Chachary. Sceny sądowe w StalinogradzieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Józef Musioł

Chachary. Sceny sądowe w Stalinogradzie

Saga

Chachary. Sceny sądowe w StalinogradzieZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1989, 2020 Józef Musioł i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone. ISBN: 9788726726237

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od autora

Humor śląski, tak charakterystyczny, stanowił zawsze element obronny w skomplikowanych i nieraz drastycznych okresach historii tego regionu. Tak było w latach zaboru pruskiego, walki o powrót do Macierzy i w złożonych czasach powojennej historii, kiedy „obce” tak bezwzględnie zaczęło burzyć pewne wartości. Wierność owym wartościom pozwalała Ślązakom trwać i zachować tożsamość.

Książka jest próbą przekazania reminiscencji sądowych okresu stalinowskiego i poststalinowskiego na Górnym Śląsku.

Prawie codziennie toczy się przed sądem tysiące rozpraw, tworząc jedyny w swoim rodzaju teatr.

Każdy sąd ma co najmniej kilka takich osób, które wciąż przed nim występują, i to w różnych rolach: oskarżonego, oskarżyciela, powoda, pozwanego czy świadka. Ich zachowanie staje się tematem anegdot i opowieści. I choć nieraz są oskarżane o naruszenie prawa karnego, trudno je zakwalifikować do tej kategorii ludzi, których prawo nazywa przestępcami. Z czasem stają się „bliscy” nawet sędziom, tak jak sędziowie stają się „bliscy” tym bywalcom sądów.

W sądzie niczym w lustrze możemy dostrzec schorzenia społeczne i polityczne państwa, jednostkowe i zbiorowe dramaty, a także niedoskonałość prawa.

Bohater książki, Franciszek Kopiec, to Ślązak, którego kpina i swoiste poczucie humoru, tak jak w przypadku Szwejka, stanowi formę obrony przed absurdem i często nieludzkimi przepisami tamtego okresu. Kopiec i jemu podobni to zwykli ludzie, których mały świat jest jakże często odbiciem rzeczywistości całego ówczesnego Śląska.

Kanwą książki pisanej językiem, jaki słyszę jeszcze dzisiaj, są zdarzenia prawdziwe oraz takie, które się zdarzyć mogły. Nazwiska osób w niej ukazanych są jednak całkowicie przypadkowe. Prawdziwe są cytowane przepisy prawne i choć większość z nich już dzisiaj nie obowiązuje, ich duch tu i ówdzie groźnie błąka się, przybierając różną postać... 1

Godej godej, a prokurator cię zawrze...

Do prokuratury powiatowej skierowany został na praktykę student ostatniego roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Pewnego dnia szef prokuratury wszedł do pokoju praktykanta, rzucił mu na biurko akta i powiedział:

— No praktykant, jesteście tu już cały tydzień i czas, abyście zaczęli prowadzić sami sprawę. Macie tej teorii w głowie tyle, że starczy na poprowadzenie tej sprawki. Ja studiów nie mam, a chciałbym mieć tyle pieniędzy, ilu łobuzów wsadziłem do ciupy. Do roboty! Zaraz wam tu takiego jednego doprowadzi milicja. Przesłuchacie go jako podejrzanego z artykułu 38 mkk. No, coście tacy przestraszeni. Mała sprawka. Jak wrócę, bo wychodzę do komitetu na krótką naradę, to mi przedstawicie propozycje, choć już wiem, że tu się nie ma co bawić: sankcję trzeba będzie dać nygusowi.

Wtedy jeszcze praktykant nie zdawał sobie sprawy, że osoba, którą ma za chwilę przesłuchiwać, na całe lata wedrze się w jego życie zawodowe późniejszego sędziego.

Szef opuścił mały pokoik i — jak mówili w prokuraturze — wcale nie poszedł na naradę, a do niezbyt odległego kasyna. Za kilka minut rosły milicjant wprowadził podejrzanego. Zasalutował i regulaminowo zameldował:

— Obywatelu prokuratorze, starszy sierżant Kocjan melduje doprowadzenie Franciszka Kopca wraz z wnioskiem o sankcję. Praktykant poczuł nagle napływ władzy.

— Proszę usiąść. Imię i nazwisko?

— Franciszek Kopiec.

— Syn?

— Franciszka.

— Urodzony?

— W Gogołowej kole Połomiec, wyście tam jeszcze nie byli panie prokuratorze? Dyć to jest niedaleko stąd!

— Proszę odpowiadać na pytania. Data urodzenia, zawód, wykształcenie.

— No dyć jeno powszechno, ale za to przed wojną. Skuli tego, że łojciec ni mieli pijędzy, a też i to, żech mioł wtedy trocha słabo głowa, nie szoł żech dalij na te szkoły.

