KasynoTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kasyno
Kasyno
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 29,98  23,98 
Kasyno
Kasyno
Audiobook
Czyta Robert Michalak
14,99  11,09 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jonathan Trench

Kasyno

Saga

KasynoZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1988, 2020 Jonathan Trench i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726559668

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

I

– Nazwisko?

– Stenton.

– Imię?

– Alan.

Pięć lat w San Quentin. Tysiąc osiemset dwadzieścia pięć dni i nocy za kratami. Czterdzieści trzy tysiące osiemset godzin wypełnionych niewolniczą pracą w więziennej przędzalni, trzydziestominutowymi spacerami po okrągłym podwórzu, snem i myślami o Carol, która przez cały ten czas żyła nadzieją, że on wróci, że mu kiedyś skrócą wyrok.

– Rok urodzenia?

– 1951.

– Miejsce urodzenia?

– Nowy Jork.

Darowali mu rok. Wiele razy zastanawiał się, czy to dużo. Adwokat mu powiedział, że prawo Kalifornii nie przewiduje nadmiaru łaski.„Kiedy skazują cię na sześć lat, zyskać możesz najwyżej rok – tyle odpuszczają za dobre sprawowanie” – tak mówił. Pięć lat za idiotyczną wpadkę, której nikt nie mógł przewidzieć...

– Ostatnie miejsce zamieszkania?

– Cela numer 1254.

– Chcesz w mordę?

– San Francisco, Moon Strip 321B.

– Zawód?

– Historyk sztuki.

Miguel Casevatas był fałszerzem z duszą artysty. Tak o sobie mówił. Nie liczyły się jego umiejętności malarskie, bo malował jak jarmarczny pacykarz. Miguel miał w sobie coś, co potrafiło skutecznie zniechęcić celników do bardziej wnikliwego studiowania płócien, które przewozili z Meksyku do Stanów. Szmuglowali je na życzenie Garfielda, bogatego snoba z Dakoty. Snob zakupił kolekcję w Meksyku i chciał ją przemycić przez granicę, żeby uniknąć rozgłosu i podatków. W Meksyku Casevatas zamalowywał obrazy kiczowatymi krajobrazami, jechali do Tijuany, przekraczali legalnie granicę, w San Diego Miguel zdejmował wierzchnią warstwę farby, a dalej sprawa była już prosta: lotnisko, samolot, pałac snoba, forsa i spokojny powrót do Meksyku. Zrobili w ten sposób dziesięć kursów, bo kolekcja była spora. Casevatas brał za robotę grosze i nie chciał więcej. Alan zarobił trzysta pięćdziesiąt tysięcy dolarów i dziwił się Miguelowi, że tak mało bierze. Snob zapłaciłby każdą cenę. Kiedy robili jedenasty kurs, zrozumiał, co jest grane.

– Kiedy zacząłeś odsiadkę?

– W 1981.

– W czerwcu?

– Dwudziestego czwartego czerwca.

– Narkotyki?

– Tak, przemyt.

Na odprawie celnej w Tijuanie Miguelowi nerwy odmówiły posłuszeństwa. Ręka mu drgnęła, obraz poleciał na podłogę i rama pękła. Ze szczeliny wysypał się biały proszek. Stali tak i gapili się na to przez dobrą minutę, nim celnik odzyskał mowę. Spytał, co to jest, a w tym momencie idiota Casevatas zgłupiał doszczętnie i odpowiedział, że mąka. Celnik wziął trochę proszku na język i okazało się, że jeśli to rzeczywiście mąka, to w dziewięćdziesięciu procentach zaprawiona heroiną. Jak się okazało na rozprawie, Miguel zarobił na tym interesie coś około miliona. Wszystkie ramy zapacykowanych obrazów napychał „herą”, a płótna snoba miał gdzieś.

– Podejdź bliżej. Tu masz worek z rzeczami z przechowalni. Będę czytał z listy, a ty patrz, czy wszystko jest, jasne? Koszula męska, biała, spodnie brązowe, buty typu adidas, sznurowadła, pasek skórzany, używany, ze sprzączką metalową. Masz to? Zabieraj na drugą stronę lady.

Casevatas dostał siedem lat, on sześć. Prawda o obrazach, tych ukrytych pod farbą, nigdy nie wyszła na jaw. Miguel będzie kiedyś bogatym facetem, bo deklaracje celne wypełnione były na jego nazwisko, a same płótna zatrzymano w depozycie do czasu, aż skończy odsiadkę.

