. Co parę minut wjeżdża pociąg elektryczny. Drzwi pociągu otwierają się automatycznie, wagony wchłaniają masy ludzi, po czym słychać trzask zasuwających się drzwi zamykających wejście żółtych wagonów. Sygnał i odjazd. I tak co dwie, a może trzy minuty. Obok grupa studentów wesoło rozprawia o normach prawnych, na ile normy te pokrywają się z normami moralnymi. Nietrudno się zorientować, że są to studenci prawa.

— Pociąg osobowy do... ma dziesięciominutowe opóźnienie. Podróżnych przepraszamy.

Z peronu trzeciego widzę łunę nad centrum Katowic. Tak, to miasto trzeba rozjaśnić. Burzy się stare mieszczańskie rudery, a na ich miejsce buduje nowe domy z duraluminium, oświetlone tysiącem świateł neonowych.

Dla tych młodych, tych obok, jest to wszystko naturalne: i to, że Katowice po raz pierwszy w swojej historii mają uniwersytet, że mkną elektryczne pociągi, do których wsiadają ludzie wolni, że wolno się śmiać nie wzbudzając podejrzeń, że wolno mówić po polsku.

To jest normalne.

Trzydzieści lat temu, w tym samym miejscu za słowo wypowiedziane w języku polskim osadzano w obozie, w najlepszym przypadku dostawało się po twarzy.

Wreszcie nadjeżdża mój pociąg. Jego zbliżenie zapowiadają dwa światła lampy parowej lokomotywy, która zatrzymała się parę metrów przede mną. Dziwnie wygląda na tym dworcu, jak eksponat w nowo wybudowanym muzeum.

Wagon piętrowy pęka od ciżby pasażerów, duszno. Mocno trzymam teczkę z aktami. Zwolniło się miejsce. Siadam. Zasypiam. Jadę w zatłoczonym bydlęcym wagonie, brak powietrza, duszę się. Rampa — na smyczy napiętej jak struna ogromny wilczur, białe kły, esesmani, psy, pełno ludzi, krzyk. Rozglądam się. Wszyscy patrzą na mnie, jestem zlany potem. Przesiadam się do innego wagonu. Po blisko dwu godzinach jestem w domu. Syn z rozpędu rzuca się na mnie i pnie się na moje ramiona. Już trzyma oburącz za szyję. Nie potrafię mu nic powiedzieć. Głupio mi, że nie stać mnie na żadne konwencjonalne nawet słowo powitania. Wydaje mi się, że cokolwiek powiem, zabrzmi to fałszywie.

Jestem tu — czy wciąż jeszcze tam? Czy może się to wszystko powtórzyć? A może już się powtarza? Czy ma sens moja praca polegająca na dociekaniu prawdy o tamtym okresie, dochodzeniu, czy zarażono człowieka malarią czy tyfusem plamistym, czy ma sens poddawanie surowej analizie tego, co świadkowie mówią, czy i jakie znaczenie ma powątpiewani lub utwierdzanie się, że tak było?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?