— Służba wojskowa?

— Ja, jo był przy wojokach. Jak mi pizło 2 osiemnoście, te gizdy Niemce tu były i sie mie nie pytały, jeno mie zarozki do Wehrmachtu. Dolibóg, moga sie wom przysiąc, żech nie chcioł tam iść, a potym jak żech już tam był, toch nie chcioł szczylać. Skuli tego wzieni mie do sztrafkompanije.* I to mi prosza wpisać do protokołu, bo inakszy go wom nie podpisza, panie prokuratorze. A musicie wiedzieć, że taki protokół to ni ma wiela wert dlo sądu bez podpisu.

Toż na czym my skończyli... aha, na tym Wehrmachcie, z kie rego żech uciekł do generała Andersa. Tu — jak jo przyjechoł z tej Italiji — żech przeczytoł, że on jest pachołek imperialistyczny. Nie wiem jak wy, ale jo panie prokuratorze był przed wojną i za Niemca pachołkiem, wy to na to godocie parobkiem, i tyn Anders mi na pachołka nie wyglądoł. Borok kansik* włosy stracił. Bercik, co też jo pod nim służył, pedzioł, że on je stracił w hareszcie w Rusyji. Jo mu bardzo nie wierza, bo kansz tyż generała do haresztu by wzieni. Co inkszego mie, ale generała?

— Czy był pan karany?

— Pytocie sie o downe lata, czy o te lata teroz?

— O dawniej i w ogóle.

— No toż panie prokuratorze, przed wojną to lot brakowało i byłech jeszcze malutki. Taki bukslik już żech był, a tata mie krótko trzymali.

— A potem?

— Potym to była ta sztrafkompanija u Niemców i trocha haresztu. Bo wiecie, jo po niemiecku nic nie rozumioł, a tyn łonteroficyr 3 cosik szwandrosił i dowoł rozkazy: „Hinlyjgen!”, a to zaś: „Auf!”*. Jo nic jeno stoja, a inksze wojoki: prask na ziemia, a jak on zawołoł „Auf!”, to te wojoki jakby ich szerszyń w rzić uszczypnoł skoczyli na nogi. Jo sie tymu dziwoł: „Cóż też te synki robią?” A potym żech się podziwoł na tego łonteroficyra, bo mu sie pysk zaczerwienił od ryku. „Na kogo on też tak ryczy?” — żech se pomyśloł i mu sie dziwom prosto w oczy. Wiecie, za długo żech sie mu nie dziwoł, boch ani sie nie spostrzyg, jakech sie znoloz w pace. Potym to jo już dobrze wiedzioł, co to jest hinlyjgen i auf.

— A czy był pan przez władze polskie sądownie karany?

— Jak wom to pedzieć? To było u tego generała Andersa, no tego, co go w Polsce Ludowej nazywają pachołkiem. Jo pod nim służył i dostołech odpowiedzialne zadanie. Zaopatrzenie kuchni polowych. To było w tej Italiji. My rozwozili wielkim autem roztomańte rzeczy do kuchni do naszych wojoków. Roz my wieźli rozynki. Kolega był za szofera, a jo mioł dować pozór na towor. A było tego ze dwie tony, tych rozynek, bo nie jeno dlo naszej kompaniji, ale dlo wszystkich co tam stoli.

Tyn kolega jedzie tym autem, a jo przy tym toworze pod plandeką. Jadymy bez tako wieś, a tam pełno ludzi i dzieci. Były też tam takie szykowne dziołszki, co oczy miały jak torki, i tu, i tam, wszędzie, żeby wom sie zachciało. Kiwają rękami na nos. No to jo klupia * na szofera, coby na chwilka stanął. Zarozki kole naszego auta pełno było ludzi, a dzieci to wyciągały ręce. Powiem wom, panie prokuratorze, że sie mie ich żol zrobiło i wzion żech jedyn miech z tymi rozynkami i kożdymu dziecku no i frelkom* żech dowoł pełne gorści.

Kansik sie dowiedzieli o tym inksze Italijoki i jo im te rozynki sprzedoł. Wiela żech od nich nie wzion, doł żech im to za półdarmo, bo to była biedota i klasa robotnicza. Znolozło sie i wino — to my sie na dłużej zatrzymali. — „Bez rozynek i bez nas też se rady dają” — powiedział mój szofer i już mioł jedna tako na klinie 4 siedzieć.