Pół roku temu, w listopadzie, Alana odwiedzili Carol i Denis. Nie znaczy to, że Carol nie odwiedzała go wcześniej, ale ta wizyta była bardzo ważna. Z Denisem, bratem Carol, przyjaźnili się kiedyś. Robili nawet razem jakieś interesy, ale rzadko coś z tego wychodziło, bo Denis był „profanem”, tak go Stenton nazywał, nie znał się na prawdziwej sztuce, nie był koneserem, a interesowała go tylko forsa, zysk, nie towar jako taki. Wreszcie Denis zniknął mu z pola widzenia i pojawił się dopiero sześć miesięcy temu. W sali widzeń odbyli długą, szczerą i, jak się później okazało, ostatnią rozmowę. Z Carol spotkał się następnego dnia i od tego czasu zaczął intensywnie myśleć. Było o czym, gdyż dowiedział się od niej, że Denis zabił się w kraksie pod Reno. Carol została sama z ojcem. Alan myślał, myślał bezustannie aż do dzisiaj.

– Portfel ze skóry, kluczyki samochodowe... Masz auto?

– Miałem. Sprzedałem.

– Klucz płaski z wyciśniętym numerem „400”, długopis, zegarek metalowy, stalowy, marki omega... Ładny. Sprzedasz?

– Nie, to pamiątka.

– OK, wszystko. Podpisz tu.

Dwa dni temu, w środę, dowiedział się, że go zwalniają. Chciał zawiadomić Carol i spytał, czy może zatelefonować, na co zobaczył odmowny gest strażnika. Tak więc zrobi Carol niespodziankę. O szóstej rano w piątek zgrzytnęła zasuwa, ktoś, w podnieceniu nie wiedział nawet kto, wywołał jego numer, rozkazał zabrać materac, koce, poduszkę, kubek i talerze, iść za nim, czekać godzinę przed drzwiami na parterze, aż wreszcie pozwolili mu wejść do środka, stanąć na baczność i zameldować się komendantowi. Ten odczytał mu akt łaski podpisany przez ministra sprawiedliwości i kazał wynosić się do wszystkich diabłów. A teraz stał przed ladą klawisza z przebieralni i wciągał brązowe spodnie ze skórzanym paskiem.

– Jeszcze to, przelicz – mruknął klawisz. – Powinno być pięćset dolarów. Sto dolców rocznie to razem pięćset, nie?

Stenton schował klucz do portfela, starannie zapiął zatrzask, wziął do ręki plik banknotów i nie licząc, wsunął do kieszeni.

– Masz to w dupie, co? Takiś bogaty? – spytał klawisz.

– Wszystko? Coś pokwitować?

Mundurowy pokręcił głową.

– Już swoje podpisałeś. – Nacisnął guzik na ladzie. Drzwi przebieralni otworzyły się i stanął w nich uzbrojony strażnik.

Schody, krata, strażnik, drzwi, krata, strażnik, drzwi, krata, krata, czterech strażników.

– Więzień 2893 do wyjścia.

– Papiery.

Szelest kartek, stempel, podpis, szum elektrycznie otwieranej bramy.

– Do zobaczenia, koleś.

– Nigdy tu nie wrócę – rzucił i przekroczył próg. Był wolny.

*

– Chyba wybiorę się do George’a – powiedział Trench.

– Życie, rozumiesz, jest ruchem, a więc wibracją – monologował jak w transie Patrick Senders. – Wytłumaczę ci to na przykładzie. Młoda kobieta, panie, której współczynnik wibracji wynosił normalnie 75 000 drgań na sekundę, przeszła anginę i współczynnik obniżył się do 55 000 drgań. Wyjechała, rozumiesz, w góry i poznała tam faceta, którego normalny współczynnik wynosił też 55 000 drgań na sekundę. Oboje, panie, znaleźli się na tej samej fali i co się dzieje?

– Tak, pojadę do George’a... Zbadam go i przy okazji dowiem się, co słychać u Carol.

– Miłość od pierwszego wejrzenia! Po powrocie do miasta młody człowiek niecierpliwie oczekuje ukochanej, która tymczasem wróciła do zdrowia i do swoich 75 000 drgań na sekundę. Kiedy się wreszcie spotykają, dziewczyna nie wie, że dzieli ich te dwadzieścia tysięcy, panie, drgań. I co się dzieje?

– Jaki tam jest numer telefonu? Najpierw zadzwonię...

– Dzieweczka patrzy na człowieka i duma sobie: „Co mi wpadło do łba, żeby kochać się w takim palancie?!” I koniec, rozumiesz, pieśni. Tak, bo nasze życie uczuciowe zależy od współczynnika wibracji każdego z nas, od naszych imion, które mają ściśle określone parametry. Weź taką Carol. To imię ma wibrację odpowiadającą długości fali koloru żółtego. A kolor żółty oznacza inteligencję. Wniosek?

– Carol jest inteligentna. Jaki tam jest numer, Patrick?

