Stara baśń, tom drugiTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Biegli tak, dopóki pod Chwostem koń nie padł wreszcie i nie złamał nogi, trzeba go rzucić było. Gdy smerda ze swojego zsiadł, ten robiąc bokami, rozparł się, zachwiał, padł i zdechł. Oba więc uznojeni zostali pieszo.

Byli w głębinie boru, wśród moczarów, w której prędzej włochacza (niedźwiedzia) niż człowieka napotkać było można. Smerda pamiętał, jak jechali, lasy te oba nieraz przechodzili na łowach, teraz jednak trudno im było się rozeznać, gdzie ich ta szalona ucieczka zagnała. Wściekły kneź padł na kłodę i rwał odzież na sobie z gniewu. Towarzysz stał nad nim z ręką przetrąconą oszczepem, nie śmiejąc się poskarżyć, okrwawiony, przelękły tylko, jaki los ich czeka.

Długi czas słowa do siebie rzec nie śmieli. Smerda słuchał, czy nie dojdzie go odgłos w lesie jaki; jęczenie tylko konia uszów ich dochodziło. Obawiając się, aby ono ich nie zdradziło, smerda wrócił do zdychającej szkapy i zarzuciwszy jej sznur na gardło – udusił.

Oba potem zaczęli się rozglądać po drzewach i lesie. Czuli, w której stronie jezioro było i gród, ale aby się zsąd wyrwać bezpiecznie, do nocy czekać musieli. Chwostek i smerda dla bezpieczeństwa rzucili konie swe i głębiej jeszcze starali się dostać w las. Wśród pogniłych i próchniejących pni i kłód olbrzymich znaleźli kryjówkę i w niej się oba zaszyli.

Do nocy było daleko. W lesie tylko ptastwo polatujące i świergoczące słychać było. Siedzieli przyczajeni w ciągłej obawie, czy ich ludzie rozbiegłszy się nie odkryją, lecz do wieczora panowała nieprzerwana cisza. Ośmielony smerda, związawszy rękę, poszedł na zwiady. Zrazu go Chwostek puszczać od siebie nie chciał, lecz drogi przed nocą szukać trzeba było.

Mrok padać poczynał, gdy nareszcie smerda wrócił i dał znak panu, aby z kryjówki wyszedł.

– Jesteśmy – rzekł – nieopodal od zagrody ubogiego kmiecia Koszyczki… Ma on tu kawał ziemi i lasu, barci pilnuje swoich, rzemiosło sprawia, człowiek spokojny… Syn tu pono teraz siedzi, a Piastunem go zowią. Do niego zajść i spocząć można, bo ni mnie, ni miłości waszej nie zna pono z twarzy… Inaczej z głodu pomrzemy i na gród się nie dostaniemy… Mnie dużo krwi uszło.

Chwost byłby słudze pewnie dał zdechnąć w lesie, a niewiele by się on troszczył, gdyby mu nie był tak potrzebnym.

– Zachodzić do chaty! Paść kmieciowi w ręce! – zawołał – szalonym bym był… Idźmy wprost…

Poszli tedy. Smerda prowadził, ale słaniał się i choć na kiju podpierał, zesłabł tak, iż padł kilka razy.

– Chata o kilka kroków – rzekł – ubogi człek gościnny, nikogo o imię nie pyta… wnijdźmy i spocznijmy…

Chwost się też z głodu i znużenia ledwie wlókł. Między strachem a potrzebą wybierając, milczący dał się prowadzić.

Na kraju lasu ubogi dwór bartnika widać było; przez otwarte jeszcze okno świecił ogień. Słychać było w podwórku koni rżenie i bek owiec.

Kneź pozostał sam, a smerda poszedł kłamać i o gościnę prosić. Gospodarz sam siedział na przyzbie, synka kilkoletniego u nóg swych przypartego trzymając, gdy smerda z ręką obwiniętą chustą pokrwawioną, z twarzą podartą się ukazał. Wlókł się ledwie.

Zobaczywszy go Piastun wstał i podszedł ku niemu.

– Kmieciu dobry – odezwał się smerda – o gościnę was proszę, na krótki czas… Jesteśmy i my kmiecie z opola obok, zabłąkaliśmy się na łowach w lesie, błądzimy drugi dzień, nie jedząc nic… rękę padając złamałem… mój pan i towarzysz zmęczony leży niedaleko… dajcie u siebie spocząć.

To mówiąc, bacznie się rozglądał smerda; we dworku nie było nikogo. Piastun też przypatrywał mu się, jakby go gdzieś widział i poznawał.

– Kto wy kolwiek jesteście – rzekł – jak skoro w imię starego obyczaju o gościnę prosicie, chodźcie. Wiecie to, że u nas się jej i wrogowi nie odmawia…

– Myśmy nie wrogi! – zawołał smerda – a skądże byśmy nimi być mogli?