Jo tam za dziołchami tak zaś ni ma, ale też tako jedna mi sie spodobała, z kierą żech trocha pofiglowoł. Potym my z tymi Italijokami długo łosprowiali i dyskusyjo sie przeciągnyła aż do nocy. Było nom dobrze, bo jo widzioł, że oni mi są klasowo bliscy. Byliby my tam aż do rana, ale sztrajfa * nos już goniła. Tym gupim kucharzom nic jeno rozynki po głowie chodziły, jakby nie mieli inkszej starości, na przykłod żeby zupy nie przypolili. Wszystko byłoby w porządku, bo te miechy z tymi rozynkami jeszcze we wsi były. Szło by im to wziąć, ale wojoki ze sztrajfy najpierw jakieś protokoły spisywali i te Italijoki to pochowały. Potym już nie było co zbierać.

Tak skuli dobrego serca dostołech sie do haresztu i miołech przed sądym, tam w wojsku, sprawa o kradzież. Tyn co mie oskarżył, taki oficyrek co to na pewno był kapitalistą i przed wojną wypijoł krew klasie robotniczej, ciepoł sie jak sagi w pokrzywach na mie jak bych cało armijo skuli gupich rozynek zamorzył głodem. A przeca, panie prokuratorze, armijo sie rozynkami nie żywi. U nos w Polsce Ludowej momy nojlepszych wojoków, chocioż im żodnych rozynek ani roztomańtych papinków* nie dowomy. Po cóż też wojokowi rozynki, co inkszego dziecko abo jako młodo dziołcha — to co inkszego.

Nojwięcej mie jednak znerwowoł sędzia, kiery se mie tak wożył lekce, żech mu już chcioł coś pedzieć. Jak odczytywoł wyrok sześć miesięcy więzienia z artykułu dwa pięć siedym kodeksu karnego, pedzioł, żech jest prymitywny złodziejaszek i że na więcej nie zasługuja. Taki coś mi powiedzieć, to może jeno jakiś taki sędzia z tego kapitalistycznego wojska.

 

— Jak długo pan odbywał karę?

— Pora miesięcy i dali mi takie zaświadczenie o opuszczyniu więzienia. Powiem wom szczerze, żech liczył, że se tam posiedza z rok, a tu człowieka po dwóch miesiącach wygoniają jak jakiego żebroka. Padół żech se: „Z takiego systemu to jo uciekom i jada do mojej ukochanej Polski Demokratycznej, Ludowej.” Wielach nie przywiózł, ale coś tam jednak żech wzion boch też i coś zostawił.

Taki jedyn z Mikołowa co po mie za rok do Polski przyjechoł, a z kierym żech był w jednej kompaniji, mi pedzioł, że ta moja coch z nią posyrowoł 5 , no tam, wiecie spod tego Rzymu — ona też dostała odymie nieroz coś z tego coch woził do kuchni polowej — urodziła dziecko. Padoł, że to moje dziecko.

I tu miołbych do wos, panie prokuratorze, prośba: abyście mi to załatwili, abych móg tam do nij pojechać i chocioż na to moje dziecko sie podziwać i jaki mały gyszynk* zawieźć. To sie dziecku noleży, a przeca jo licza, że bydzie już mieć z dziesięć lot i byłby już czas, żeby jo tam był. Bo inakszy co se też takie dziecko o mie pomyśli, co se Italijo o Polokach może pomyśleć... Toż bydźcie tacy dobrzy i nie zapomnijcie o tym.

I jeszcze jedno, nojważniejsze — jak sie okozało — coch se przywiózł z Italiji, to było zaświadczynie z więzienia. Jo se nigdy nie przypuszczoł, że takie zaświadczynie z więzienia z Italiji mo taki wert, większy od dyplomu abo Krzyża Walecznych, co mi sie noleżoł, ale mi go nie dali. Jak żech przyjechoł do Polski, to jeno ta kartka sie liczyła i tej kartce żech zawdzięczoł dobro robota.

— Jak to, zaświadczeniu o zwolnieniu z więzienia?

— Tak jest panie prokuratorze. Na drugi abo trzeci dzień jak żech przyjechoł z Italije do Polski to prosto piera po robota na gruba* „Ema” w Radlinie. Tam, nie idzie pedzieć, grzecznie do mie, jeno że chcą odymie jakieś świadectwo. Pedzieli mi, że jak ni mom żodnych szkół, to mają dlo mie robota, ale na dole. A jo im pedzioł, że jo był w więzieniu u kapitalisty. Oni mi na to, że to nie wystarczy. To jo im godom, że jo nie po to uciyk od kapitalistów, żebych jak szczur abo kret mioł w Polsce Ludowej pod ziemią kopać. Pedzioł żech tymu w biurze na grubie, że ni mo błoznować, jeno dobro robota dować, bo nie wie z kim mo do czynienio. On na to, że sie ni mom ciepać i brać się do fedrowania i gupio nie fulać. Jo mu na to, czy on wie co godo, a on, że mom gibko stąd furgać. 6

Tak se teroz myśla, że tyn na tej grubie był możnek pofyrtany*. Jo mu wtedy pedzioł, że sie mo po głowie poklupać, bo nie wie, że dlo zasłużonego dlo socjalizmu sie lepszo robota noleży.