– Otóż to! Carol jest dziewczyną inteligentną. 284-585-7845. Zdziadziałeś, Jonathan. Przez te twoje wykłady i seminaria oklapłeś dokumentnie. Gdybym wiedział, że w Kalifornii tak, panie, nudno, nigdy bym się z tobą nie zabrał. Znikasz na całe dnie. San Francisco mnie nie ciągnie, czytam, obijam się po domu i tęsknię za Londynem. Po co ja tutaj przyjechałem? Wracam.

– Znowu zaczynasz? Jeszcze dwa miesiące. Od jutra mam wolne i gdzieś sobie wyjedziemy odetchnąć. A teraz chcę wreszcie zadzwonić do George’a. Jesteśmy chwilowo w Stanach...

– Chwilowo! Dobre sobie! Dziewięć miesięcy to dla niego chwilka! – wykrzyknął Senders, a zaraz potem zamyślił się. – George... W sumie go lubię, choć to cholerny jankes. Zauważyłeś, że jankes jakby się czegoś, panie, ostatnio bał? A do tego wszystkiego ten chłopak Carol... Kryminalista...

– Ale Carol wytrwale czeka, czeka od pięciu lat. I wciąż o Alanie opowiada. Tylko o nim. Pokazywała ci jego zdjęcia?

– Tak, tak, pokazywała aż do, rozumiesz, znudzenia. A skoro mówimy o przestępcach, to tutejszy wymiar sprawiedliwości działa szybko, powiedziałbym. To mi przypomina d’Alemberta, tego fizyka z osiemnastego wieku. On, panie, utrzymywał, że wymiar sprawiedliwości w jego czasach był najsprawniejszy we Francji. Opowiadał, jak raz, będąc w gmachu sądu, stwierdził, że nie wziął chusteczki, więc wyciągnął ją z kieszeni sąsiada. Była godzina jedenasta. O jedenastej trzydzieści został, rozumiesz, zatrzymany za kradzież. W południe odpowiadał już na pytania strażników porządku, którzy przeprowadzili konfrontację. O dwunastej trzydzieści ogłoszono wyrok, a w ciągu następnej godziny poddano d’Alemberta chłoście. O czternastej był już, rozumiesz, w domu. To jest to!

 

– Narzeczony Carol dostał sześć lat i nie wróci tak szybko do domu.

– Narzeczony? Chryste, wiedziałem, że on jest za kratkami, ale żeby tak od razu, rozumiesz, za mąż za niego wychodzić? Sądziłem, że to tylko jakiś kaprys!

– To prywatna sprawa Carol. Po co się mieszać?

– No ja, panie, tego nie pojmę. Co ona w nim widzi? Seks? Sam mówisz, że przez pięć lat wytrzymała bez chłopa. Wytrzyma i dłużej albo znajdzie sobie kogoś do tego tam, panie...

– Jeszcze przed chwilą wahałem się, czy iść do George’a, czy nie. Teraz nie mam już wątpliwości. Rozmowa z normalnym człowiekiem dobrze mi zrobi – powiedział Trench i podszedł do telefonu.

Numer Goddarda był zajęty.

*

W tym samym momencie Alan Stenton wrzucił dziesięć centów w otwór automatu i powiedział:

– Jak się masz, George.

– Halo! Kto mówi? – usłyszał głos Goddarda.

– Alan Stenton.

Po drugiej stronie drutu zaległa martwa cisza.

– George? Jesteś tam, George? To ja, Alan, nie poznajesz mnie?

– Alan, na miłość boską, uciekłeś?! Skąd dzwonisz?! Z więzienia?

– Nie, nie uciekłem. Zwolnili mnie warunkowo. Legalnie, za dobre sprawowanie.

– Boże, a to się Carol ucieszy! Chłopie, tyle lat! Tyle lat!

– Pięć, George, pięć lat. Czy Carol jest w domu?

– Nie, wyjechała do miasta. Przecież ona się do ciebie pojutrze wybiera!

– Mała niespodzianka, co? Stęskniłem się za wami... Czy z Carol wszystko w porządku?

– Czy w porządku? – powtórzył Goddard. – No tak, w porządku, a co miałoby... Czeka na ciebie, wciąż na ciebie czeka. Powiedz, jak to zniosłeś? Zmieniłeś się? Musiałeś się zmienić... Zresztą czekaj, skąd dzwonisz?

– Jestem w Sacramento. Posłuchaj...

– Dlaczego nie przyjechałeś do nas od razu?

– Muszę załatwić tu pewną sprawę. Gdyby nie to, dawno bym już był w San Francisco.

– Mam nadzieję, że... – urwał.

– Że to, co mam załatwić, jest zgodne z prawem stanu Kalifornia, o to chciałeś zapytać? George, siedziałem pięć długich lat w mamrze za głupotę młodości. Nie chcę tam wracać. Chcę tylko jednego: przyjechać do was, porozmawiać z twoją córką i jeżeli się zgodzi, poprosić cię o jej rękę. Takie mam marzenia, George. Przez pięć lat wiele przemyślałem.