Stary skinął w milczeniu, ukazując na drzwi dworu. Wrócił tedy smerda po knezia, który z obawy, aby poznanym nie był, kołpak swój odarł, suknię pooszarpywał z naszywania, miecz schował pod odzież i oczy włosami zapuścił. Tak zmieniony a cały drżący wszedł Chwostek do dworu. Piastun go na ławie sadził i chleb przed nim położono.

Gospodyni zaś wnet się zabrała do podania piwa i strawy, na jaką stał dzień powszedni.

Ażeby knezia nie zdradzić, smerda na skinienie jego siąść też przy nim musiał na ławie. Nie mówiąc prawie słowa, coś tylko pomruczawszy, Chwostek siadł i ręką od ognia twarz sobie zakrywał. Piastun parę razy nań popatrzył, popróbował zagadnąć, otrzymał odpowiedź od smerdy i nie badał więcej.

Należało to do praw gościnności, aby z obcego człowieka więcej nie dobywać nad to, co on sam chciał dobrowolnie powiedzieć.

Zgłodzeni goście poczęli jeść w milczeniu. Ośmielił ich nareszcie spokój dworu, cisza w okolicy, łagodna twarz gospodarza i jego niewiasty. Chłopak kilkoletni z dala stał, a ciekawymi oczyma przypatrywał się przybyłym.

Gospodyni widząc, jak smerda cierpiał, przyszła mu szepnąć, że może by potrafiła rękę mu lepiej opatrzyć i zawinąć. Poszedł więc z nią smerda do ognia i ranę swą pokazał. Była ona tak widocznie pociskiem zadana, iż kłamstwo się wydało zaraz, lecz staruszka, popatrzywszy mu w oczy, nie powiedziała ni słowa.

Chwostek, nawykły do mocnego napoju, co mu podano, wnet pochłonął, trochę odwagi wstąpiło weń. Popatrzył na Piastuna, który z niego nie spuszczał oczów.

– Kmieciem jesteście? – spytał na ostatek Chwostek gospodarza.

– Jak mój ojciec i dziad – odparł syn Koszyczków spokojnie.

– My to stąd dalej trochę siedzimy – mówił niewyraźnie Chwostek – nie bardzo wiemy, co się u Gopła dzieje… niepokój pono między wami?..

Piastun popatrzył nań długo.

– Jeśli jaki jest – rzekł – myśmy niewinni.

– Mówią, że się kmiecie burzą?

– Przy swych prawach stoją – odparł Piastun.

Chwostek zmilkł.

– Kneź też pewnie przy swoich obstaje… – dodał spode łba patrzając68.

Gospodarz zdawał się namyślać z odpowiedzią.

– Jeżeli wy do kmieciów należycie – odezwał się – wiecie, że czasu wojny posłuszeństwo im należy, poszanowanie zawsze, a gdy pokój panuje, my po mirach samiśmy się rządzić nawykli z wieka. Tak było i tak będzie… a kto nasze wolności naruszy…

Mimowolnie Chwostek rozśmiał się swym dzikim, szyderskim śmiechem. Smerda posłyszawszy go wzdrygnął się. Dosyć było tego, by zdradzić Chwostka. Piastun nań popatrzył, ale bez najmniejszej trwogi. Zamilczeli oba, mierząc się ciągle oczyma.

– Rwać się, słyszę, chcą wasi kmiecie na gród i knezia? – spytał Chwostek.

– Rwał się kneź nasz wprzódy na nas – odparł Piastun – sam wyzywa na rękę… Źle czyni, gdy mu w pokoju siedzieć było łatwo… Ród swój własny wygubił, naszych tam wielu przypłaciło życiem… Któż winien?..

Spod włosów kneziowi z oczów błysnęło. Począł gniewnie mruczeć jak niedźwiedź, poruszył się, na smerdę skinął i z ławy wstał. Noc już była zapadła bezksiężycowa, choć pogodna.

– Nie idźcie ode mnie w taką porę – odezwał się Piastun – uśnijcie we dworze, pójdziecie z brzaskiem gdy zechcecie. U mnie bezpieczni jesteście, choćby was i ścigano… – dodał – bo gość dla mnie święty…

Na ten wyraz – choćby was ścigano! – kneź się cofnął i odskoczył, gospodarz uśmiechnął. Smerda blady i wylękły drżał… Jakieś przykre milczenie nastąpiło po tych wyrazach, lecz stary bartnik, niezmieszany wcale, uśmiechał się tylko.

Zdawało się, że te słowa były nieszczęśliwym proroctwem, gdyż w tejże chwili przed dworem zatętniało i kilkanaście głosów się dało słyszeć. Piastun nastawił ucha, zmarszczył się i ręką pośpiesznie wskazał na komorę, której drzwi już na pół otwarła gospodyni.

– Miłościwy panie – odezwał się Piastun – wiem kto wy jesteście… schrońcie się… może Myszki was szukają… u mnie bezpieczni jesteście. Gości bogi zsyłają.