„Łosmola cie” — żech se pomyśloł i pojechołech do chałpy, boch tam mioł w byfyju* jeszcze sztwiertka dobrej gorzołki coch ją z Italiji przywiózł. Otwierom byfyj i co tam widza? No ta kartka, na kierej było napisane, że mie z haresztu puszczają, no z tego u Andersa. Można pedzieć, żech siedzioł za to, żech biedocie italijskiej doł cosik zjeść. Idzie pedzieć, że za to, żech był internacjonalista. Wtedy żech se pomyśloł: „Wy dopiero Kopca poznocie”. Gibko żech zjod se żymła* i już leca na banhof* i jada do Katowic do tego nojważniejszego, do generała.

Nie chcieli mie do niego puścić, ale jo ich zapytoł: „Jak to? Więźnia imperializmu co przyjechoł do ludowej ojczyzny nie wpuścicie?” Gwizdnoł żech im pod nosem tym zaświadczeniem o zwolnieniu mie z haresztu. Długo żech nie czekoł jak szpecyjalny oficer przyszoł po mie i zakludził * do generała. Dwiyrze sie ozwierają, a jo zaroz z tą kartką do generała: „To już generale w Polsce Ludowej dlo więźniów politycznych, co gnili w kapitalistycznych haresztach, ni ma roboty?”

Generał wzion kartka do ręki i naroz aż sie zielony zrobił. Jo sie boł, boch se myśloł, że on sie poznoł na tym: dwa pięć siedem. Ale kaj tam taki generał by sie mioł znać na paragrafach co sie tyczą złodziejstwa!

„Obywatelu usiądźcie, ja was rozumiem. Sam przed wojną siedziałem i to przez lata. To co wam zrobili, to jest wielka granda i wroga robota.” Generał nie żeby chycił, ale porwoł słuchawka od telefonu i jak nie ryknie! Zaroz żech se pomyśloł: „Nasz chłop co mo zrozumienie dlo sprawy.”

— No i co dalej — zapytał przesłuchujący Kopca praktykant, wyraźnie zafascynowany takim podejrzanym.

— Jeszczech dobrze nie przyjechoł na gruba, a dyrektor wcisko mi jakiś papiór, no i tak żech zostoł kierownikiem całego holcplacu 7 .

— No, no i co dalej?

— Ni moga pedzieć, dobrze mi szło. Drzewa pełno, piykne okolniki, desek też nie brakowało. A Stazyja, baba od Lozika, kiery jeszcze z wojny nie przyszoł, miała chałupa strzaskano, bo dostała foltrefer*, stodoła też cało obszarpano z desek. No to wiecie, chocioż żech był wielkim kierownikiem, toch sie nad babą zlitowoł i żech i pomóg. Coś mi tam dała i pora wozów z drzewem żech i posłoł. Francik z Pochwacia też coś tam odymie dostoł, no i ni moga pedzieć: odwdzięczył mi sie. Dobrze mi szło na tej grubie.

Zawiść ludzko ni mo jednak granic. Nojbardziej zowiścili mi tego poważanio, coch mioł u ludzi. Jo sie w papiórki nie bawił: „Potrzebujesz, dosz to mosz.” I tak by to szło dalej, ale roz prosi mie personalny i pado: „Kopiec wy już u nos nie robicie.”

Wyciepli człowieka bez dania racji. Co za świństwo, i to w ludowej ojczyźnie. Wiecie, ni mom w modzie przeklinać, ale wtedy jak żech już był za wrotami kopalni, toch tak pieronił, żebyście tego nie chcieli słuchać. I tak ida na banhof i pieronia na niesprawiedliwość, aż mi przyszło do głowy: „Dyć tu ni ma co pieronié, jeno trzeba jechać do generała. Taki generał to on mo tela na głowie, że na pewno mie downo zapomnioł.”

Nie myśloł żech długo. Roz, dwa skoczył żech do chałupy po ta kartka. W Katowicach prosto z pociągu wala na Jagiellońsko. Pomyrdoł żech trocha tą kartką, anich sie nie łobejrzoł — a już mie kludzą do generała.

Godom mu: „Generale, to więźnia imperialistycznych haresztów, który przyjechoł odbudować ludowo ojczyzna, wyciepuje sie z roboty?” Pokazuja mu kartka — „Co to rychtyk * jest, do jakiego kraju jo przyjechoł? Do Polski kapitalistycznej, czy naszej ludowej?”