– Cieszę się, chłopie, bardzo się cieszę, że... że tak to się skończyło. Rozmawiałem z Carol. Jest dorosłą dziewczyną i wie, co robi. Oboje wiecie. Carol na ciebie czeka. Jestem pewien, że będziecie razem szczęśliwi.

– Ja też, ja też, George... A u ciebie wszystko OK?

Goddard zamilkł.

– Jakby ci powiedzieć... – odezwał się po chwili. – Właściwie to nie jest rozmowa na telefon...

– Co się stało?... Powiedz wreszcie!

– Miesiąc temu zatelefonował do mnie jakiś facet. Peng czy Pang, nie słyszałem wyraźnie. Nazwisko dziwne, ale to Anglik, Brytyjczyk, mówi jak Trench...

– Jak kto? On się nazywa Trench? Czy Pang?

– Trench to znajomy, Anglik. Jest teraz w Stanach. Chirurg, naukowiec, uważasz, mój znajomy. Odwiedza nas; mamy tym sposobem darmowe recepty. Ten Pang mówi dokładnie jak on. Śmiesznie, jakby chciał, a nie mógł. Wiesz, jak oni wymawiają...

– Trench... Tak, pamiętam, Carol mi o nim wspominała. Więc co z tym facetem, tym Pangiem?

– Ja nie mam wielkich pieniędzy, Alan, sam wiesz. Zadzwonił do mnie i ni z tego, ni z owego zażądał dwustu tysięcy dolarów. Dwieście tysięcy, pojmujesz?!

– Na co mu takie pieniądze? Dlaczego akurat od ciebie?

– Tego mi nie powiedział. Od tamtej pory dzwonił ze trzy razy i przypominał, że do wypłaty pozostało tyle a tyle dni.

– Zawiadomiłeś policję?

– Nie, powiedział, że jeżeli to zrobię, on...

– Co on?

– On zamorduje Carol! Alan, zrób coś, przyjedź tu szybko. Jestem już stary, nie mam siły, żeby znosić takie rzeczy. Carol nic nie mówiłem, nikomu nic nie mówiłem, bo się boję, boję się jak cholera. Tak się boję, że wynająłem goryla...

– Co ty wygadujesz, George?!

– To były komandos, teraz prywatny detektyw, taki facet do wszystkiego. Nazywa się Garry Nansin. Siedzi tu dzień i noc od tygodnia. Jest w kontakcie z policją, ale ani jemu, ani policji nic nie wygadałem, uważasz.

– Siedzi w domu? Dlaczego nie pilnuje Carol? Wyjechała do miasta sama? To bezsens!

– Wiesz, jaka ona jest. Ledwo jej wytłumaczyłem, po co Nansin u nas sterczy. Wmówiłem jej, że to człowiek z ubezpieczeń, musi sprawdzić stan zabezpieczenia domu przed kradzieżą, zanim towarzystwo wciągnie mnie na listę. A co, miałem powiedzieć, że Nansin jedzie z nią do miasta, bo ona jest częścią wyposażenia domu, jak stół czy krzesło?!

Alan wrzucił kolejne dziesięć centów i nerwowo potarł czoło.

– Ile ci dał czasu? – spytał.

– Miesiąc. Zlekceważyłem to, myślałem, że ten niewydarzony idiota żartuje, ale dzisiaj jest dzień wypłaty! Dzisiaj mija miesiąc od pierwszego telefonu! A ja nie mam pieniędzy, nie lubię prosić ludzi, dobrze wiesz. Mógłbym sprzedać biżuterię żony, Boże miej ją w opiece, ale to kapitał dla Carol. Mam jeszcze coś, ale Denis uprzedzał mnie przed śmiercią, żeby tego nie ruszać, bo...

– Słuchaj, George, muszę już kończyć. Wieczorem, za dwie godziny, będę w San Francisco, rozumiesz? Przywiozę pieniądze. Nie otwieraj nikomu. Zamknijcie się z Carol i czekajcie na mnie. Przyjadę.

– Przywieziesz dwieście tysięcy dolarów w gotówce? Alan, czy ty aby nie zamierzasz popełnić jakiegoś głupstwa?

– Powiedziałem: przywiozę pieniądze, OK? Moje własne pieniądze. Przyjadę do Frisco i zobaczymy, dobrze? Pozdrów ode mnie Carol. Do zobaczenia – odwiesił słuchawkę i wyszedł z kabiny.