Wyrazy te wyrzekł z powagą i spokojem i po wtóre na drzwi wskazywał. Chwostek sam nie wiedział, co począć, trwoga go wreszcie zapędziła do komory, którą staruszka za nim i smerdą zatrzasnęła.

Łuczywo u ogniska zapaliwszy, Piastun spokojnie wyszedł przed dwór podnosząc je do góry.

Kilku jezdnych stało u wrót.

– Ojcze – wołał Myszko z krwawą szyją – nie wiecie, co się stało! Chcieliśmy krwi ludzkiej oszczędzić, trzy dni i trzy noce siedzieliśmy czatując na zbója! Był w naszych rękach i uszedł. Lecz z głodu chyba zdechnie w lesie i nie da sobie rady, bo mu się rozbiegli ludzie, a opój ten sam w puszczy nie potrafi się rozeznać. Może też go który z naszych napotka i zadławi… Konie napoimy i pilno nam do dworów.

Wnet czeladź Piastunowa poszła z wiadrami do studni, konie pojono i Chwostek w komorze schowany mógł słyszeć, jak go wyklinano i nań się odgrażano. Kilka razy ze złości rzucił się ku drzwiom, od których go smerda ledwie potrafił odciągnąć.

Dobry czas trwało pojenie koni i ludzi, bo Myszkom wyniesiono miodu. Śmiechy ich i krzyki dolatywały do uszu zamkniętych, aż ustały, zatętniły konie i jezdni w dalszą popędzili drogę. Gdy ucichło wszystko, Piastun milcząc poszedł otworzyć drzwi, więźniów wypuścić.

– Idźcie – rzekł – niebezpieczeństwo minęło.

– Kmieciu dobry – zawołał Chwostek – proszę was do mnie na gród w gościnę… winienem wam wiele.

– Nie – rzekł Piast – prawo nasze kazało tak i obyczaj… Nie z miłości dla was uczyniłem to, bo nie miłuję was… ale dla rozkazu bogów. Idźcie w pokoju… Kto wie, gdzie się spotkamy…

Chwostek stał nachmurzony.

– Ty na mnie ręki nie podniesiesz! – zawołał.

– Miłościwy panie – rzekł Piastun – jak miry pójdą na was i zawołają… pójdę i ja…

 

Mówiąc to, ustąpił mu z drogi, a Chwostek pośpiesznym krokiem wyrwał się z chaty, nie mówiąc słowa i nie patrząc za siebie. Wrota się za nimi zamknęły; noc była czarna, milcząca. W dali tylko pobłyskiwało jezioro i na wysokim stołbie u góry ogień wedle zwyczaju rozniecony czerwonawym światłem migał. Chwostek ze sługą znikli w ciemnościach. Piastun odetchnął lżej, gdy ich nie stało.

VIII

Nazajutrz w chacie Piastunowej życie powszednie szło trybem zwyczajnym. Pogodny wieczór świecił zachodzącym słońcem. Na szopie bocian klekotał, niemowlętami swymi zajęty, na łące rżały konie, owieczki bure wracały do szop i u wrót domowych dopominały się wnijścia. Wróble świergotały pod strzechą niespokojnie, jaskółki unosiły się wysoko, krążąc w powietrzu i zapowiadając pogodę. Od jeziora na wyżary69 ciągnęły kaczki sznurami i stadami.

Stary, nad stołem sparty, zadumany siedział. Tu cicho jeszcze było i wesoło, a dokoła zbroiło się i poruszało wszystko. Myszkowie obwołali lud, tejże nocy miały błysnąć wici ogniste po pagórkach. Posłańcy biegali od chaty do chaty. Około wieży na grodzisku widać było ruch i krążące światła. Stada kneziowskie spędzano z pastwisk, aby ich nie zajęli kmiecie, których gromady już się po krańcach lasów pokazywały. Z chaty Piastunów, w której stary bartnik siedział z niedorosłym synaczkiem, wysłać nie było kogo, czeladź tylko uzbrojono, aby z innymi ciągnąć mogła.

Dzikie okrzyki jakieś rozlegały się z dala, w których rozpoznać nie było można, czy z kup kneziowskiej dworni na zamek się ściągających, pochodziły, czy z gromad kmiecych, które już się zbierały.

Stary wyszedł w podwórze, spoglądał dokoła i nie mógł oczów oderwać od szarego stołba nad jeziorem, od grodu, przy którym miała wkrótce zawrzeć wojna krwawa. Nie w porę mu ona przychodziła, bo synaczek dorastał, a obyczajem starym, siedmioletniemu sprawić było potrzeba postrzyżyny, imię dać, pobłogosławić, a któż w taki czas burzliwy mógł zjechać w gościnę i ucieszyć się z rodzicami? Próżno było słać i prosić na taki obrzęd wesoły, gdy wszystko wrzało gniewem i bojem.

Zamyślony stał tak jeszcze, gdy dwóch ludzi, w stroju obcym, z twarzami też nieznanymi, a dziwnym jaśniejącymi spokojem, podjechało ku wrotom i przy nich stanęło. Zdawali się rozglądać i wahać nieco, spojrzeli na ubogiego bartnika razy parę, poszeptali coś z sobą. Naradzali się widocznie, co począć mieli.