Generał mi sie podziwoł. Jo zblod, boch se pomyśloł, że mie poznoł. Ale kansz tam! Taki generał to on mioł tela na głowie, że to sie jeno mie tak zdowało. „Towarzyszu generale, człowiek tam siedzioł, bo żech w wojsku u Andersa robił propaganda, aby ciepnąć to pierońskie kapitalistyczne wojsko i tu przyjechać. Teroz to mie z roboty tu w Ludowej wyciepli. Włoskij klasie robotniczej żech pomogoł. Można pedzieć, żech jest internacjonalista. I teroz wyciepują. I za co? Żech człowiekowi pomóg, że może tych szkół nie mom? A dyć ci przedwojenni burżuje szkoły mieli, a Polsko zaprzedali i biedota zostawili, nojlepszych, bo wos, po haresztach smykali 8 . Na dodatek ojczyzna przesrali i wojna przegrali.”

Tak godom i godom, a generał już trzymo słuchawka w ręce i jak do nij wrzaśnie. Wtedy toch jo już był pewny, że sie nie musza boć o robota.

Przyjeżdżom na „Ema”, a tam na mie zaś już czekają i przeproszają, że nie wiedzieli, że po co zarozki do wojewody, dyć to szło tu pedzieć, tej samej roboty jednak mi dać nie mogą, bo już to stanowisko obsadzili i proszą, abych przyjon dobro robota w zaopatrzeniu. Panie prokuratorze, tej roboty żech nie odciepnoł, bo jo przeca tam w Italiji w wojsku też był w zaopatrzeniu, no dyć żech już godoł o tych rozynkach.

Robota żech dostoł dobro, jeździł żech se tam i tu. O! Jo to mom rod, tak roz tu, roz tam... Od tego żech wzion, drugi mi doł, jak w zaopatrzeniu. I tak było pora lot, wszyscy mie mieli radzi, robotnik, dyrektor. Człowiek musi być człowiekiem, ale sie, wiecie, znodli inksi, co im sie nie podobało i tak żech wpod. Dali mi artykuł dwa, paragraf jedyn i tak żech trefił do haresztu, ale już tym razem do ludowego.

Praktykant wreszcie mógł wpisać w odpowiedniej rubryce protokołu przesłuchania podejrzanego: „Według oświadczenia przesłuchiwanego karany z ustawy o odpowiedzialności karnej za przestępstwa przeciw własności społecznej.” Mógł też postawić Kopcowi sakramentalne pytanie:

— Czy przyznajecie się do winy dopuszczenia przestępstwa polegającego na tym, iż powołując się na znajomości w prokuraturze, wzięliście od Gawliczka 500 zł za zwolnienie z aresztu tymczasowego jego syna, to jest do przestępstwa z artykułu 38 małego kodeksu karnego?

— Nie przyznowom sie panie prokuratorze. Jak w Polsce Ludowej można przekupić prokuratora, i to jeszcze za 500 złotych? Za 500 złotych to wiecie można kupić maści na wszy, a nie przekupić prokuratora.

To jest prowda, jo tam u Gawliczka był, bo mi go było żol, że mu synka zawrzyli. Ale żeby prokuratora przekupić, kansz tam!

— Czy podejrzany był w domu Gawliczka?

— Ja, to było tak...

— Proszę odpowiedzieć na pytanie, czy podejrzany był u Gawliczka?

— Nie.

— Jak to?

— No boch u niego był, ale nie w mieszkaniu, jeno na placu, no jak sie to godo: na podwórzu.

A było to tak. Ida se drogą i na drodze kole kościoła spotkała mie Stazyja, no wiecie, ta Stazyja od Kocura. Pado mi: „Kopiec, czy wy już wiecie?”

O przeproszom, pierwej mie pozdrowiła tak jak to u nos: „Pochwalony Jezys Krystus” — bo szła akurat z kościoła.

„Na wieki wieków” — łodpowiedziołech jak katolik, choć żech tam na zachodzie był karany za dwa pięć siedem. A wiecie, ten artykuł dwa pięć siedem, to mi sie nie podobo.

— Dladzego?

— Bo wiecie prokuratorze, jo wtedy w tej Italiji żodnymu prywotnymu nic nie ukrodł, przeca to było mienie społeczne, bo od wojska!

W Polsce Ludowej to momy lepsze prawo, nie takie jak przed wojną. Jak człowiek weźnie prywatnymu, to mo inkszy przepis, ale jak weźnie mienie państwowe abo społeczne — to mo artykuł jedyn, paragraf jedyn, najwyżej artykuł dwa abo jeszcze trzy, ale nigdy taki wysoki. Człowiek wie komu może wziąć. Jak społeczne to znaczy nasze i człowiek ni może być uznany za złodzieja, bo se wzion z naszego wspólnego mienia i grzychu ni mo i Pon Boczka może pozdrowić.