Stał chwilę oślepiony promieniami zachodzącego słońca i mrużąc oczy, gapił się bezmyślnie na budynek Crocker Art Gallery. Potem zatrzymał taksówkę i kazał się zawieźć w pobliże Sutter’s Fort, na róg dwudziestej ósmej ulicy. W banku przy Capital Hall wylegitymował się, po czym zaprowadzono go do schowka. Zamknął za sobą drzwi i przekręcił gałkę sejfu. Drzwiczki odskoczyły z głośnym cmoknięciem. W środku leżała walizka. Wydostał ją, położył na stole i zwolnił zatrzaski. Odetchnął głębiej i podniósł wieko. Trzysta pięćdziesiąt tysięcy dolarów od snoba z Dakoty było na swoim miejscu. Wypełniały neseser po brzegi, po skórzaną krawędź. Pomyślał chwilę, potem odliczył dziesięć studolarowych banknotów i dodał je do pięciuset dolarów w portfelu. Odchylił wewnętrzną kieszeń walizki, sięgnął w głąb i poczuł chłód walthera. Wydostał broń, starł chusteczką cienką warstewkę smaru, sprawdził magazynek, strzelił zamkiem i zabezpieczył. Położył pistolet na reszcie banknotów, po czym zamknął neseser. Dwadzieścia minut później wyszedł na ulicę, złapał taksówkę i podał kierowcy adres firmy zajmującej się wynajmem samochodów. Za półtorej godziny musiał być w San Francisco.

*

Wysoki, przenikliwy sygnał samochodowego alarmu wdarł się w matową czerń i zagłuszył inne odgłosy wieczoru: donośne trii-trii-trii cykad w obszernym ogrodzie, odległy szum fal przypływu, dziki krzyk obudzonej wrony na wierzchołku drzewa. W domu zauważył jakiś ruch. Ciemne dotychczas okno na parterze zajaśniało ostrym blaskiem, ale mężczyzna był już daleko od samochodu, ukryty w głębokim cieniu starannie przystrzyżonego żywopłotu. Kilkanaście metrów w lewo tkwił nieruchomo jeden z jego ludzi. Czekali. Na ganku zapaliło się dodatkowe światło – lampa, którą natychmiast otoczył migotliwy rój owadów.

W pomarańczowej poświacie werandy stanął Garry Nansin. Miał na sobie wypłowiałe dżinsy i biały podkoszulek. W prawym ręku trzymał silną latarkę, w lewym pistolet. Rozejrzał się wokoło mrużąc oczy i nagle cofnął się w głąb ganku. Lampy zgasły. Po chwili wyszedł znowu, stanął na progu i włączył latarkę. Omiótł światłem samochód, a kiedy promienie odbiły się od chromu karoserii, zrobił pierwszy krok. Szedł uważnie, pamiętał, że ostatni stopień schodków jest pęknięty. Ominął go. Cholerny upał – pomyślał. – O dziewiątej wieczorem taki upał... W upale ten grat dostaje szmergla. Tu nikogo nie ma... Goddard to zidiociały dziwak i frajer. Po prostu upał...

Stanął przy mercedesie i zlustrował pobieżnie okolicę. Potem otworzył pokrywę silnika i zerknął do środka. Cofnął się i sprawdziwszy drzwi, wsunął w zamek kluczyk. Alarm ucichł. Znowu powróciło uspokajające trii-trii-trii cykad.

Nansin zatrzasnął sterczącą klapę i właśnie odwracał się, żeby wrócić do domu, gdy nagle do jego uszu dobiegł jakiś dźwięk. Najpierw sądził, że się przesłyszał, ale po chwili dźwięk powtórzył się, tym razem wyraźniej. Dochodził z dołu, ze zbocza opadającego łagodnie ku odległemu oceanowi i brzmiał jak odgłos bosych stóp biegnących szybko po nagiej skale. Nansin zamarł, odbezpieczył broń i pociągnął światłem latarki po rosnących na skarpie krzakach. Nie zauważył nic podejrzanego. Wciąż zaniepokojony, podszedł bliżej i wychyliwszy się ostrożnie poza kamienny murek okalający wysypane żwirem podwórze i parking, popatrzył w lewo, potem w prawo. I znowu nie zobaczył niczego. Podniósł wzrok i spojrzał przed siebie tam, gdzie przelewały się spienione fale Pacyfiku. Wysoki przypływ – pomyślał.

Ból zjawił się bez żadnego uprzedzenia. Rzuciło nim w tył, jakby jakaś niewidzialna ręka wychynęła z ciemności i uderzyła go w piersi z monstrualnym impetem. Zatoczył się i zrobił kilka chwiejnych kroków wzdłuż kamiennej ściany, rozkładając szeroko ramiona dla utrzymania równowagi. Latarka poszybowała w dół, obracając się i kręcąc jak miniaturka spadającej gwiazdy, a on słyszał, wyraźnie słyszał metaliczny trzask, kiedy odbiwszy się od kamienia, zawirowała niczym ćma zdążająca ku śmierci w płomieniach ogniska. Jego usta otwierały się i zamykały, próbował krzyczeć, ale zdołał wydobyć z siebie ledwie jakiś nieartykułowany charkot, który, jasno zdawał sobie z tego sprawę, nikogo nie mógł ostrzec ani przywołać. Czuł, że ramiona i nogi zaczynają mu nieznośnie ciążyć, miał wrażenie, jakby w powietrzu zabrakło nagle tlenu. Kiedy nie był już zdolny do wykonania żadnego skoordynowanego ruchu, pomyślał, że to atak serca i usiłował sobie przypomnieć, co w takich wypadkach należy robić, jak udzielić sobie pomocy. I umarł, próbując odszukać w pamięci dawno zapomniane wskazówki.