Wieczór nadchodził. Przyjezdni, jak to z sukni ich poznać było łatwo, z daleka być musieli, może znad granic lechickich i polańskich lub zza Łaby nawet, bo coś jakby niemieckiego ubranie ich znamionowało. Oba niestarzy jeszcze, mieli na sobie długie płaszcze ciemne, pod nimi obcisłą odzież podpasaną i żadnej widocznej broni. Lekkie węzełki przywiązane były do ich koni.

Zmęczone całodziennym pochodem wierzchowce ich, jak skoro stanęli, wyciągnęły łby chciwie, usiłując świeżej pod nogami dostać trawy.

Jadący przodem młodszy, twarz miał piękną, jasną, wypogodzoną, uśmiechniętą prawie mimo znużenia. Drugi, starszy nieco, surowszego oblicza, zahartowany znać życiem, chłodno i spokojnie a bezpiecznie patrzył, choć stał wpośród obcych, jakby pewien był, iż mu się nic złego stać nie może.

Było to tym dziwniejszym, że w okolicy mijać się ciągle musieli zapewne z podrażnionymi garściami kmieci i dworni kneziowskiej, równie obcym przybyszom niechętnej. Poruszenie, jakie panowało w tym kątku, nie zdawało się ani dziwić, ni trwożyć dwu podróżnych.

Stanąwszy u zagrody, patrzyli na nią, na Piastuna i szeptali naradzając się z sobą.

Wreszcie pierwszy z nich, z konia zlazłszy, z wesołą twarzą, powolnym krokiem podszedł ku Piastunowi i pozdrowił go w języku, który choć nie był lechickim, brzmiał swojsko i zrozumiale w uchu starca. Wędrował on niegdyś po świecie i wędrownych braci spotykał, poznał mowę, której Serby, Morawianie i Czechy używali.

– Jesteśmy podróżni z daleka – odezwał się – cny gospodarzu, potrzebujemy schronienia ku nocy. Tam – wskazując ręką na gród dodał – tam próżnośmy o gościnę u wrót prosili, precz nam kazano iść… Trafiliśmy na kraj zburzony, ludzi jakąś waśnią zajętych, dwory puste i chaty… prosimy was o gościnę… o dach tylko nad głowy nasze…

Stary silną dłonią żywo wrota na oścież otworzył.

– Miłościwie was proszę – rzekł – wnijdźcie i odpoczywajcie. Na naszej ziemi przecie żadna chata przytułku żądającemu nie odmawia… Toć obyczaj ojcowski i póki rodu naszego, póty tego obyczaju…

Mówiąc, starzec ich ciągle ręką w podwórze zapraszał. Zsiadł więc i drugi z konia i weszli nie wahając się, a tuż parobczak nadbiegł, aby zabrać konie. Piastun ich wiódł do przedsieni i świetlicy, aby się naprzód chlebem rozłamać. Posadził ich na pierwszym miejscu i skinął na niewiastę, która się ukazała, aby jadło i napój przygotowano.

– Bądźcie mi pozdrowieni pod tą strzechą – rzekł – przychodzicie właśnie, gdym łaknął gości, a w tej godzinie spodziewać się ich nie mógł.

Z wielką ciekawością jęli się przybyli rozglądać po ubogiej chacie, w której wszystko było jeszcze podług starodawnego obyczaju z drzewa i gliny, sprzęt odwieczny – nic z tych obcych błyskotek, które obficie już naówczas przywozili kupcy zza morza i z zachodu, ani bożków rzymskich i etruskich, ani wytwornego oręża, który Chrobaci nasyłali, ani kruszcowych wisiadeł, naczyń i broni, na bursztyny i futra mienianych70. Polańskich zdunów71 i bodniarzy72 robota zajmowała półki. Odzież była tkana z wełny uprzędzonej w domu, płótno i skóry zwierząt ją dopełniały.

Znać po drodze, od wrót grodu jadąc mieli sobie podróżni poleconą chatę gościnnego kmiecia i spodziewali się znaleść tu dwór większy i zamożność, gdyż jeden z nich spytał gospodarza, czyliby był tym kmieciem, Koszyczka synem, u którego im przyjęcie zapewniono.

– Słyszeliśmy o was – rzekł – i nie z jednych ust, ale od wielu snujących się po okolicy, którzy nam do grodu waszego knezia iść odradzali… W istocie, tam nas się zbyto73 porywczo, rozkazawszy iść precz, a gościna u was nie zawiodła…

– Jamci jest Koszyczka synem – odpowiedział Piastun – żyję swym obyczajem, drzwi moje nie zamykają się przed nikim, ale dostatku, do jakiegoście może nawykli74, nie znajdziecie u mnie. Kmieciem jestem i bartnikiem, żyję jak ojcowie… Przy dawnym obyczaju stoję… Dzikimi nas za to zowią, a my dzikimi zowiemy tych, co odzież nosząc lepszą i oręż piękniejszy, serca drapieżne mają… Że na gród was nie puszczono, dziwić się nie powinniście, niepokój tam musi panować wielki…

– Cóż to się dzieje? – spytał gość.