Najgorsze jest jednak to, że za to mienie społeczne to choć artykuł jest taki malutki, to kary są ho, ho, no są okropnie wysokie. I tak człowiek nie wie, czy wziąć komu, to znaczy prywatnymu i być za złodzieja — choć mo ta kara mniejszo z wielkiego artykułu, czy też wziąć se coś z mienia naszego i być karany surowo z niskiego artykułu. Tak naprowda to jo nigdy prywatnymu nic nie wzion, bo nie chca być złodziejem. A tam w tej Italiji u Andersa to operowali tymi starymi paragrafami sprzed wojny. Widać jacy byli zacofani, że ani nie umią odróżnić mienia prywatnego od społecznego. No powiem wom wprost: zacofane kapitalisty i burżuje, co sie nic nie nauczyli!

— Panie Kopiec wracajmy jednak do sprawy.

— Aha, Stazyja mi pado: „Kopiec czy wiecie, że synka od Gawliczka zawrzyli?” — „Od tego wielkiego gospodorza na Pioskach, coch go dopiero widzioł?” — „Dyć od tego.” — „A skuli czego?” — „Tego to nie wiem wom powiedzieć, ale w chałupie u Gawliczka to jest jedyn wielki płacz, Gawliczkowa jedno dziecko trzymo na klinie i rzyko 9 . Tako porządno familijo, a tu tako gańba!*”

Jakech to jeno usłyszoł, to gibko leca do Gawliczka. Przeca żech człowiek, panie prokuratorze. Akurat Gawliczek drabiniokiem * wjeżdżoł na plac. Jo do niego: „Gawliczek, tako sromota wom zrobili, synka wom zawarli.” Gawliczek sie podziwoł na mie a jo zaś na niego: „Gawliczek, powiedzcie skuli czego” — a on na to: „Gupi szpikol kupił trocha cegły, bo chcioł nom tu tako lauba* wybudować. No wiecie on był grajfny* do wszystkiego. Murować też umioł. Kupił cegła — to znaczy materiał budowlany — ale bez zezwolenia, bez przydziału. Zamiast sie mie poradzić to myśloł, że już wszystko wie, a w tych czasach to trzeba wiedzieć bardzo dużo, aby sie do haresztu nie dostać” — tłumaczył mi Gawliczek.

Wiecie panie prokuratorze, jo moga tego chłopa zrozumieć. Może i on wiedzioł, że ta cegła kupiono była bez przydziału, ale jo myśla, on chcioł wybudować ta lauba, przed kierą by sie móg na stare lata starzyk wygrzywać. I jeno skuli tego, że moga to zrozumieć, toch sie odezwoł do Gawliczka: „Dyć retujcie to dziecko, nie dejcie mu w hareszcie zgnić.” — „A co jo moga zrobić” — pedzioł Gawliczek. — „No retować go, trzeba ta sankcjo zmienić.” — „Jako sankcjo?” — „Ach wy nic nie rozumiecie, jeno byście na tym polu robili — sankcjo to sie tak nazywo jak prokurator zastosuje hareszt tymczasowy. Wiecie, to sie według tych paragrafów nazywo tymczasowy, a czasem może trwać wiela lot. Tak jak tyn od tych Zdziebłów, no tyn oficyr, co był w tej kapitalistycznej partyzantce, już szósty rok siedzi tymczasowo. Tyn od Zdziebłów przeca to był nojwiększy Polok na Śląsku, a siedzi jak nojwiększy chachar. A przeca był to człowiek uczony i aż w Krakowie był dowódcą. Niemców proł a proł! Nie szkodzi, jak był w AK to widać, że ni ma takiego wielkiego, coby tymczasowo go w hareszcie nie można trzymać i to bez całe roki nim do sądu sprawa trefi. Na tyn przykład jo był w Wehrmachcie, co prowda w Strafskompaniji, a potem u Andersa i tam żech sie dostoł do haresztu i dlotego tu mom takie poważanie u władzy, boch nie był w żodnym kapitalistycznym AK...”

 

„Panie Kopiec — pado Gawliczek — jak wyście przyjechali z tego zachodu, to my wos widzieli w takiej jakli, czy żeście nie byli też w AK, czyli Afrika Korps u Niemców?” — „To też było AK, ale inksze niż to Zdziebłowe. Widzicie, kto był w AK tu, to mu to szkodzi, a kto był tam, i to jeszcze jak siedzioł tak jak jo w hareszcie u Andersa, to mu to pomogo” — tłumacza Gawliczkowi jak malutkimu dziecku.