*

Zanim wszedł na ganek, zerknął najpierw na ulicę, potem za siebie, na zwłoki Nansina, z których przed chwilą usunął trujący cierń. Jego ludzie dźwignęli bezwładne ciało i cisnęli je na zbocze porosłe krzewami.

Klamka obróciła się bez zgrzytu. Mężczyzna odczekał moment, żeby dać trochę czasu tamtym. Później przekroczył próg i znieruchomiał jak posąg z czarnego granitu. Cisza. Ruszył schodami na górę i stanął przed zamkniętymi drzwiami, zza których dochodziły stłumione odgłosy włączonego telewizora. Jak łatwo można przewidzieć, co te Amerykanki robią wieczorami... – pomyślał.

Pokój był ciemny i pusty. Odbezpieczył browning na wypadek, gdyby stary Goddard ukrywał jeszcze jednego Nansina. Minął bezszelestnie mroczne pomieszczenie i dotarł do sypialni. Schował broń. Nie będzie mu potrzebna. Nawet gdyby Goddard wynajął dwóch goryli, ten drugi na pewno nie siedzi tutaj.

Najpierw zobaczył jej nogi. Zgrabne, niczym nie okryte, oparte o złożony w kostkę pled. Na toaletce stał mały, przenośny telewizor. Carol Goddard leżała wygodnie na łóżku. Miała na sobie swoją ulubioną nocną koszulę ledwie osłaniającą biodra. Wtem silna dłoń w skórzanej rękawiczce zacisnęła się na jej ustach. Próbowała krzyknąć, a kiedy nie udało się jej wykrztusić z siebie nawet pisku, szarpnęła się, żeby oderwać od twarzy rękę napastnika. Miotała się na łóżku jak dzikie zwierzę, z każdą sekundą traciła oddech, bo ręka mężczyzny coraz mocniej i mocniej przytrzymywała jej głowę i ściskała wargi. Raptem dłoń gniotąca jej usta zwolniła uścisk. Carol wzięła głęboki oddech, żeby krzyknąć, ale w tej samej chwili łokieć napastnika wykonał szybki ruch w stronę jej gardła tuż pod policzkiem, wbił się w nie z siłą twardej, elastycznej sprężyny, a jednocześnie palce jego drugiej ręki nacisnęły wprawnie jakiś punkt z tyłu jej szyi. Cały pokój zawirował nagle w obłędnym tańcu, w dusznej, wrogiej czerni. Gdzie jest ojciec?! Gdzie jest ten cholerny Nansin?! I Alan! Powinien tu już być! A Jonathan? Gdzie on jest?! – pomyślała i straciła przytomność.

Mężczyzna zwolnił natychmiast uścisk i Carol opadła na łóżko jak szmaciana kukła. Poprawił obcisłą maskę i ułożył ciało dziewczyny na plecach. Potem sprawdził jej puls. Był równy i spokojny.

 

– Coś zrobił z moją córką?! Coś z nią zrobił, ty sukinsynu?!

Mężczyzna odwrócił się wolno do drzwi. W progu stał zmaltretowany George Goddard przytrzymywany przez dwóch zamaskowanych ludzi. Rzucili go na fotel, przywiązali do oparcia i zakneblowali usta. Wtedy człowiek w obcisłej masce podszedł do toaletki, otworzył pierwszą z brzegu szufladę i zaczął szperać wśród równo poukładanych warstw pończoch i rajstop. Zdecydował się na mocniejsze, jedwabne, z domieszką sztucznego włókna. Zabrał też pojedynczą bawełnianą skarpetkę. Pończochami przywiązał stopy Carol do wystających klinów drewnianego łóżka. Ręce związał razem, a potem przymocował do górnej deski rzeźbionego wezgłowia. Otworzył dziewczynie usta, wsunął między zęby skarpetkę i upewnił się, czy tkwi dostatecznie luźno, umożliwiając w miarę swobodny oddech. Wziął jeszcze jedną pończochę i przewiązał twarz Carol tak, żeby nie mogła wypluć knebla. Wyprostował się, spojrzał na szamoczącego się Goddarda i jeszcze raz sprawdził zacisk węzłów na stopach i rękach Carol. Wszystko było w porządku. Wtedy sięgnął do kieszeni po nóż. Goddard usiłował poderwać się z fotela, ale sznur trzymał mocno, a brutalne pchnięcie czuwającego z boku mężczyzny osadziło go na miejscu. Ostrze dotknęło cienkiej tkaniny na wysokości piersi dziewczyny, przebiło materiał i sunęło w dół. Jeszcze tylko dwa cięcia na ramionach i mógł już swobodnie zdjąć z niej całą koszulę...