– Między kmieciami a kneziem sprawa – mówił Piastun. – Niemkinię za żonę wziął i po niemiecku zażywać nas chce, a myśmy do swobody nawykli i obcego prawa ani obyczaju znać nie chcemy.

Gość się na to uśmiechnął.

– Czy wiarę też nową – spytał – myślał zaprowadzać?

– O tej my od niegośmy nie słyszeli – odparł Piastun – choć o niej inni ludzie różne wieści głoszą… Obcego nic znać nie chcemy.

– Dobrze czynicie – rzekł gość – ale nie wszystko cudze złym jest. Z mowy naszej poznajecie, że my Niemcami nie jesteśmy, ani ja, ani towarzysz mój, ale co dobrym mają, to od nich wziąć się godzi.

– A cóż dobrego stamtąd przywożą? – mówił gospodarz – nie wiem. Jeśli oręż, co zabija, zbójeckie to dobro, jeśli świecidła, co niewiasty płochymi czynią, trucizna to. Mamy ziemię swą, co nas żywi, pieśni swe i dzieje, które karmią, bogi nasze… cudzego nic nie potrzebujemy.

Gość młodszy westchnął.

– Wiele z Niemiec idzie – rzekł – ale przez Niemcy tylko przechodzi i nie jest niemieckim. A gdyby przez ich kraj płynęło błogosławieństwo i pokój dla świata?

– Pokój? błogosławieństwo? – spytał Piastun – święte to rzeczy są, ale jakżeby przez ręce ludzi, co łupieżą i morderstwem żyją, iść one mogły?

Zamilkli na chwilę, a wtem weszła niewiasta Piastowa, Rzepica, osłoniona po białogłowsku dawnym obyczajem, z zawiniętym czołem i usty, w bieli cała, sama przynosząc jadło. Za nią służebne dziewki placki, miód i kubki niosły.

Pokłoniwszy się podróżnym i zastawiwszy stół, ustąpiły zaraz na stronę, gdyż tu, jak wszędzie, nie godziło się niewiastom pospołu z mężczyznami siadać.

A gdy ich starzec do jedzenia zapraszał, obaj goście powstali ze swoich miejsc, stanęli obróciwszy się ku wschodowi, ręce poskładali, z głowy zdjęli nakrycie i poczęli coś szeptać, nad jadłem zastawionym czyniąc znaki.

Piastun się uląkł nieco, widząc w tym czary jakieś.

– Nie juści – zapytał – czarownikami jesteście? Na co te znaki czynicie i dlaczego?

– Nie obawiajcie się czarów – odparł młodszy z gości, siadając po chwili. – My czary odganiamy, ale ich nie czynimy. Zwyczajem jest u nas, na Morawie, Boga wzywać przy każdej czynności i jego błogosławieństwa.

– Jakiego Boga? – zapytał Piast – słyszeliśmy, że Czechy i Morawce nowego Boga, którego Niemcy z zachodu przynieśli, u siebie też wyznawać zaczęli.

– My nie znamy innego Boga, tylko jednego na świat cały – rzekł powoli gość – Boga, który jest ojcem wszystkich narodów i ludzi i panem całego świata a wszelkiego kraju… którego dziećmi wszyscy jesteśmy…

Piast, zdumiony nieco, słuchał.

– Takiego Boga i myśmy niegdyś wyznawali – rzekł – jednego i najwyższego, wyznajemy go i teraz, choć pomniejszych duchów moc jest wielka…

Goście spojrzeli po sobie i milczeli trochę, chleb łamali, głód zaspokajając.

– O tej nowej wierze – odezwał się Piastun – myśmy też już wiele słyszeli… Są i u nas tacy, co dla niej swoje bogi porzucili. Jesteścież wy też takimi ludźmi nowymi?

– Tak, jesteśmy nimi, dziećmi Boga jedynego – przerwał drugi – nie zapieramy się tego.

Piastun się zamyślił głęboko i odsunął nieco.

– Mieczami i krwią nawracają ku niemu Niemcy za Łabą – rzekł chłodno – a my z nimi jednego Boga mieć nie chcemy.

Przybyli goście znowu się zmierzyli oczyma i poszeptali cicho między sobą. Piastun uprzejmie ich do jedzenia zapraszał. Widać było, że go ciekawość i niepokój do pytań pobudzały, gdyż coraz wtrącał coś, aby się o nowej wierze dowiedzieć.