„Jak tego majora Zdziebły z AK tu u nos mogą trzymać na sankcji już szósty rok, to żol mi tego waszego synka.” — „Ale przeca jo tu nic ni moga zrobić” — powiedzioł mi Gawliczek. — „Co nie możecie! Łojcem żeście nie są czy co? Dziecko wom w hareszcie gnije, a wy godocie: nic sie nie do zrobić?”

I tak żech sie znerwowoł, żech sie zebroł i już ida z tego placu ale wtedy Gawliczek do mie: „To panie Kopiec, jakby tu tymu mojimu pomóc, czy wy tam ni mocie kogo?” — „No wiecie Gaweliczek, jo tam znom jednego prokuratora, ale wyście nie są łojciec, dziecku w więzieniu gnić dowocie. To jest prowda, jo tam znom tego prokuratora, nieroz żech z nim i piwo wypił, no i jako gorzołka też sie trefiło między tym, ale jeno bardzo dobro, żodno czyściocha z czerwoną kartką. Ale powiem wom prowda, tako gorzołka, coch ją pił z prokuratorem — to jest bardzo drogo.”

Bardzoch ni mioł dużo czasu, bo to człowiek mo tela roboty, a nie usiedza — chyba, że musza tak jak tu u wos — i pożegnołech Gawliczka. To wiecie dobry, ale gupi chłop, na polityce sie nie zno i też bardzo z nim pogodać nie idzie.

— Czy zażądał podejrzany od Gawliczka jakichś pieniędzy na załatwienie sprawy u prokuratora?

— Jezus Maryjo, kansz bych sie łodwożył!

— Czy Gawliczek dał podejrzanemu jakieś pieniądze?

— Sknyra, panie prokuratorze, a na dodatek groszym nie śmierdzi, bo jako rolnik musi odstawiać za półdarmo obowiązkowe dostawy, a jak mu sie nie urodzi to co musi oddać, to musi to jeszcze kupić, aby oddać państwu, żeby te mieszczuchy z głodu nie pozdychały. Jo mioł nadzieja, że on lepij stoi, ale kansz tam, taki bogaty kułak, ale biedok!

— A więc zaprzecza podejrzany jakoby wziął jakąkolwiek kwotę od Gawliczka?

— Pod Bogiem i Partią, dolibóg nic żech nie wzion.

— No to dopuścimy do konfrontacji, ściągniemy Gawliczka tu do prokuratury. Praktykant zawołał sierżanta z korytarza.

— Ile potrzeba czasu, abyście przywieźli tu Gawliczka?

— Najwyżej godzinę nam trzeba, aby go przywieźć naszym motorem z przyczepą.

W tym momencie Kopiec zrobił minę zatroskanego i nieśmiało się odezwał:

— Panie prokuratorze, ale czy to trzeba... Przeca jo wom tu pedzioł wszystko, a Gawliczek to jest bardzo robotny człowiek i może być w polu. On dycki 10 mo dużo roboty i po co go tu smykać, a na dodatek to on sie przed władzą wygodać nie umie.

— Proszę wyprowadzić podejrzanego i doprowadzić świadka Gawliczka.

Sierżant zasalutował i wyprowadził Kopca, który jeszcze w drzwiach zdążył powiedzieć:

— Panie prokuratorze, ale Gawliczek to wom nic nie powie, bo to jest nieuświadomiony kułak, po co go tu smykać.

Nie upłynęła godzina, i praktykantowi zameldowano, że Gawliczka już dowieziono, a Kopiec w asyście sierżanta siedzi na ławce.

— Wprowadzić obu — rzekł urzędowo do sekretarki praktykant, który nagle poczuł się co najmniej jak Prokurator Generalny. Kopiec usiadł na swoim miejscu na krześle obok biurka, tak iż mógł patrzeć w twarz przesłuchującego i stojącego prawie na środku pokoju Gawliczka. Po sprawdzeniu danych osobowych przesłuchujący pouczył Gawliczka o obowiązku mówienia prawdy, o prawie odmowy odpowiedzi na pytania, które mogłyby go narazić na odpowiedzialność karną i przystąpił do zadawania pytań.

— Czy pan poznaje siedzącego obok przy biurku mężczyznę?

— Tak, to jest Kopiec. Znom go już wiela lot, choć nigdy nie miołem z nim nic do czynienia.

— Nigdy? — zapytał podejrzliwie praktykant.

— No, wtedy to tak.

— Kiedy wtedy?