*

– Kiedy, rozumiesz, Marcel Achard, ten pisarz, bawił na jakimś balu, zauważył wśród gości młodą aktoreczkę. „Pięknieje pani po szampanie” – rzekł. „Ależ nie piłam dzisiaj szampana!” – żachnęła się dziewczyna. „Tak, ale ja piłem” – odpowiedział Achard. Wyborne, po prostu wyborne! Tak to z kobietami jest, Jonathan... Już wychodzisz?

Trench poprawił krawat i zaczesał włosy.

– Prawie dziewiąta – mruknął Senders. – Nie za późno na wizytę? Chcesz spotkać tego kryminalistę, przyznaj się.

– Niewykluczone, że go spotkam. George podczas rozmowy telefonicznej był bardzo podekscytowany jego niespodziewanym powrotem. Stenton miał u nich być koło ósmej. Wrócę o jedenastej, nie czekaj na mnie, Patrick.

Senders spojrzał na przyjaciela, otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zrezygnował. Zdał sobie sprawę z tego, że Trench jest człowiekiem bardzo samotnym. Bogatym i samotnym. Bogactwo przyszło w chwili, gdy nie mógł go już z nikim dzielić, bo wcześniej utracił żonę i dziecko – jedyne istoty, które kochał. Senders także stracił dziecko. I żonę. Wiedziona poczuciem winy, obarczona odpowiedzialnością za śmierć syna, na wpół obłąkana z rozpaczy, popełniła samobójstwo.Dotknięci tym samym nieszczęściem, mogli porozumieć się z sobą na tyle, żeby uczynić swe wspólne życie znośnym. W głębi duszy jednak i on, i Trench pozostali wielkimi, zamkniętymi w sobie samotnikami.

Patrick skinął głową i powiedział:

– Dobrze, Jonathan, pójdę spać. Baw się dobrze.

*

Russian Hill to wzgórze blisko dziewięćdziesięciometrowej wysokości. Uliczki są tutaj kręte i strome; żeby zaparkować samochód, trzeba się nieźle nagimnastykować. Alan Stenton zatrzymał samochód w alejce biegnącej równolegle do obmurowania szczytu wzgórza, o pięćset metrów od domu Goddardów. Nie wiedział, dlaczego tak zrobił. Jakimś szóstym zmysłem wyczuł niebezpieczeństwo i zanim zdążył pomyśleć, wbił nogą hamulec i wyłączył zapłon.

Siedział w ciszy i skupieniu. Spojrzał na tablicę rozdzielczą forda. Fosforyzujący zegar wskazywał dziesięć po dziewiątej. Szybko otworzył neseser, wziął pistolet i schował go do tylnej kieszeni. Wciąż nie miał marynarki; nie zdążył kupić. Wysiadł i przekręcił w zamku klucz. Zrobił dwa kroki i wrócił. W San Francisco żaden facet przy zdrowych zmysłach nie zostawia trzystu pięćdziesięciu tysięcy dolarów na przednim siedzeniu samochodu. Chwycił walizkę, zamknął drzwi i ruszył przed siebie.

*

Sierżant Dweyer i starszy sierżant Berger siedzieli w wozie patrolowym i obserwowali posiadłość Goddarda. Nansin, który co dwie godziny miał kontaktować się telefonicznie z komendą prywatnej policji Russian Hill, milczał.

– No i co o tym myślisz? – spytał Berger.

Dweyer jeszcze raz wywołał centralę.

– Nie, Nansin nie odzywa się. Dzwoniłam, ale nikt nie podnosi słuchawki – usłyszeli w głośniku. – Sprawdźcie, co się dzieje.

Berger przetarł ręką oczy i spojrzał z niechęcią na pomocnika.

– Oglądają telewizję i nie słyszą dzwonka, co? – rozważał Dweyer. – Pamiętasz tę starą Peelegrino z San Mateo? Baba przez dwa lata nie wyłączała telewizora, aż w końcu zapaliło się coś w pudle i kobiecina się zaczadziła. Jej sąsiad zeznał, że często do niego telefonowała o czwartej nad ranem i narzekała, że nie ma obrazu.

– „Kiedy śmierć przyjdzie po mnie, zastanie mnie przy pracy” – burknął Berger.

– Co ty mruczysz?