Nie była już chrześcijańska wiara zupełnie obcą w Lechii, wciskała się ona ze wszech stron, ale zarazem mieszała z dawną, i była tylko nowym bałwochwalstwem, torującym drogi nawróceniu. Godło krzyża jako amulet wisiało już utajone na niejednej piersi… kładziono je poganom do mogiły. Byli ludzie ochrzczeni, a żyjący potem w pogaństwie, które ich otaczało. Tłumy jednak przywiązane były do wiary ojców, do podań starych, do związanego z nimi porządku i obyczaju społecznego. Bałwochwalstwo słowiańskie nie miało tych form wyszukanych, określonych, stałych, co inne wiary pogan. Wyznawano Boga jednego, lękano się duchów pomniejszych, natura cała przedstawiała się jakąś żywą istotą rozumną, ze wszystkimi w niej żyjącymi stworzeniami stanowiącą spójną całość, tworzącą z nich i nimi żywot jeden wspólny…

 

Wody płynęły żywiące i duchem przesycone, mówili ptacy, broniły i opiekowały się zwierzęta, mścicielami i posłami były wichry i burze, cała ziemia i niebiosa zlewały się w wielkie – Pan75… będące Bogiem i w Bogu. Ta harmonia wszystkich sił, to prawo niezbłagane kolei, dól, losów życia, przeznaczeń —uspokajało zupełnie, karmiło i starczyło. Braterski się z tego wytworzył porządek, nie tylko między ludźmi, ale między zwierzętami, i wróg dopiero a potrzeba obrony wniosła żywioł zwątpienia i niepokoju.

Ten świat w sobie zwarty nie pragnął nic nad to, aby się mógł w swych kręgach obracać spokojnie – pierwsze wtargnięcie weń obcych żywiołów zachwiało tę całość potężną, od Indów może jeszcze zapożyczoną w ziarnie, a rozwiniętą duchem własnym. Za tych prastarych czasów słowiańska gęśla była jedynym orężem ludu, gdy przyszło za miecz chwycić, wszystko się musiało przemienić.

Gdy goście jeść skończyli, powstali znowu, złożyli ręce, po cichu się pomodlili i usiedli.

Piastun zapytał ich, jakie to były słowa, które wymawiali i czyby one dlań zrozumiałymi być mogły.

Naówczas młodszy z gości, z twarzą wesołą, powtórzył z wolna modlitwę dziękczynną Bogu wszechmogącemu za posiłek dnia tego i za wszystkie dobro i błogosławieństwa, jakich od niego doświadczyli.

Piastun zrozumiał wyrazy i zamyślił się nad nimi.

– A więc – zapytał – jeden by tylko Bóg był dla wszystkich?

– Tak jest – odpowiedział gość – i tego my, a z nami już większa część ludów wyznaje… między którymi i bracia nasi, jednej mowy, są.

– Ci więc staną się nieprzyjaciółmi naszymi? – rzekł gospodarz.

– Nie, gdyż oni wierzą, iż wszyscy ludzie, narody wszystkie są braćmi, a nie godzi się im napadać ani zabijać, ani wrogiem nazywać nikogo, bo miłować jest prawem, miłować nawet tych, którzy są nieprzyjaciółmi!

– Wrogów miłować!… – zawołał Piastun składając ręce – a jakże to być może? Wrogów? a więc i Niemca?

– Tak jest – rzekł gość – ale bronić się od napaści godzi.

Nachmurzyła się brew gospodarza, rękę podniósł i rzekł ponurym głosem:

– Oni nam braćmi nigdy nie będą, nigdy!…

Przerwała się rozmowa, nie nalegali goście i w chwilę długą potem dopiero zapytał młodszy o to, co się w kraju działo. Piastun znowu powrócił do tego, iż wszystko zło szło z naprawy76 Niemców, z którymi się kneziowie wiązali.

– Chciwi są ziemi i łupu – rzekł – wypychają nas i niszczą a tępią, ażeby sami się rozsiedli szerzej i panowali…

– Prawdą to jest – dodał starszy z gości – i niektórzy kneziowie, jak wasz, łączyć się z nimi zapragnęli, aby pokój wyjednać, bo Niemców siła jest wielka i uzbrojenie mocne… Drudzy zaś myślą o tym, jak by wszystkie małe narody i plemiona nasze powiązać z sobą dla oparcia się Niemcom… Dlatego nową wiarę przyjmują, by im stanąć na równi, a sobie ręce podają na nieprzyjaciela wspólnego.

Zapytał Piastun, którzy by to byli kneziowie ci rozumni, a goście jęli mu opowiadać, iż na Morawie i w Czechach się to działo i że Polanie także do tego związku z czasem przystąpić byli powinni…

Dodał potem:

– Wodza jednak i głowy narodowi zawsze potrzeba… mają ich i narody naszej mowy, zwłaszcza te, które wojować muszą. Źle więc czynicie, jeśli knezia chcecie obalić i żadnego nie znać.

– Nie chcemy tego czynić – rzekł Piastun – wybierzemy innego, aby nam dowodził, ten zaś okrutnik był i krew ludzką rozlewał, i zabijał a truł ród nawet własny… Dlatego cierpieć go nie możemy i lud wszelki ciągnie, aby go obalić.