— No wtedy, gdy przyjechałem z pola i na placu zauważyłem Kopca, który zaczął się interesować moim synem Władysławem. Jest to dla nas przykra sprawa. Syn został aresztowany pod zarzutem kupienia cegły bez asygnaty. Ogromnie nas to zmartwiło, bo syn był dobrze wychowany. W rodzinie nigdy nikt nie był karany. Jako powstaniec śląski i prezes koła ZBoWiD-u cieszyłem się szacunkiem naszych mieszkańców. Mówiłem im, że należy wychowywać dobrze swe dzieci, aby nigdy nie dopuściły się przestępstwa, szanowały prawo, starszych. A tu taki wstyd, choć ludzie znali syna jako człowieka, który drugiemu by grosza nie wziął. Nie jest to żaden złodziej, chciał pomóc w budowie tej lauby, a cegły nie można było dostać. No i kupił, ale bez przydziału. Został aresztowany. Przez pewien czas nie wiedzieliśmy, gdzie się podział. Nikt nas nie powiadomił, że syn został aresztowany. Dopiero na skutek naszych poszukiwań dowiedzieliśmy się, co się stało. Ale nawet nie pozwolono nam się z synem zobaczyć, dla dobra śledztwa prowadzonego przez prokuraturę. Jesteśmy przyzwyczajeni do szanowania prawa i poddaliśmy się temu co nam los zgotował. Wzięliśmy adwokata, który jednak powiedział, że lepiej teraz nie składać zażalenia na areszt, ponieważ wydłuży to śledztwo i odwlecze przekazanie sprawy do sądu. Nikt nam w tej sprawie nie mógł pomóc. Byliśmy załamani tym czekaniem i wtedy zjawił się pan Kopiec.

Kopiec oświadczył, że może nam pomóc w wydostaniu syna z aresztu. Nie bardzo mu wierzyłem i traktowałem jego oświadczenie, iż ma znajomego prokuratora jako chwalenie się. Ale on nie ustawał i przekonywał, iż można synowi pomóc, a przy tym wymawiał nam, że jesteśmy złymi rodzicami, iż pozwalamy dziecku w więzieniu gnić i to wtedy gdy on ma naprawdę znajomego prokuratora i tylko trzeba mu coś dać. Wymienił bodaj 500 złotych. Kopiec niemal na głos krzyczał, że nie chcemy pomóc własnemu dziecku, że nie jesteśmy rodzicami, że taki wstyd, że trzeba dać te 500 zł dla prokuratora i prędko syna z aresztu wyciągnąć. Nagle Kopiec jakby się zerwał i wychodząc z naszego podwórza głośno mi powtarzał — „To nie są rodzice, co dziecku dają gnić w więzieniu”. — Całą tę rozmowę słyszała żona i zawołała: „Dyć dej mu te 500 złotych, bo on rychtyk może mieć znajomego prokuratora i może nom syna wyciągnąć z aresztu. Przeca nic takiego nie zrobił, jeno trocha tej cegły kupił.”

Kopiec niby to odchodził, ale tak, że nie przekroczył bramy naszych zabudowań. Poleciałem wtedy do mieszkania i przyniosłem mu te 500 złotych, choć coś mnie tknęło, że coś tu jest nie w porządku. Kopiec niby to od niechcenia, ale wzioł te 500 złotych obiecując, że da je prokuratorowi.

Praktykant dyktował protokolantce to, co mówił Gawliczek i nagle spojrzał na Kopca. Ten zaś wpatrzony w Gawliczka z oczyma pełnymi przerażenia nagle prawie krzyknął:

— Gawliczek, Jezus Maryjo! Godej, godej! A prokurator cie zawrze 11 za fałszywe zeznanie.

— A więc podejrzany zaprzecza temu, aby zażądał i otrzymał owe 500 złotych?

— Gawliczek, że też nie boisz sie, że cie tu prokurator zawrze, czy ty wiesz, co to jest prokurator?

— Proszę podejrzanego o odpowiedź na pytanie, czy przyznaje się, iż powołując się na znajomości w prokuraturze przyjął od Gawliczka 500 złotych?

— Nie, nie przyznowom sie, 500 złotych na przekupienie prokuratora, czyście... przepraszam, za 500 złotych, za 500 złotych to se możemy kupić maści na wszy, a nie przekupić prokuratora. I to jeszcze w Polsce Ludowej.

— Czy pan — zwrócił się praktykant do Gawliczka — podtrzymuje to co pan powiedział?

— Podtrzymuję to i jeszcze chcę dodać, że jak Kopca milicja zatrzymała, o czym mi powiedziała znajoma, to myślałem, że to za to, iż chciał dać prokuratorowi te moje pieniądze, aby uwolnił mojego syna. Z tego powodu sam w tym samym dniu wieczorem pojechałem na milicję i tę całą sprawę w komendzie przedstawiłem.