– To powiedział Girard, pierwszy amerykański milioner. No, wysiadamy. – Berger wyłączył silnik.

Dweyer wysiadł pierwszy. Berger wygramolił się z wozu, tłamsząc przekleństwo. Zatrzasnął drzwi samochodu i poszedł za Dweyerem.

Znajdowali się sześćdziesiąt do siedemdziesięciu metrów od wysokiego parkanu ogradzającego posesję Goddarda, kiedy Berger dostrzegł dwa czy trzy cienie. Pochylone, skradały się bezgłośnie tuż przy ścianie willi.

– Na ziemię, Jake! Na ziemię! – krzyknął do Dweyera, jednocześnie sięgając po broń.

Błyskawicznie skoczył za niski krawężnik zapewniający jakieś schronienie, uderzył się boleśnie w czoło i kiedy wreszcie wyszarpnął colta, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był długi, dwunastostrzałowy remington wylatujący w powietrze z szeroko rozłożonych rąk Dweyera. Nie zwlekając, Berger przetoczył się pod forda, oparł o gumę opony, wyciągnął do przodu ramiona i odwiódł kurek rewolweru. Wypalił dwa razy i potrząsnął głową, na wpół ogłuszony eksplozją i oślepiony błyskiem wystrzałów.

Miękkie, tępe pociski trafiły jednego z trzech goryli i człowieka w masce. Pozostałe cienie zniknęły, rozwiały się gdzieś jak dym i Berger nie wiedział, czy przed chwilą miał halucynacje, czy kryją się za żółtawobiałymi kręgami, które pojawiły się mu przed oczyma na skutek kanonady. Wreszcie dojrzał je i od razu domyślił się, co knują. Przed otwartą na oścież bramą wjazdową posesji Goddarda stał samochód z wygaszonymi światłami. Po sylwetce rozpoznał amerykańską wersję jaguara. Instynkt szeptał Bergerowi, że tamci, kimkolwiek są, zechcą przedostać się do wozu i natychmiast dać nogę. Żeby to zrobić, musieli wyjść z ukrycia, przebiec pięć, sześć metrów i dopiero wówczas znaleźliby się za bezpieczną osłoną jaguara. Wyślą jednego na zewnątrz – myślał Berger, facet wygarnie do mnie cały magazynek, a w tym czasie tamci dopadną samochodu. Ja bym tak zrobił.

Cofnął się podpierając łokciami, wsunął głowę pod forda i odepchnąwszy się kolanami, wlazł pod wóz. Tam spłaszczył się i centymetr po centymetrze przesuwał na drugą stronę, aby dalej od miejsca, w którym tamci widzieli ogniki jego wystrzałów. Za wszelką cenę musiał dostać się do radiotelefonu.

*

Alan zatrzymał się jak wryty i odruchowo pochylił głowę. Strzał, czyjś przerażający krzyk, potem jeszcze cztery strzały. Rzucił walizkę, znowu ją podniósł, wyciągnął z kieszeni walthera i odbezpieczył.

Stał na tyłach willi Goddarda. Dotarł tam drogą, którą kiedyś pokazała mu Carol: trzeba było wspiąć się na murek okalający wzgórze, iść po nim, by wcześniej czy później przeciąć zaplecze posesji Goddardów. Początkowo nic nie wskazywało na niebezpieczeństwo. Mercedes George’a stał jak zwykle tuż przy wyżwirowanym podjeździe, na górze paliły się światła, grał telewizor. Ale zaraz potem wzrok Alana padł na stłamszony, dziwnie powykręcany kształt poniewierający się w krzakach po drugiej stronie parkanu. Pochylił się i wówczas dostrzegł rozdartą koszulę, dżinsy, coś jakby but i zarys twarzy. To był ktoś obcy, ktoś, kogo nigdy przedtem nie widział. Nansin? – pomyślał... Wtedy padły strzały.

Rzucił się na ziemię i podczołgał do trawnika, raniąc palce o ostre kamyki. Obserwował dom. Pod wygaszoną lampą werandy zamajaczyły jakieś cienie. Jeden, dwa, trzy... – liczył. Trzy bezszelestne sylwetki przyklejone do białego tynku ściany. Coś mu się tu nie zgadzało i dopiero po kilkunastu sekundach zrozumiał, co widzi. Dwie sylwetki wyraźnie odstawały od sylwetki trzeciej, która to cofała się, to znów wychodziła do przodu, aż do otwartej bramy prowadzącej na ulicę. Owe dwie sylwetki natomiast były nieruchome. Opierały się o siebie, czepiały muru, jakby podpierając się i broniąc przed upadkiem. Nie widział dokładnie, ale mógł przysiąc, że cień bliższy muru jest drobniejszy, szczuplejszy, bardziej... kobiecy. I już wiedział: tym cieniem była Carol.