Rozpowiadał im potem, co uczynił Chwostek z kmieciami i ze stryjami swymi, i że Niemców wzywał przeciw swoim a trzymał z nimi.

Wieczór piękny z izby ich potem wyzwał, poszli usiąść na przedsieni i rozmawiać zaczęli znowu. Piastun zagadnął ich o wiarę nową, której ciekaw był bardzo. Naówczas młodszy z gości tak mówić począł:

– Wiara to jest jedna, co cały obejmie świat, a gdy się to stanie, bo idzie z potęgą wielką, nie będzie w nim ani wroga, ani niewolnika, ani plemienia upodlonego… tylko jedni bracia ojca jednego… Na naszej ziemi przyjąć się ona musi i rozkrzewić bujnie, bo u nas już przed wieki te prawdy niegdyś królowały i nigdyśmy okrutnymi ani bezlitośnymi nie byli. Obcy miał u nas schronienie, ubogi chleb, słaby politowanie… grzebaliśmy umarłych, głodnych karmili, bronili uciemiężonych, a nie znaliśmy tylko jednego Boga… choć całego Jego blasku dostrzec nie mogliśmy.

– I ten Bóg wasz jedyny Niemców i wrogów kochać każe! – zawołał Piastun. – Dziw to wielki!

Uśmiechnęli się goście.

Po chwili stary wstał i podniósłszy z ziemi dwa patyczki, złożył je na krzyż, ukazując ten znak gościowi.

– Widziałem znak ten – rzekł – wiem, że go czczą ludzie tej wiary nowej… noszą go na sobie dla obrony od wszelkiego złego… Powiedzcie mi, co on oznacza?

– Jeśli mnie posłuchać zechcecie – odezwał się młodszy, biorąc z poszanowaniem krzyżyk i całując go, a potem z pod sukni dobywszy podobny kruszcowy i pokazując Piastunowi – jeśli posłuchać chcecie, opowiem wam chętnie o tym znaku i o wierze nowej, gdyż podróż moja i towarzysza mojego nie inny ma cel, tylko szukanie dzieci dla jedynego Boga i nawracanie tych, co go jeszcze nie znają… Krzyż jest znakiem tego, co na dalekim wschodzie z wybranego narodu przyszedł na świat i był synem boskim a Bogiem samym wcielonym…

Piastun oczy ciekawe wlepił w mówiącego, chciał rzucić jakieś pytanie, potem zamilkł, a gość tak ciągnął dalej:

– Był tedy na wschodzie naród wybrany, który w pośród bałwochwalców, sam tylko stale wyznawał jednego Boga, co stworzył niebo i ziemię. W narodzie tym byli prorocy, którym Bóg objawił, że ześle na ziemię syna swojego, aby nową wiarą świat odrodził, a życiem swym ją poświadczył. Spełniły się proroctwa w dniu i godzinie naznaczonej i oto sam Bóg narodził się światu z Dziewicy… w ubóstwie, w nędznej szopce, na rozdrożach, wśród ucieczki… Całe życie jego było cudowne. Zaledwie dorósł, nawracał ludzi i oczy im otwierał, leczył chorych, wskrzeszał umarłych, strapionych pocieszał. Ani królem, ani wodzem, ani panem być nie chciał. Żył u przybranego za ojca opiekuna, prostego cieśli, z rybakami i z pospólstwem, a przecie czuli w nim wszyscy Boga, po prawdzie i świętości tych słów, jakimi mówił i po cudach, które czynił. Nauka jego trafiła do serc wszystkich. Opowiadał, że Bóg jest jeden, że wszyscy ludzie są dziećmi jego, braćmi sobie, że miłować się powinni i dobrze czynić. Nakazywał życie skromne i ubogie, przebaczanie win, opiekę nad słabymi. Tego Boga-Człowieka źli ludzie, nie wierząc w niego, lękając się, bo im złego czynić bronił, oskarżyli, osądzili i na takim oto krzyżu z drzewa przybili, powiesili, śmierć mu zadali…

Piastun westchnął.

– Jakże Bóg mógł zezwolić, aby go męczono? – zapytał.

– Uczynił to dobrowolnie dlatego, aby okazał, że jest Bogiem, aby umęczony zmartwychwstał i powrócił do nieba.

– Tak się stało? – zapytał stary.

– Stało się tak – rzekł gość – działy się i inne cuda liczne, które dzieło boskie ugruntowały. Największym zaś cudem było to, że owi rybacy, cieśle, lud prosty, potrafił nawrócić na tę wiarę królów, mocarzy i mędrców świata, że powywracano ołtarze fałszywych bogów, a wiara ta co dzień się szerzy i krzewi…

Milczał Piastun słuchając, a drugi z podróżnych, trzymając ów krzyżyk drewniany w dłoniach, dodał – że ten znak śmierci stał się godłem życia nowego i że dlatego noszą go wyznawcy tej wiary, iż od nazwiska Boga umęczonego imię wzięli, a życie jego naśladują.

Prosty człek pojął wiele z tych rzeczy, drugich nie zrozumiał, o inne pytał lub możliwości ich zaprzeczał; tak się rozmowa przeciągnęła do późna.

Siedzieli na ławie w podsieniu i patrzyli stąd na jezioro i wieżę a szeroką okolicę. Wtem nagle na wzgórzu jednym wśród ciemności błysło światło i ogień słupem strzelił do góry. Jeszcze nie pośpieszyli podróżni zapytać, co by to znaczyło, gdy na drugim i trzecim miejscu pokazały się ognie podobne… w lasach nawet zapaliły się stosy i łunami odświecały się na niebie.

– Co znaczą te ognie? – zapytali goście – czy to pożary wzniecone przez nieprzyjaciela?

– Nie… To wici ogniste – rzekł Piastun – to zapowiedź wojny… W tej chwili cały kraj, wszystkie miry nasze wiedzą, że ciągnąć mają… tu…

Wskazał na wieżę…

Jakby na urągowisko tej zapowiedzi ognistej, kneź na wierzchołku wieży rozkazał nałożyć stos łuczywa i podpalić go.

Ogromne płomię77 buchnęło, jakby cały stołb gorzał we wnętrzu.

W jeziorze spokojnym odbił się ten blask. Widok był wspaniały razem i straszny. Ognistymi głoskami na tle nocy pisała wojna i śmierć przybycie swoje. Podróżni westchnęli smutnie.

– Nie lękajcie się – rzekł im Piastun – obcemu się u nas nie stanie nic, choćby wojna się rozpoczęła, a nim ludzie się pościągają, dni może kilka upłynie. Ja was proszę, abyście się u mnie zatrzymali jutro… Dzień to jedynego dziecka mojego, dla mnie uroczysty, siódmy rok kończy… życie mu się poczyna, nie wiem, czy kto z moich przybędzie do mnie, wszystkich teraz wojna zajmuje… bądźcież wy, dobrzy ludzie, jednego języka, wyznawcy Boga pokoju, drużbami dziecka mojego.

Spojrzeli po sobie przybyli, uśmiechnął się ochoczo młodszy i rzekł:

– Stanie się po woli waszej…

I szli do świronka78, w którym pościel dla nich przygotowano.

Nazajutrz rano cała okolica, lasy i pola, od brzasku mrowiły się ludem, który ściągać się zaczynał pod grodzisko. Nie rozpoczynano nic, gromady kładły się z dala, lecz coraz nowe przybywały, niosąc znaki na żerdziach swe i rozsiadając się jedne przy drugich. Ogniste wici zbudziły wszystkie miry i opola dokoła. Z wierzchołka grodu mógł Chwostek widzieć, jakie siły się przeciw niemu skupiły i jak co chwila urastały.

Gród stał zaparty i umocniony już przez ostatnich dni kilka, sypano wały i przekopywano rowy, zabijano częstokoły, lud chodził po wałach zbrojny, a na wierzchołku stołba widać było ciągle przemykające się postacie.

A chociaż Piastun nie spodziewał się, aby mu goście przybyli, wszyscy niemal starsi kmiecie, żupanowie, władyki, cisnęli się u wrót ubogiej chaty, tak że i on i Rzepica zwątpili, czy ten wszystek lud nakarmić potrafią. Starczyłoby było wprawdzie zapasów, bo komory pełne były i zasobne, ale o czym potem przebyć zimę? Piastun zafrasował się nieco, lecz rzekł w duchu, iż gości ostatkiem po starym obyczaju nakarmi i napoi, a choćby i prószyna ani kropla mu nie została, skąpić nie będzie.

68patrzając – dziś: patrząc a. spoglądając. [przypis edytorski]
69wyżar – leśne pogorzelisko na podłożu torfowym, na którym tworzą się zbiorniki wodne. [przypis edytorski]
70mieniany (daw.) – wymieniany. [przypis edytorski]
71zdun – dziś: rzemieślnik zajmujący się budową i konserwacją pieców i kominków; tu: rzemieślnik wyrabiający wszelkie naczynia i przedmioty (w tym również piece, kafle itp.) z gliny; garncarz. [przypis edytorski]
72bodniarz – bednarz; rzemieślnik zajmujący się wyrobem beczek, cebrów, balii i in. naczyń i pojemników z deszczułek drewnianych. [przypis edytorski]
73zbyć się – pozbyć się. [przypis edytorski]
74do jakiegoście (…) nawykli – do jakiego nawykliście; przykład ruchomej końcówki czasownika. [przypis edytorski]
75pan (gr.) – wszystko; wszech- jako przedrostek w złożeniach; por. panteizm: wszechbóstwo. [przypis edytorski]
76naprawa – tu: namowa; por. prawić (daw.): mówić. [przypis edytorski]
77płomię – daw. forma r.n.; dziś r.m.: płomień. [przypis edytorski]
78świronek – budynek służący jako składzik; spichlerz, spiżarnia a. lamus. [przypis edytorski]